piątek, 13 marca 2015

Rozdział 5



Styczeń 1977


Powrót do szkolnej rzeczywistości, był dla części uczniów Hogwartu ciężki. Każdy chciał jak najwięcej czasu spędzić z rodziną, więc wiele osób żałowało, że przerwa świąteczna trwała tak krótko.
            - Sporo osób nie wróciło – stwierdziła Dorcas, spoglądając na puste miejsca przy stołach Gryffindoru, Hufflepuffu i Ravenclawu.
            - Coraz więcej osób się ukrywa – odparła Lily, przeglądając świeże wydanie Proroka Codziennego. – Porwali kolejnego pracownika Ministerstwa Magii…
            - Okropne – westchnęła Alicja.
Nagle poczuła, że traci apetyt. Przecież tym kimś, następnym razem mogą być jej rodzice! Oboje pracują na odpowiedzialnych stanowiskach w Ministerstwie Magii.
            - Widziałyście ogłoszenie? W lutym zaczyna się kurs na teleportację! – powiedział podekscytowany Syriusz, siadając naprzeciwko koleżanek.
            - A gdzie cześć, albo dzień dobry? – wyburczała Dorcas, smętnie mieszając łyżką w swojej owsiance.
            - Cześć, dzień dobry, będziemy mogli się teleportować! To tak ułatwi życie… - odparł Syriusz.
            - Szczególnie, że w zamku nie można się teleportować… - powiedziała Lily. – A gdzie zgubiłeś resztę? – zapytała zdziwiona tym, że Black przyszedł sam na śniadanie, bez Huncwotów.
            - Stęskniłaś się za Rogaczem? – odparł Syriusz, śmiejąc się z oburzonej miny rudowłosej. – Idą – dodał, wskazując głową na drzwi.
            - Evans, dobrze, że cię widzę! – zaczął James, siadając obok Lily. – Dzisiejszy dzień spełnia wszystkie twoje wytyczne… Jest niedziela, śnieg trochę opadł i nawet nie jest tak zimno.
Lily zmarszczyła brwi.
            - O czym ty mówisz? – zapytała rozkojarzona.
            - Oczywiście o moim prezencie świątecznym, czyli spacerze po błoniach! – odparł James, nakładając sobie sporą porcję jajecznicy. – No nie mów, że zapomniałaś…
            - Ja o niczym nie zapominam – odparła zmieszana Lily.
Oczywiście, że o tym zapomniała!
            - Dobra, o 12 przy wyjściu – dodała i wstała od stołu.

***

James szedł na spotkanie podekscytowany. Czyż w końcu nie spełniły się jego marzenia? Co prawda, dziewczyna wyraźnie zaznaczyła, że ten spacer, to nie będzie randka, ale kto wie? Może tak jej się spodoba, że zgodzi się na prawdziwą randkę, z wszelkimi bajerami? W końcu niedługo Walentynki…
Chłopak stanął przy drzwiach wejściowych i odwrócił się w stronę schodów. Chciał wszystko dokładnie zapamiętać, każdy moment, nawet najmniejszy gest dziewczyny…
            - Co ty tu robisz? – wycharczał Argus Filch, spoglądając na ucznia ze złością. – Wracaj do swojego domu! Natychmiast.
            - Czekam na kogoś – odparł James, zupełnie nie przejmując się niemiłymi epitetami, odchodzącego gdzieś woźnego. Ponownie spojrzał na schody i… jest! Idzie!
Dziewczyna wyglądała naprawdę ładnie. Długie włosy, zazwyczaj lekko potargane, były porządnie uczesane. Rude rzęsy zostały pomalowane czarnym tuszem do rzęs, a ponętne usta muśnięte bezbarwnym błyszczykiem.
Całościowy efekt, psuła niepewna mina rudowłosej.
            - Idziemy? – zapytała, wkładając czapkę na głowę. James skinął głową, lekko otumaniony kwiatowym zapachem dziewczyny i otworzył jej drzwi.
Wyszli na ukryte pod białym puchem błonia. Zimowe buty głośno chrzęściły w śniegu, zatapiając się pod ich ciężarem w puszystej pokrywie. Szli bez słowa, kierując się w stronę zamarzniętego jeziora.
            - Będziemy tak milczeć? – zapytała po pewnym czasie dziewczyna.
Zupełnie nie rozumiała zachowania chłopaka. Zwykle rozgadany, milczał jak zaklęty… Zupełnie jak nie Potter!
            - Przepraszam, próbowałem wymyślić jakiś odpowiedni temat na rozmowę – odparł z rozbrajającym uśmiechem, spoglądając na dziewczynę.
            - Och, no nie wiem, możemy porozmawiać o… - zaczęła Lily i głęboko się zamyśliła. Zwykle nie miała problemów z wymyślaniem tematów rozmów czy dysput, ale tym razem było inaczej.
Bo o czym mogłaby rozmawiać z takim Potterem? O quidditchu, którego nie lubiła? O dowcipach? Nowych gadżetach od Zonka? Trzeba było to przyznać, nie mieli wspólnych zainteresowań…
            - Może porozmawiajmy o tym co lubisz? – podsunął James. Chciał się dowiedzieć o Evans, czegoś, czego nie wiedział.
            - Co lubię? – zapytała Lily. – Lubię… się uczyć. Jejku, strasznie to brzmi, ale tak lubię się uczyć, czytać książki, zdobywać wiedzę. Im więcej wiem, tym bardziej wydaje mi się, że pasuję do tego świata…
            - O czym ty mówisz? – spytał zszokowany James. Lily nie pasująca do świata magii?!
            - Potter, o tym, że jestem mugolakiem. Niektórzy uważają, że tacy jak ja, nie powinni uczyć się magii… Chcę im pokazać, że się mylą. Może dlatego, chcę być we wszystkim najlepsza? Chociaż ambicja też w tym pomaga, ale to głównie chęć udowodnienia, że wcale nie jestem gorsza i ee… - przerwała naraz, zdając sobie sprawę z tego z kim rozmawia.
            - Jesteś najlepsza na roku – powiedział James. – Uważam, że jesteś najlepsza we wszystkim.
Lily spojrzała na chłopaka.
            - Dzięki, Potter, to miłe – odparła i przyśpieszyła kroku.
Pomiędzy dwójką zaległa cisza. Ale nie uciążliwa, jedna z tych chwil, gdy dwoje dotąd obcych sobie osób, rozumie się bez słów…

