środa, 20 maja 2015

Rozdział 23



Jane McClusky. Wredna. Ohydna. Puchonka. Wiem, krótka charakterystyka. Ale co mogę o niej więcej powiedzieć? Nie no, jasne, mogłabym powiedzieć więcej. Na przykład to, że całowała mojego chłopaka. Zgoda – nie był wtedy jeszcze moim chłopakiem. Ale jak już zdążyłam ustalić, już wtedy go kochałam. Więc, dziewczyna jest dla mnie tak obrzydliwa jak spleśniały gnom. Tak, widziałam coś takiego… Nie, nie chcę tego widzieć ponownie.
            - To było dziwne – powiedziałam.
Siedzieliśmy we dwójkę w Pokoju Życzeń. James obżerał się tostami, a ja nie mogłam nic przełknąć. Czułam, że ta dziewczyna ma jakiś plan. I to wcale nie przyjemny… Bo co by innego robiła z Peterem? Uch, to nie tak, że twierdzę, iż Peter nie mógłby zdobyć dziewczyny gdyby chciał. Z całą pewnością – mógłby.
Ale McClusky? Ta… Ta Puchonka?
            - Czo było dziwnue? – zapytał James.
O fu. Nienawidzę jak ktoś do mnie mówi z pełnymi ustami. Żadna miłość świata nie zdzierży tak obrzydliwych widoków.
            - Peter z Jane – odparłam i spojrzałam na Jamesa.
Nie. Nie. Nie. Nie. Przecież nie mogło jej chodzić o Jamesa! To nie kręciła by się po zamku z Peterem… Prawda? O ludzie, czemu nie oglądałam tych kretyńskich telenowel z Petunią? Nie mam pojęcia o zdradach, rozstaniach, zemstach, szatańskich planach, knutych przez odtrącone dziewczyny, dosypywaniu prochów do drinków, i takich tam!
I co z tego, że wiem co to jest izotop, czy do czego służy kondensator, skoro nic nie wiem o związkach damsko – męskich?
            - Aaa, to – odparł James. – Taak, to było dziwne. Zresztą, Peter ostatnio jest dziwny…
            - Jak to? – zapytałam ciekawa. 
Czemu faceci nie dzielą się ze swoimi dziewczynami istotnymi sprawami? Tylko chcieliby się całować, lub wpychać rękę pod stanik. Co jest z nimi nie tak?
            - Ciągle gdzieś przepada, gdzieś się śpieszy… Pewnie do tej dziewczyny – powiedział wzruszając ramionami.
Zastanowiłam się przez chwilę.
            - Ale widziałeś ich wcześniej razem? – zapytałam, pełna wątpliwości. – Bo ja nigdy… To jest podejrzane – zauważyłam.
James spojrzał na mnie i pokręcił głową.
            - Masz tu przystojnego faceta, tylko dla siebie, a myślisz o jakiejś głupiej dziewczynie i o Peterze? – spytał, uśmiechając się rozbrajająco.
Zaśmiałam się i wpadłam w jego objęcia.


***


O parze Jane - Peter, zapomniałam już po paru minutach spędzonych w objęciach Jamesa.
Kto by pomyślał, że męskie ramiona mają taką moc? Przepędzania nierozwiązywalnych zagadek…
            - Będziemy się obściskiwać cały dzień na kanapie? – zapytałam, odrywając usta od warg chłopaka.
            - Zawsze możemy się przenieść na łóżko – odparł James.
I owszem, po chwili w pokoju pojawiło się łóżko. W końcu to Pokój Życzeń…
            - Serio? – wymruczałam i pocałowałam go w kącik ust. – Możesz o tym tylko pomarzyć, mój drogi…


