Zaczął się kwiecień, a wraz
z nim powróciły treningi quidditcha. I to wiecie, nie takie raz na tydzień, czy
góra dwa.
Codziennie, James wraz z
Syriuszem, Dorcas i resztą zawodników drużyny Gryffindoru, spędzał bite dwie
godziny na boisku, oraz przynajmniej godzinę wieczorem, w Pokoju Wspólnym na
dopracowywaniu strategii na najbliższe mecze sezonu letniego.
Wiedziałam, że zależy mu na
zdobyciu Pucharu Quidditcha, więc w żaden sposób nie przeszkadzałam mu w
dążeniu do zwycięstwa. A nawet, było mi to na rękę. Tak, tak, brzmi to nie
fajnie, ale jeżeli miałam zdać wszystkie OWTM-y na Powyżej Oczekiwań, musiałam
się przyłożyć do nauki.
Na szczęście, okazało się,
że w tym dążeniu nie jestem osamotniona. Można powiedzieć, że stworzyliśmy
kółko kujonów, czy coś w tym stylu. Remus, Amy, Marlena, Thomas, Alicja, Frank
oraz oczywiście moi.
- Jestem do tyłu z Zielarstwem – mruknęła Alicja, nerwowo
stukając paznokciem w okładkę książki. – Zupełnie nie rozumiem, jak można lubić
Zielarstwo… Nienawidzę tego babrania się w ziemi i przesadzania tych cholernych
roślinek – dodała, oglądając swoje idealnie owalne paznokcie.
Nasze małe kółko naukowe,
miało tego wieczora wolne – siedziałam sama z Alicją w dormitorium, i jako największe
kujony, próbowałyśmy zaaplikować naszym zmęczonym umysłom jeszcze trochę
niezbędnej wiedzy.
- Chcesz moje notatki? – zapytałam, gdy dziewczyna z
głośnym jękiem zrzuciła książkę z łóżka.
- Nie – wyburczała i przekręciła się z pleców na brzuch.-
Lily…
- Hm?
- Myślałaś o przyszłości? Wiesz, o pracy, o tym co będzie
po szkole? – zapytała, bacznie mnie obserwując.
- Myślałam – przyznałam, chociaż czasami bałam się
wybiegać aż za bardzo w przyszłość. Niepewną. – Wiem, że na pewno będę z
Jamesem…
- W końcu to twój mąż – zaśmiała się szatynka, na co
puściłam jej oko.
- Pewnie zamieszkamy w Dolinie Godryka, Jamesa uwielbia
to miejsce… Myślałam o tym, żeby zostać uzdrowicielem, ale znowu nauka na
uniwersytecie trwa cztery lata. To będzie znowu mnóstwo nauki, a ja myślałam,
raczej o… - przerwałam, nagle zawstydzona.
- O czym? – zapytała Alicja, unosząc brew.
- O założeniu rodziny – odparłam, rumieniąc się. – Wiesz,
o dziecku – dodałam, gdy zobaczyłam jej zakłopotane spojrzenie.
- Już? – spytała zaskoczona.
Położyłam się na łóżku i
spojrzałam na baldachim.
- Nie mówię, że od razu, może za rok, dwa, ale Al, czasy
są niepewne… Siły Sama- Wiesz-Kogo z każdym dniem są coraz większe, czytałaś
dzisiejsze wydanie Proroka? Została zaatakowana mugolska wioska, nikt nie
przeżył! Nie chcę niczego żałować, chcę żyć pełnią życia! Wszystkiego
doświadczyć. W tym macierzyństwa – odparłam, siadając.
Spojrzałam na zamyśloną
szatynkę. Po chwili na jej twarzy wykwitł uśmiech.
- Chyba masz rację – powiedziała i spojrzała na mnie
błyszczącymi oczami. – Chcę, żeby moje dziecko poszło do Hogwartu z twoim.
Zaśmiałam się z nietypowego
pomysłu Alicji.
- Niech razem trafią do Gryffindoru – uzupełniłam, gdy
przestałyśmy chichotać.
- I niech przeżyją niejedną przygodę – dodała Alicja.
