Śnieg leżał dosłownie wszędzie.
Gdzie nie spojrzeć, tam było biało. I zimno. Czy ja już mówiłam, że nie lubię
zimna? Hm, zapewne tak i to nawet nieraz! Ale teraz było inaczej. Była to
pierwsza zima Harry’ego! I wiem, że jest on jeszcze za mały, aby bawić się na
śniegu, lub lepić kulki czy bałwany (ma niecałe pięć miesięcy, więc to wiadome, aż tak genialny nie jest), ale i tak
wychodząc z nim na spacery, wydawało mi się, że pochłania wzrokiem te śnieżne zaspy.
Mając dziecko czas pędzi
niespodziewanie szybko. Człowiek musi zajmować się tą małą istotką, poświęcać
jej prawie cały swój czas. Ale zawsze zostaje to wynagrodzone. W naszym
przypadku, nareszcie przesypianymi nocami. Harry w końcu przestawał budzić się
w nocy, to był wielki progres.
Święta w tym roku miały być
wyjątkowe. I to z paru powodów. Oczywiście tym najważniejszym, była obecność
naszego dziecka. Następnym, to, że mieliśmy spędzić święta z całą rodziną,
wszystkimi przyjaciółmi, oraz rodziną przyjaciół. Pokręcone, nie? W domu
Potterów, miały się odbyć święta na co najmniej czterdzieści osób. Wyliczę,
żeby było łatwiej.
- Dorea, Charlus i wszyscy
kuzynowie Potterów (15 osób)
- ja z Jamesem oraz Harry’m
- moi rodzice, wraz z
Dursley’ami i Wielkim De
- Dorcas z Syriuszem i dziećmi
- rodzice Dorcas, oraz rodzice
Syriusza (o zgrozo!)
- Mary z Regulusem
- rodzice Mary
- Megan z Severusem
- Scott z dziewczyną.
Nie wiem jak, ale Dorei
udało się każdego namówić na przyjście. Oczywiście najgorsza przeprawa była z
Walburgią i Orionem, ale zgodzili się na krótką wizytę.
Harry rósł jak na drożdżach.
Z każdym mijającym dniem, wydawało mi się, że jest coraz większy, że umie coraz
więcej.
Dni grudnia mijały w
zastraszającym tempie. I tak oto nastał 25 grudnia, Boże Narodzenie.
- James, ubierz Harry’ego w
skafander! – zawołałam z garderoby. Dobranie sukienki, butów i wszelkich
dodatków, zajęło mi ponad pół godziny, a tak naprawdę już powinniśmy wychodzić.
- Dobrze, ale pośpiesz się!
Bo będziemy ostatni! – odkrzyknął James. Szybko założyłam sukienkę,
upięłam włosy w luźnego koka i założyłam obcasy. Byłam gotowa.
- Idziemy – zdecydowałam,
schodząc po schodach, w holu łapiąc płaszcz, i pociągnęłam męża za drzwi.
- Idziemy – potwierdził
James, trzymając w ramionach śliniącego się Harry’ego.
- Jesteście! – zawołała Dorcas,
otwierając nam drzwi – Alarm, ratunku! Walburgia zaczyna gderanie! – dodała
szeptem, wskazując na rozpartą na sofie matkę Syriusza.
- No ja cię nie uratuję,
znowu zacznie się do mnie zwracać jak do skrzata – odparłam, szybko zdejmując
płaszcz i odbierając od J syna – James, weź ją jakoś zabaw – dodałam.
- A co ja, jakiś pajac
nadworny? – wyburczał, lecz gdy chciałam coś powiedzieć (ekhm, potwierdzić to
co powiedział), dodał – Okej.
James ruszył w stronę
poważnej Walburgii, a ja ruszyłam z Harry’m za Dorcas.
- Ależ tu ludzi –
wyszeptałam, patrząc na salon w którym siedzieli goście, a następnie na magicznie
powiększoną jadalnię, z gigantycznym stołem – Może trzeba w czymś pomóc? –
zapytałam, widząc zbliżającą się do nas Doreę.
- Witaj, kochanie! Nie, usiądźcie
sobie z Dorcas, skrzaty wszystko załatwią – odparła, całując mnie w policzek i
po gilgotała Harry’ego – Jak się ma mój wnuczek? – zapytała, przejmując ode
mnie dziecko.