***


Nie spędziliśmy całego dnia w Pokoju Życzeń. Mój przytępiony umysł, przypomniał sobie o tym, że nie skończyłam wypracowania na Zielarstwo.
            - Możemy je napisać razem, u nas – zaproponował James, gdy z głośnym jęknięciem „OMG, zapomniałam o wypracowaniu!” oderwałam się od jego warg.
            - U was? – zapytałam kpiąco.
Pisanie wypracowania w dormitorium Huncwotów? Pachnącym tenisówkami i czymś bliżej nieokreślonym? Jakby padliną? Ekhm, chyba podziękuję.
            - U nas – potwierdził z uśmiechem James, zupełnie nie wyczuwając mojego kpiącego tonu. – O tej porze nikogo nie powinno być w dormitorium… Frank na pewno kręci się z Alicją, Remus miał pilnować pierwszaków na szlabanie, a Syriusz i Peter… Hm, wyjdą.
Zastanowiłam się chwilę i kiwnęłam głową. 
Kiedy przestałam być asertywna?
            - To skoczę po swoje rzeczy i zaraz będę – powiedziałam, gdy weszliśmy do Pokoju Wspólnego.
Biegnąc po schodach niczym rącza gazela (taa), wpadłam do naszego dormitorium. Pustego. Dziwne.
Wzięłam pergamin z rozpoczętym wypracowaniem, pióro, kałamarz i książkę, poprawiłam włosy i musnęłam usta truskawkowym błyszczykiem.
I mogłam ruszać do dormitorium chłopaków z siódmego roku.
W środku którego, zastałam kogoś, kogo zupełnie się tam nie spodziewałam…


***


            - Co ty tu robisz? – zapytałam ostro.
Patrzyłam na Jane. I nie dowierzałam. Serio. Bo jakim prawem przebywała w sypialni Gryfonów? Przecież to Puchonka! Do tego z wrednym uśmiechem, na jej paskudnej, szczurowatej twarzy.
            - Spędzam czas z moim chłopakiem – powiedziała tonem ociekającym słodyczą i uśmiechnęła się do Petera.
OMG. O Merlinie. O Morgano. Trzymajcie mnie!
Spojrzałam na zaskoczonego Jamesa i zwróciłam się do Petera.
            - Gratulacje Peter! Nie wiedziałam, że znalazłeś dziewczynę… - powiedziałam i dodałam paskudnym tonem: - Która przypadkowo całowała się z moim chłopakiem.
W pokoju nastała uciążliwa cisza. Peter zrobił się czerwony jak, hm, jak ja, gdy się zarumienię. James się spiął (nie lubił wracać do tych chwil), a Jane wyglądała na bardzo zadowoloną z siebie. Na jej szczurowatej twarzy malowała się dzika radocha.
            - Oj, Lily – westchnęła. – Teraz liczy się dla mnie tylko Peter… Moje słoneczko. Nie musisz się martwic, że ci odbiję Jamesa…
No gdybym tylko nie była prefektem naczelnym!
            - Och, nie mam się o co martwic, ponieważ tak się składa, że James nie zrezygnowałby ze mnie, dla ciebie – odparłam, z moim najsłodszym uśmiechem. – Ponieważ mnie kocha – dodałam, żeby zakapowała.
W końcu to Puchonka… Oni mają problemy z zakapowaniem najprostszych spraw. I zaklęć.
            - Idziemy, James – powiedziałam wyniośle i złapałam chłopaka za rękę.
Wyszliśmy z klatki schodowej, prowadzącej do męskich dormitoriów i szybko przeszliśmy przez Pokój Wspólny.
            - Nienawidzę jej – dodałam, gdy znaleźliśmy się na korytarzu. – Mała, przebrzydła świnia!
James objął mnie ze śmiechem. Tak jakby było się z czego śmiać…
            - Nie wiedziałem, że jesteś taką zazdrośnicą, Evans – mruknął mi do ucha, ciesząc się głupio.
            - Wcale nie jestem zazdrosna! – zaprzeczyłam.
No dobra. Przyznaję. Byłam zazdrosna. Bo gdy pomyślałam, że pod tą szczurzą kopułą zarysowuje się jakiś plan… Ugh. A może mi po prostu odbijało? Może ona lubiła Petera? Oboje byli jacyś tacy… szczurowaci. Tak wiem. Brzmi to po prostu głupio, wiem!
            - Jasne – odparł James, znowu zaciągając mnie do Pokoju Życzeń. – Ale cieszę się.
            - Z czego?! – zapytałam.
Faceci. Pewnie już sobie wyobrażał jakiś pojedynek pomiędzy dziewczynami, czy coś w tym stylu.
            - Że jesteś nas tak pewna – powiedział, wprowadzając mnie do przytulnego pokoiku z zapalonym kominkiem. – To jest cudowne.
Usiadłam na kanapie i rzuciłam wypracowanie (totalnie zgniecione) na stolik.
            - A ty… - zaczęłam. – Ona ci się nie podoba, prawda?
Bo niestety, ale Jane była ładna. Oczywiście, w swój szczurowaty sposób. Ale wiecie, facetom wiele nie trzeba. Wystarczy wydatny biust.
            - Podoba mi się tylko jedna dziewczyna – odparł James. – I tak się składa, że przebywa teraz ze mną w pokoju…
Z uśmiechem triumfu, utonęłam w jego objęciach.


