poniedziałek, 4 maja 2015

Rozdział 19



Dwa tygodnie dzielące nas od wyczekiwanego wyjścia do Hogsmeade minęły mi jak we śnie. I były cudowne.
Prawie nie zauważałam coraz krwawszych ataków na czarodziejski świat.
Unosiłam się w powietrzu, niczym bardzo puchata chmurka, przez którą przebijały świetliste promienie słoneczne. Byłam niczym dobrze poczochrany pies, lub opity mlekiem kot – zadowolona z życia jak jeszcze nigdy.
I miałam do tego parę niezłych powodów.
Więc czemu miałoby mnie interesować to, co się działo poza Hogwartem? Przecież byłam w szkole! Zupełnie nie powinno mnie interesować to, co się działo poza murami, chronionymi dzięki paru, potężnym czarom.
Miałam grono oddanych przyjaciół.
Nauka szła mi wprost wyśmienicie.
Oraz miałam chłopaka – nie – chłopaka.
Wyjaśniając – nie, nie byliśmy w związku. Jeszcze.
Randka wydawała się tylko formalnością, czymś co tylko miało nas utwierdzić w przekonaniu, że jesteśmy dla siebie stworzeni.
Tylko, że my już to wiedzieliśmy.
Więc przed randką zaczęliśmy intensywnie ćwiczyć…


***


            - Muszę wracać do dormitorium – wyszeptałam, odrywając się od gorących ust Jamesa.
Byliśmy w Sowiarni. Zawędrowałam tam w wiadomym celu – chciałam wysłać list do rodziców. Po drodze, zupełnie przypadkowo spotkałam Jamesa, który jakże miło zaproponował mi użyczenie Hadesa.
Więc wylądowaliśmy w Sowiarni, która o tej porze była przyjemnie pusta (można było mieć pewność, że ptak nie narobi na głowę) i przeszliśmy do rzeczy.
Czasami zastanawiałam się, czy te spotkania, nie były jednak misternie zaplanowane przez bruneta… Jednak zaprzątało to moją głowę, tylko do momentu połączenia się naszych warg.
A usta Jamesa były wyjątkowo spragnione.
            - Odprowadzę cię – powiedział, gdy staliśmy przytuleni, patrząc sobie w oczy.
Prawdziwie idylliczny obrazek, prawda? W tamtej chwili, marzyłam żeby było już tak zawsze.
Jednak życie nie jest takie różowe. Czasami zdarzają się rzeczy, których się nie spodziewamy. Bo czy James w tamtym momencie mógł pomyśleć, że w przyszłości zdradzi go jeden z przyjaciół? Pewnie nie. Miał do nich zaufanie. Bo tego co się stanie, nikt nie mógł przewidzieć… A może mógł?


