niedziela, 8 marca 2015

Rozdział 3



Listopad 1976


Ty będziesz następna, szlamo.
To zdanie dręczyło Lily już od paru dni. Od ataku na Mary MacDonald minął tydzień. Dziewczyna została przewieziona do Munga; jej obrażenia były na tyle poważne, że musieli się nimi zając wykwalifikowani uzdrowiciele.
            - Nie myśl o tym – wyszeptała Lily, patrząc na swoje odbicie w lustrze. Przez ten tydzień naprawdę zmizerniała. Chociaż zazwyczaj była blada, teraz jej cera przybrała niezdrowy, żółtawy odcień, oczy stały się przygaszone, a włosy stanowczo wymagały czesania.
            - Lily, wychodzisz? – zapytała Alicja. – Siedzisz w tej łazience już półgodziny, ja też chcę się wyszykować.
Rudowłosa związała włosy w niedbały kok.
            - Dobrze się czujesz? Wyglądasz… nieciekawie – powiedziała Alicja, spoglądając z niepokojem na przyjaciółkę. – Może idź do Skrzydła?
            - Nie, wszystko jest okej, nie martw się – odparła Lily i szybkim krokiem opuściła dormitorium.

***

            - Idzie – powiedział James, bacznie obserwując dziewczynę.
Gdy Lunatyk, opowiedział mu o patrolu, na którym znaleźli zaatakowaną dziewczynę i o słowach napastnika do Evansówny, James cały czas miał ją na oku.
Śledził kropkę, oznaczoną jej imieniem i nazwiskiem na Mapie Huncwotów. Oddalony o parę kroków od dziewczyny, odprowadzał ją na każde zajęcia. 
I przeprowadzał prywatne śledztwo.
Chciał się jak najszybciej dowiedzieć, kto grozi rudowłosej, z tak błahego powodu jak jej pochodzenie. Przecież to niepojęte, dręczyć kogoś z powodu mugolskiego pochodzenia?!
            - Więc teraz będziemy cały czas obserwować Evans? – zapytał Syriusz, znudzony już tym śledzeniem, tak nudnej osoby jak rudowłosa. 
Tylko chodziła na lekcje, albo do biblioteki… Doprawdy, w całym zamku nie było bardziej przewidywalnej osoby od Evans. A przynajmniej tak uważał Syriusz.
            - Oczywiście, że tak! Nie darowałbym sobie, gdyby jej się coś stało. Poza tym chcę dorwać tego dupka, który jej groził – odparł James, spoglądając na dziewczynę.
            - Zgadzam się z Jamesem, powinniśmy uważać na Lily. Zresztą, nie tylko na nią, wśród Gryfonów jest sporo osób z mugolskich rodzin, które są zagrożone. Łapo,  nie widziałeś tej dziewczyny, wyglądała naprawdę okropnie – powiedział Remus, wzdrygając się na wspomnienia poturbowanej MacDonald.
            - Och, zgoda, zmieńmy się z najzabawniejszych kolesi w szkole, w jakiś obrońców uciśnionych – odparł kpiąco Syriusz.
            - To wcale nie są żarty, Łapo. I tak, smutno mi to mówić, ale chyba najwyższy czas dorosnąć – powiedział James, czym zaskoczył swoich przyjaciół.

***

Severus Snape przyglądał się swojej byłej przyjaciółce znad parującego kociołka. Zazwyczaj na Eliksirach był skupiony tylko na jednym – na przyrządzeniu najdoskonalszego wywaru.
Tym razem było zupełnie inaczej. 
Wiedział o ataku na tą Gryfonkę, która wylądowała w Mungu. Można powiedzieć, że z pierwszej ręki. Mulciber, śmiejąc się, wyznał mu, że to jego sprawka. Najbardziej się śmiał, z przerażonej miny „szlamy Evans”. Oraz tego, jak jej groził.
Severus miał pewne obawy. Wiedział, że teraz nie polują na Lily; wiedział, że zwolennicy Czarnego Pana, mają się teraz skupić na nauce zaklęć czarno magicznych, ataki mają się na razie skończyć. Mieli nie wzbudzać podejrzeń.
Ale tylko po to, aby ataki ruszyły z podwójnym impetem. Więc przez pewien czas, Lily miała być bezpieczna. A gdy będzie zagrożona, on, Severus, dopilnuje, żeby była o tym powiadomiona...

