Kwiecień
1977
Pełnia księżyca wypadała na samym
początku pierwszego tygodnia miesiąca. Niedziela, 3 kwietnia zaczęła się
naprawdę ładnie. Słońce ogrzewało twarze uczniów, którzy tłumnie wyszli na
błonia; wiał delikatny wiatr, niosący zapach powoli nadchodzącego lata.
Remus Lupin siedział pod
jednym z drzew rosnących na błoniach i czytał książkę. Jednak zupełnie nie
mógł się skupić nad czytanym tekstem. Ciągle w głowie krążyła mu myśl, że
dzisiaj jest pełnia, że znowu zamieni się w potwora, będzie narażał swoich
przyjaciół na niebezpieczeństwo…
Remus miał wyrzuty sumienia.
Bał się, że kiedyś podczas pełni, coś pójdzie nie tak i zaatakuje jednego z
Huncwotów. Nigdy nie wybaczyłby sobie tego, że w jakikolwiek sposób skrzywdził
swoich przyjaciół.
***
- Luniaczku, co to za mina? – zapytał Syriusz.
Czwórka chłopaków, szła
ciemnym tunelem, wydrążonym zapewne pod całkiem sporym kawałkiem szkolnych
błoni. Ten tajemniczy tunel prowadził do opuszczonej chaty, w której co
miesiąc zaczynała się gehenna Remusa.
- A jaką mogę mieć minę Syriuszu? – odparł Remus
otwierając klapę. Weszli po schodkach do sporego, zagraconego pokoju.
- Nie martw się, będzie dobrze – powiedział Peter, czując
lekki niepokój.
Ilekroć zamieniał się w
szczura, myślał o tym, co by było, gdyby nie mógł z powrotem wrócić do swojej
zwykłej postaci. Był tym przerażony, ale czego się nie robi dla przyjaciół? I
po to, aby ich mieć?
- Pobiegamy po Zakazanym Lesie, czy może zrobimy rundkę wokół
Hogsmeade? – zaproponował James.
Remus skinął głową i
spojrzał na zegarek.
- Lepiej się przemieńcie, to się niedługo zacznie –
powiedział i poszedł do pokoju obok.
Nie chciał, żeby przyjaciele
widzieli moment jego przemiany.
Zupełnie nie był na to gotowy.
***
- Wszystko poszło źle – stwierdził Syriusz, rzucając się
na łóżko.
Przemiana, wyjście z tunelu
na szkolne błonia, dotarcie do lasu i nienapotkanie żadnej bezbronnej ofiary –
do tego momentu wszystko szło gładko.
Jednak w lesie stało się coś
dotąd niespotykanego. Remus wyczuł świeżą krew i pobiegł po jej śladach. Gdy
dotarł do swojej ofiary, rannego centaura, już miał go zaatakować, gdy został
odepchnięty przez jelenia. Czarny, wielki pies, zaczął go odciągać swoją osobą
od centaura, ale to nic nie dawało.
Wilkołak wpadł w szał.
Zrzucił z siebie żałośnie piszczącego szczura, staranował psa i potrącił
jelenia. Jego ofiara w ostatniej chwili uciekła…
- Kurwa, jak to boli – jęknął James. Gdy ściągnął
koszulkę, okazało się, że jego cały prawy bok, jest jednym, wielkim, pulsującym
siniakiem, w paskudnym fioletowo – żółtawym kolorze.
- Dobrze, że podkradliśmy Pomfrey Szkiele- Wzro, jak
Glizdogonie, noga się zrasta? – zapytał Syriusz, spoglądając na leżącego na
swoim łóżku Petera, z dziwnie wygiętą nogą.
- Zrasta, ale boli jak skurwysyn – odparł Peter,
wykrzywiając twarz w okropnym grymasie.
- Dobrze, że Frank już poszedł na lekcje, nie wiem jak
byśmy mogli to wyjaśnić… - powiedział James, palcem przyciskając siniak. Syknął
głośno – nie spodziewał się, że to aż tak zaboli! – Przydałaby się
pielęgniarka… Najlepiej ruda i znająca się na uzdrawianiu…
- Oszalałeś? – zapytał Syriusz, owijając sobie nogę w
kostce bandażem, nasączonym eliksirem przeciw opuchliźnie. – Zacznie zadawać
pytania… Nie to wykluczone!