***


Następne dni listopada mijały spokojnie. Miałam doskonały humor, najgorsze terminy patroli przypisywałam prefektom ze Slytherinu, zdobyłam ponad 30 punktów na Eliskirach, miałam świetnego chłopaka, oraz dostałam zaproszenie na imprezę dla „dobrze zapowiadających się młodych osób”, jak to zgrabnie ujął profesor Slughorn.
Taak, dostałam zaproszenie na uroczystą kolację u Slughorna, połączoną z wieczorkiem tanecznym, oraz poszerzaniem moich niezbyt rozbudowanych kontaktów.
            - Dostałeś? – zapytałam ucieszona, widząc, że James majta mi przed twarzą kopertą.
            - Dostałem – potwierdził. – Ale przecież gdybym nie dostał, to i tak bym tam wszedł jako twoja osoba towarzysząca, prawda?
Przewróciłam oczami.
            - Oczywiście, że nie – powiedziałam. – Żartuję, jasne że bym cię wzięła! – dodałam od razu, widząc jego wzrok.
            - Też dostałam – wtrąciła się Marlena, rzucając ciężką torbę obok kanapy i usiadła na wolnym fotelu. – Trzeba iść z osobą towarzyszącą?
            - Nie, no co ty! Wtedy musiałabym kogoś zapraszać na poprzednie wyjścia, a nigdy tak nie robiłam – odparłam, zaczynając pisać wypracowanie na Transmutację.
            - Lily wie co mówi, tyle razy ją zapraszałem na te głupie kolacyjki… - powiedział James. – Jeżeli nie chcesz nikogo zapraszać, to nie musisz – stwierdził, widząc mój wzrok.
            - Gdzie i kogo zapraszać? – zapytał Syriusz, który właśnie wszedł z Dorcas, oraz Remusem do Pokoju Wspólnego. – Chętnie gdzieś pójdę…
Dorcas walnęła go w głowę, na co Syriusz zareagował jedną z tysięcy swoich głupich min. Ta była a’la zbity psiak.
            - Dor, przecież żartowałem! – zawołał, masując sobie czubek głowy. – Będę miał siniaka, jak nic…
            - Dzisiaj widziałam parę osób z tymi zaproszeniami… Głównie Ślizgonów – powiedziała czarnowłosa, totalnie ignorując jęczącego Blacka. – Także, już wam współczuję tego doborowego towarzystwa – dodała sarkastycznie.
            - Oj tam – machnęłam piórem. – Przynajmniej jest dobre żarcie.
            - Chodziłaś tam tylko dla jedzenia? – zapytał James, śmiejąc się.
            - A myślałeś, że z jakiego powodu? Żeby zobaczyć wampira? No co ty, jedzenie było wyśmienite, więc przychodziłam – odparłam zażenowana.
            - No nieważne – skwitował Remus. – To kiedy jest spotkanie Klubu Ślimaka?
            - W tę sobotę – odparł James, skrzętnie zrzynając ode mnie wypracowanie. – W co się ubierasz?
            - W sukienkę – odparłam.
Na co mu ta wiedza?
            - Chodzi mi o kolor – powiedział, patrząc na mnie jak na osobę niekumatą. – Dopasuję kolor krawatu do koloru twojej sukienki – wytłumaczył.
            - Po co? – zapytałam.
            - I wychodzi z niej mugol… - westchnął Syriusz, kręcąc głową. – Rudzielcu, w arystokratycznym światku to jest normalne. Strój czarownicy ma pasować do jej partnera, nie wiedziałaś?
            - Gdybym wiedziała, to bym nie pytała, prawda? – odparłam.
Skąd ja to miałam wiedzieć? Wiem, wychodzę na ignorantkę. Ale serio, nie miałam do czynienia z żadnymi arystokratami. Oczywiście dopóki nie spotkałam Syriusza. Ale on sam zachowywał się jak prostak! I to nie raz!
            - Och, więc zakładam czerwoną sukienkę – powiedziałam. – A raczej bordową – dodałam po zastanowieniu.
            - Ok. – odparł James.
I po sprawie.