***

Lily wracała z biblioteki. Było już dobrze po 21, czyli jeszcze nie cisza nocna, ale korytarze były opustoszałe. Większość uczniów była przerażona ostatnim atakiem, a biorąc pod uwagę nieprawdziwe plotki, które mówiły, że zaatakowana dziewczyna ledwo przeżyła, po 20 nie wychodzili na szkolne korytarze. 
Zwyczajnie się bali.
            - Masz paranoję – wyszeptała do siebie, oglądając się. Mogła przysiąc, że słyszała kroki! Ale nikogo nie widziała…
Przyśpieszyła kroku i po raz pierwszy w życiu ucieszyła się z widoku Syriusza Blacka.
            - Evans, urządzasz sobie jogging po zamku? – zapytał, spoglądając za dziewczynę.
Doskonale wiedział, przed kim Evans tak uciekała. James widocznie musiał za głośno stąpać pod niewidką, bo Evans była wyraźnie poruszona.
            - Tak, jasne, codziennie urządzam sobie maraton biegowy po korytarzach – odparła, dosyć głośno dysząc. Taa, zupełnie nie miała kondycji.
            - Czytałaś wieczornego Proroka? – zagaił Syriusz. Zupełnie nie wiedział o czym z nią rozmawiać. – Podobno był atak na mugoli w Londynie. Dwie osoby nie żyją, sprawca nieznany. Jednak na miejscu zbrodni, były ślady użycia magii… Mówią, że to ten Lord Jak Mu Tam.
            - Nie czytałam – odparła, jeszcze raz oglądając się za siebie. Mogłaby przysiąc, że słyszała dyszenie! Jakby ktoś biegł… - To straszne co się dzieje, nikt nie może się czuć bezpieczny.
            - Och, z tego co słyszałem, to niektórzy mogą – odparł beztrosko Syriusz. – Na przykład jego zwolennicy. Wiesz co podsłuchałem pod pokojem nauczycielskim? Że ma ich kilkunastu w zamku. Chyba się domyślasz, z jakiego domu to mogą być uczniowie…
Lily spojrzała na chłopaka.
            - Sugerujesz… Slytherin? – zapytała, chociaż doskonale znała odpowiedz na to pytanie.
            - Nie, nierozgarniętych Puchonów – odparł ironicznie Syriusz. – Jasne, że Ślizgonów. To podłe szumowiny, w tym mój brat…
            - Ty masz brata? – zapytała zdziwiona Lily.
            - Tak, ale zazwyczaj się do niego nie przyznaję – odparł Syriusz. – Słuchaj Evans, Rogacz chciał ci coś zaproponować, więc mogłabyś na niego poczekać w pokoju wspólnym? – zapytał, dłużej przytrzymując wejście do Wieży, aby James, ukryty pod niewidką też wszedł.
            - Black, nie mam głowy do jego głupich próśb o randkę, naprawdę…
            - Evans, nie chodzi o randkę. Poczekaj na niego, zaraz przyjdzie – przerwał jej Syriusz i ruszył w stronę męskich dormitoriów.

***

James szybko zrzucił z siebie pelerynę, poczochrał włosy i ruszył do pokoju wspólnego. Spojrzał na wątłą sylwetkę rudowłosej, która ogrzewała ręce przy rozpalonym kominku i poczuł ogarniającą go czułość. Było to uczucie dosyć dziwne, przynajmniej jak dla chłopaka.
            - Evans – powiedział, czując, że mówienie do niej po nazwisku jest niewłaściwe. – Mam dla ciebie pewną propozycję…
            - Słucham, Potter? – odparła, od razu się przesuwając gdy chłopak usiadł obok niej na kanapie.
            - Na pewno słyszałaś o coraz częstszych atakach na mugoli, czy czarodziei półkrwi? – zapytał chłopak.
Lily spojrzała na niego kpiąco.
            - Raczej, że tak. Możesz przejść do rzeczy, muszę jeszcze skończyć wypracowanie z Transmutacji…
            - Pomyślałem, że pewnie martwisz się o rodziców. Nie mają żadnej ochrony, mugolska broń nic nie da, przy zmasowanym ataku czarodziei… Eee, tak, więc, nie wiem czy wiesz, ale mój ojciec jest aurorem, mógłby rzucić parę ochronnych zaklęć na twój dom – zaproponował James.
            - Naprawdę mógłby? – zapytała dziewczyna, czując, że zaraz się rozklei. To było takie miłe ze strony Pottera! Myślała, że może dyrektor zaproponuje coś takiego uczniom, pochodzących z mugolskich rodzin, ale to… 
Była zaskoczona i dziwnie ucieszona.
            - Jasne, że mógłby – odparł James, patrząc w zaszklone oczy Lily.
            - Byłabym ci bardzo wdzięczna. I oczywiście twojemu tacie, to… bardzo miłe, Potter, nie spodziewałam się, myślałam…
            - Wiem, że chcę cię zaprosić na randkę. Ale to innego dnia Lily, gdy nie będziesz taka smutna – powiedział James. – Napiszę jeszcze dzisiaj do ojca, o nic się nie martw. I… dobranoc.
James wstał i szybko poszedł do dormitorium. Zamyślona Lily patrzyła jeszcze długo w dogasający na kominku ogień.

