Jane McClusky. Wredna.
Ohydna. Puchonka. Wiem, krótka charakterystyka. Ale co mogę o niej więcej
powiedzieć? Nie no, jasne, mogłabym powiedzieć więcej. Na przykład to, że
całowała mojego chłopaka. Zgoda – nie był wtedy jeszcze moim chłopakiem. Ale
jak już zdążyłam ustalić, już wtedy go kochałam. Więc, dziewczyna jest dla mnie
tak obrzydliwa jak spleśniały gnom. Tak, widziałam coś takiego… Nie, nie chcę
tego widzieć ponownie.
- To było dziwne – powiedziałam.
Siedzieliśmy we dwójkę w Pokoju
Życzeń. James obżerał się tostami, a ja nie mogłam nic przełknąć. Czułam, że ta
dziewczyna ma jakiś plan. I to wcale nie przyjemny… Bo co by innego robiła z
Peterem? Uch, to nie tak, że twierdzę, iż Peter nie mógłby zdobyć dziewczyny
gdyby chciał. Z całą pewnością – mógłby.
Ale McClusky? Ta… Ta Puchonka?
- Czo było dziwnue? – zapytał James.
O fu. Nienawidzę jak ktoś do
mnie mówi z pełnymi ustami. Żadna miłość świata nie zdzierży tak obrzydliwych
widoków.
- Peter z Jane – odparłam i spojrzałam na Jamesa.
Nie. Nie. Nie. Nie. Przecież
nie mogło jej chodzić o Jamesa! To nie kręciła by się po zamku z Peterem…
Prawda? O ludzie, czemu nie oglądałam tych kretyńskich telenowel z Petunią? Nie
mam pojęcia o zdradach, rozstaniach, zemstach, szatańskich planach, knutych
przez odtrącone dziewczyny, dosypywaniu prochów do drinków, i takich tam!
I co z tego, że wiem co to
jest izotop, czy do czego służy kondensator, skoro nic nie wiem o związkach
damsko – męskich?
- Aaa, to – odparł James. – Taak, to było dziwne.
Zresztą, Peter ostatnio jest dziwny…
- Jak to? – zapytałam ciekawa.
Czemu faceci nie dzielą
się ze swoimi dziewczynami istotnymi sprawami? Tylko chcieliby się całować, lub
wpychać rękę pod stanik. Co jest z nimi nie tak?
- Ciągle gdzieś przepada, gdzieś się śpieszy… Pewnie do
tej dziewczyny – powiedział wzruszając ramionami.
Zastanowiłam się przez
chwilę.
- Ale widziałeś ich wcześniej razem? – zapytałam, pełna
wątpliwości. – Bo ja nigdy… To jest podejrzane – zauważyłam.
James spojrzał na mnie i
pokręcił głową.
- Masz tu przystojnego faceta, tylko dla siebie, a
myślisz o jakiejś głupiej dziewczynie i o Peterze? – spytał, uśmiechając się
rozbrajająco.
Zaśmiałam się i wpadłam w
jego objęcia.
***
O parze Jane - Peter,
zapomniałam już po paru minutach spędzonych w objęciach Jamesa.
Kto by pomyślał, że męskie
ramiona mają taką moc? Przepędzania nierozwiązywalnych zagadek…
- Będziemy się obściskiwać cały dzień na kanapie? –
zapytałam, odrywając usta od warg chłopaka.
- Zawsze możemy się przenieść na łóżko – odparł James.
I owszem, po chwili w pokoju
pojawiło się łóżko. W końcu to Pokój Życzeń…
- Serio? – wymruczałam i pocałowałam go w kącik ust. –
Możesz o tym tylko pomarzyć, mój drogi…
***
Nie spędziliśmy całego dnia
w Pokoju Życzeń. Mój przytępiony umysł, przypomniał sobie o tym, że nie
skończyłam wypracowania na Zielarstwo.
- Możemy je napisać razem, u nas – zaproponował James,
gdy z głośnym jęknięciem „OMG, zapomniałam o wypracowaniu!” oderwałam się od
jego warg.