- A jeżeli nie? – odparł James.
Naprawdę okropnie bolało go
całe ciało. Peterowi chyba krzywo zrastała się złamana noga, a Łapa wyglądał
równie źle. Miał siniaki na całym ciele, skręconą kostkę, oraz gigantyczną
szramę na ręku, która stanowczo wymagała co najmniej czyszczenia…
Syriusz niechętnie kiwnął
głową.
***
Lily kierowała się na obiad,
kiedy na jej ramię spadł Hades, sowa Pottera.
- Co tam masz dla mnie? – zapytała, gładząc sowę pod
dziobem.
Uwielbiała tego ptaka i jego
piękne umaszczenie. Sowa była cała biała, z małą, czarną plamką na czubku
łebka.
Dziewczyna odwiązała
pergamin i szybko go przeczytała.
Proszę, przyjdz do naszego dormitorium. To sprawa zycia i
śmierci.
J.P
P.S Nie zartuje.
Lily uniosła brwi, i
zaciekawiona skierowała się w stronę Wieży Gryffindoru.
***
W pokoju dało się słyszeć
ciche pukanie do drzwi.
- Wejdź – powiedział James otwierając drzwi.
Pierwszym niepokojącym
objawem, było to, że chłopak był bez koszulki. Lily wysoko uniosła brwi, żeby
nie dać po sobie poznać, że jest tym lekko speszona.
- O rany – westchnęła, gdy zobaczyła gigantycznego,
rozlanego po połowie boku i pleców Pottera, siniaka. – Co to ma znaczyć? –
zapytała, dotykając lekko tego ewenementu. W życiu nie widziała tak wielkiego
sińca! Nawet gdy Petunia zepchnęła ją ze zjeżdżalni, nie zrobiło jej się coś
takiego. A wtedy myślała, że siniak nie może być większy niż jej…
- Nic takiego – odparł szybko James, szukając pomocy u
Łapy.
- Dokładnie Evans, nic takiego – stwierdził ironicznie
Syriusz, zwracając uwagę dziewczyny na swoją osobę.
- Pojedynkowaliście się? – zapytała, podchodząc do
Blacka.
Ten też nie wyglądał lepiej.
Cały w szramach, siniakach i potłuczeniach. Miał też sporego krwiaka pod okiem.
- Peter, twoja noga! – zawołała i podeszła do leżącego na
łóżku Pettigrew. – Czemu nie zaprowadziliście go do Pomfrey? Właściwie, wszyscy
powinniście się do niej udać! – zawołała. Popatrzyła na trójkę milczących
Huncwotów. – Ale zaraz, gdzie jest Remus?
- U matki – odparł szybko James. – Słuchaj Lily, nie
możemy iść do Pomfrey… Będzie zadawać pytania, na które nie możemy odpowiedzieć.
- Więc czego oczekujecie ode mnie? – zapytała.
- Tego, że nam pomożesz – odparł Syriusz.
Dziewczyna pokręciła głową i
wybiegła z huncwockiego dormitorium.
***
- Tak sobie nas olała? – zapytał Syriusz, patrząc z
niedowierzaniem na zatrzaśnięte drzwi.
- Myślałem, że nam pomoże… – wyszeptał James czując
wielkie rozczarowanie.
Dobra, może Lily niezbyt ich
lubiła, ale zawsze pomagała osobom w potrzebie! A oni stanowczo byli w takiej
sytuacji…
- Jestem! – powiedziała, zdecydowanie wchodząc do pokoju,
z torbą wyładowaną brzęczącymi, szklanymi fiolkami. – Cieszcie się, że
podbierałam moje udane eliksiry na lekcjach, bo mielibyście naprawdę
przechlapane…
- Kocham cię, Evans! – zawołał entuzjastycznie James, na
co dziewczyna przewróciła oczami.
- Dobra, szykujcie się, bo nie będzie przyjemnie… -
powiedziała.
