środa, 6 maja 2015

Rozdział 20



Myliłam się. 
Przyznaję! Myślałam, że związek z Jamesem nic nie zmieni w moim uporządkowanym życiu. Oczywiście oprócz tego, że je cudownie dopełni.
Jednak zupełnie, ale to zupełnie, się myliłam.
Bycie z kimś wcale nie jest takie łatwe, jak to pokazują w tych przesłodzonych serialach, które tak namiętnie ogląda Petunia, ani w tych książkach, które Dorcas z Marleną czytają.
Trzeba akceptować drugą osobę ze wszelkimi jej zaletami. Ale i wadami. Co nie zawsze jest proste. Bo jeżeli twój chłopak uwielbia quidditcha, a ty nie, to cóż, macie problem.
My, mieliśmy problem.                                           
Byliśmy ze sobą ledwie cztery dni, kiedy się objawił.
            - Czemu masz treningi akurat wtedy, kiedy mam wolny czas, który moglibyśmy spędzić razem? – zapytałam pewnego popołudnia, gdy dogoniłam mojego chłopaka, kierującego się z miotłą na błonia.
            - Lily, nie przesadzasz? Spędziliśmy wczoraj razem wieczór – odparł James, spoglądając na mnie z roztargnieniem. – Wiesz, że to ostatni rok, gdy mogę pokazać co umiem. Zapisać się w szkolnych annałach… To dla mnie ważne – dodał, zatrzymując się i spoglądając mi głęboko w oczy.
Westchnęłam ciężko.
            - To może poobserwuję wasz trening? A później pójdziemy na spacer? – zaproponowałam.
Twarz Jamesa rozświetliła się od uśmiechu.
            - To jest doskonały pomysł!
Każdy problem (i to tak błahy) da się rozwiązać.


***


Jak się okazało, oglądanie treningu quidditcha może być całkiem zabawne. Oczywiście, o ile ma się za chłopaka kapitana, który nie musi trenować łapania znicza, bo twierdzi, że jest „niepokonany”. I tylko pokrzykuje na resztę drużyny.
            - Łapo, podawaj do Meadowes! – wrzasnął James z trybun, do lecącego z piłką (kaflem? Co za różnica…) Syriusza.
            - Chyba dobrze grają – zaryzykowałam.
James spojrzał na mnie z niedowierzaniem.
            - Dobrze? Doskonale! Rozgromimy Slytherin – zapewnił. – Widzisz tego nowego z numerem piątym na plecach? To pałkarz, chroni zawodników przed zarobieniem tłuczkiem.
            - Ach – westchnęłam. To po to oni są! Ale po co te tłuczki? – A tłuczki są po co?
            - Żeby utrudniać przeciwnikowi grę – odparł James. – Strasznie boli takie stłuczenie po dostaniu tłuczkiem.
            - Znasz to z autopsji? – zapytałam ciekawa.
Bo gdybym dostała czymś takim, to nigdy więcej nie zagrałabym w taką grę.
            - W rękę, była złamana – powiedział, prostując przed sobą prawe ramię.
            - Też miałam złamaną rękę – odparłam, ciesząc się z tego, że coś takiego nas łączy. Wiem, jestem dziwna… - Jak miałam dziewięć lat przewróciłam się na wrotkach. Wpakowali mi rękę w gips na całe trzy tygodnie!
            - Trzy tygodnie? – zapytał James z niedowierzaniem. – Matka wyleczyła mi ją przez noc…
Przewróciłam oczami.
            - Wiesz, mugole potrafią różne rzeczy, ale medycyna nie zawsze jest tak szybka, jak w przypadku magomedycyny – odparłam, opierając głowę na ramieniu bruneta.
Było zadziwiająco niewygodne.
            - Ochraniacze – wyjaśnił, gdy spróbowałam przyjąć jakąś wygodniejszą pozycję.
            - To już się nie mogę doczekać, kiedy je zdejmiesz – powiedziałam, na co James uniósł brew.
No, i zdałam sobie sprawę z tego, co powiedziałam.
            - W sensie… Nie o to mi chodziło! – powiedziałam, rumieniąc się.
            - Rozumiem – odparł, obejmując mnie ramieniem. – Nie martw się, nie będę cię do niczego pośpieszał. W końcu nie chcemy wpaść, prawda? – zapytał z uśmiechem.
Dobra, nie wiem co było w tym zabawnego. Ja w żaden sposób nie mogłam mu odpowiedzieć uśmiechem. Chyba, że bardzo, ale to bardzo wymuszonym. I nerwowym.
            - To nie ma jakiś czarodziejskich prezerwatyw? – wypaliłam.
Ja i mój za długi jęzor.
            - Czego? – zapytał James.
No to się wkopałam. Weź wytłumacz facetowi, co to jest prezerwatywa. Nie umierając z zażenowania.
            - No – zaczęłam. – To takie, ekhm, coś. Co facet zakłada, no, on to zakłada, hm. Tam – powiedziałam, nerwowo gestykulując i męcząc się okropnie. – I to zapobiega niechcianym ciążom. Nie wiem, czy rozumiesz, ale…
            - Chyba rozumiem – odparł James, o dziwo, lekko się rumieniąc.
HA! Wcale nie jest taki wyluzowany w tych sprawach! To dobrze. Nie chciałabym być jedyną, w naszym duecie, która się rumieni i czuje okropnie zażenowana.
            - To dobrze – powiedziałam, ciesząc się z tego, że nie muszę tego powtarzać.
            - To gdzie można coś takiego kupić? – zapytał, na co się zakrztusiłam.
Śliną. O Boże.
            - Że? Uch, w mugolskich aptekach – odparłam.
Dobrze, że w okolicy nie ma takowej. Nie wiem czemu, ale miałam dziwne przeczucie, że poszedłby żeby to kupić.
            - Sprytni ci mugole – stwierdził James, zamyślając się.
Mruknęłam coś i znowu utkwiłam wzrok w boisku. Syriusz jak zwykle popisywał się, a Dorcas próbowała mu odebrać kafla. Nowy obrońca, Tommy Jones, bronił prawie każdą piłkę, którą posyłał mu Syriusz. Lub Dorcas. Jak w końcu udawało jej się odebrać tego kafla.
James spojrzał na zegarek i głośno zagwizdał.
            - Koniec! Byliście świetni! – zawołał i spojrzał na mnie. – To co, spacer?