***

Następne dni obfitowały w kolejne doniesienia Proroka Codziennego o nowych atakach. Wcześniej były to tylko małe wzmianki, teraz artykuły zajmowały całe dwie pierwsze strony. Jednak najgorsze były tabelki z nazwiskami ludzi zabitych, zaginionych, lub uznanych za porwanych.
            - To straszne, do czego może doprowadzić ideologia jednego szaleńca – powiedziała Lily, kończąc czytać artykuł o napaści na dom czarownicy, która pisała niepochlebne notki na temat czarodzieja, zwanego Lordem Voldemortem. Lub, jak przez większość nazywanego Sam- Wiesz- Kim.
            - Dokładnie. Codziennie piszę do rodziców, żeby gdyby co nie nadstawiali karku, straszni z nich ryzykanci – powiedziała Dorcas, jedząc śniadanie. – Tata jest aurorem, mama niespełnionym aurorem, przez co ciągle próbuje w czymś pomagać ojcu… Martwię się o nich – dodała.
            - Moja mama była przerażona atakiem na Mary – powiedziała Alicja, dyskretnie spoglądając na siedzącą przy stole MacDonald. Dziewczyna wyglądała słabo i na każdy głośniejszy dźwięk, wzdrygała się. – Dobrze, że wyzdrowiała, a ataki się nie powtórzyły, bo matka chciała mnie już zabierać z Hogwartu.
            - W gruncie rzeczy, nie wiem czy Hogwart to nie jest najbezpieczniejsze miejsce – odparła Lily. – Tutaj, przynajmniej jak na razie, był tylko ten jeden incydent. A poza szkołą? Ciągle się coś dzieje…
            - Uch, zmieńmy temat – poprosiła Dorcas. – Oczywiście będziecie na meczu? Strzelę dzisiaj co najmniej z dwadzieścia bramek, Puchoni nie mają szans! – zawołała, uśmiechając się do kapitana Gryffindoru, który właśnie się do nich dosiadł. – Cześć kapitanie, jak tam przed pierwszym meczem sezonu? Paskudna pogoda, nie?
            - Okropne warunki – stwierdził Dan. – Ale przyjdziecie nam kibicować, prawda?
            - Tak, jasne – odparła od razu Lily, w myślach sobie wyliczając, co mogłaby zrobić pożytecznego, zamiast oglądania meczu, w dodatku gdy padał taki deszcz. Ale Dan jej pomógł (co właściwie do niczego konkretnego nie doprowadziło, ale załóżmy, że dziewczyna miała swoją zemstę) i chociaż tak mogła mu okazać wsparcie.

***

Fatalne warunki pogodowe przeszkadzały szukającemu Gryffindoru, Jamesowi Potterowi w złapaniu złotego znicza. Okulary także nie ułatwiały tego zadania. Co chwilę je zdejmował i przecierał skrajem i tak mokrej szaty do quidditcha.
            - Potter, skup się na złapaniu znicza! – wrzasnął kapitan, który właśnie pięknie obronił bramkę. – Mamy odpowiednią przewagę, możemy wygrać!
James skinął głową i spróbował cokolwiek dostrzec poprzez zalane przez wodę okulary. Spojrzał na szukającego Hufflepuffu, który nagle zerwał się do lotu i również to dostrzegł. Złoty błysk nad przeciwną stroną boiska. Nachylił się nad trzonkiem miotły i poleciał po wygraną.