***

Następne dni, mijały uczniom Gryffindoru w spokoju. Skończyły się głośne kłótnie Evans z Potterem, zapanował pomiędzy nimi rozejm. Oczywiście, Huncwoci nie byliby sobą, gdyby nadal nie żartowali sobie z uczniów, ale robili to dyskretniej. Najczęściej ich dowcipy dotyczyły Ślizgonów, więc Lily im odpuściła. Czuła do mieszkańców Slytherinu złość. Coraz częściej przezywali oni mugolaków, lub osoby półkrwi… Lily uznała, że takie małe, całkiem niegroźne żarty, nie wyrządzą im wielkiej krzywdy i nie reagowała na nie.
Coraz szybciej zbliżały się urodziny panny Evans, tak ważne dla czarodziei, albowiem 17. Świat magii, różnił się od mugolskiego tym, że pełnoletność uzyskiwało się o rok wcześniej.
            - Będziemy siedzieć w dormitorium? – wyjęczała Dorcas, patrząc na zawziętą Lily.
Siedziały na kolacji w Wielkiej Sali i omawiały dzień urodzin rudowłosej.
30 stycznia zbliżał się wielkimi krokami, a uparta panna Evans nie miała ochoty na huczne świętowanie siedemnastki.
            - Tak, w dormitorium – potwierdziła Lily, na co Alicja wygięła usta w podkówkę.
            - O czym rozmawiacie? – zapytał Frank, spoglądając na smutną Alicję. Do stołu dosiedli się także Huncwoci, chociaż w niepełnym składzie. Gdzieś zgubili Petera.
            - O urodzinach Lily, które chce spędzić w dormitorium… - wyjaśniła od razu Dorcas.
            - W waszym dormitorium? – zapytał James. – A jak my się tam niby dostaniemy?
            - Ktoś cię zapraszał, Potter? – odparła Lily, chociaż złagodziła tą wypowiedź lekkim uśmiechem. – Nie lubię imprez, na pewno nie chcę czegoś takiego, co się działo w zeszłym roku z okazji urodzin Blacka…
            - Ooo, to były świetne urodziny… - powiedział rozmarzony Syriusz, przypominając sobie co zabawniejsze momenty. – Ale Evans, nie możesz tego zrobić Rogaczowi, on już ci kupił prezent i w ogóle.
            - Prezent? Nie, Potter, nie chcę więcej od ciebie prezentów! Jeden wystarczy, serio – odparła Lily, przypominając sobie o obecności naszyjnika, znajdującego się pod koszulką.
Nosiła go non-stop, właściwie zdejmowała go tylko, gdy szła pod prysznic. Gdy nikt nie widział, zachwycała się idealnymi liniami wygrawerowanych kwiatów, na prześlicznej, srebrnej zawieszce. Do której, tak swoją drogą, nie włożyła jeszcze żadnego zdjęcia.
            - Nie mogę oddać – stwierdził James. – Mam pomysł! Znam idealne miejsce na twoje urodziny! – zawołał i zwrócił się do Syriusza. – Pokój Życzeń.
            - Oo – mruknął Syriusz, zajęty kolacją. – Dobra myśl, będziesz Evans zadowolona, już Rogacz wymyśli ci doskonały wystrój, i inne rzeczy. Niczym się nie martw – zapewnił dziewczynę.
            - Zaczynam się bać – stwierdziła Lily, czym rozśmieszyła Dorcas.