***


Jak się okazuje, spędzanie czasu sam na sam z chłopakiem, jest dosyć ciekawe. Dobra, wcześniej przesiadywałam z Severusem. Jednak to coś zupełnie innego… Przecież w towarzystwie Severusa, nie miałam tych wszystkich, zabawnych objawów, jakie miałam przy Jamesie.
Ilekroć na mnie spojrzał (James, a nie Severus), serce biło mi mocniej. Przepełniało mnie zupełnie niewytłumaczalne szczęście, i czasami, o zgrozo, chciało mi się śpiewać. A serio, lepiej żebym nie śpiewała…
Właściwie, byłam ciekawa, czy ja jakoś na niego oddziaływuję. Oczywiście, nie w ten, wiadomo jaki sposób.
            - Ładnie pachniesz – powiedział, gdy przytuliłam się do niego dość mocno, podczas co chwilowego postoju na pocałunek.
            - Dziękuję – odparłam, ucieszona tym, że lubi moje perfumy. Albo szampon do włosów. Lub odżywkę. No, nieważne.
Staliśmy tak pod tym drzewem, ciasno przytuleni i myślałam, jak to dobrze, że jest tak strasznie uparty. Oczywiście, wcześniej uznawałam to jako jego główną wadę. Tę oślą upartość. Ale teraz, hu! To zdecydowanie zaleta.
            - Cieszę się, że nie zrezygnowałeś – powiedziałam. Jednak widząc jego nierozumiejący wzrok, dodałam: - Ze mnie.
            - Ach – westchnął, w końcu rozumiejąc o co mi chodzi. – A było blisko…
Że co?!
            - Słucham? – zapytałam, głupim, piskliwym głosem.
James uśmiechnął się.
            - Żartuję.
Kretyn!