***
- Merlinie, jak to piecze! – zawołał Syriusz i spojrzał
na okropnie pieniącą się ranę.
- Eliksir dezynfekujący – wyjaśniła Lily. – Krwiaki
posmaruj tą maścią – dodała, podając Blackowi mały słoiczek. – Powinny zejść w
ciągu godziny. Więc, Potter, siadaj na łóżku, wyglądasz naprawdę paskudnie…
Syriusz parsknął śmiechem i
zaczął smarować swoje fioletowe sińce.
- Wyglądasz jakby wjechał w ciebie samochód –
stwierdziła, przyglądając się fioletowo – sinej skórze. – Zaczniemy od pleców,
połóż się na łóżku.
- Już myślałem, że nigdy tego do mnie nie powiesz… -
zażartował James, za co został uszczypany w ramię. – Ała, to bolało!
- I miało bolec, Potter – odparła niewzruszona
dziewczyna. – Posmarujemy cię tą obrzydliwie pachnącą maścią, następnie wypijesz
eliksir rozrzedzający krew, żeby ci się nie porobiły jakieś skrzepy i zajmiemy
się Peterem… Niestety Peter, ale będzie bolało – zawyrokowała, zajmując się
plecami Pottera.
Rozgrzała w dłoniach maść i
sprawnie zaczęła ją rozcierać.
- Gdybym wiedział, że jesteś taką sprawną masażystką,
wcześniej zrobiłbym sobie coś takiego – powiedział rozmarzony James, czując
dłonie Lily na plecach i posiniaczonym boku.
- Głupek – skomentowała Lily, ukrywając rumieniec, który
wystąpił jej na twarz.
- Zakochany głupek – odparł James, czując w mięśniach
słodkie rozleniwienie.
Rudowłosa upewniła się czy
pokryła całość maścią i nalała eliksir do wyczyszczonego Chłoszcyściem kubka.
- Wypij to – powiedziała i skierowała się w stronę łóżka
Petera. – Nie najlepiej to wygląda – stwierdziła po dłuższej chwili oględzin.
- Czemu? – zapytał James, który również podszedł do łóżka
kredowo- białego Petera.
- Noga się krzywo zrosła – odparła Lily, patrząc to na
Pottera, a to na Blacka. – Musi trafić do Pomfrey, nie ma innego wyjścia… Nie
podejmę się tego zadania – dodała.
- Peter, brachu, przeniesiemy cię do Skrzydła Szpitalnego
– powiedział Syriusz, wyjmując z kieszeni różdżkę.
Peter wylądował na
niewidocznych noszach, kierowanych przez Syriusza.
- Lily, chciałem ci podziękować – powiedział James,
łapiąc za rękę kierującą się do wyjścia dziewczynę. – Jesteś niewiarygodna,
dziękuję – dodał i uśmiechnął się lekko.
Lily odwzajemniła uśmiech i
wyszła z dormitorium Huncwotów.
***
Remus Lupin miał wielkie
wyrzuty sumienia. Słyszał cierpienie Petera, przy ponownym zrastaniu złamanej
nogi, widział krwiaki na twarzy Syriusza i słyszał opowieść o wielkim sińcu
Jamesa.
Jestem
potworem, pomyślał, spoglądając na przyjaciół.
Leżał na otoczonym przez
parawany łóżku w Skrzydle Szpitalnym i próbował sobie przypomnieć co zrobił
swoim przyjaciołom, że tak ich skrzywdził.
Oczywiście tylko fizycznie,
Syriusz zbył całe wydarzenie słowami: „Każdemu wilkołakowi mogłoby się to
przydarzyć” i lekceważąco machnął ręką.
Dla Jamesa i Syriusza nie
było sprawy, ale on, Remus, zadręczał się cały poniedziałek tym, co uczynił tej
trójce chłopaków, których nazywał przyjaciółmi.
Co z niego był za
przyjaciel, który tak dotkliwie zranił swoich kompanów?
Remus w tej chwili
nienawidził siebie.