***


            - Jakie macie plany? – zapytałam.
Siedziałyśmy we czwórkę w naszym dormitorium i szykowałyśmy się. Chociaż może lepiej by brzmiało – szykowały mnie.
W końcu nadszedł ten dzień – 15 października. Druga randka. Druga szansa.
            - Randka z Frankiem – odparła Alicja, wiążąc mi włosy w wysoki kucyk. – Tak dobrze? – zapytała, pokazując mi lusterko.
            - Świetnie, dziękuję! – powiedziałam i spojrzałam na dziewczyny. – A wy co będziecie robić?
            - Pokręcimy się po sklepach – odparła Dorcas, zakładając czarne botki. – Marlena w życiu nie była w Hogsmeade, wyobrażasz to sobie?
            - Hm, tak – mruknęła Alicja, na co się roześmiałyśmy. – A co z Syriuszem?
            - A co ma z nim być? – odparła trochę najeżona Dorcas.
            - Nie zapraszał cię? – zapytałam, wprowadzona w sprawę.
W chwilach gdy się nie całowaliśmy, lub nie patrzyliśmy sobie w oczy, James coś do mnie mówił. Oczywiście mój zaaferowany mózg nie wszystko zapamiętywał, ale z całą pewnością zarejestrował coś o randce, Syriuszu i Dorcas.
            - Zapraszał, ale… Uch, jeszcze niedawno myślałam, że coś z tego może być. Ale przecież to Syriusz Black! Nawet jeżeli coś z tego wyjdzie, to pewnie na tydzień lub dwa… - powiedziała Dorcas.
Marlena pokręciła głową. Blondynka najchętniej wszystkich by swatała! Tak patrząc na mnie i na Pottera – prawie jej się udało…
            - Jak nie spróbujesz, to się nie dowiesz – powiedziałam odkrywczo.
Dziewczyny obrzuciły mnie niedowierzającymi spojrzeniami.
            - Przepraszam bardzo, ale czy to mówi Lily Evans, dziewczyna która odrzucała faceta przez dwa lat? – zapytała Alicja.
            - No właśnie. Więc kto lepiej ode mnie będzie to wiedział? – odparłam pokrętnie.
            - Nieważne – przerwała nam Dorcas. – Black to pies na baby, na pewno z jakąś idzie…
Spojrzałam znacząco na Alicję. Cóż, jak na razie jako jedyna miała dojście do pokoju Huncwotów…
            - Pójdę i się dowiem – wymamrotała.
Uśmiechnęłyśmy się z Marleną. Spojrzałam na Dorcas i jej wielką szopę włosów.
            - Dor, czeka cię czesanie…


***


Przejrzałam się w lustrze i nałożyłam świeżą warstwę błyszczyka. Gotowa!
            - Idę – powiedziałam do dziewczyn, które w ekspresowym tempie malowały i czesały podekscytowaną Dorcas.
Taak, okazało się, że Syriusz miał zamiar pokręcić się po wiosce z chłopakami. Więc nastąpiła mała zamiana. Marlena zastąpiła miejsce Syriusza przy Remusie i Peterze, a Syriusz miejsce Marleny przy Dorcas.
I takim oto sposobem wszyscy byli szczęśliwi i zadowoleni.
Spsikałam się ulubionymi perfumami i zrobiłam moje ćwiczenie przed – egzaminne.
Czyli, wdech – wydech, wdech – wydech, powtarzałam, schodząc po schodach.
Zobaczyłam go, stojącego przy wygaszonym kominku. Wyglądał naprawdę świetnie! Chociaż już od jakiegoś czasu, James Potter wyglądał jak dla mnie dobrze.
Ciemne spodnie doskonale podkreślały jego długie nogi. Czarna koszulka z nazwą jakiegoś nieznanego mi zespołu prezentowała się na nim imponująco. Albo to jego tors prezentował się imponująco, nie mogłam się zdecydować…
Okrągłe okulary jak zwykle zjechały mu na sam czubek nosa, a włosy wyglądały jak zwykle – były szaleńczo potargane. Wyglądały tak, jakby wystawił głowę z jadącego samochodu, a pęd pojazdu i wiatr, wyczarowały z włosów coś takiego. Nieokiełznanego.
Uśmiechnęłam się pod nosem, gdy zauważyłam, że spogląda na zegarek. I w końcu też w stronę schodów…
Uśmiechnął się i spojrzał na mnie z podziwem. To naprawdę miłe uczucie, gdy ktoś tak patrzy. Szkoda, że wcześniej tego nie zauważałam, zatopiona pomiędzy zakurzonymi tomiskami kolejnych ksiąg.
Zbiegłam ze schodów, w jednej ręce trzymając płaszcz, a w drugiej niedużą torebkę.
            - Cześć – powiedziałam, spoglądając mu w oczy.
Zastanawiała mnie ich barwa. Kiedyś myślałam, że są w kolorze nudnego orzecha włoskiego. Ale teraz, gdy patrzyłam z całkiem bliskiej odległości, widziałam też ciemniejsze i jaśniejsze plamki. Tworzyło to całkiem uroczy efekt.
            - Ślicznie wyglądasz – powiedział, lustrując moją sylwetkę.
Na początku myślałam, żeby założyć sukienkę. Druga randka do czegoś zobowiązuje, prawda? Ale praktyczna Lily doszła do głosu – było po prostu zimno. Połowa października, Szkocja, zimne wiatry, opady deszczu, te sprawy…
Dlatego założyłam dżinsy, całkiem nieźle podkreślające mój tyłek, oraz bluzkę w tym zabawnym stylu hippie.
            - Dziękuję – odparłam, rumieniąc się.
Mam nadzieję, że wdzięcznie, a nie tak, że tworzyły mi się nieestetyczne, czerwone placki…
            - Idziemy? – zapytał, gdy tak stałam i się na niego gapiłam.
            - Jasne – odparłam wesoło, w myślach wyzywając się od idiotek.