**
*

Październik mijał nam naprawdę spokojnie. Wszystko jakoś tak płynęło, układało się idealnie, bez problemów.
A może to tylko chodziło o to, że w końcu byłam tak naprawdę szczęśliwa?
I to szczęście, dawało mi siłę, aby stawiać czoła wszelkim przeciwnościom losu? Których znowu nie było aż tak dużo. Nauka szła mi tak jak zwykle, obowiązki prefekta nie sprawiały mi problemów, miałam najprzystojniejszego chłopaka w szkole, świetne przyjaciółki.
Beztroska i spokój.
Ale każdy spokój, można zakłócić…
Drgnęłam, gdy drzwi od naszego dormitorium głośno trzasnęły. Okazało się, że to Dorcas walnęła nimi z całej siły. Okropnie płacząc. Oho. Kłopoty.
            - Dor, co się stało? – zapytałam, siadając na dorcasowym łóżku, obok szlochającej przyjaciółki.
W życiu nie widziałam, żeby Dorcas aż tak płakała! Musiało się stać coś naprawdę strasznego. Tak rozpaczała tylko po śmierci taty.
            - Hej, Dor – mruknęłam, dotykając jej wstrząsanych płaczem, pleców. – Chcesz chusteczkę? – zapytałam, podsuwając jej jednorazówkę.
Czarnowłosa głośno wydmuchała nos i spojrzała na mnie zza szopy kręconych włosów.
            - Całował się z inną! – krzyknęła i znowu zaczęła płakać.
Zmarszczyłam czoło w dezaprobacie. Oczywiście, wiedziałam o kim mówi. O tej przeklętej wszy, Syriuszu Blacku.
Jednak musiałam coś ustalić.
            - Dorcas, ale wy jesteście parą? – zapytałam. – Bo, jeżeli nie… To, hm, to może się całować z kim chce.
Dorcas spiorunowała mnie wzrokiem.
            - Nie jesteśmy, ale myślałam… Że bee-ędziemy! – zawołała, rzucając mi się w ramiona.
I masz babo placek. Tak się kończy zadawanie z taką zakałą męskości, jaką niewątpliwie jest Black.
            - Och, Dorcas – wyszeptałam, mocno przytulając przyjaciółkę.


