czwartek, 4 września 2014

Rozdział 7 Mecz Quidditcha i wyznanie



Od pamiętnej randki z Jamesem minął miesiąc, była połowa października, pogoda robiła się coraz gorsza, a mój humor coraz lepszy. Nauka szła mi wyśmienicie, chociaż tak jak dawniej nie przesiadywałam ciągle w bibliotece, uczyliśmy się całą paczką w Pokoju Wspólnym, lub czasem w dormitorium chłopaków. Huncwoci ostatnio spoważnieli, przestali robić te swoje szalone dowcipy, raz tylko zrobili jakieś zamieszanie w lochach. Zapewne chcecie wiedzieć co u mnie i Jamesa? Byliśmy parę razy na wieczornych spacerach po błoniach, jednak chłopak miał coraz mniej czasu ze względu na treningi Quidditcha. Black nazywał nas wzorową parą, ale tak naprawdę, o ile istniał jakiś związek to nie był on tak nazwany. Chodziliśmy na spacery, żartowaliśmy, uczyliśmy się razem, nawet parę razy się pocałowaliśmy, ale to tyle. Szczerze mówiąc byłam trochę zawiedziona, przecież przez ostatnie lata Potter biegał za mną z wywalonym jęzorem zapewniając mnie o swojej miłości, a tu co? Cisza. I to głucha. Ani razu mi nie powiedział co czuje. Zresztą, ja też nie jestem tą wyrywną i również trzymałam język za zębami. A muszę wam przyznać, że chyba powoli dochodzę do wniosku, że po prostu szleję za Jamesem. Jak inaczej nazwiecie fakt, że chociaż zacinał deszcz, ja siedziałam skulona pod parasolką i razem z Dor oglądałam trening Gryfonów? Ilekroć przyłapałam go na patrzeniu na mnie, czy to w klasie, czy z bliska przy kolacji, po prostu robiłam się czerwona i serce mi waliło jak młotem. Gdy czasem, nawet przypadkiem mnie dotknął, zaczynałam szybciej oddychać i to miejsce mnie po prostu paliło. Chyba muszę to przyznać, byłam szaleńczo zakochana w Potterze. Tylko pytanie co on czuje do mnie?

Sobota – wielki dzień dla Gryfonów i Ślizgonów. Pierwszy mecz sezonu. James z Syriuszem już od dwóch tygodni chodzili podenerwowani, nawet nie pomagało jak ich zapewniałyśmy z dziewczynami, że na pewno wygrają.
- Jedzcie, bo pospadacie z mioteł – powiedziałam patrząc na to jak grzebią w swoich owsiankach.
- Wiewióro, nie przynudzaj – odparł Black spoglądając z niepokojem na swój zegarek – Chyba już musimy iść do szatni – dodał spoglądając na Jamesa. Tamten tylko kiwnął głową, wziął swoją miotłę, zawołał resztę drużyny i skierował się w stronę wyjścia. Nie wiem co mną kierowało, ale wstałam z miejsca i pobiegłam za nimi.
- James, czekaj! – wydyszałam, rzucając mu się na szyję i całując. Usłyszałam tylko huk wypadającej z rąk Pottera miotły i gwizd, wydany chyba przez Syriusza.
- Po-owodzenia – powiedziałam jąkając się i wracając biegiem do dziewczyn, które nadal siedziały w Wielkiej Sali. O ludzie!
- Jak spadnie z miotły, to przez ciebie! – wrzasnął roześmiany Black w moim kierunku, po czym pociągnął zdziwionego Pottera do szatni.
- No, Lil, nieźle cie wzięło, co? – zapytała Dor biorąc mnie i Mar za ręce. Skierowałyśmy się w stronę trybun, szczerząc się jak głupie i gadając o jakiś bzdetach. Chyba Dor ma rację, po prostu oszalałam z miłości. Haa, ja! Tak jak sobie wymarzyłam. Pamiętacie, jak na wstępie opowiedziałam wam o moim marzeniu? O znalezieniu prawdziwej  miłości? I chyba mi się udało. Tylko co James czuje do mnie? Moje rozmyślenia przerwał ryk Brandona Lee – komentatora dzisiejszego meczu:
- Wystartowali! Nie wiem czy widzieliście to zamieszanie przed meczem, ale moje oczy wyłapią wszystko, tak panna Evans wycałowała kapitana drużyny Gryfonów, na oczach wszystkich!