***

            - Czy zasłanianie mi oczu było naprawdę potrzebne? – zapytała Lily, gdy Dorcas wyczarowała jej na oczach przepaskę, przez którą nic, a nic nie widziała.
            - Jak najbardziej – odparła czarnowłosa.
Czyjaś dłoń pociągnęła rudowłosą do wyjścia z Pokoju Wspólnego.
            - Gdzie idziemy? – zapytała, gdy potknęła się przy wyjściu. Jednak czyjaś silna dłoń nie pozwoliła jej się przewrócić.
            - Do Pokoju Życzeń – odparła Dorcas, chociaż tak naprawdę nie wiedziała co to za pokój, gdzie się znajduje, ani tym bardziej co tam zastaną.
Organizacją urodzin zajęli się Huncwoci, czego czarnowłosa lekko się obawiała. Lily myślała, że ona i Alicja pomagały, ale prawda była całkiem inna.
            - Jesteśmy – oznajmił James i wymówił przeciwzaklęcie.
Czarna opaska spadła z oczu Lily. Dziewczyna szybko zamrugała powiekami i oniemiała z wrażenia.
Wiedziała, że są nadal w zamku, ale to nie zmieniało faktu, że stali pod gołym niebem. Granatowy nieboskłon, gdzieniegdzie przetykany srebrnymi gwiazdami, które delikatnie oświetlały polanę usianą białymi stokrotkami.
            - To… - wyszeptała zdziwiona.
            - Wygrałem! Mówiłem, że zaniemówi! – wydarł się Syriusz, po czym wyciągnął rękę.
            - Zawsze on wygrywa, to nie fair – wymamrotała Dorcas, podając Blackowi galeona.
            - Ale… - zaczęła Lily. Była zupełnie wytrącona z równowagi.
            - Podoba ci się? – zapytał Remus, podchodząc do dziewczyny z prezentem.
            - Bardzo, to niewiarygodne, nie spodziewałam się czegoś takiego – odparła zmieszana, przyjmując prezent.
            - Ej, nie, najpierw miał być tort! – zawołał James i wyrwał Lily prezent. – Dmuchaj! – dodał, na co Syriusz głośno się roześmiał.
James walnął go łokciem i podprowadził rudowłosą do stołu, uginającego się pod ciężarem łakoci, napojów, oraz gigantycznego tortu, którym z powodzeniem najadłby się cały Gryffindor.
            - Pomyśl życzenie – podpowiedziała Alicja, uśmiechając się, gdy przyjaciółka lekko pochyliła się do z dmuchania świeczek.
Lily spojrzała na znajomych, na uśmiechniętą  Alicję, wyszczerzoną Dorcas, rozbawionego Franka, podjadającego cukierki Peter, Blacka, który okazał się być całkiem miłym facetem… I wreszcie na Pottera, który troszkę znormalniał.
Chciałabym, żeby już zawsze było tak, jak teraz, pomyślała i zdmuchnęła płomień, palący się na siedemnastu świeczkach.