***


Pogoda nas nie rozpieszczała. Padał ulewny deszcz, który spowodował, że moje włosy po chwili zwisały w smętnych strąkach, a makijaż… Wolę chyba nie wiedzieć co się stało z tuszem do rzęs.
            - Czego się napijesz? – zapytał James, gdy weszliśmy do Trzech Mioteł i z trudem znaleźliśmy wolny stolik.
            - Piwo kremowe – odparłam. Gdy brunet odszedł od stolika wyciągnęłam z torebki lusterko i się załamałam. Wyglądałam jak zmokła sowa. Czy kura? W każdym razie, okropnie.
Ale właśnie dlatego lubię magię. Parę zaklęć może poprawić samopoczucie dziewczyny w stu procentach. Szybko się wysuszyłam, rozpuściłam włosy i poprawiłam makijaż. Dobrze, że była spora kolejka, przynajmniej nie przyłapał mnie przy próbie ratowania twarzy. I to dosłownie.
            - Proszę – powiedział, stawiając przede mną pełny kufel kremowego piwa. – Szybka jesteś – dodał, mając zapewne na myśli wszystkie poprawki, które uskuteczniłam.
            - Gdy mi zależy, to tak – odparłam.
Uznając, że lepszym zajęciem w moim przypadku będzie picie, niż mówienie, właśnie to uczyniłam.
            - Masz wąsy z piany – powiedział James, uśmiechając się.
Szybko starłam je serwetką i zaśmiałam się nerwowo.
            - Denerwujesz się? – zapytał, patrząc na mnie z rozbawieniem.
Oczywiście nie wiem co w tym było zabawnego – z mojej strony nic. Ale jeżeli cokolwiek ma z tego wyjść, trzeba być szczerym.
            - Strasznie się denerwuję – przyznałam się. – Czemu się śmiejesz? – dodałam, gdy zaczął się śmiać.
            - Nie żartujesz? – zapytał, widząc moją poważną minę. – Hm, to przepraszam. Tylko to jest takie dziwne! W życiu nie przypuszczałem, że Lily Evans może się przy mnie stresować…
Dawniej też bym tak nie pomyślała. James Potter wywołujący u mnie stres i nerwowe zachowanie? Pff, dawna Lily zaśmiałaby się kpiąco i popukała w czoło.
Ale już zdołałam ustalić, że dawna Lily przestała istnieć. Chociaż nie, była, ale gdzieś głęboko schowana. Chyba wreszcie nastąpił odpowiedni czas do zaprezentowania lepszej, doroślejszej wersji mnie. Zakochanej.
            - Zaraz się rozluźnię – zapowiedziałam. A przynajmniej miałam taką nadzieję. Bo to serio, było dosyć głupie. Przecież przy nim nie musiałam udawać innej osoby niż byłam, akceptował mnie ze wszystkimi moimi wadami. Trzeba przyznać, było one liczne.
            - Mamy coś zaplanowane, czy będziemy spontaniczni? – zapytałam, popijając kremowe piwo.
Jak powszechnie wiadomo, w piwie kremowym jest znikoma ilość alkoholu. W końcu piją go również trzynastolatkowie, a jak wiadomo – dzieci nie można rozpijać. Jednak czułam, że wypity napój powoduje u mnie dobry humor. A może chodziło o towarzystwo?
            - A co wolisz? – odpowiedział pytaniem na pytanie, James. – Jestem przygotowany na obydwie opcje.
            - Bądźmy spontaniczni – zdecydowałam i odstawiłam pusty kufel na stolik. – Wyjdźmy stąd, za dużo tu gapiów – dodałam wstając z miejsca i obrzucając siedzącą niedaleko, podsłuchującą Ślizgonkę, paskudnym spojrzeniem.
Ubraliśmy się w kurtki i wyszliśmy na mokrą ulicę. Deszcz przeszedł, ale zostawił po sobie ślady, w postaci licznych kałuż i skapujących kropli z drzew.
            - To śmieszne – powiedziałam, gdy szliśmy obok siebie i głowy większości mijających nas starszych uczniów, obracały się za nami. – Nie myślałam, że wywołamy aż takie zamieszanie.
            - Nadal jestem w sporym szoku, więc nie dziw się reszcie – odpowiedział James. Spojrzałam na niego ze zdziwieniem, ale zrozumiałam, że tylko żartuje.
            - Pójdziemy w okolice Wrzeszczącej Chaty? Jakoś nie miałam okazji dokładniejszego obejrzenia tego miejsca. Wiesz, że to podobno najbardziej nawiedzony dom w całej Szkocji? – zapytałam, jak zwykle sypiąc jakimiś nieistotnymi faktami, wyczytanymi z książek.
            - Taa, chodźmy tam – mruknął James, z tajemniczym uśmieszkiem.
Zeszliśmy z chodnika i skierowaliśmy się w te bardziej zabłocone tereny.
Do Wrzeszczącej chaty prowadziła urokliwa brzozowa aleja, jednak okropnie zabłocona.
            - Moje buty – jęknęłam, patrząc na swoje ulubione zamszowe botki.
            - Jak chcesz, to mogę cię zanieść – odparł James.
            - Co? Nie! – zawołałam, przerażona tą możliwością. Niezły obciach by był, gdyby się okazało, że jestem za ciężka… - Dobrze, że istnieje różdżka, inaczej byłby by do wyrzucenia.
Zaczęłam coś paplać bez sensu, o mugolskich sposobach czyszczenia obuwia, oraz innych głupotach.
            - Wygląda dosyć mrocznie – zauważyłam, gdy w końcu stanęliśmy przy niskim płotku, dzielącym nas od Wrzeszczącej Chaty. – Jestem ciekawa historii tego miejsca, kiedyś ten dom musiał wyglądać naprawdę dobrze. Lubię wiktoriański styl. Lubię też wiktoriańską literaturę, dosyć sztywna, ale całkiem niezła… - przerwałam, gdy zobaczyłam jak blisko mojej twarzy, jest jego.
            - Strasznie dużo gadasz – zauważył James. – Chcesz tam wejść?
            - Do środka? – zapytałam, szeroko otwierając oczy.
Czy on oszalał?
            - Jasne, już tam byliśmy z chłopakami. Nie ma się czego bać – odparł.
Że niby ja się boję?
            - Wejdźmy – zadecydowałam i szybko przelazłam przez płotek. – Idziesz? – zapytałam, gdy chłopak został za mną.