Chyba zaraz spalę się ze wstydu! McGonagall szepnęła coś do Brandona o plotkowaniu:
- Ekhm, taak, okeej, Gryfoni przy piłce, Katie Madison leci zając pozycję do strzału, a James Potter lata nad boiskiem wypatrując złotego znicza. Zaraz za nim trzyma się Avery, nowy szukający Ślizgonów. Zresztą to chyba kiepski wybór, bo Avery jest gruby jak…
- Panie Lee!!
- Ee, taak, oo brawo 10- 0 dla Gryfonów! Brawo Madison!
Lee komentował dalej, a ja patrzyłam tylko na Pottera. No i czasem na Blacka, bo naprawdę nieźle strzelał. Dor piszczała, wrzeszczała: Black! Black! Black!, Mary podskakiwała i gadała coś do uśmiechniętego Remusa i Petera, który trzymał nad głową wielki transparent : „Gryfoni górą, Ślizgoni kanałami”. Hm, pewnie sam wymyślił ten jakże wspaniały napis.
Było już 100-60 dla nas gdy stało się coś dziwnego. A może nawet nie dziwnego, bo to Ślizgoni są i nie można im ufać. W momencie gdy James wypatrzył złotego znicza i go w widowiskowy sposób złapał, Avery wyrwał pałkę od swojego kumpla Goyle’a i uderzył szybującego tłuczka w stronę Jamesa, którym to dostał w głowę. Zachwiał się i po prostu spadł z miotły! Ogarnął mnie krzyk przerażonych Gryfonów i nie wiem jak to się stało, ale moja różdżka po prostu zareagowała i wyczarowała pod Potterem wielką poduszkę, coś w stylu tych co mają mugolscy strażacy. Zerwałam się z miejsca i pobiegłam na dół, kątem oka dostrzegając jak Syriusz z resztą drużyny okrąża Averego, i cóż, po prostu Black zadał mu celny cios chyba łamiący nos tej poczwary. Przy Jamesie już była pani Pomfrey oraz profesor McGonagall. Gdy zobaczyłam tą ilość krwi, to aż się zachwiałam. Miałam łzy w oczach. Patrzyłam jak pani Pomfrey prowadzi niewidoczne nosze z Rogaczem w stronę zamku.
- Lily, chodź idziemy – powiedział Syriusz ciągnąc mnie za nią – Zobaczysz nic mu nie będzie, ma twardą głowę. A tak w ogóle to skąd się tam wzięła ta poducha? – zapytał drapiąc się po głowie i prawie ciągnąc mnie po schodach.
- Ja nie wiem, eh, moja różdżka, albo ręka, no nie wiem, sama zareagowała jak zobaczyłam jak spada – odpowiedziałam ocierając łzy rękawem kurtki. I
po co malowałam rzęsy?!
- Nieźle. To stało się w ułamku sekundy, nikt nie zdążył zareagować, nawet McGonagall! – odpowiedział Syriusz otwierając drzwi od Skrzydła Szpitalnego i przepuszczając mnie w nich.
- Ooo nie, ja mam tu chorego, musicie wyjść! – zawołała młoda pielęgniarka.
- Ale proszę, niech pani tylko na nią spojrzy! Przecież ona się zapłacze na śmierć jak się czegoś o nim nie dowie – powiedział Black najpierw pokazując na moją twarz, a potem na łóżko na którym leżał Poczochraniec. A ja tylko jęknęłam widząc ile ma krwi na twarzy i we włosach. W tych świetnych, wiecznie poczochranych kłakach.
- Hm, dobrze, ale tylko wasza dwójka, wyproście resztę – powiedziała pokazując na szklane drzwi od Skrzydła. Stali za nimi Gryfoni na czele z drużyną, oraz dziewczynami, Remusem i Peterem. Syriusz poszedł z nimi pogadać, a ja na miękkich nogach podeszłam do łóżka i usiadłam na krześle stojącym obok. Z bliska wyglądało to wszystko jeszcze gorzej, krew już zakrzepła na włosach, tworząc dziwne strąki, kącik ust był pęknięty i też leciała z niego krew, miał wielkiego krwiaka na czole i siniaka na prawym policzku.
- To jak już tu siedzisz to mi pomożesz – powiedziała pani Pomfrey i kazała mi smarować twarz Rogacza jakąś śmierdzącą maścią.