***


            - Marlena, widziałaś moją szczotkę? – zawołałam z łazienki.
Stałam w samym ręczniku w łazience i patrzyłam na poplątane, mokre kosmyki.
Zdecydowanie nie potrafiłam się sama wyszykować na kolację u Slughorna! Dorcas wybrała się gdzieś z Syriuszem, a Alicja z Frankiem. Tak to jest, gdy kumpele mają facetów… Ale miałam jeszcze Marlenę!
            - Jesteś?... O mój Boże! – zawołałam, gdy wychyliłam się z łazienki i zobaczyłam kogoś, kto w żaden sposób nie powinien się tutaj dostać.
Bo tak się składa, że jest chłopakiem.
            - Co ty tu robisz? I jak tu wlazłeś? – zapytałam Jamesa, wychodząc z łazienki.
            - Oknem – odparł, przyglądając mi się. – Marlena poszła do Sowiarni – dodał.
            - Oknem? Jak to oknem? – zapytałam, nadal tkwiąc przy moim pytaniu.
            - Najnormalniej w świecie. Wleciałem – powiedział, wskazując na miotłę opartą o szafę.
Zamrugałam. Damskie dormitorium, to było jedyne miejsce w Hogwarcie niezdobyte przez Huncwotów. Do tego momentu.
            - To… świetnie – mruknęłam, przypominając sobie o tym, że jestem prawie nago. – A po co tutaj wleciałeś? – zapytałam, nerwowo przytrzymując ręcznik.
            - Żeby zobaczyć twoją sukienkę – odparł beztrosko.
            - Nie mogłeś poczekać? – zapytałam napastliwie.
Boże, co on sobie myślał? Włamywać się do damskiego dormitorium, żeby obejrzeć sukienkę? Czy on myśli, że jestem głupia?
            - Chodzi mi o kolor, nie wiem na jaki odcień Remus ma zaczarować krawat – powiedział, podchodząc bliżej.
            - Czasami mam wrażenie, że któryś z waszych nieudanych żartów, spowodował u ciebie jakieś lekkie problemy z głową – odparłam. – Nie pomyślałeś, że ja mogę to zrobić? Jak już się spotkamy?
James lekko rozchylił usta.
            - Być może – odparł po chwili zastanowienia. – Ale dla takich widoków… Było warto – dodał otwierając okno. – Widzimy się za godzinę.
Weszłam do łazienki, kręcąc głową. Czasami mam wrażenie, że on nigdy nie wydorośleje…