- U was? – zapytałam kpiąco.
Pisanie wypracowania w
dormitorium Huncwotów? Pachnącym tenisówkami i czymś bliżej nieokreślonym? Jakby
padliną? Ekhm, chyba podziękuję.
- U nas – potwierdził z uśmiechem James, zupełnie nie
wyczuwając mojego kpiącego tonu. – O tej porze nikogo nie powinno być w
dormitorium… Frank na pewno kręci się z Alicją, Remus miał pilnować pierwszaków
na szlabanie, a Syriusz i Peter… Hm, wyjdą.
Zastanowiłam się chwilę i
kiwnęłam głową.
Kiedy przestałam być asertywna?
- To skoczę po swoje rzeczy i zaraz będę – powiedziałam,
gdy weszliśmy do Pokoju Wspólnego.
Biegnąc po schodach niczym
rącza gazela (taa), wpadłam do naszego dormitorium. Pustego. Dziwne.
Wzięłam pergamin z
rozpoczętym wypracowaniem, pióro, kałamarz i książkę, poprawiłam włosy i
musnęłam usta truskawkowym błyszczykiem.
I mogłam ruszać do
dormitorium chłopaków z siódmego roku.
W środku którego, zastałam
kogoś, kogo zupełnie się tam nie spodziewałam…
***
- Co ty tu robisz? – zapytałam ostro.
Patrzyłam na Jane. I nie dowierzałam. Serio. Bo jakim prawem przebywała w sypialni Gryfonów? Przecież
to Puchonka! Do tego z wrednym uśmiechem, na jej paskudnej, szczurowatej
twarzy.
- Spędzam czas z moim chłopakiem – powiedziała tonem
ociekającym słodyczą i uśmiechnęła się do Petera.
OMG. O Merlinie. O Morgano.
Trzymajcie mnie!
Spojrzałam na zaskoczonego
Jamesa i zwróciłam się do Petera.
- Gratulacje Peter! Nie wiedziałam, że znalazłeś
dziewczynę… - powiedziałam i dodałam paskudnym tonem: - Która przypadkowo
całowała się z moim chłopakiem.
W pokoju nastała uciążliwa
cisza. Peter zrobił się czerwony jak, hm, jak ja, gdy się zarumienię. James się
spiął (nie lubił wracać do tych chwil), a Jane wyglądała na bardzo zadowoloną z
siebie. Na jej szczurowatej twarzy malowała się dzika radocha.
- Oj, Lily – westchnęła. – Teraz liczy się dla mnie tylko
Peter… Moje słoneczko. Nie musisz się martwic, że ci odbiję Jamesa…
No gdybym tylko nie była
prefektem naczelnym!
- Och, nie mam się o co martwic, ponieważ tak się składa,
że James nie zrezygnowałby ze mnie, dla ciebie – odparłam, z moim najsłodszym
uśmiechem. – Ponieważ mnie kocha – dodałam, żeby zakapowała.
W końcu to Puchonka… Oni
mają problemy z zakapowaniem najprostszych spraw. I zaklęć.
- Idziemy, James – powiedziałam wyniośle i złapałam
chłopaka za rękę.
Wyszliśmy z klatki
schodowej, prowadzącej do męskich dormitoriów i szybko przeszliśmy przez Pokój
Wspólny.
- Nienawidzę jej – dodałam, gdy znaleźliśmy się na
korytarzu. – Mała, przebrzydła świnia!
James objął mnie ze
śmiechem. Tak jakby było się z czego śmiać…
- Nie wiedziałem, że jesteś taką zazdrośnicą, Evans –
mruknął mi do ucha, ciesząc się głupio.
- Wcale nie jestem zazdrosna! – zaprzeczyłam.
No dobra. Przyznaję. Byłam
zazdrosna. Bo gdy pomyślałam, że pod tą szczurzą kopułą zarysowuje się jakiś
plan… Ugh. A może mi po prostu odbijało? Może ona lubiła Petera? Oboje byli
jacyś tacy… szczurowaci. Tak wiem. Brzmi to po prostu głupio, wiem!