- Mamy szczęście, tylko pogruchotana czaszka, dostanie Szkiele-Wzro i wszystko się zrośnie, siniaki znikną za parę dni – dodała, po czym podała mu eliksir. Po chwili oddaliła się do swojego pokoju przy drzwiach mówiąc, żebyśmy za długo nie siedzieli.
- Widzisz Ruda, mówiłem, Rogacz jest twardy! – powiedział Black, zapewne myśląc, że tym doda mi otuchy.
- Ale pamiętasz co powiedziałeś jak go pocałowałam? Że jak spadnie z miotły to będzie moja wina! – powiedziałam nadal roztrzęsionym głosem.
- Evans, nie udawaj głupszej niż jesteś, Avery się wściekł, że przegrali i niestety wyżył się na Rogaczu. Widziałaś jak dzisiaj James latał? Jakby coś, a raczej ktoś dodał mu skrzydeł – odpowiedział krzywiąc się, zapewne nie był zadowolony, że takie słowa padły z jego ust. James nadal był nieprzytomny, a pani Pomfrey niezłomna i po prostu wyrzuciła nas z części szpitalnej.

Zjadłam obiad w towarzystwie dziewczyn i wpadł mi do głowy świetny pomysł! Biegnąc dziko przez cały zamek wpadłam z hukiem do sypialni Huncwotów.
- Co jest, kurw..- nie dokończył Black, bo do niego podeszłam i zapytałam:
- Gdzie jest peleryna Pottera?
- A na co ci ona? – zapytał głupio drapiąc się po głowie. Ten to domyślny jest, nie ma co!
- A jak sądzisz? Wiesz będę straszyć Filcha… Dawaj idę do Skrzydła – odpowiedziałam wyrywając mu z ręki delikatny materiał.
- Haa, to jednak Evans przejrzałaś na oczy, co?! – zawołał za mną Łapa, gdy trzasnęłam drzwiami. No, można powiedzieć, że ma rację. Po przejściu przez obraz Grubej Damy zarzuciłam na siebie pelerynę i skierowałam się do Skrzydła Szpitalnego. Hm, dobrze, że ktoś mądry zrobił tu szklane drzwi, dzięki temu widziałam, że pani Pomfrey nie szlaja się koło łóżka Rogacza. Cicho je otworzyłam i podeszłam do krzesła, które już dzisiaj wcześniej zajmowałam. Peleryna dla jednej osoby była za długa i potrąciłam krzesło. W ostatniej chwili przytrzymałam się łóżka.
- Cholera jasna – wyszeptałam poprawiając niewidkę.
- Lily? – zapytał rozespanym głosem James po czym rozejrzał się. Przez chwilę nie wiedziałam czy odpowiedzieć, po prostu chciałam przyjść i przy nim posiedzieć.
- Pewnie mi się wydawało – wyszeptał chłopak i spojrzał tęsknym wzrokiem na krzesło.
- Hm, no ja tu jestem – wyszeptałam cicho próbując zdjąć to cholerstwo z głowy. Nie wiem co z tym jest, ale Pottera słucha o wiele lepiej.
- Gdzie jesteś? – zapytał.
- Na krześle – odpowiedziałam szamocząc się ze śliskim materiałem. Wystarczyło tylko, że Rogacz wyciągnął rękę i złapał pelerynę, a ona od razu spadła z mojej głowy. Chyba śmiesznie musiało to wyglądać, taki rudy łeb wiszący w powietrzu, dlatego ściągnęłam też resztę peleryny i odłożyłam na łóżku.
- Wybacz, że nie przyniosłam ci pomarańczy i soku, ale nie wiedziałam gdzie kupić – powiedziałam i sama z siebie zaczęłam się śmiać.
- Że co? – zapytał James również cicho się śmiejąc.
- Wiesz, na mugolskich filmach zawsze jak ktoś ląduje w szpitalu wszyscy przynoszą mu siatki pełne cytrusów, soków i innych przekąsek – powiedziałam załamana swoją głupotą – Nieważne, jak się czujesz?
- Dobrze, teraz lepiej – odpowiedział patrząc na mnie ciepło. Och.
- No tak, to cieszę się. Nieźle wszystkich przestraszyłeś spadłeś chyba z wysokości 50 stóp.
- Taa, zabiję Avery’ego jak go dorwę – odpowiedział przez zaciśnięte zęby.