***


            - Sceneria jak z horroru – stwierdziłam.
Zwiedzaliśmy parter, który prezentował się całkiem przerażająco.
            - A co to jest horror? – zapytał brunet.
            - Taki gatunek filmowy – odparłam od razu, przyglądając się dziwnym śladom na resztkach tapety. – Zobacz, to wygląda jak ślady pazurów! – dodałam podekscytowana.
            - Ekhm, chyba tak – mruknął zakłopotany James.      
            - Pewnie jakieś dzikie zwierzęta się tutaj wdarły – wyjaśniłam, ten dosyć niecodzienny widok. No, ale to w końcu opuszczony dom. Z takimi zawsze jest coś nie tak. – Ciekawe co ma takie wielkie pazury… Bo przecież nie duch.
            - Może już wyjdziemy? – zaproponował chłopak. Spojrzałam na niego kpiąco.
            - Co Potter, strach cię obleciał?
            - Z całą pewnością, nic mnie nie obleciało, Evans – odparł, robiąc tą minę.
Taką dosyć seksowną. Ale co ja tam wiem? Nie za bardzo jestem obeznana w tym, co jest seksowne, a co nie.
            - No dobra, może jednak stąd wyjdźmy – powiedziałam, czując, że robi mi się gorąco.
            - Strach cię obleciał, Evans? – zacytował moje wcześniejsze słowa, niebezpiecznie blisko do mnie podchodząc. Nadal z tą miną… Już po mnie!
            - Och, przestańmy w końcu gadać – wyszeptałam, zarzucając mu ramiona na szyję.
Wrzeszcząca Chata, już zawsze będzie mi się kojarzyć tylko w samych superlatywach.


***


Po dłuższej chwili spędzonej w opuszczonym i już mniej przerażającym domu, musieliśmy wracać do Hogwartu.
            - Więc… - zaczął James.
            - Nie zaczyna się zdania od „więc” – przerwałam. Jak zwykle musiała wyjść moja upierdliwość.
Brunet westchnął i zaczął ponownie.
            - Czy my już…? Eee, chodzi mi o to, czy, hm, jesteśmy… razem? – zapytał, nieźle kręcąc i jąkając się.
Pokręciłam głową.
            - Nie? – zapytał, robiąc rozbrajająco rozczarowaną minę.
            - Dobra, tak – westchnęłam, udając, że jest mi to zupełnie obojętne.
            - Serio? – zapytał z nadzieją.
            - Nie – odparłam poważnie.
            - Doprowadzasz mnie do szaleństwa – powiedział, przytrzymując mi drzwi od wejścia do zamku.
            - Od jakiegoś czasu, jest to moim priorytetem – odpowiedziałam z uśmiechem.
Ujęłam rękę chłopaka i zadowolona obwieściłam:
            - Jesteśmy razem. Ale! – zastrzegałam. – Jeżeli jeszcze kiedykolwiek zobaczę jak całujesz się z jakąś lafiryndą, to wyrwę ci wszystkie witki, z twojej drogocennej miotły – zagroziłam.
James uniósł brew.
            - Ciebie obowiązuje to samo – odparł. – Tylko nie z jakąś lafiryndą, tylko chociażby Syriuszem.
            - Fuj, weź mi tego nie przypominaj – powiedziałam, krzywiąc się. – To była najgorsza chwila mojego życia.