- Jasne – odparł James, znowu zaciągając mnie do Pokoju
Życzeń. – Ale cieszę się.
- Z czego?! – zapytałam.
Faceci. Pewnie już sobie
wyobrażał jakiś pojedynek pomiędzy dziewczynami, czy coś w tym stylu.
- Że jesteś nas tak pewna – powiedział, wprowadzając mnie
do przytulnego pokoiku z zapalonym kominkiem. – To jest cudowne.
Usiadłam na kanapie i
rzuciłam wypracowanie (totalnie zgniecione) na stolik.
- A ty… - zaczęłam. – Ona ci się nie podoba, prawda?
Bo niestety, ale Jane była
ładna. Oczywiście, w swój szczurowaty sposób. Ale wiecie, facetom wiele nie
trzeba. Wystarczy wydatny biust.
- Podoba mi się tylko jedna dziewczyna – odparł James. –
I tak się składa, że przebywa teraz ze mną w pokoju…
Z uśmiechem triumfu,
utonęłam w jego objęciach.
***
Następne dni listopada
mijały spokojnie. Miałam doskonały humor, najgorsze terminy patroli
przypisywałam prefektom ze Slytherinu, zdobyłam ponad 30 punktów na Eliskirach,
miałam świetnego chłopaka, oraz dostałam zaproszenie na imprezę dla „dobrze
zapowiadających się młodych osób”, jak to zgrabnie ujął profesor Slughorn.
Taak, dostałam zaproszenie
na uroczystą kolację u Slughorna, połączoną z wieczorkiem tanecznym, oraz
poszerzaniem moich niezbyt rozbudowanych kontaktów.
- Dostałeś? – zapytałam ucieszona, widząc, że James majta
mi przed twarzą kopertą.
- Dostałem – potwierdził. – Ale przecież gdybym nie
dostał, to i tak bym tam wszedł jako twoja osoba towarzysząca, prawda?
Przewróciłam oczami.
- Oczywiście, że nie – powiedziałam. – Żartuję, jasne że
bym cię wzięła! – dodałam od razu, widząc jego wzrok.
- Też dostałam – wtrąciła się Marlena, rzucając ciężką
torbę obok kanapy i usiadła na wolnym fotelu. – Trzeba iść z osobą
towarzyszącą?
- Nie, no co ty! Wtedy musiałabym kogoś zapraszać na
poprzednie wyjścia, a nigdy tak nie robiłam – odparłam, zaczynając pisać
wypracowanie na Transmutację.
- Lily wie co mówi, tyle razy ją zapraszałem na te głupie
kolacyjki… - powiedział James. – Jeżeli nie chcesz nikogo zapraszać, to nie
musisz – stwierdził, widząc mój wzrok.
- Gdzie i kogo zapraszać? – zapytał Syriusz, który
właśnie wszedł z Dorcas, oraz Remusem do Pokoju Wspólnego. – Chętnie gdzieś
pójdę…
Dorcas walnęła go w głowę,
na co Syriusz zareagował jedną z tysięcy swoich głupich min. Ta była a’la zbity
psiak.
- Dor, przecież żartowałem! – zawołał, masując sobie
czubek głowy. – Będę miał siniaka, jak nic…
- Dzisiaj widziałam parę osób z tymi zaproszeniami…
Głównie Ślizgonów – powiedziała czarnowłosa, totalnie ignorując jęczącego
Blacka. – Także, już wam współczuję tego doborowego towarzystwa – dodała
sarkastycznie.
- Oj tam – machnęłam piórem. – Przynajmniej jest dobre
żarcie.
- Chodziłaś tam tylko dla jedzenia? – zapytał James,
śmiejąc się.
- A myślałeś, że z jakiego powodu? Żeby zobaczyć wampira?
No co ty, jedzenie było wyśmienite, więc przychodziłam – odparłam zażenowana.
- No nieważne – skwitował Remus. – To kiedy jest
spotkanie Klubu Ślimaka?
