sobota, 27 września 2014

Rozdział 16 Przygotowania do Sylwestra



Poranek 30 grudnia 1977 roku niczym nie zaskakiwał. Za oknem nadal leżała gruba warstwa śniegu, nadal przebywaliśmy w rogaczowym domu i nadal trwały przygotowania do imprezy roku, czyli Sylwestra.
- Alicja z Frankiem będą! – zawołałam do reszty osobników. Moim zadaniem było rozsyłanie już od trzech dni zaproszeń do naszych bliższych i dalszych znajomych. Odpowiedzi przychodziły w najróżniejszych porach, także nikogo nie powinno zaskoczyć moje darcie się niczym stare prześcieradło, o 5 nad ranem. Tak, nie mogę spać. Tak, jestem zła, gdy inni śpią, a ja nie. Tak, jestem wredna.
- Lil, śpiiiij – wyjęczał James spod kołdry i przewrócił się na drugi bok, co zaowocowało zabawną falą na łóżku. Jednak mój śmiech został przerwany, gdy zostałam przywalona rogaczowym cielskiem, które ostatnimi dniami jakby przytyło.
- Złaź… ze… mnie – wyszeptałam, próbując jakoś wywinąć się z uścisku chłopaka.
- Ooo, nie, budzisz nasz swoim porannym świergotem, za to należy się kara! – zawołał, po czym zaczął mnie łaskotać. Co nie było zbyt fortunnym pomysłem, bo zaczęłam się jeszcze bardziej drzeć, piszczeć i rzucać po łóżku.
- Ja pierdole, James, przestań gwałcić Wiewiórkę, bo nie da się spać! – zawołał Black od progu, po czym ściągnął ze mnie niezadowolonego Rogacza.
- Wybawco! – krzyknęłam i poklepałam Syriusza w nagrodę po głowie.
- Ty leż – wycharczał, cóż Łapa nie lubi jak ktoś dotyka jego włosy – I ty też, dobranoc – dodał i wyszedł z pokoju trzaskając drzwiami.
- I widzisz do czego doprowadziłeś? – zapytałam, pokazując Jamesowi język i głupio rechocząc. Na Merlina, czemu ja mam taki dobry humor rano, a nie wieczorem? A, pewnie dlatego, że jak spędzę trochę czasu z tymi dziwakami, to wieczorem mam wszystkiego dość.
- Ja? – odparł James, jakoś tak fukając – Już ja ci pokażę! – wykrzyknął, po czym wziął mnie na ręce (znowu zaczęłam piszczeć) i wrzucił pod prysznic. Pod zimną wodę. Zimną, phi, lodowatą!
- James, ty… głupku! – wydyszałam, po czym wciągnęłam go za koszulkę do tego złego, zimnego miejsca. Rogacz wydał z siebie zabawny pisk, trochę niegodny faceta, po czym odkręcił ciepłą wodę.
- Wspólny prysznic? – zapytał z tym obleśnym uśmieszkiem starego zboka Blacka. Tak, umie taki zrobić. Nie, nie pytajcie jak i jak taki uśmiech wygląda. Jest przerażający, powiem tylko tyle.
- Oczywiście, że nie! – wykrzyknęłam przerażona.
- Ojj, Lil…
- Nie Liluj mi tu, proszę – odparłam i powiedziałam – OK., bez koszulek. Ale dół zostaje! – no co, niech chociaż z tej jednej części ciała się ucieszy. Chociaż tak właściwie to dwóch.
- Serio?! – zapytał, właściwie zrywając z siebie koszulkę, a potem ze mnie. Dobra, dalej nie opisuję, wysilcie mózgownice i wymyślcie co się działo pod prysznicem bez koszulek. Tak, jestem okrutna.