***


Czarnowłosa szybko zasnęła, po tej wyczerpującej rozpaczy. A ja, wolno obracając różdżkę w palcach, skierowałam się do męskiego dormitorium.
            - Mogę? – zapytałam, uprzednio pukając.
Wolałabym nie trafić na moment, gdy na przykład, któryś z lokatorów przebierałby się, lub robił coś innego, co wiązałoby się z widokiem czyjegoś tyłka, czy innej części ciała.
            - Lily – powiedział ucieszony James, wstając z łóżka.
Rozejrzałam się ciekawie po dormitorium, okropnie zasyfionym i zawalonym zbędnymi rzeczami.
            - Gdzie jest ten padalec? – zapytałam wojowniczo.
James szybko zamrugał. Ej, chyba nie pomyślał, że mówię o nim? No, przecież wtedy nie pytałabym w trzeciej osobie. Umiem odmieniać.
            - Chodzi mi o Syriusza – wytłumaczyłam, gdy z wahaniem wyciągnął do mnie rękę.
            - Aa, o Syriusza – rozluźnił się, przyciągając mnie do siebie. – Kąpie się – dodał.
Uśmiechnęłam się lekko (oczywiście nie na myśl o Syriuszu pod prysznicem, fu!) i skorzystałam z chwili sam na sam. Bo reszta Huncwotów, oraz Frank, gdzieś przepadli.
Przytuliłam się do Jamesa i tonem skrzywdzonego dziecka, powiedziałam:
            - Syriusz zranił Dorcas… Więc ja zranię jego.
No dobra, dzieci tak nie mówią. Dzieci nie chcą ranić innych. Raczej. A ja miałam wielką ochotę rzucić na Blacka jakieś paskudne zaklęcie.
            - Co znowu zrobił? – zapytał James, po uprzednim, ciężkim westchnięciu.
            - Całował się z kimś, a Dorcas na nim zależy. Myślałam, że jemu też na niej zależy… - odparłam, siadając na łóżku bruneta, jednak wcześniej dokładnie lustrując je wzrokiem. Wolałabym się nie natknąć na brudne skarpetki, czy coś równie nie fajnego. 
            - Przecież zależy! – krzyknął James.
Hm, no dobra. Świetnie to okazał…
            - Taa – mruknęłam. – Wiesz, że będę musiała go skrzywdzić, prawda?
James przewrócił oczami.
            - Myślę, że lepiej będzie, jeżeli nie zostaniesz mścicielką – odparł. – Powinni porozmawiać. Tak jak my. Wiesz kiedy – dodał.
Subtelnie przypomniał mi o tym, że całował się z inną. A ja w zamian z Syriuszem. Bleh! Że też musiał takie brudy wyciągać!
            - Uch, wiem – wyszeptałam.
Kiedy to James Potter stał się głosem rozsądku? A ja, cóż. Głosem zemsty?
            - O Boże, oczy mi wypaliło! – zawołałam, gdy zobaczyłam czarnowłosego, który wyszedł z łazienki. Dla uściślenia, w samym ręczniku.
Cóż za szkaradny widok!
            - Rudzielec? – zapytał Syriusz. – Nie możesz znieść widoku mojego zabójczego torsu, dlatego zasłaniasz oczy?
Jeżeli zapadniętą klatę, z trzema włosami, można nazwać zabójczą, to tak!
Nie, no, dobra! Przyznaję! Nie było tak źle.
            - Wolę nie oglądać czegoś takiego po kolacji, bo jeszcze zwrócę – odparłam, gdy odsłoniłam oczy. Które teraz mi zakrył James. No ładnie.
            - Łapo, ubierz się – powiedział. – W kiblu! – dodał, wrzeszcząc.
Syriusz uchachany jak idiota, wrócił do łazienki.
            - Merlinie, wy tak często łazicie w samych ręcznikach po dormitorium? My ubieramy się w łazience – powiedziałam zażenowana.
            - Nie, tylko Syriusz – odparł James. – Więc jak ci się podoba nasz pokój?
Rozejrzałam się i wzruszyłam ramionami.
            - Moglibyście czasami posprzątać – stwierdziłam, przyglądając się, podejrzanie wyglądającemu stosowi ubrań, książek, oraz taak, chyba pod tym wszystkim stała klatka Hadesa.
            - Ubrałem się – obwieścił Syriusz, ukazując się nam w czarnych dżinsach i szarej koszulce. – Co tu robisz?
            - Przyszłam cię znokautować – odparłam beztrosko i spojrzałam na Jamesa. – Ale on mnie powstrzymał – dodałam, wskazując oskarżycielsko na chłopaka.
            - Ach, tak – powiedział Syriusz, ostrożnie zbliżając się do nas. – A z jakiego powodu, chcesz mnie skrzywdzić?
            - Bo złamałeś Dorcas serce – odparłam okrutnie.
I to chyba była prawda. To było okrutne. Black się lekko zachwiał i spojrzał na mnie ze zdziwieniem.
            - Jak to?
            - Całowałeś się z jakąś… Nie wiem kim, bo Dorcas tego nie zdradziła. Pewnie nawet nie wiedziała jak się nazywa, bo ciągle je zmieniasz – odparłam, zastanawiając się, czy wargi Syriusza mogą być czymś zainfekowane.
Bo niestety, ale moje się z nimi zetknęły. Co prawda, na jakieś sześć sekund, ale to chyba wystarczy, żeby złapać jakiegoś syfa! Ble. O fu. I mogłam tym zarazić Jamesa! A on ma takie ładne, miękkie wargi.
            - Czy ty mnie słuchasz? – zapytał, przerywając moje rozmyślenia o ustach mojego chłopaka. No tak, coś mówił.
            - Przepraszam, zamyśliłam się – odparłam i na niego spojrzałam. – To co mówiłeś?
            - Z nikim się nie całowałem – powiedział dobitnie podkreślając „nie”. – Dorcas musiała się pomylić.
Westchnęłam. Czy on ma mnie za głupią?
            - To gdzie dzisiaj byłeś? – zapytałam, szukając pomocy u Jamesa.
            - Właśnie, Łapo, gdzie byłeś? – zapytał James.
            - Byłem w b… - powiedział tak, że nie usłyszałam.
            - W b, co? – zapytałam.
            - Cholera! W bibliotece, ok?! – zawołał.
Spojrzeliśmy na siebie z Jamesem i najnormalniej w świecie, wybuchliśmy śmiechem.
            - To dobre, Black! – zawołałam, ocierając łzy z oczu. – I co tam robiłeś? Może czytałeś książki? – zapytałam i jeszcze głośniej się zaśmiałam.
            - Żebyś wiedziała – wyburczał. – Tylko nie książki, a mugolskie czasopisma – dodał i wyciągnął coś spod łóżka.
            - To Hogwart prenumeruje „Motocykle”? – zapytałam, ze zdziwieniem spoglądając na pismo. – Ale i tak to kiepskie alibi. Bo w takim razie, kogo widziała Dorcas? Chyba, że masz złego brata bliźniaka… - dodałam kpiąco.
James głośno wciągnął powietrze.
            - Regulus – powiedział, patrząc na Syriusza.
Syriusz pacnął się w czoło i krzyknął:
            - No, jasne! Rogaczu, jesteś genialny!
No, dobra. James nie jest głupi. Ale od razu genialny? Ekhm, nie to, że nie doceniam intelektu mojego faceta, no ale. Geniuszem to on nie jest.
            - Kto to jest Regulus i czemu w tajemnicy chodzisz do biblioteki? – zapytałam.
            - Regulus to mój młodszy brat. Nie pamiętasz, kiedyś ci o nim wspominałem… Jest w drużynie Slytherinu w quidditcha, dostał się w tym roku – powiedział Syriusz.
Jeżeli jego brat jest Ślizgonem i w dodatku zawodnikiem quidditcha, to nie było się czemu dziwić. Nie znam zbyt wielu Ślizgonów, a tym bardziej zawodników.     
            - A Łapa z Regulusem są bardzo podobni – dodał James.
Skinęłam głową.
            - Jestem skłonna w to uwierzyć. Ale musisz to jakoś udowodnić Dorcas… Naprawdę bardzo to przeżyła – odparłam, i spojrzałam na otwierające się drzwi.
            - Cześć Lily – powiedział Remus, w ogóle nie zaskoczony moim widokiem w męskim dormitorium. – Co słychać?
            - Hej, Remusie, aa nic takiego, przyszłam z planem zabójstwa, a skończyło się na pogawędce – odparłam, na co blondyn uniósł brwi.
            - Niech zgadnę, James zrobił coś głupiego?
            - Ej! – krzyknął  brunet. – Nic nie zrobiłem! To Syriusz! Ale okazało się, że on też nic nie zrobił…
            - Nieważne, Remusie – powiedziałam i wstałam z łóżka. – Idę zobaczyć czy Dorcas się przypadkiem nie obudziła. Widzimy się na śniadaniu – dodałam, pocałowałam Jamesa w kącik ust i skierowałam się do damskich dormitoriów.