***

            - Czas na prezenty! – zawołała Dorcas, gdy już większość objadła się przeszmuglowanymi przez Huncwotów z Miodowego Królestwa, słodyczami.
            - Nie trzeba było, naprawdę, nie potrzebuję prezen… - zaczęła Lily, ale jak zwykle ktoś jej przerwał.
            - Evans, ale ty jesteś! Przyjmij podarunki z uśmiechem, a nie skromnością – powiedział Syriusz, patrząc na podekscytowaną Alicję.
            - Najpierw mój! – zawołała dziewczyna i wręczyła Lily kolorową paczkę.
Rudowłosa zważyła w rękach opakowany w złoty papier prezent i szybko go odpakowała.
            - O Merlinie, „Eliksiry największych mistrzów”? – wykrzyknęła. – Z 1878 roku?! Skąd?! – zapytała zdziwiona.
            - Kurczę, jeżeli ona tak cieszy się z książki, to nie wiem czy nasz prezent jest odpowiedni – wymamrotał Syriusz do Jamesa.
            - Łatwo nie było, ale mama okazała się niezawodna i znalazła ją w pewnym antykwariacie na Pokątnej – odparła Alicja, gnieciona w silnym uścisku jubilatki.
            - Dobra, czas na mój prezent – stwierdziła Dorcas. – Proszę bardzo – dodała i podała przyjaciółce pudełko. Które wydawało z siebie ciche popiskiwanie…
            - Kociak? – zapytała zachwycona Lily, trzymając na rękach śnieżnobiałego kota.
            - Kocur – uściśliła Dorcas. – Mówiłaś, że zawsze chciałaś mieć kota, a ten jest…
            - Boski, Dorcas! – zawołała Lily, przytulając czarnowłosą z kotem w ramionach.
            - Dobra, Meadowes, z drogi, czas na nasz prezent. Rudzielcu, to prezent składkowy, głównie składał się na niego Rogacza… ała, naprawdę nie musisz mnie co chwilę bić, James, ogarnij się! – powiedział Syriusz, gdy znowu został znokautowany przez przyjaciela.
            - Wybieraliśmy wspólnie – dodał Remus, gdy James przyniósł elegancko opakowaną paczuszkę.
            - Wszystkiego najlepszego – powiedział James, wręczając Lily prezent.
Dziewczyna, z pewnym wahaniem przyjęła go i paroma ruchami zerwała szkarłatny papier. Uniosła wysoko brwi, widząc nazwę sławnego wśród czarodziei, salonu z biżuterią i otworzyła granatowe pudełko.
            - Podoba ci się? – zapytał od razu James, gdy nie mógł nic wyczytać z twarzy dziewczyny.
            - Jest piękny, ale… - powiedziała, na co Syriusz przewrócił oczami. – Nie mogę go przyjąć, to na pewno było strasznie drogie, te kamienie wyglądają na szlachetne i nie…
            - To zwykły zegarek – podkreślił James, szukając u przyjaciół pomocy.
            - Tak, te małe kamyczki, które są zamiast cyfr, to na pewno nie są szmaragdy – dodał ironicznie Syriusz.
            - Jest srebrny, James myślał o złotym – wspomógł Peter, chociaż tak naprawdę zaszkodził.
            - Nie ja nie mogę – stwierdziła kategorycznie Lily, wpychając Jamesowi do rąk zamknięte pudełko. – Nie możecie mi robić takich prezentów, to jest za drogie, niepraktyczne, chociaż tak, wyjątkowo piękne…
Zagryzła usta i spojrzała na Pottera, a następnie na przyjaciółki.
            - Chyba przesadziliście – powiedziała Alicja, spoglądając głównie na Jamesa.
            - Ale – zaczął James. – To i tak jeden z tańszych modeli, no Evans, chociaż przymierz! – rozkazał jękliwym tonem.
Lily zrobiło się trochę głupio, kupili jej prezent, zgoda drogi jak cholera, ale chyba sprawiała im przykrość. Może głównie Potterowi, bo Black wyglądał na znudzonego, Remus na zażenowanego, Peter oczywiście był zajęty czymś zupełnie innym, a Frank słuchał muzyki, patrząc na Alicję.
            - Dobrze, przymierzę – powiedziała Lily i założyła prezent na rękę.
I wyglądał naprawdę świetnie. Srebro prezentowało się dostojnie na szczupłym przegubie dziewczyny, zielone kamienie (które podobno nie były szmaragdami) rzucały tajemnicze cienie na czarną tarczę zegarka. Srebrne wskazówki cichuteńko tykały.
Lily była zachwycona. I James to świetnie widział. Tylko, że dziewczyna była też strasznie uparta (cecha rodzinna).
            - Naprawdę, dziękuję wam z całego serca, to jest piękny prezent, ale ja nie mogę go przyjąć – stwierdziła z żalem, zdejmując zegarek i wkładając go z powrotem do pudełka. – Możemy porozmawiać? – zapytała patrząc na chłopaka. – Na osobności? – dodała.