Wzruszyłam ramionami, gdy
uprowadziła mi Harry’ego w stronę licznego kuzynostwa i Charlusa, i poszłam
przywitać się z rodzicami oraz Petunią.
- Lily, świetnie wyglądasz!
– zawołała mama, mocno mnie obejmując – A z kim James rozmawia? Jakaś dziwna
kobieta, jak nas zobaczyła, to tak gniewnie zacisnęła usta, a później coś
mamrotała…
- Och, nie przejmuj się –
odparłam, witając się z tatą – To matka Syriusza, czarownica – wyjaśniłam tak,
jakby to wyjaśniało wszystko.
- Aa – powiedziała mama,
puszczając mi oko – To ta dziwaczka?
- Uhm – przytaknęłam, biorąc
na ręce Wielkiego De. I był on naprawdę wielki! Mała klucha. sensie, wcale nie taka mała.
- Cześć, Wielki De, ałaaa,
nie ciągnij cioci za włosy! – zawołałam, gdy zadowolony z siebie Dudley, złapał
mnie za zwisający lok – Trzymaj go Petunio, inaczej wyrwie mi wszystkie włosy…
Z
dziennika Jamesa Pottera
- Więc powiedz mi Jamesie –
powiedziała Walburgia. Lekko skrzywiłem się na to „Jamesie” – Jak tam twoje
półkrwi dziecko?
Przewróciłem
oczami.
- Doskonale, Harry świetnie
się rozwija – odparłem, patrząc na wygłupiającego się z moimi kuzynami,
Syriusza.
- Wiesz, Leo i Carina są
tacy doskonali! – zawołała – Wyobraź sobie, Dorcas mi powiedziała, że już
przejawiają magiczne zdolności! Niewiarygodne dzieci… Ale cóż, są czystej krwi
– dodała z krzywym uśmiechem, machając dłonią do rodziców Dorcas.
- Taaa – odparłem i
zobaczyłem przemykającą do kuchni Lily – Przepraszam ciociu, zobaczyłem żonę.
Takim oto sprytnym sposobem,
uwolniłem się od towarzystwa matki Syriusza i podążyłem za Lily.
- Co robisz? – zapytałem. Aż
podskoczyła!
- Merlinie, James, nie
strasz mnie! – zawołała – Chciałam prześlizgnąć się do kuchni, żeby pomóc
skrzatom – dodała.
Przewróciłem oczami i
pociągnąłem ją z powrotem do salonu.
Po zjedzeniu wielkiej ilości
przeróżnych potraw, pośpiewaniu kolęd i po podziwianiu dzieci, w końcu mogliśmy
wrócić do domu.
- Spokój! – westchnął James,
kładąc uśpionego Harry’ego do łóżeczka – Walburgia jest okropna, żeby
powiedzieć do Petunii „ty chuda, mugolko”!
- Oj tam – zaśmiałam się,
przypominając sobie minę siostry. Zaskoczenie pomieszane z oburzeniem – Było
całkiem miło, myślałam, że będzie gorzej, naprawdę.
Wyszliśmy z pokoju Harry’ego
i skierowaliśmy się do sypialni.
Z
dziennika Syriusza Blacka
Sylwester.
Impreza.
Alkohol.
Dziewczyny.
Dużo dziewczyn.
Dużo, skąpo ubranych dziewczyn.
Wielkie ilości
skąpo ubranych dziewczyn, popijających alkohol.
Dużo, skąpo ubranych dziewczyn,
popijających wielkie ilości alkoholu…
…
Tak kiedyś wyglądały moje
imprezy sylwestrowe. Alkohol i dziewczyny. Ale teraz, gdy jestem statecznym
mężem, ojcem dwójki dzieci, wyglądają zgoła inaczej.
- Syriuszu, przewinąłeś Leo?
– zapytała Dorcas, trzymając na rękach córkę – Za dziesięć minut wychodzimy do
Mary i Rega, to pierwsza impreza sylwestrowa w ich domu!
Taa, impreza z trójką małych
dzieci, bez alkoholu (ok, będzie szampan o północy) i skąpo ubranych lasek…
Ależ statusiałem! Istnieje w
ogóle takie słowo? Zresztą, co mnie to obchodzi, ten sylwester będzie lipny!
Z
dziennika Jamesa Pottera
Sylwester, ostatni dzień w
roku. Roku pełnym wydarzeń, cudownych momentów i prawie nieustającej sielanki. Ale
też roku pełnym stresów (ciąża Lily), pracy, oraz nieporozumień.