- W tę sobotę – odparł James, skrzętnie zrzynając ode
mnie wypracowanie. – W co się ubierasz?
- W sukienkę – odparłam.
Na co mu ta wiedza?
- Chodzi mi o kolor – powiedział, patrząc na mnie jak na
osobę niekumatą. – Dopasuję kolor krawatu do koloru twojej sukienki –
wytłumaczył.
- Po co? – zapytałam.
- I wychodzi z niej mugol… - westchnął Syriusz, kręcąc głową. –
Rudzielcu, w arystokratycznym światku to jest normalne. Strój czarownicy ma
pasować do jej partnera, nie wiedziałaś?
- Gdybym wiedziała, to bym nie pytała, prawda? –
odparłam.
Skąd ja to miałam wiedzieć?
Wiem, wychodzę na ignorantkę. Ale serio, nie miałam do czynienia z żadnymi
arystokratami. Oczywiście dopóki nie spotkałam Syriusza. Ale on sam zachowywał
się jak prostak! I to nie raz!
- Och, więc zakładam czerwoną sukienkę – powiedziałam. –
A raczej bordową – dodałam po zastanowieniu.
- Ok. – odparł James.
I po sprawie.
***
- Marlena, widziałaś moją szczotkę? – zawołałam z
łazienki.
Stałam w samym ręczniku w
łazience i patrzyłam na poplątane, mokre kosmyki.
Zdecydowanie nie potrafiłam
się sama wyszykować na kolację u Slughorna! Dorcas wybrała się gdzieś z
Syriuszem, a Alicja z Frankiem. Tak to jest, gdy kumpele mają facetów… Ale
miałam jeszcze Marlenę!
- Jesteś?... O mój Boże! – zawołałam, gdy wychyliłam się
z łazienki i zobaczyłam kogoś, kto w żaden sposób nie powinien się tutaj dostać.
Bo tak się składa, że jest
chłopakiem.
- Co ty tu robisz? I jak tu wlazłeś? – zapytałam Jamesa,
wychodząc z łazienki.
- Oknem – odparł, przyglądając mi się. – Marlena poszła
do Sowiarni – dodał.
- Oknem? Jak to oknem? – zapytałam, nadal tkwiąc przy
moim pytaniu.
- Najnormalniej w świecie. Wleciałem – powiedział,
wskazując na miotłę opartą o szafę.
Zamrugałam. Damskie
dormitorium, to było jedyne miejsce w Hogwarcie niezdobyte przez Huncwotów. Do
tego momentu.
- To… świetnie – mruknęłam, przypominając sobie o tym, że
jestem prawie nago. – A po co tutaj wleciałeś? – zapytałam, nerwowo
przytrzymując ręcznik.
- Żeby zobaczyć twoją sukienkę – odparł beztrosko.
- Nie mogłeś poczekać? – zapytałam napastliwie.
Boże, co on sobie myślał?
Włamywać się do damskiego dormitorium, żeby obejrzeć sukienkę? Czy on myśli, że
jestem głupia?
- Chodzi mi o kolor, nie wiem na jaki odcień Remus ma
zaczarować krawat – powiedział, podchodząc bliżej.
- Czasami mam wrażenie, że któryś z waszych nieudanych
żartów, spowodował u ciebie jakieś lekkie problemy z głową – odparłam. – Nie pomyślałeś,
że ja mogę to zrobić? Jak już się spotkamy?
James lekko rozchylił usta.
- Być może – odparł po chwili zastanowienia. – Ale dla
takich widoków… Było warto – dodał otwierając okno. – Widzimy się za godzinę.
Weszłam do łazienki, kręcąc
głową. Czasami mam wrażenie, że on nigdy nie wydorośleje…
***
- No i widzisz, tak to wygląda – szepnęłam do Marleny.
Lochy wyglądały, cóż,
całkiem nie jak lochy. Profesor Slughorn naprawdę się postarał!