***

Wieża Gryffindoru była tego wieczoru miejscem najgłośniejszym i z pewnością najradośniejszym w całej szkole. Drużyna quidditcha, wygrała swój pierwszy mecz, co było powodem do świętowania.
Remus rzucił na pokój wspólny zaklęcie wyciszające – nie chciał mieć problemów z rozwścieczoną profesor McGonagall.
Za to reszta Huncwotów gdzieś zaginęła i po godzinie wróciła z wielkimi zapasami jedzenia i picia.
            - Jak oni to robią? – zapytała Lily, marszcząc czoło. Doskonale wiedziała, że pokarmu nie można wyczarować. Ostatecznie można przywołać, o ile się wie skąd…
            - Czary, Evans – odparł Syriusz, który usłyszał pytanie rudowłosej. – Czysta magia – dodał kpiąco i ruszył do kącika muzycznego, aby podgłośnic lecącą piosenkę.
            - Jestem pod wrażeniem – zagaiła Dorcas, wkładając Lily w rękę szklankę piwa kremowego. – W godzinę zorganizowali całkiem niezłą imprezę.
            - Pod tym względem są niewiarygodni – dodała Alicja, podchodząc do przyjaciółek z Frankiem.
            - A ja nadal nie rozgryzłem, jak oni to robią… - powiedział Frank, na co Alicja zachichotała.
            - Jesteś nierozgarnięty – skomentowała brunetka i pocałowała chłopaka. – Zatańczmy wreszcie!

***

Świętowanie powoli przeradzało się w regularną popijawę. Syriusz tańczył z butelką po Whisky Ogdena, Peter siedział w fotelu i czuł zawroty głowy, a James, który wcale za dużo nie wypił, patrzył na rozmawiającą z Moore’m Lily. Wypił łyk Ognistej i ruszył w kierunku dziewczyny.
            - Evans, zatańczysz? – zapytał, licząc na to, że może dziewczyna nie będzie na tyle podła, żeby mu odmówić przy tych wszystkich ludziach.
Lily zmarszczyła brwi.
Właściwie, czemu nie? Pomyślała i skinęła głową.
            - No dobra, to dziwne – powiedział James, gdy poleciała jakaś wolna piosenka, a Lily lekko objęła ramionami jego kark.
            - Tylko nic sobie nie myśl, to zwykła wdzięczność – odparła szybko Lily. Wolała, żeby Potter nie wyobrażał sobie niewiadomo czego.
            - Wdzięczność? – nie załapał James.
            - Mama przysłała mi list, był u nich twój ojciec. Rzucił zaklęcia ochronne, jestem ci za to naprawdę wdzięczna – powiedziała Lily, patrząc chłopakowi prosto w oczy.
            - Ach, więc tańczymy razem tylko dlatego, że byłem na tyle uprzejmy, aby poprosić ojca o pomoc? – dopytał James, czując wielkie rozczarowanie.
            - Tak, ale… - zaczęła. – Nie naciskaj Potter, i ciesz się chwilą – skończyła szybko.
            - Jeżeli tylko to mi pozostaje – westchnął chłopak i przysunął się bliżej dziewczyny.
Piosenka dobiegła końca, zdecydowanie za szybko. 

***

Dorcas Meadowes była postrzegana przez większość uczniów, którzy ją znali, i nauczycieli jako przykład typowego „zdolnego lenia”. Mogłaby zdobywać same Wybitne, jeżeli tylko trochę przyłożyłaby się do nauki. Lecz Dorcas wolała cały wolny czas, poświęcać na treningi quidditcha, oraz flirty z chłopakami. Jednak pewien wieczór, zupełnie zmienił jej postrzeganie świata.
            - Panno Meadowes, zapraszam do gabinetu dyrektora – powiedziała profesor McGonagall, spoglądając na roześmianą uczennicę, siedzącą na obiedzie z przyjaciółmi.
Dorcas zmarszczyła czoło (była pewna, że nic nie przechlapała!) i ruszyła za nauczycielką. Nie wiedziała, że ta wizyta zmieni całe jej życie.

***

Lily pisała wypracowanie na Eliksiry, gdy do dormitorium wpadła przeraźliwie blada Dorcas.
            - Co się stało? – zapytała przerażona, patrząc na milczącą czarnowłosą.
            - Mój ojciec… On nie żyje – powiedziała Dorcas, nadal nie mogąc w to uwierzyć.
Lily zamurowało.
            - Dorcas, tak mi przykro – wyszeptała, obejmując koleżankę. – Ja… nie wiem co powiedzieć, to okropne.
            - Nic nie mów – odparła dziewczyna. – Tylko zostań przy mnie, dobrze? – wyszeptała, czując łzy spływające po policzkach. 