***
Lily z zastanowieniem
wpatrywała się w siedzących przed nią chłopaków. Wyglądali już normalnie
(oczywiście w przypadku Pottera, nie mogła tego stwierdzić, bo musiałaby z
niego zdjąć koszulę), zachowywali się jak zwykle…
Ale coś jej nie pasowało.
Kto ich tak urządził? I czemu?
Wyzwali kogoś na pojedynek?
Dowcip im się nie udał?
A może… A może ktoś ich zaatakował?
Zmarszczyła lekko brwi i
napiła się soku.
To był bardzo możliwy
scenariusz. Chociaż ataki były zazwyczaj przeprowadzane na młodszych uczniach,
najczęściej tych półkrwi lub mugolaków (żaden z trójki nie był kimś z wcześniej
wymienionych), ale czy napastnik nie mógł sobie wybrać trudniejszego celu? A
może napastnicy?
Lily pokręciła głową i
pomyślała, że jest tylko jeden sposób, na wydobycie tej wiedzy z Huncwotów.
James Potter i jego słabość
do jej skromnej osoby…
***
Remus wyszedł ze Skrzydła,
już dwa dni po pełni. Wrócił do normalnych, szkolnych zajęć, jednak spędzał o
wiele więcej czasu w bibliotece, niż w dormitorium.
Nie chciał narażać
przyjaciół na niebezpieczeństwo, poprzez zadawanie się z potworem…
***
- Potter! – zawołała Lily, na co parę zaciekawionych osób
odwróciło się w jej stronę.
Zupełnie się tym nie
przejęła i podeszła do zdziwionego chłopaka.
- Stanowczo musisz mi w czymś pomóc – stwierdziła i nawet
nie oglądając się za siebie, ruszyła w kierunku drugiego piętra, na którym to,
znajdowało się sporo opuszczonych klas.
- W czym? – zapytał zdziwiony chłopak, wchodząc za
rudowłosą do klasy.
- Widzisz, od paru dni dręczy mnie pewna sprawa –
zaczęła. – I chcę, żebyś był ze mną całkiem szczery… Czy wy przypadkiem nie
zadarliście z… nimi?
- Nimi? – powtórzył James, nic nie rozumiejąc.
- Nimi, tajemniczymi napastnikami! – odparła Lily. – Być
może, Ślizgonami…
James zaniemówił. Martwiła się?
- Nie, z tego co sobie przypominam, to nikogo ostatnio
nie wyzywałem na pojedynek… - odparł, puszczając oko do dziewczyny. – I z
pewnością, żadni Ślizgoni nie mają z tym nic wspólnego.
Lily się wyprostowała i
spojrzała prosto w oczy chłopaka.
Zielone tęczówki mierzyły
się z brązowymi.
- Dobra, wierzę ci – wyszeptała, czując dziwne iskrzenie
między nimi.
Potter zawsze na nią dziwnie
działał, może nie powinna się na niego tak długo patrzeć?
- Cieszę się – odparł James. Była to dla niego chwila
epokowa – w końcu Lily nie uznała, że ją okłamuje, lub żartuje! Chwila godna
zapamiętania i co najmniej jednej pieśni dziękczynnej.
- Ale i tak nie odpuszczę… Prędzej czy później, dowiem
się – stwierdziła, wychodząc z klasy.
James pokręcił głową.
- Uparciuch – wyszeptał i ruszył w ślad za rudowłosą.
***
Następne dni kwietnia
drużyna quidditcha, mająca w swoim godle dumnego lwa, spędzała głównie na
intensywnych treningach. Mecze półfinałowe i finałowy, zbliżały się wielkimi
krokami i cała drużyna czuła się zmobilizowana do osiągania jak najlepszych
wyników.
- Jeżeli w najbliższym meczu pokonamy Ravenclaw, dojdziemy
do finału! – powiedział Dan patrząc uważnie na zawodników. – Jestem dobrej
myśli.
- Jasne, że dobrej! – zawołał Syriusz. – My mamy zawieść?
Pff, to się nie zdarzy!
- Black, ty bardzo często zawodzisz – odparła Dorcas. –
Dobrze, że reszta drużyny ma jakieś ambicje…
- Oj tam – westchnął Syriusz, zdejmując ochraniacze. –
Może moje ambicje mają inne ukierunkowanie, Meadowes – dodał puszczając dziewczynie
oko.