Jakoś udało mu się usunąć
ten dziwny, wilgotny nalot na kamiennych ścianach. W łukowatych oknach
rozwiesił ciężkie, aksamitne zasłony, w jakże typowym dla Slytherinu, zielonym
kolorze. Po pomieszczeniu kręcili się odziani w wieczorowe szaty kelnerzy,
proponujący gościom przeróżne przysmaki oraz drinki.
Jednak jeszcze ciekawsze
było towarzystwo. W jednym pokoju znajdowali się najlepiej zapowiadający się
uczniowie i/lub ci z odpowiednimi koneksjami.
Oraz mnóstwo znanych
osobistości! Slughorn wychował sobie naprawdę sporą gromadę znanych osób.
Był świetnie zapowiadający
się pisarz – Terry Guy, znany zawodnik quidditcha – Ernest May, wokalistka
Fatalnych Jędz, zastępca Ministra Magii, dyrektor Świętego Munga, oraz wielu,
wielu znakomitych gości.
Którzy oczywiście rozmawiali
między sobą, oraz profesorem, a nas, czyli uczniów ignorowali.
Zawsze tak jest!
Dlatego zwracałam główną
uwagę na jedzenie.
- Nudy – stwierdziła Marlena, po zjedzeniu trzeciej tartaletki
i popiciu jej szampanem. – Myślałam, że wydarzy się coś ciekawszego…
- Taa – mruknęłam, pożerając kawałek najlepszej chałwy z
Miodowego Królestwa. – Ale jedzenie świetne.
James zaśmiał się głośno.
- Stwierdzam fakty – powiedziałam naburmuszona.
I o mało nie oplułam się
wpychaną kolejną słodkością, gdy zobaczyłam ponurego Severusa Snape’a z
uwieszoną na jego ramieniu Jane McClusky.
Paranoja!
- Ooo – powiedział James, poważniejąc. – Rzuciła Petera i
przerzuciła się na Snape’a? Coś tu śmierdzi i nie twierdzę, że Smarkerus…
Westchnęłam i odwróciłam się
od mojego byłego przyjaciela, oraz jego szczurowatej partnerki.
- Nie wiem o co w tym wszystkim chodzi – powiedziałam. –
Najpierw molestuje cię na oczach całej szkoły, później chodzi z Peterem, a
teraz kręci się ze Snapem. To nie na moją głowę…
- To ona? – zapytał Marlena. – Można powiedzieć, że
znajduje sobie doborowe towarzystwo – skomentowała, widząc, że podchodzą do
Avery’ego i jego ślizgońskiej partnerki.
- Chodźmy stąd – mruknął James i skierował się w stronę
okien.
Złapałam z tacy
przechodzącego kelnera kawałek ciasta i udałam się za chłopakiem.
***
Wieczorek u Slughorna
skończył się tańcami. Tak, tańcami! Których nikt nie chciał tańczyć, więc
królem parkietu został profesor oraz wokalistka Fatalnych Jędz.
- Nie było tak źle, jak zazwyczaj – zauważyłam.
- Bo w końcu poszliśmy razem – odparł James.
- Oj tam – westchnęłam.
Było już dobrze po
dwudziestej drugiej. Czyli cisza nocna. Ale oczywiście profesor Slughorn w
ogóle się tym nie przejmował.
- Ale wkurzające było to wypytywanie o mojego dziadka –
powiedziała Marlena. – Był mistrzem eliksirów, ale przecież nie żyje! Ile można
opowiadać o zmarłej osobie? Slughorn jest nietaktowny…
Mruknęłam coś i wsłuchałam
się w rytm naszych kroków. Och, po prostu byłam wykończona! Ile można chodzić w
butach na obcasach?
- Wiecie… - zaczęłam, ale przerwała mi czyjaś ręka na
ustach.
Na szczęście Jamesa. Nie
wiem, czy jakąś inną bym zdzierżyła.
- Cii – wyszeptał, zatrzymując nas.
Stanęliśmy i zaczęliśmy nasłuchiwać.