            - Mam nadzieję – mruknął James, całując mnie w czubek głowy. – To wydarzenie zapoczątkuje całkiem nową erę…
            - Bez kłótni…
            - Bez wyzywania mnie od kretynów…
            - Ej, już od dłuższego czasu nie nazywam cię kretynem! – oburzyłam się. – Ale wiesz, że to nie zmieni za dużo w moim życiu? Nie, źle się wyraziłam. Na pewno zmieni, ale chodzi mi o moje obowiązki. Nie możesz mi przeszkadzać w ich wykonywaniu… I musimy ustalić pewne granice.
            - Czy ja ci kiedykolwiek w czymś przeszkadzałem?! – zapytał.
Spojrzałam na niego z niedowierzaniem.
            - No dobra, może, czasami – dodał. – Ale co oznacza to nieprzeszkadzanie w obowiązkach? I jakie znowu granice?
            - To oznacza, że nie będziesz mnie śledził – odparłam, gdy dotarliśmy na siódme piętro. – Czy to w pelerynie czy na mapie – szepnęłam, żeby ktoś postronny nie podsłuchał. – A granice…
            - Tak?
            - Chodzi mi o granice… Takie… W sensie, wiesz jakie? – zapytałam, rumieniąc się okropnie.
            - Ach – westchnął, gdy zauważył moje zakłopotanie. – Chodzi ci o takie granice? Porozmawiamy o tym w innym miejscu – dodał, gdy weszliśmy do zapełnionego uczniami pokoju wspólnego.
I miał rację. To nie był ani czas, ani miejsce, na rozmowę o takich sprawach. Zresztą, chyba nie oczekiwał ode mnie, że mu wskoczę do łóżka, jak tylko nasz związek stanie się oficjalny? Prawda?
            - Jesteście! – zawołała Marlena, i pomachała z kanapy zajętej przez jej dzisiejszych kompanów. – I jak? – zapytała.
Mrugnęłam, a ona zapiszczała. Zupełnie nie rozumiem takich reakcji, ale widocznie nie jestem dość dziewczyńska.
            -  Cieszę się z tego, że aż tak się cieszysz – powiedziałam i zmarszczyłam brwi. Co ja powiedziałam? Chyba jakąś straszną głupotę…
            - Od razu to wiedziałam, jak tylko na was spojrzałam – odparła Marlena, zupełnie się nie przejmując moim głupim tekstem. – Pasujecie do siebie – dodała, gdy usiedliśmy obok siebie na kanapie.
            - Prawda? – zapytał James, obejmując mnie ramieniem. – Będziemy mieć ładne dzieci – zażartował. 
Chyba. Nie no, raczej tak! Bo kto myśli o dzieciach w wieku niespełna 18 lat? Z pewnością nie faceci…
            - Taa, o ile z tobą wytrzymam – odparłam i uśmiechnęłam się do Remusa. – I co, pokazaliście Marlenie wioskę? – zapytałam, aby zmienić temat.
Gdy blondynka zaczęła swoją entuzjastyczną opowieść o tym co widziała, spokojnie mogłam się zatopić w niewygodnej kanapie, ale za to w jak wygodnych objęciach chłopaka. Mojego chłopaka. 
Kto by pomyślał?
Lily Evans i James Potter.
Żart stulecia.