***

Listopada powoli chylił się ku końcowi. Spadł pierwszy w tym roku śnieg, który równomiernie pokrył błonia oraz Zakazany Las, białą czapą. Zwierzęta pochowały się do swoich norek, nawet Psotnik, pies gajowego Hogwartu, spędzał całe dnie, przy rozpalonym palenisku w domu swojego pana.
Jedynymi istotami, które zupełnie nie przejmowały się mrozem i sporą ilością śniegu, były: pies, jeleń, szczur, oraz wilkołak.
Była pełnia, czyli czas, gdy najgorsze potwory opanowują ciemne zakamarki lasu.
Jeleń, z wielkim porożem szedł przodem. Dumnie stąpał po wysokich zaspach i co jakiś czas odrzucał głowę. Wprawne oko, mogłoby w tym geście dostrzec podobieństwo do pewnej osoby…
Pies, wesoło merdając ogonem, biegał wokół jelenia, którego od czasu do czasu kąsał w kopyto, tak dla draki.
Gruby szczur, swoimi małymi łapkami, trzymał się mocno gęstej grzywy psa, aby nie spaść i się gdzieś nie zgubić. Szczur był przerażony tą możliwością, więc jeszcze mocniej chwycił łapkami delikatną sierść psa i przywarł do niego, swoim całym, grubym ciałkiem.
Za to wilkołak siał postrach wśród wszystkich leśnych zwierząt, które akurat teraz, popełniły ten błąd i wybrały się na łowy. 
Nie był to dla nich dobry czas, wilkołak podczas pełni był bezwzględny. Często rozszarpywał swoimi ostrymi kłami, lub pazurami małe gryzonie, ptaki, deptał leśne runo. Był zagrożeniem dla większości mieszkańców Zakazanego Lasu…
Ta wielce niedobrana czwórka zwierząt, raz w miesiącu, podczas pełni księżyca penetrowała okolicę Hogwartu oraz okolicznej wioski.
A tą czwórką zwierząt, byli uczniowie tej szkoły.
Trzech niezarejestrowanych animagów, oraz jeden ugryziony przez wilkołaka w dzieciństwie chłopak.
Ciekawe tajemnice, mają ci Huncwoci, nieprawdaż?


***

Witam! Dziewczyny, kobiety, wszystkiego najlepszego z okazji naszego święta! Dostałyście kwiatka? Byłam nieźle zdziwiona, gdy do kawy w Starbucks'ie dostałam podwiędniętego tulipana :) Jakby nie było, wszystko układało mi się dzisiaj świetnie i chociaż spałam tylko trzy godziny, nadal tryskam energią! Także może coś napiszę. Tak przy okazji, co ze mną jest nie tak - gdy nic nie napiszę przez dwa dni, mam wyrzuty sumienia :| Hm, i niestety ale muszę się do czegoś przyznać... Popełniłam okropny, niewybaczalny błąd... Obejrzałam "50 twarzy Greya", haha, straszne to było, cały czas się głupio podśmiewałam - zryty mózg. A i mam dla was fajny artykuł -->  http://weekend.gazeta.pl/weekend/1,138589,17521955,Zalozyli_szkole_czarodziejow__a_teraz_chca_kupic_w.html#TRwknd
Ciekawe, nie? Miłego tygodnia życzę :) (Oby nadchodzący poniedziałek nie był tak okropny jak się zazwyczaj wydaje...)


3 komentarze:

  1. Wszystkiego najlepszego i dziękuje za życzenia xD opowiadanie powoli się rozkręca, a Lilka przełamuje :D teraz tylko czekać do środy i zobaczyć co będzie dalej :) rozdział super, mega, niesamowicie świetny xx

    OdpowiedzUsuń
  2. Lily się rozkręca hihihi :D Też dostałam kwiatka :D i to nawet dwa :P A ja dalej nie widziała 50TG haha i dobrze mi z tym !!! Może kiedyś ;P A co do nadchodzącego poniedziałku to taki straszny się nie wydaje z wizją leżenia w łóżku z chorobą . Ale zawsze to jeden poniedziałek bez szkoły :D Ej zamiast komentować świetność rozdziału to sobie tu "gadam" z Tobą :D haha no dobra świetny rozdział i do następnej ;)

    OdpowiedzUsuń

Uwaga: tylko uczestnik tego bloga może przesyłać komentarze.