***
Trwała Historia Magii, a ja
odpływałam. Raczej nie zdarzało mi się to za często, ale wzmożona nauka, późno
wieczorne spotkania z Jamesem, oraz pisanie na bieżąco licznych wypracowań i
rozprawek doprowadziły mnie do stanu permanentnego niewyspania.
- Lily – syknęła Marlena, poszturchując mnie łokciem. –
Notuj, teraz twoja kolej – dodała, patrząc na unoszącego się w powietrzu
profesora Binnsa, nieprzerwanie mówiącego monotonnym głosem.
- Ale… - zaczęłam, jednak skapitulowałam, widząc minę
blondynki.
Wróciłam do notowania o wydarzeniach
z roku 1843 i nieprzytomnie wyjrzałam na błonia. I od razu się obudziłam.
- Co ten kretyn wyprawia? – zapytałam na głos, przez co
większość dotąd znudzonych uczniów spojrzała na mnie.
- … trolle górskie zaatakowały mugolską wioskę, leżącą
niedaleko Alp… - nieprzerwanie ciągnął profesor, i zapewne ciągnąłby tak dalej,
gdybym szybko nie wstała ze swojego miejsca i nie ruszyła w kierunku drzwi.
- Przepraszam profesorze, muszę wyjść, sprawy prefektów –
powiedziałam, zarzucając torbę na ramię.
Duch nie przerywając
wykładu, skinął głową.
Wybiegłam z klasy i ruszyłam
na błonia. A dokładniej, na boisko do quidditcha.
***
Patrzyłam na to co działo
się na moich oczach i po prostu nie wierzyłam.
- Spokój! – zawołałam, ale oczywiście nic tym nie
uzyskałam. – Spokój do cholery, bo wszyscy wylądujecie u Dumbledore’a! –
zawołałam ponownie.
James spojrzał na mnie i
zaklął.
- Co tu się dzieje? – zapytałam, patrząc na spore
zbiegowisko osób.
- Nie interesuj się, szlamo – warknął Smith, kapitan
drużyny Ślizgonów.
- Jeszcze raz tak do niej powiedz, to cię rodzona matka nie pozna
– odparł wkurzony James.
- Lepiej dobrze pilnuj swojej brudnej dziewczyny, Potter,
bo jeszcze przypadkiem stanie się jej
krzywda – odparł Smith. – Idziemy – dodał do reszty zawodników.
Patrzyłam za odchodzącymi
Ślizgonami, po czym popatrzyłam na poobijaną drużynę Gryffindoru.
- Biliście się – stwierdziłam.
- I wygrywaliśmy, dopóki się nie wtrąciłaś – mruknął
Syriusz, obrzucając mnie złym spojrzeniem. – Nie musisz nas ratować z każdej
opresji, Lily.
Spojrzałam na niego
zdziwiona.
- Myślisz, że prefekt naczelny nie powinien przerywać
takich bójek? – zapytałam.
- Rogacz też jest naczelnym, a jakoś dołączył do tej
bójki – odparł Syriusz, wymijając nas z Dorcas i resztą zawodników.
Spojrzałam na Jamesa.
- Myślisz tak samo? – zapytałam. – Jestem wścibska i
niepotrzebnie się mieszam? – zapytałam, mając nadzieję, że tego nie potwierdzi.
- Niepotrzebnie się mieszałaś – odparł, wymijając mnie. –
Więcej tego nie rób – dodał, kierując się do szatni.
Zabolało.
***
Było już dobrze po pierwszej
w nocy, a ja nadal siedziałam w Pokoju Wspólnym. Nikogo w nim nie było, byłam
tylko ja i trzaskający ogień w kominku. Myślałam o dzisiejszym dniu i powoli
dochodziłam do wniosku, że rzeczywiście niepotrzebnie wybiegałam z lekcji,
tylko po to, by wtrącić się w sprawy drużyny quidditcha. W końcu w większości
byli to dorośli ludzie i z pewnością poradziliby sobie ze Ślizgonami.