***

No dobra, znowu dzień wcześniej. Ale jutro, oraz w środę będę miała stresujące dni, więc pewnie bym nie dodała. Uwaga, od teraz rozdziały mogą ukazywać się rzadziej. Zapewne zapytacie: "Dlaczego?" Cóż, egzaminy przeróżnej maści mnie czekają. Niestety. Będę miała o wiele mniej czasu na pisanie. A jak widać, mój zapas rozdziałów nie jest duży. Jestem dopiero w połowie 23 rozdziału. W dodatku jakoś nie mam pomysłu na tą historię. Nadal myślę nad zakończeniem. I próbuję oszacować ilość rozdziałów, ale zupełnie mi to nie idzie. 
Co do nazwiska "McClusky"... Haha, ogarnęłam, rzeczywiście wychodzą "MakKluski". Nie myślcie, że to jakaś kryptoreklama McDonald's, co to, to nie ;) Ale wiecie, głupia dziewucha, to ma głupkowate nazwisko.

4 komentarze:

  1. Juuuchu!! Rogacz i Lily wreszcie razem!! No chyba że to znowu sen tylko tym razem Jamesa???
    Pozdrawiam
    Gabriela Black

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Żaden sen :) Już nie mogę wyjeżdżać z tymi snami, no ile można? Są razem!

      Usuń
  2. O ja rozdział :D oczywiście zycze Ci pomyślnego zdania egzaminów :) A ci do notki to - YAY WRESZCIE SĄ RAZEM . A rozdział mi się bardzo podobał ^^

    Pozdrowienia ~Nox

    OdpowiedzUsuń
  3. Mam padake xDDD Umieram, brak mi tlenu :D Jily 4evaer ;) Piękny rozdział :') Nareszcie hehe Rozumiem że masz dużo nauki więc spokojnie nie stresuj się brakiem rozdziału, tylko prosze nie uśmiercaj mi ich pliss :( nie przeżyje tego znowu :'( tak więc duuużo weny xx

    OdpowiedzUsuń

Uwaga: tylko uczestnik tego bloga może przesyłać komentarze.