***


            - No i widzisz, tak to wygląda – szepnęłam do Marleny.
Lochy wyglądały, cóż, całkiem nie jak lochy. Profesor Slughorn naprawdę się postarał!
Jakoś udało mu się usunąć ten dziwny, wilgotny nalot na kamiennych ścianach. W łukowatych oknach rozwiesił ciężkie, aksamitne zasłony, w jakże typowym dla Slytherinu, zielonym kolorze. Po pomieszczeniu kręcili się odziani w wieczorowe szaty kelnerzy, proponujący gościom przeróżne przysmaki oraz drinki.
Jednak jeszcze ciekawsze było towarzystwo. W jednym pokoju znajdowali się najlepiej zapowiadający się uczniowie i/lub ci z odpowiednimi koneksjami.
Oraz mnóstwo znanych osobistości! Slughorn wychował sobie naprawdę sporą gromadę znanych osób.
Był świetnie zapowiadający się pisarz – Terry Guy, znany zawodnik quidditcha – Ernest May, wokalistka Fatalnych Jędz, zastępca Ministra Magii, dyrektor Świętego Munga, oraz wielu, wielu znakomitych gości.
Którzy oczywiście rozmawiali między sobą, oraz profesorem, a nas, czyli uczniów ignorowali.
Zawsze tak jest!
Dlatego zwracałam główną uwagę na jedzenie.
            - Nudy – stwierdziła Marlena, po zjedzeniu trzeciej tartaletki i popiciu jej szampanem. – Myślałam, że wydarzy się coś ciekawszego…
            - Taa – mruknęłam, pożerając kawałek najlepszej chałwy z Miodowego Królestwa. – Ale jedzenie świetne.
James zaśmiał się głośno.
            - Stwierdzam fakty – powiedziałam naburmuszona.
I o mało nie oplułam się wpychaną kolejną słodkością, gdy zobaczyłam ponurego Severusa Snape’a z uwieszoną na jego ramieniu Jane McClusky.
Paranoja!
            - Ooo – powiedział James, poważniejąc. – Rzuciła Petera i przerzuciła się na Snape’a? Coś tu śmierdzi i nie twierdzę, że Smarkerus…
Westchnęłam i odwróciłam się od mojego byłego przyjaciela, oraz jego szczurowatej partnerki.
            - Nie wiem o co w tym wszystkim chodzi – powiedziałam. – Najpierw molestuje cię na oczach całej szkoły, później chodzi z Peterem, a teraz kręci się ze Snapem. To nie na moją głowę…
            - To ona? – zapytał Marlena. – Można powiedzieć, że znajduje sobie doborowe towarzystwo – skomentowała, widząc, że podchodzą do Avery’ego i jego ślizgońskiej partnerki.
            - Chodźmy stąd – mruknął James i skierował się w stronę okien.
Złapałam z tacy przechodzącego kelnera kawałek ciasta i udałam się za chłopakiem.