Dorcas ciężko westchnęła i
wyszła z szatni.
***
Można by rzec, że Lily Evans
przeprowadziła się z damskiego dormitorium, do szkolnej biblioteki.
O której godzinie,
ktokolwiek by tam nie wszedł, widział ją, ślęczącą nad grubymi księgami i coś nerwowo
wypisującą lub szepczącą.
- Ty jeszcze tutaj? – zapytała pani Pince, spoglądając na
uczennicę. – Idź do Wieży, zamykam bibliotekę.
Złorzecząc pod nosem na
bibliotekarkę, rudowłosa wpakowała wszystkie książki do torby i zdecydowanym
krokiem wyszła z biblioteki.
***
- Cholera jasna – wymamrotała.
Pod ciężarem książek,
dodatkowych pergaminów, oraz przeróżnych wykresów i notatek, szkolna torba Lily
pękła.
- Pomóc? – zapytał James, ciesząc się z nadarzającej
sytuacji.
Oczywiście, jak miał to w
zwyczaju, „śledził” rudowłosą jak co dzień, aby mieć pewność, że nikt jej nie
skrzywdzi.
- Poradzę sobie – burknęła Lily i machnięciem różdżki
naprawiła torbę. – Znowu mnie śledzisz, Potter?
James uniósł brwi i udał
zamyślenie.
- Jasne, że tak! – odparł. – Nudzę się cały czas, więc
uznałem, że mały stalking ci nie zaszkodzi.
Lily prychnęła i podniosła
torbę.
- Czemu nie przejmujecie się egzaminami? Ja wiem, że to
pikuś przy OWTM-ach, ale, uch, czemu? – zapytała.
- Nie chwaląc się, ale mam to wszystko w małym palcu –
odparł James, wyrywając Lily torbę. – Zaniosę Evans, wyglądasz jakbyś miała
paść… Wiesz, że czasem trzeba jeść i spać? Powiedz mi, jak ty chcesz, tak
wyniszczając organizm urodzić mi w pełni zdrowe dziecko?
Lily szeroko otworzyła oczy.
- Merlinie, Potter, wiesz, że w Mungu jest też oddział
psychiatryczny? – zapytała. – W dodatku, ty, ja i dziecko? Żart tygodnia,
Potter! – dodała i ruszyła do Wieży.
***
Otwierając codziennie
Proroka, Dorcas Meadowes bała się, że następny raz zobaczy w gazecie swoje
nazwisko.
Co prawda, pisały do siebie
z mamą przynajmniej dwa razy w tygodniu, ale ostatnio Anglia oraz Szkocja nie
były najbezpieczniejszymi miejscami.
- Kolejny atak – powiedziała Dorcas i zaczęła czytać. – „24 kwietnia, zamaskowana grupa czarodziei,
wdarła się do domu rodziny Jones i
zabiła dwoje osób. Julie Jones (45 l.) oraz Matt Jones (47 l.) zostali
zamordowani zaklęciem Avada Kedavra, a ich dom został spalony i naznaczony
Mrocznym Znakiem. Jonesowie stanowczo sprzeciwiali się podziałowi czarodziei na
czysto krwistych i pochodzenia mugolskiego lub półkrwi. Zostali zabici za swoje
przekonania. Osierocili córkę (13 l.), która obecnie przebywa w Hogwarcie. Do
zbrodni przyznają się poplecznicy Sami-Wiecie-Kogo…”.
- Straszne – wymamrotała Lily, czując się paskudnie.
- Już nikt nie jest bezpieczny… – stwierdziła zamyślona
Alicja.
***
;)
Rozdział jest suuuuper. Byłam pewna że Lily pomoże Huncwotom. Remus nie powinien się aż tak obwiniać w końcu nie panował nad sobą.
OdpowiedzUsuńMój biedny Remus :( to nie jego wina, wcale nie jest potworem :/ szczerze mówiąc myślałam że Lilka już się o wszystkim dowie :D no ale trudno xD stalking trwa a ja czekam na next xx
OdpowiedzUsuń