***


Nie spotkaliśmy się na śniadaniu, bo najzwyczajniej w świecie, zaspałyśmy. Wszystkie. Co nie zdarza się często, biorąc pod uwagę to, że w naszym dormitorium mieszkają trzy kujony. Oraz jeden śpioch.
            - Jak to się stało? – zapytałam, gdy biegłyśmy po schodach.
Co wcale nie jest takie proste, z torbą pełną książek i majtającym się na wszystkie strony niezawiązanym krawatem, oraz w nowych butach.
            - Żadna z nas nie nastawiła budzika – odparła zdyszana Marlena.
No właśnie i tak to bywa, gdy się jest nieuprawiającym sport kujonem. Przebiegnie się cztery piętra i jest się zdyszanym jak… Hm, no po prostu zmęczonym.
            - Myślicie, że to jest dobry pomysł…? – zapytała Alicja.
Ale już się stało. Pociągnęłam za klamkę od klasy do Transmutacji. I z rozwianym włosem i ciężkim oddechem stanęłam w progu.
            - Panna Evans… - mruknęła profesor McGonagall. – Jest i panna Meadowes, Taylor oraz McKinnon. Wszyscy jesteśmy ucieszeni, że łaskawie nas panie zaszczyciły swoją obecnością. Proszę usiąść, a po lekcji ustalimy szczegóły szlabanu – dodała, patrząc na nas surowo.
Czerwona jak burak usiadłam na swoim miejscu. Beznadziejny początek, okropnego dnia.