***


Wieczorek u Slughorna skończył się tańcami. Tak, tańcami! Których nikt nie chciał tańczyć, więc królem parkietu został profesor oraz wokalistka Fatalnych Jędz.
            - Nie było tak źle, jak zazwyczaj – zauważyłam.
            - Bo w końcu poszliśmy razem – odparł James.
            - Oj tam – westchnęłam.
Było już dobrze po dwudziestej drugiej. Czyli cisza nocna. Ale oczywiście profesor Slughorn w ogóle się tym nie przejmował.
            - Ale wkurzające było to wypytywanie o mojego dziadka – powiedziała Marlena. – Był mistrzem eliksirów, ale przecież nie żyje! Ile można opowiadać o zmarłej osobie? Slughorn jest nietaktowny…
Mruknęłam coś i wsłuchałam się w rytm naszych kroków. Och, po prostu byłam wykończona! Ile można chodzić w butach na obcasach?
            - Wiecie… - zaczęłam, ale przerwała mi czyjaś ręka na ustach.
Na szczęście Jamesa. Nie wiem, czy jakąś inną bym zdzierżyła.
            - Cii – wyszeptał, zatrzymując nas.
Stanęliśmy i zaczęliśmy nasłuchiwać.
            - … mówię ci, zdobędziesz tą swoją przyjaciółeczkę z powrotem! Już dzisiaj wydawała się być o ciebie zazdrosna… Patrzyła się wzrokiem bazyliszka, mówię ci Snape! Parę dni poudajemy i znowu będzie twoja.
Och, przesłodka Jane McClusky! Jakże by inaczej…
            - Wątpię – odparł ktoś nosowym głosem. 
No dobra, nie ktoś tylko Snape.
            - A ja wtedy zajmę się Potterem. Jest kapitanem drużyny, będę do niego o wiele bardziej pasować, niż ta ruda paskuda!
Ja jej dam rudą paskudę!
            - Potter nie zrezygnuje z Evans dla ciebie – zaśmiał się Snape. – Musiałabyś na niego rzucić Imperio, żeby na ciebie spojrzał, McClusky… Nigdy więcej mi tego nie proponuj – dodał.
Usłyszeliśmy szuranie, tak typowe dla Snape’a.
            - Zabiję – wyszeptałam, wychodząc zza rogu. – I ani ty, ani ty, mnie nie powstrzymacie! – zawołałam do Jamesa i Marleny, stając naprzeciwko Jane.
            - Fajnie się knuło z moim byłym przyjacielem? – zapytałam dziewczynę.
            - O czym ty mówisz, Evans? – odparła słodkim głosem.
Gdy ktoś zwraca się do ciebie takim ociekającym słodyczą głosem – wiedz, że coś się dzieje.
            - Nie udawaj, Jane – odparłam znudzonym tonem. – Serio zastanawiałaś się nad tym Imperio? Czy do twojego małego móżdżku dochodzi fakt, że jest to prawnie zakazane?
Marlena parsknęła, a James patrzył na brunetkę z odrazą.
            - Ale ja tylko… - zaczęła trzęsącym się głosem. – Chciałam być popularna! – zawołała i zaczęła płakać.
            - Chodźmy stąd – powiedział zniesmaczony James.
Ruszyliśmy w stronę Wieży Gryffindoru.
            - To było dziwne – stwierdziła Marlena, gdy dotarliśmy na siódme piętro. – Zostawię was samych – dodała, gdy weszliśmy do pustego Pokoju Wspólnego.
Usiadłam na kanapie i spojrzałam na bruneta.
            - Więc – zaczęłam. – Co to w ogóle było?
            - Nie mam pojęcia, Lily – odparł James. – Wiem tylko, że Snape mnie dobrze zna. W życiu nie zrezygnowałbym z ciebie, dla jakiejkolwiek innej dziewczyny.
No i stało się. Roztopiłam się. To było słodkie.
            - Myślisz, że jeszcze będzie czegoś próbować? – zapytałam, przytulając się do Jamesa. – Wie, że wiemy – dodałam.
James zaczął się trząść. Najpierw pomyślałam, że to jakiś atak. No i może był to atak. Śmiechu.
            - Nie będzie niczego próbować – stwierdził i pocałował mnie.
            - Więc mamy ją z głowy? – zapytałam, nadal niepewna.
            - Tak – odparł James.
I była to najprawdziwsza prawda. Mieliśmy ją z głowy.
Ponieważ następnego dnia rano, Jane McClusky, Puchonka o szczurowatym wyrazie twarzy, została znaleziona martwa.



***

Właśnie wybiło 10 tysięcy wyświetleń bloga... Dziękuję!!

3 komentarze:

  1. ale jak to ... martwa ? :O intrygujesz mnie !!!

    OdpowiedzUsuń
  2. Wow, wow... wow, co tu sie dzieje? Taki suprajs mada faka serio zaskoczenie ogromne xD Jily tacy iuhfuhfujiusjduhdzefbzg *----------* kocham ich i ten mój arystkokratyczny prostak jego też kocham :* tak więc czekam na next xx

    OdpowiedzUsuń
  3. Gratuluje 10 tysięcy wyświetleń. Rozdział był świetny. Jestem ciekawa kto i dlaczego ją zabił ?
    Gabriela Black

    OdpowiedzUsuń

Uwaga: tylko uczestnik tego bloga może przesyłać komentarze.