Ale oczywiście ja, i moje
wścibstwo! Tak, przyznaję się – jeżeli chodzi o Jamesa i moich przyjaciół,
stawałam się straszna. I Syriusz dobrze zauważył, nie tylko ja byłam Prefektem
Naczelnym, James też nim był. Gdyby działo się coś naprawdę złego, na pewno by
sobie poradził.
- Nie śpisz?
Spojrzałam na schody
prowadzące do męskich dormitoriów.
- Długo tu siedzisz? – zapytałam Jamesa.
- Jakiś czas – odparł lakonicznie. Wstał ze stopnia i
podszedł do kanapy na której siedziałam.
- Przepraszam, niepotrzebnie się uniosłem – powiedział,
siadając obok mnie. – Tylko denerwuje mnie to, że zawsze musisz występować jako
ta rozważna i wtrącasz się w coś, co ciebie nie dotyczy.
- Uważasz, że wielka śliwa pod twoim okiem mnie nie
dotyczy? – zapytałam.
- Nie bezpośrednio – poprawił się. – Proszę cię tylko,
żebyś nie mieszała się w nasze konflikty ze Ślizgonami.
Skinęłam głową.
- Tylko obiecaj mi, że nie będziecie się więcej bić. Nie
chcę mieć w żaden sposób uszkodzonego męża – odparłam, wtulając twarz w jego
tors.
- To da się załatwić. Następnym razem potraktuję Smith’a
Drętwotą, a nie pięścią – zaśmiał się w moje włosy.
***
Sobotni poranek postanowiłam
spędzić na odsypianiu ciężkiego tygodnia. Co prawda, byłoby to łatwiejsze i o
wiele milsze, gdyby w moim łóżku nie leżało paręnaście książek, stos pergaminów
i… koperta?
Obejrzałam ją z każdej
strony i uśmiechnęłam się. James był taki słodki! Bo kto inny mógłby mi podrzucić
list?
Niecierpliwie rozerwałam
kopertę i zdziwiłam się, widząc nie to pismo, którego się spodziewałam.
Spotkajmy sie w naszym miejscu.
Sobota, 21.
S.S
Lekko się skrzywiłam. Nie,
nie dlatego, że do mnie napisał. Szczerze mówiąc, spodziewałam się, że spróbuje
jeszcze raz, zanim skończymy Hogwart i każde z nas pójdzie w swoim kierunku.
Tylko, że w moim przypadku
już się to stało. Obrałam kurs. I nie brzmiał on: Severus Snape, tylko James
Potter…
***
- Spędzimy razem wieczór? – zapytał James.
Uśmiechnęłam się nerwowo i
pokręciłam głową.
- Dzisiaj będę trochę zajęta, chyba, że pasuje ci 22 –
odparłam, jedząc obiad.
Myślałam, żeby nie iść na
spotkanie ze Snapem. Naprawdę miałam taki zamiar. Ale z drugiej strony, byłam
ciekawa, co chciał powiedzieć.
- Rogaczu, zapewne będzie kuła, więc dotrzymam ci
towarzystwa – zaproponował Syriusz, dzięki czemu oblicze Jamesa lekko się
rozpogodziło.
- Ale o 22 czekam na ciebie w Pokoju Wspólnym –
zapowiedział.
- Będę – obiecałam.
Jak bardzo się myliłam…
***
Nasze
miejsce… Mam z nim tyle wspomnień! Wiązało się z nim moje pierwsze udane
zaklęcie, cudowne rozmowy, powierzane tajemnice i sekrety, oraz chwile smutku i
radości. Przypominałam sobie je wszystkie, stojąc pod starym dębem, miejscem w
którym kiedyś, potrafiliśmy się zapominać na całe godziny.
- Przyszłaś – usłyszałam znajomy głos.
- Byłam ciekawa – odparłam, opierając się o pień drzewa.
- Zawsze byłaś wszystkiego ciekawa – odparł. – Pamiętam
jak po raz pierwszy opowiadałem ci o Hogwarcie, byłaś bardzo niecierpliwa, wszystko
chciałaś wiedzieć od razu.
Spojrzałam na niego.