- … mówię ci, zdobędziesz tą swoją przyjaciółeczkę z
powrotem! Już dzisiaj wydawała się być o ciebie zazdrosna… Patrzyła się
wzrokiem bazyliszka, mówię ci Snape! Parę dni poudajemy i znowu będzie twoja.
Och, przesłodka Jane
McClusky! Jakże by inaczej…
- Wątpię – odparł ktoś nosowym głosem.
No dobra, nie ktoś
tylko Snape.
- A ja wtedy zajmę się Potterem. Jest kapitanem drużyny,
będę do niego o wiele bardziej pasować, niż ta ruda paskuda!
Ja jej dam rudą paskudę!
- Potter nie zrezygnuje z Evans dla ciebie – zaśmiał się
Snape. – Musiałabyś na niego rzucić Imperio, żeby na ciebie spojrzał, McClusky…
Nigdy więcej mi tego nie proponuj – dodał.
Usłyszeliśmy szuranie, tak
typowe dla Snape’a.
- Zabiję – wyszeptałam, wychodząc zza rogu. – I ani ty,
ani ty, mnie nie powstrzymacie! – zawołałam do Jamesa i Marleny, stając
naprzeciwko Jane.
- Fajnie się knuło z moim byłym przyjacielem? – zapytałam
dziewczynę.
- O czym ty mówisz, Evans? – odparła słodkim głosem.
Gdy ktoś zwraca się do
ciebie takim ociekającym słodyczą głosem – wiedz, że coś się dzieje.
- Nie udawaj, Jane – odparłam znudzonym tonem. – Serio
zastanawiałaś się nad tym Imperio? Czy do twojego małego móżdżku dochodzi fakt,
że jest to prawnie zakazane?
Marlena parsknęła, a James
patrzył na brunetkę z odrazą.
- Ale ja tylko… - zaczęła trzęsącym się głosem. –
Chciałam być popularna! – zawołała i zaczęła płakać.
- Chodźmy stąd – powiedział zniesmaczony James.
Ruszyliśmy w stronę Wieży
Gryffindoru.
- To było dziwne – stwierdziła Marlena, gdy dotarliśmy na
siódme piętro. – Zostawię was samych – dodała, gdy weszliśmy do pustego Pokoju
Wspólnego.
Usiadłam na kanapie i
spojrzałam na bruneta.
- Więc – zaczęłam. – Co to w ogóle było?
- Nie mam pojęcia, Lily – odparł James. – Wiem tylko, że
Snape mnie dobrze zna. W życiu nie zrezygnowałbym z ciebie, dla jakiejkolwiek
innej dziewczyny.
No i stało się. Roztopiłam
się. To było słodkie.
- Myślisz, że jeszcze będzie czegoś próbować? –
zapytałam, przytulając się do Jamesa. – Wie, że wiemy – dodałam.
James zaczął się trząść.
Najpierw pomyślałam, że to jakiś atak. No i może był to atak. Śmiechu.
- Nie będzie niczego próbować – stwierdził i pocałował
mnie.
- Więc mamy ją z głowy? – zapytałam, nadal niepewna.
- Tak – odparł James.
I była to najprawdziwsza prawda.
Mieliśmy ją z głowy.
Ponieważ następnego dnia
rano, Jane McClusky, Puchonka o szczurowatym wyrazie twarzy, została znaleziona
martwa.
***
Właśnie wybiło 10 tysięcy wyświetleń bloga... Dziękuję!!
Właśnie wybiło 10 tysięcy wyświetleń bloga... Dziękuję!!
ale jak to ... martwa ? :O intrygujesz mnie !!!
OdpowiedzUsuńWow, wow... wow, co tu sie dzieje? Taki suprajs mada faka serio zaskoczenie ogromne xD Jily tacy iuhfuhfujiusjduhdzefbzg *----------* kocham ich i ten mój arystkokratyczny prostak jego też kocham :* tak więc czekam na next xx
OdpowiedzUsuńGratuluje 10 tysięcy wyświetleń. Rozdział był świetny. Jestem ciekawa kto i dlaczego ją zabił ?
OdpowiedzUsuńGabriela Black