Nie zależało mi na dzikiej
imprezie, takiej, jakie się odbywały po wygranych meczach w Hogwarcie.
Cieszyłem się z towarzystwa rodziny i przyjaciół.
Wydoroślałem? To jest tak pewne,
jak to, że moja żona jest najpiękniejsza na świecie, a syn najmądrzejszy.
Dorosłem.
Tak swoją drogą, McGonagall
mogłaby być ze mnie dumna, myślę, że się tego nie spodziewała…
Z
dziennika Regulusa Blacka
Imprezy sylwestrowe w
Slytherinie… Ech, wspomnienia! Grono Śmierciożerców rzucających czarnoksiężne
zaklęcia na niewinne zwierzęta, lub co gorsza, dzieciaki… Cieszyłem się, że ten
sylwester będzie inny. Spędzony w gronie przyjaciół, brata i narzeczonej.
Zmieniłem się? Oczywiście,
że tak! Może gdyby przydziały do domów w Hogwarcie odbywały się później, moje
szkolne życie wyglądało by całkiem inaczej…
Jednak nie ma czego żałować,
teraz jestem najszczęśliwszym facetem na ziemi. I niech tak pozostanie…
Z
dziennika Dorcas Meadowes – Black
Matka dwójki dzieci, kto by
pomyślał? Ja, dziewczyna uwielbiająca imprezy, szum, facetów! Ustatkowana, z
mężem u boku i słodkimi bliźniakami, prowadząca własną, świetnie prosperującą
firmę…
- Dorcas, zmieniłaś się –
wyszeptałam do lustra, patrząc na swoje poważne odbicie.
Jednak uważam, że jest to
zmiana na lepsze…
Z
dziennika Mary McDonald – niedługo Black
Patrzyłam na roześmianego
Regulusa, wygłupiającego się z Syriuszem i Jamesem. Kto by pomyślał, że ja,
niepozorna Gryfonka, kujon i prefekt, zdobędę tak fajnego faceta? I to takiego,
który mnie kocha całym sercem i zrobiłby dla mnie wszystko? Czym ja sobie na to
zasłużyłam? Gdybym była wierząca, pewnie bym powiedziała, że dobrymi uczynkami…
Ale nie jestem, więc?
Z
pamiętnika Lily Potter
Sylwester, pierwszy spędzony
z Harry’m… Zapewne powinnam zrobić podsumowanie moich osiągnięć, wyznaczyć
sobie cele na przyszłość.
Więc – rok 1980 obfitował w przeróżne
wydarzenia. Zostałam Aurorem, podjęłam pierwszą pracę, zaszłam w ciążę,
urodziłam dziecko, zostałam matką chrzestną Cariny, dowiedziałam się o pewnej
zatajonej sprawie…
Taak, rok 1980 nie był
nudny!
A cele, hmm. Po urlopie
macierzyńskim wrócić na pół etatu do pracy?
Nauczyć się nowego języka?
Mieć kolejne dziecko?
Tak, to dobrze plany.
Ale głównym moim planem i
celem, było bycie szczęśliwą.
- Szczęśliwego Nowego Roku –
wyszeptałam do Jamesa i namiętnie go pocałowałam.
Jego ramiona, to było moje
szczęśliwe miejsce. Dokąd będę je miała, będę szczęśliwa.
***
No dobra, ależ słitaśny koniec rozdziału! W sobotę dodam ostatni rozdział, a w poniedziałek epilog. Smuteczek, dziewczęta...
Edit1:
Właśnie piszę rozdział 11. Masakra, wychodzi mi parodia! Siedzę i się śmieję, z tego co napisałam. Hm, nie jest dobrze :)
Edit2:
Nie napiszę dzisiaj już ani słowa! Bo to, co ze mnie wychodzi, jest straszne. Okropne.
Edit1:
Właśnie piszę rozdział 11. Masakra, wychodzi mi parodia! Siedzę i się śmieję, z tego co napisałam. Hm, nie jest dobrze :)
Edit2:
Nie napiszę dzisiaj już ani słowa! Bo to, co ze mnie wychodzi, jest straszne. Okropne.
Uch smutam się że to już koniec. Taa kto by pomyślał że tak wszyscy się zmienią. Ja nadal liczę na to że Lunatyk wróci.
OdpowiedzUsuń