- Chciałeś powspominać stare czasy? – zapytałam, lekko
się krzywiąc. – Jeżeli tak, to chyba już pójdę…
- Zaczekaj – powiedział, łapiąc mnie za ramię. – Wyszłaś
za niego – dodał oskarżycielskim tonem.
Wytrzeszczyłam oczy. Nie
tego się spodziewałam. Raczej myślałam, że usłyszę coś w stylu: „Lily, wybacz
mi, zachowałem się wtedy okropnie. Nie chciałem nazwać cię szlamą i wcale tak o
tobie nie myślę”. Jak zwykle się przeliczyłam.
- Skąd wiesz? Powiedzieliśmy nielicznym osobom –
odparłam, zastanawiając się, kto nas znowu zdradził.
- Nie martw się, nikt z twoich doskonałych przyjaciół was
nie wydał – odpowiedział. – Usłyszałem przypadkiem. Chciałem pogratulować,
Potter to świetna partia – stwierdził, cedząc ostatnie słowa.
Spojrzałam na niego z
niedowierzaniem.
- Słucham?
Wykrzywił usta w pogardliwym
uśmiechu.
- Wszyscy już słyszeli ile odziedziczył – powiedział. –
Chociaż nigdy nie myślałem, że tak bardzo zależy ci na pieniądzach…
Spojrzałam na niego
zszokowana.
- Nie obchodzą mnie pieniądze Jamesa! – zawołałam
zdenerwowana. – Myślisz, że właśnie dlatego za niego wyszłam? Bo ma pieniądze?
Nie pomyślałeś, że zrobiłam to, bo go kocham? Tak nisko mnie oceniasz? A niby
przyjaźniąc się z tobą, jakie miałam z tego profity, co? Jeżeli twierdzisz, że
jestem zwykłą materialistką… - dodałam, po czym pokręciłam głową.
Byłam zadziwiona. Zgoda, nie
byliśmy już przyjaciółmi, była pomiędzy nami ogromna przepaść, ale nigdy nie pomyślałabym, że
zacznie o mnie myśleć, jak o zwykłej naciągaczce i materialistce.
- Nigdy więcej się do mnie nie odzywaj – powiedziałam, i
próbując ukryć wzburzenie i smutek odeszłam szybkim krokiem spod „naszego
miejsca”.
Miejsca i osoby, której
teraz naprawdę szczerze nienawidziłam.
***
Wracałam do zamku,
powstrzymując szloch i co chwilę ocierając łzy. Nie chciałam płakać, naprawdę!
Nie chciałam się tym przejmować, ale jak? Kiedyś był moim przyjacielem, zawsze
liczyłam się z jego zdaniem. Więc jak jego oskarżenia mogły mnie nie dotknąć?
I gdybym tylko wiedziała, co
się wydarzy, wcale nie szłabym skrótem. I nie wychodziłabym z dormitorium bez
różdżki.
Nie pomyślałam, że w dotąd
całkiem bezpiecznym Hogwarcie, znowu zdarzy się coś takiego…
***
- Już jest po 22 – powiedziałem, spoglądając na zegar
wiszący nad kominkiem.
Syriusz rzucił okiem na
zegar i wzruszył ramionami.
- Pewnie się zasiedziała… A tak właściwie, to gdzie
poszła? – zapytał.
Zamyśliłem się. Tak
właściwie, to nie wiedziałem.
- Nie miała być w bibliotece? – zapytałem.
- James, biblioteka jest czynna do 20 – wtrącił Remus,
przerywając pisanie jakiegoś wypracowania. – Poszukaj Lily na mapie, na pewno
już wraca do wieży – dodał pocieszającym tonem.
Wstałem z kanapy i szybko
pokonałem schody, dzielące mnie od dormitorium. Otworzyłem drzwi i rzuciłem się
do nocnej szafki Syriusza, w której trzymaliśmy mapę. Rozwijając ją, zszedłem
do Pokoju Wspólnego i wyszeptałem formułkę. Patrząc na powoli rysujące się na
pożółkłym pergaminie linie, czułem coraz większe zaniepokojenie.