- Przestań, on jest szalony. Zresztą jak każdy Ślizgon – powiedziałam i popatrzyłam na Jamesa. Pani Pomfrey musiała mu umyć głowę, bo już nie miał we włosach zakrzepniętej krwi.
- Wyglądasz już o wiele lepiej – dodałam – Nawet ten krwiak jakby się wchłonął.
- Pani Pomfrey działa ekspresowo – odpowiedział – A tak właściwie czemu nie leżę u Munga cały połamany?
O, i widzicie, tego pytania się trochę obawiałam. Bo jak miałam wytłumaczyć coś czego sama nie rozumiałam?
-  Och, no widzisz, i tu mnie zagiąłeś. Nie wiem jak to wytłumaczyć, bo w jednej chwili widziałam jak spadasz, a w drugiej pomyślałam o takich wielkich poduszkach jakie mają mugolscy strażacy i różdżka po prostu zadziałała – powiedziałam patrząc uważnie na jego minę.  Był trochę zdziwiony.
- To ty? – zapytał jakimś takim zduszonym głosem.
- Naprawdę nie wiem jak to się stało. Różdżka sama zadziałała, mówię ci - odparłam kręcąc się na niewygodnym krześle. James na chwilę zamilkł i zamknął oczy. Z zamkniętymi oczyma powiedział coś, czego chyba nigdy nie zapomnę:
- Wiesz, mama mi opowiadała, że w chwilach niebezpieczeństwa można komuś uratować życie, nawet nie zdając sobie sprawy z tego jak się to zrobiło. Tylko zawsze powtarzała, że potrzebna jest jedna rzecz.
- Jaka? – zapytałam przygotowując się na coś dziwnego lub okropnego.
- To bardzo proste, Lily – odpowiedział James otwierając oczy - Potrzebna jest miłość. 
Oho, słowo na magiczną literę „m” zawisło w powietrzu i stworzyło dziwną atmosferę. Patrzyłam zszokowana, chyba z otwartą buzią na Jamesa, próbując zanalizować jego słowa. Przecież, to takie proste!
- Dobrze, wiesz co do ciebie czuję, co czuję od cóż, od tego naszego pierwszego niefortunnego spotkania – powiedział gorzkim tonem, zapewne przypominając sobie naszą „miłą” rozmowę gdy po raz pierwszy jechaliśmy do Hogwartu - Pytanie brzmi, czy ty Lily Evans, czujesz coś do mnie?
Ogólnie rzecz biorąc, to pytanie powinno mnie zagiąć, powinnam brać nogi za pas, uciekać gdzie pieprz rośnie, ale czemu? Czemu mam uciekać przed nieuchronnym?
- Ja… Dobra, mówię to pierwszy raz w życiu, przepraszam, jestem zestresowana - zaczęłam jak zwykle od tyłka strony - Widzisz James, w tym roku wszystko się zmieniło! Ty, ja, ha, nawet Huncwoci! Ale wydaje mi się, że ja najbardziej. Chyba w końcu wydoroślałam… Przechodząc do meritum, ja Lily Evans, kujon i rudy psychol jestem w Tobie Jamesie Potter szaleńczo i nieodwołalnie zakochana, i jeżeli teraz powiesz, że żartowałeś sobie ze mnie przez prawie siedem lat i tak naprawdę nic do mnie nie czujesz, to ja cię…- przerwał mi po prostu zatykając usta swoimi. Był to najsłodszy i najbardziej wyczekiwany pocałunek w moim życiu. Nawet sobie nie wyobrażacie co czułam w tej chwili, gdy jego usta dotknęły moich i gdy ogarnęła nas taka dziwna atmosfera. Dor nazywa to iskrzeniem. Po prostu było niezwykle i nawet dziwny szpitalny zapach nie przeszkodził mi w bardzo czynnym udziale w tej sytuacji.
Gdy w końcu oderwaliśmy się od siebie, dysząc jak po przebiegnięciu dwóch maratonów James powiedział:
- Wow – ten to wie jak skomentować najpiękniejszą chwilę w moim życiu.
- To może teraz ja ci coś wyznam? – zapytał Rogacz trzymając mnie za rękę i oglądając ją z każdej strony, jakby była niesłychanie ciekawa.