***


            - Więc to jest Regulus? – zapytałam Jamesa podczas obiadu.
Siedzieliśmy przy stole, przy którym panowała napięta atmosfera. Dorcas w jakimś przedziwnym odruchu zaczęła flirtować z Remusem (!!), a Syriusz siedział wkurzony.
            - Taa – mruknął James, pożerając gigantyczną porcję jakiegoś tłustego mięsa.
            - Przystojny – zauważyłam, przyglądając się chłopakowi.
W gruncie rzeczy, był całkiem podobny do Syriusza. Ciemne włosy, nonszalancko opadały na łuki zamaszystych brwi, prosty nos, wydatne usta i blada karnacja. Trudno mi było ocenić jego sylwetkę, bo siedział przy stole, ale dałabym sobie różdżkę złamać, że jest tak samo, albo prawie, wysoki jak starszy z rodu Blacków.
            - Że co? – zapytał James, patrząc prosto na Ślizgona. – W którym miejscu on jest przystojny? Przecież nie jest przystojniejszy ode mnie...
            - Nie powiedziałam, że jest przystojniejszy od ciebie, tylko że jest przystojny. Może się podobać dziewczynom - zawyrokowałam.
Zdecydowanie marnował się przy stole Slytherinu. Bo która normalna Gryfonka, Krukonka, lub Puchonka chciałaby mieć za faceta Ślizgona? Żadna. Dlatego Ślizgon zawsze wiąże się ze Ślizgonką. To moja teoria ich czystej krwi. Po prostu nikt inny ich nie chce, dlatego muszą znajdywać sobie partnera/kę z tego samego domu. I dzięki temu mogą się szczycić swoją „czystością”… Palanty.
            - O kim mówicie? – zapytała Marlena.
            - O Regulusie, bracie Syriusz. To ten, o tam! – powiedziałam, wskazując głową.
Paluchem było by niegrzecznie… Zaciekawiona blondynka spojrzała w stronę stołu Slytherinu.
            - Przystojny – westchnęła.
Spojrzałam na Jamesa z uśmiechem.
            - Widzisz? Marlena się ze mną zgadza – powiedziałam, triumfalnie się uśmiechając.
James wymamrotał coś pod nosem (zapewne zaprzeczał faktom) i wrócił do jedzenia.
            - Dor – wyszeptałam. – Widziałaś już Regulusa, brata Syriusza? – zapytałam.
Czarnowłosa zmarszczyła czoło w zamyśleniu i wzruszyła ramionami.
            - Nie, a co?
            - To spójrz – odparłam, i wskazałam na chłopaka.
Gdy Dorcas go w końcu zauważyła, głośno wciągnęła powietrze i zrobiła się blada.
            - Chyba niepotrzebnie tak rozpaczałaś – wyszeptałam.
Szkoda, że już zdążyła wszystko zepsuć. Syriusz Black, właśnie wychodził z Wielkiej Sali z całkiem niezłą blondynką…


***

Nananana! Witam, w tym pięknym, deszczowym dniu! Był to dzień radosny - dostałam się na praktyki!! Łiii ;) Także to co pisałam pod poprzednim rozdziałem jest aktualne - rozdziały będą ukazywały się rzadziej. Oczywiście, w miarę możliwości będę dodawać, tak jak dzisiaj - spontanicznie ;)

3 komentarze:

  1. Cudowny rozdział, lily i james normalnie ach... kocham ich ;) mam nadzieje ze dor uda sie wyjasnic sprawe z syriuszem, to moj drugi ulubiony parring xd. Weny weny weny :) pozdrawiam
    Zaczarowana ❤

    OdpowiedzUsuń
  2. Rozdział świetny. Lily i James nareszcie są parą i już się nie kłócą. No nie jak Dor mogła pomylić Regulusa z Syriuszem. Wiem że są podobni i to bardzo ale Łapa jest 1000000razy przystojniejszy. Ciekawe kim była ta blondynka może to jakaś kuzynka albo przyjaciółka Łapy.
    Pozdrawiam i gratuluję dostania się na praktyki.
    Gabriela Black

    OdpowiedzUsuń
  3. Ale był suprise kiedy zobaczyłam datę dodanego rozdziału xD I gratuluje dostania się na praktyki :D Co do Regulusa to naprawdę go lubię i ciesze się że zawitał w opowiadaniu :) Jily tacy słodcy a Jim zazdrosny <3 wielbie ich ;) a jeżeli ich zabijesz to znajde cie i potraktuje avadą xDD tak więc see u later xx

    OdpowiedzUsuń

Uwaga: tylko uczestnik tego bloga może przesyłać komentarze.