***

            - Posłuchaj – zaczęła, gdy wyszli z Pokoju Życzeń i stanęli na korytarzu. – Prezent jest doskonały, ale uch, nie możesz mi robić tak drogich podarunków, rozumiesz?
            - Właśnie nie rozumiem – odparł James. Czuł się okropnie, tyle czasu wybierał ten zegarek, przeznaczył na niego sporo pieniędzy, i po prostu chciał sprawić Lily przyjemność. Nie sądził, że nie będzie ona chciała przyjąć „tak drogiego prezentu”… 
Przecież to głupie!
            - Potter, nic nas nie łączy, jesteśmy zwykłymi znajomymi! Mogę się tylko domyślać, ile kosztował ten zegarek, ale myślę, że jego cena zwaliłaby mnie z nóg. Nie mogę go przyjąć, proszę zwróć go, i jeżeli będziesz chciał mi kupić jakiś prezent, to nie wiem, niech to będzie zwykłe pióro, czy słodycze z Miodowego Królestwa, ale nie przedmiot, przez który będę się czuła źle…
            - Źle? – zapytał James. – Przecież nic za niego nie chcę! Co ty myślisz, że to jakieś przekupstwo? Dam ci drogi prezent, i każę ci wskoczyć ze mną do łóżka? Evans, za kogo ty mnie masz? – zapytał i z poczuciem gorzkiej niesprawiedliwości ruszył przed siebie.
Lily spojrzała za chłopakiem.
            - Cholera jasna – wymamrotała pod nosem i ruszyła za nim.
Kto by pomyślał, że panna Evans poczuła wyrzuty sumienia, z powodu sprawienia przykrości temu okropnemu Potterowi?

***

            - Coś długo ich nie ma – zauważyła Dorcas, spoglądając na zegarek.
Minęło już półgodziny, a ani Lily, ani James nie wrócili na przyjęcie.
            - Może zatrzymało ich coś ciekawszego, jeżeli wiesz o czym mówię, Meadowes… - powiedział Syriusz.
Dorcas spojrzała na Alicję i pokręciła głową.
            - Lily nie jest taka!

***

            - Kto by pomyślał, że tak szybko chodzisz, na lekcje jakoś ci się nie śpieszy… - wymamrotała Lily, doganiając bruneta. – Dobra, Potter, zapomnijmy o sprawie. Ja przyjmuję prezent, a ty nie wyobrażasz sobie niczego… I nie dziw się, jeżeli nie będę go na razie nosić – dodała.
            - Serio, przyjmujesz? – zapytał James, zatrzymując się niedaleko zejścia do lochów.
            - Jak najbardziej przyjmuję, i dziękuję, jest naprawdę piękny – odparła, gdy chłopak chwycił ją za rękę i wsunął na jej nadgarstek srebrną bransoletę. – Zachwycający – dodała, przyglądając się wskazówkom i delikatnym zielonym błyskom, rzucanym przez kamienie.
Żadne z nich, nie widziało, że z ciemnych lochów, spogląda na nich smutny i okropnie zazdrosny Severus Snape.

***

Styczeń dobiegł końca. Wraz z zerwaniem z kalendarza, kartki z datą 31 stycznia, minął kolejny miesiąc z życia uczniów Hogwartu. Miesiąc, który sporo pozmieniał w stosunkach między dawnymi przyjaciółmi, wrogami, był świadkiem nowych przyjaźni i głębokich przemyśleń.
Luty zawitał do Hogwartu z nowymi wydarzeniami…


***

Nie wiem co to jest. Wiem jedno, jest straszne! Tak okropnie mi się nie podoba... Cholera, już nigdy więcej nie będę czytała innych blogów, bo wtedy dochodzi do mnie jak żałosne jest to co piszę. Chyba muszę się zastanowić nad sensem kontynuowania tego opowiadania. Jest takie banalne! I mam jeszcze wiele określeń co do niego, ale nie chcę już nikogo zanudzać :|



2 komentarze:

  1. O nie nie nie nawet nie myśl o przestaniu pisać! Piszesz świetnie i ja osobiście lubię twój styl pisania gdyż jest taki lekki i Z przyjemnością czytam twe rozdziały. Rozdział fajny. To się chłopcy wykosztowali kupując taki prezent. Dobrze że Ruda go przyjęła.
    Pozdrawiam
    Gabriela Black

    OdpowiedzUsuń
  2. Tylko spróbujesz przestać pisać :/ nie możesz mi tego zrobić :( kocham każde słowo które piszesz :') a rozdział świetny i rozumiem dlaczego Lilka czuje się źle z powodu prezentu xDD cieszy mnie że poprawiają się jej stosunki z Blackiem (no jak można nie lubić Łapy?!?!?!) więc czekam na next i mam nadzieje że nie będę musiała czekać długo xx

    OdpowiedzUsuń

Uwaga: tylko uczestnik tego bloga może przesyłać komentarze.