- Chodziłem za tobą od pierwszego roku, ba, od pierwszej chwili w której cię zobaczyłem! Jednak byłem głupi, zamiast zachowywać się, cóż, chociażby jak Lunatyk, po prostu być miłym, normalnie z tobą rozmawiać, zacząłem ci dokuczać, mówić po nazwisku i co chwile krzyczeć to żałosne „Evans, umówisz się ze mną?” – sam z siebie się zaśmiał – Mogłem go wcześniej posłuchać, może powiedziałabyś mi to wszystko już w zeszłym roku? Ale nie, ja chciałem być fajny. Teraz tego żałuję, ale nigdy nie wiadomo jakby to się wszystko ułożyło, może gdyby tego wszystkiego nie było, tych chorych sytuacji i tych wrzasków, to wcale nie byłabyś mną zainteresowana, tylko na przykład chodziłabyś z jakimś inteligentnym Krukonem? Nie patrz tak na mnie, mogło tak być! Ale teraz, teraz jestem najszczęśliwszym chłopakiem na świecie i trochę żałuje, że taka ładna scena toczy się przy łóżku szpitalnym, a nie na jakiejś romantycznej kolacji przy świecach.
- Szczerze mówiąc wolę coś takiego. Przy świetle świec, jeszcze bardziej widać moje piegi – odparłam ze śmiechem przesiadając się z krzesła na łóżko.
- Eh, Lily, ty chyba nadal nie rozumiesz, Kocham Cię, twoje piegi, twój idealny nos, twoje pełne usta, ale najbardziej kocham twój charakter – powiedział uśmiechając się, a mi po prostu zrobiło się słabo. Chyba rozpłynę się z tej słodyczy! Cicho westchnęłam i ułożyłam głowę na jego klatce piersiowej. James delikatnie głaskał mnie po głowie, a mi nagle zachciało się płakać. Ze szczęścia lub z gniewu na samą siebie. Gdybym nie była taka głupia, już wcześniej mogłam być tak szczęśliwa jak w tym momencie! Podniosłam oczy na Jamesa i już go chciałam pocałować kiedy:
- Co panna tu robi? Tu chorzy leżą! Już, uciekaj! – zawołała pani Pomfrey robiąc się czerwona na twarzy. O kurczę.
- Och, pani Pomfrey, umieram! Wie pani to ten czas, brzuch mnie boli niewiarygodnie, czy mogę dzisiaj zostać w Skrzydle? – zapytałam trzymając się za brzuch i krzywiąc się okropnie.
- Jest pani w ciąży? – zapytała w szoku. Że co?
- Co? Nie, okres mam – wyszeptałam do niej i znowu się skrzywiłam. Kurczę, może powinnam zostać aktorką? Normalnie Oscara mam w kieszeni!
- Aaa, dobrze panno…
- Evans.
- Tak, panno Evans, przyniosę pani piżamę, proszę zając łóżko obok pana Pottera.
Z triumfalnym uśmieszkiem wróciłam do patrzącego na mnie z podziwem Jamesa i rozsiadłam się na swoim łóżku.
- Nieźle ją załatwiłaś. Chociaż, gdybyś widziała swoją minę, jak zapytała czy jesteś w ciąży! – powiedział śmiejąc się, zapewne nadal z mojej głupiej miny.
- Koszula, panno Evans – powiedziała pielęgniarka, podając mi płaskie zawiniątko. Rozłożyłam koszulę. Hm, rozcięcie na całej długości.
- Jak myślisz, to przód czy tył? – zapytałam pokazując to dziwne coś.
- Raczej tył, ale jestem pewny, że będziesz lepiej wyglądać, jak to rozcięcie będzie z przodu – powiedział uśmiechając się po huncwocku. Nie komentuję!
Przebrałam się za parawanem, oczywiście zostając w bieliźnie, po czym za pomocą magii trochę przesunęłam łóżko w kierunku Pottera.
- Proszę, eliksir przeciwbólowy. Zapewniam, że prześpi pani całą noc bez bólu – powiedziała pielęgniarka patrząc uważnie czy piję to ohydztwo. Myślałam, że wypluje. Było OBRZYDLIWE.  Pani Pomfrey wróciła do swojej kanciapy, ułożyłam się na łóżku i dosłownie zmorzył mnie sen. W ostatniej chwili przed zaśnięciem poczułam jak James złapał mnie za rękę.

2 komentarze:

Uwaga: tylko uczestnik tego bloga może przesyłać komentarze.