- Poszukamy razem, będzie szybciej – zaproponował
Syriusz, siadając obok mnie. Poczynając od szkolnych błoni, poprzez bibliotekę,
Sowiarnię, damskie łazienki, oraz tą prefektów, przeszukiwaliśmy każdy
zakamarek mapy.
- Jest! – zawołał Syriusz, palcem wskazując kropkę
podpisaną jako „Lily Evans”.
-
Jest na drugim piętrze, niedaleko łazienki Jęczącej Marty – zauważył Remus,
zaglądając mi przez ramię. – Ale… czemu się nie rusza? – zapytał.
Spojrzałem na mapę i
wybiegłem z Pokoju Wspólnego.
***
Dobiegłem do ostatniego
zakrętu i wyjmując różdżkę skierowałem ją na Snape, trzymającego w objęciach
nieprzytomną i zakrwawioną dziewczynę.
- Puść ją! – zawołałem, odpychając go z całej siły. –
Lily. Lily! – próbowałem ją ocucić.
- Co jej zrobiłeś? – zapytałem, patrząc na bladego
Ślizgona. – Coś ty jej zrobił?! –
zawołałem, patrząc na jej nienaturalnie blade ciało. – Zabiję cię –
wyszeptałem, badając Lily puls.
- James – usłyszałem za plecami głos Syriusza. – Weź ją
do pani Pomfrey, zajmiemy się nim.
Wziąłem Lily na ręce i nie
oglądając się za siebie, ruszyłem do Skrzydła Szpitalnego.
***
Pani Pomfrey od razu zajęła
się Lily, a mnie wygoniła z sali. Usiadłem pod drzwiami i spojrzałem na
zakrwawione ręce.
- Zabiję go – wyszeptałem, zaklęciem oczyszczając ręce.
- James.
Spojrzałem na poważnego
Syriusza.
- Gdzie jest Snape? – zapytałem, wstając z podłogi.
- Remus go zaprowadził do Dumbledore’a – odparł, siadając
obok mnie. – Co z Lily?
Pokręciłem głową.
- Nic jeszcze nie wiem, Pomfrey mnie wyprosiła… Łapo, na
niej było tyle krwi. Co on jej zrobił? – zapytałem, czując ogarniającą mnie
wściekłość i przerażenie.
Nie mogłem jej stracić. Nie
Lily.
- On ciągle powtarzał: „To nie ja” – odparł, spoglądając
na mnie z niepokojem. – Myślisz, że by ją skrzywdził? Nie jestem tego taki
pewien.
- Nie wiem – powiedziałem i spojrzałem na otwierające się
drzwi. – Co z…
Pani Pomfrey spojrzała na
mnie poważnym wzrokiem.
- Osobom postronnym nie udzielam informacji, panie Potter
– odparła pielęgniarka.
Już miałem zacząć się wykłócać,
gdy zobaczyłem nadchodzącego dyrektora.
- Panie profesorze, ja muszę wiedzieć co z Lily! –
powiedziałem. – I nie jestem postronną osobą – dodałem, pokazując zaskoczonemu
Dumbledorowi obrączkę.
- Proszę, wejdźmy wszyscy do gabinetu Poppy – powiedział,
po czym spojrzał na Syriusza. – Panie Black, proszę pójść obudzić profesor
McGonagall, niech się uda do mojego gabinetu.
- Poppy? – zapytał, stając obok biurka pielęgniarki.
- Ona…
***
Następny rozdział gotowy, więc na pewno dodam go jeszcze w tym miesiącu :)
Edit:
Dodałam muzyczkę. Tak naprawdę, to zazwyczaj tego nie lubię na blogach, bo ja, jak to ja - otwieram sobie z dwadzieścia kart, i weź szukaj, z którego bloga leci jakaś piosenka... Ale jak już Szczur zdążył ustalic - lubię dręczyc ludzi ;)
Także, wiecie co robić jak nie lubicie muzyki lecącej na blogu - wciskacie stop.
Pierwsza piosenka to, przynajmniej według mnie, najpiękniejszy utwór Pidżamy Porno, o wdzięcznym tytule "Nikt tak pięknie nie mówił, że się boi miłości". Uwielbiam. A reszta to piosenki przy których naprawdę dobrze mi się pisze opowiadanie :)
Edit:
Dodałam muzyczkę. Tak naprawdę, to zazwyczaj tego nie lubię na blogach, bo ja, jak to ja - otwieram sobie z dwadzieścia kart, i weź szukaj, z którego bloga leci jakaś piosenka... Ale jak już Szczur zdążył ustalic - lubię dręczyc ludzi ;)
Także, wiecie co robić jak nie lubicie muzyki lecącej na blogu - wciskacie stop.
Pierwsza piosenka to, przynajmniej według mnie, najpiękniejszy utwór Pidżamy Porno, o wdzięcznym tytule "Nikt tak pięknie nie mówił, że się boi miłości". Uwielbiam. A reszta to piosenki przy których naprawdę dobrze mi się pisze opowiadanie :)

Jeżeli Lily umrze to będę przeszczęśliwa ;D Ogólnie rozdział fajny ;)
OdpowiedzUsuńUśmiercić główną narratorkę opowiadania? Świetny pomysł... Niestety, muszę Cię rozczarować - przeżyje. Ale nie martw się, pocierpi ;)
UsuńJak mogłaś być tak wredna i skończyć w takim momencie ? No ja się pytam jak ?
OdpowiedzUsuńJestem bardzo ciekawa co będzie dalej z Lily a moje przeczucie nie wiedzieć czemu podpowiada mi że została zgwałcona najprawdopodobniej przez Smith'a.
Rozdział jest rewelacyjny.
Pozdrawiam
Obliviate
Witaj z powrotem, Obliviate! Tak, jestem wredna, niestety :( OMG, naprawdę z tego rozdziału można wydedukować coś takiego?! Gwałt? Nie, nie, nie! Przecież wiecie, że ja nie umiem opisywać dramatów, gdybym miała opisać coś takiego, to pewnie później miałabym z tydzień depresję... Już przy tamtym opowiadaniu, jak przywaliłam tym poronieniem, to się źle czułam. Taa, chyba jestem przewrażliwiona.
UsuńNo, ale cieszę się, że próbujesz dociec co się stanie dalej ;) W tej chwili się mylisz (na szczęście). Tak, btw, to Ci tak wyszło z tego co napisałam i z zapowiedzi następnego rozdziału, czy czytałaś opowiadanie o L&J z takim wątkiem?
Pozdrawiam serdecznie ;)
Super rozdział !
OdpowiedzUsuńDlaczego takie okropne zakończenie, teraz do następnego rozdziału będę sie zastanawiać co jej się stało :'(
Weny :*
Musi się coś dziać, ostatnio było zdecydowanie za słodko :)
UsuńDziękuję za komentarz.
Rozdział jest genialny ;) Zgadzam się z dziewczynami wyżej (oprócz anonimka) jak mogłaś skończyć w takim momencie?? Może była torturowana...albo był to Bazyliszek (nie no ja myślę chyba nieracjonalnie). Chociaż to dopiero Harry go zabił, a Komnata była już od dawna. Może Voldek mu kazał. Ja już zgłupiałam. U ciebie wszystko jest możliwe, więc nie pozostaje mi nic innego jak czekanie z niecierpliwością na następny rozdział ;D
OdpowiedzUsuńPzdr;***
Dziękuję, wiecie biorę wzorce z telenowel - odcinek kończy się w najciekawszym momencie, haha. No, a tak serio, to nie, nawet nie pomyślałam o Bazyliszku (dobry pomysł, szkoda, że na to nie wpadłam ;).
UsuńPozdrawiam.
No ciekawie, ciekawie! To wręcz niemożliwe, żeby to Snape coś jej zrobił.Za bardzo ją kochał przecież. Ale kto wie czym jeszcze nas zaskoczysz?
OdpowiedzUsuńCieszę się, że jest ciekawie :) Jasne, że to nie Snape, przecież nie zepsułabym tak tej postaci. Mógł ją sobie obrazić, i być na nią zły za ten cały ślub, ale nie podniósłby na Lily różdżki.
Usuń