Po śniadaniu przyrządzonym przez Dorcas, czyli pitnej czekoladzie i czekoladowych płatkach śniadaniowych z czekoladowym mlekiem (obsesja anonimowej czekoladoholiczki), zaczęliśmy planować zakupy spożywczo-monopolowe oraz dekorowanie domu.
- To Syriusz z Remusem pójdą po alkohol, Mary zajmie się ozdobami, Dorcas posprząta dom, a my z Jamesem pójdziemy do spożywczaka – powiedziałam, każdemu przydzielając robotę. Tylko ja tak potrafię, ha, lider zespołu po prostu!
- Dobra – odparł zadowolony Black. Po czym wszyscy podreptaliśmy do swoich zajęć. W sensie, nasza czwórka wyszła z domu, a dziewczyny zostały. Nie jest źle, Dor wprawi się w tych domowych zaklęciach, Mary doskonale ozdabia, w końcu wygląd Wielkiej Sali w Noc Duchów, to głównie jej zasługa.
- Miło się tak razem spaceruje, hm? – powiedziałam wpychając dłoń do rękawiczki Rogacza. Tak, już tak parę razy chodziliśmy, jedna rękawiczka jest normalnego rozmiaru, a druga nieźle się rozciągnęła.
- Taak – odparł chłopak, wyraźnie nad czymś się zastanawiając – Będziemy musieli skoczyć też do domu rodziców, zostawiłem tam fajerwerki.
- Och, dobrze. Tak właściwie, to kiedy wracają z misji? – zapytałam, bo wiem, że czasem do Jamesa przychodzą listy, o których nie mówi. I wiem, że robi to dla bezpieczeństwa zarówno rodziców, swojego jak i naszego.
- Z ostatniego wynika, że już niedługo. Pewnie jak skończymy szkołę, to ich poznasz – odpowiedział, uśmiechając się do mnie i poprawiając mój wściekle zielony szalik. Gdy zrobiliśmy spore zakupy, zarówno w sklepie mugolskim, jak i czarodziejskim, które zapakowaliśmy do torby potraktowanej zaklęciem zmniejszająco-zwiększającym, skierowaliśmy się na drugą stronę miasteczka, gdzie stały te o wiele większe i starsze domy. James już wcześniej nam wyjaśnił, że tam stały domy czarodziei, zarówno dom Potterów jak i Bathildy Bagshot, autorki „Historii magii”, czy tej laski co śpiewa w Super Czarownicach, taki nowy girls band, którym zachwycają się co poniektórzy chłopcy z Hogwartu.
Muszę przyznać, że jak stanęliśmy przed domem Jamesa byłam w szoku. Wyglądał bardziej na mały pałac niż dom. Mój dom jest spory, ale ten jest wielki! I otoczony wielkim ogrodem z małym placem do gry w Quidditcha. Oczywiście zobaczyliśmy to wszystko po przekroczeniu progu furtki, na dom są rzucone przeróżne zaklęcia, w końcu w miasteczku mieszkają też mugole, pewnie trochę by się zdziwili gdyby zobaczyli latających sobie na miotłach po ogródku Jamesa z Syriuszem.
- Wszystko wygląda normalnie, idziemy do komórki – powiedział po czym skierował się za dom, do właściwie czegoś co wyglądało jak domek dla gości, a nie komórka na stare miotły. Chociaż brudne było jak kanciapa Filtcha.
James wpakował wszystkie fajerwerki, zimne ognie, sztuczne ognie, czy co to tam chłopcy lubią do naszej super torby i poszliśmy do domu. 


- Wow, postarałyście się – wyszeptałam, gdy weszliśmy do wysprzątanego na błysk domu, a jeszcze piękniej udekorowanego. Chociaż, nie wiem czy z tym się nie pośpieszyliśmy, bo Sylwester jest jutro, ale Mary zapewniła mnie, że rzuciła zaklęcie wzmacniające na balony i resztę tych ozdóbek.
- Macie nasze zapasy z komórki? – zapytał Syriusz, gdy wyjmowaliśmy z torby to całe zakupione żarcie, no i ich zapasy fajerwerków z Zonka.
- Taak – odparł James, dosłownie wyrywając mi torbę z ręki i wyjmując te ich głupie zabawki. Oni chyba nigdy się nie zmienią.
- Lil, pamiętałaś o chipsach i czekoladzie? – zapytała Dorcas, patrząc na to co wykładałam na wyspę na środku kuchni.
- Dorcas, myślisz, że Sylwester bez chipsów i czekolady, to udany Sylwester? Oczywiście, że kupiliśmy, zresztą patrz – i wysypałam na stół resztę zakupów. Oczy Dor rozbłysły, zabrała paczkę czekolady i poszła do salonu. No tak.
- Nie zeżryjcie tego do jutra – powiedziałam do chłopców, którzy nadal zachwycali się jakąś wyrzutnią rac, czy co to było i poszłam do dziewczyn do salonu.
- Szkoda, że nie ma telewizora – powiedziała Mary. Aż dziwnie to zabrzmiało w jej ustach – No co, czasem lubię obejrzeć jakiś serial – dodała.
- Mozeemy zaglac w plawda/wyzwanie – powiedziała zapchana czekoladą brunetka.
- Ja zaczynam! – zawołała Mary i powiedziała – OK., co to się rano działo?
- A pytanie czy pytanie/wyzwanie to gdzie? – zapytałam – Ale dobra, mała, miła akcja pod prysznicem bez górnego odzienia – odparłam cicho, na co Dorcas zapiszczała jak dziki skunks.
- Nieźle Lily, kto by pomyślał – dodała.
- No nie?! Pytanie czy wyzwanie Dor? – zapytałam.
- Oczywiście, że wyzwanie – powiedziała niczym prawdziwa gryfona nasza słodka kumpela.
- Hm, będę okrutna. Dotkniesz NOSZONE skarpety Syriusza, buahaha! – powiedziałam ze śmiechem niczym jakiś czarny charakter. Wiecie, takim groźnym.
- Ale ci przywaliła – skomentowała to Mary, a Dor wygięła usta w podkówkę i poszła na górę. Po paru minutach w pomieszczeniu rozniósł się nieprzyjemny zapach, to brunetka lewitowała przed sobą parę czarnych skarpet.
- No, Dor, teraz dotknij – powiedziałam gdy położyła je pod naszymi nogami, niczym jakiś śmierdzący dar. Chwilę Dorcas musiała się do tego zebrać, ale w końcu z gadaniem „OMG, OMG, co ja robię?!” dokonała tego!
- Aaaaa, dawaj brazylijskie mango! – po czym spryskała sobie dłoń odświeżaczem powietrza. Bardzo hojnie, zresztą.
- Łoo, zrobiłam to! – powiedziała dumna z siebie, po czym wyrzuciła skarpetki za okno – Dobra, Mary, pytanie czy wyzwanie?
- Nie będę się skazywać na misje samobójcze, pytaj – odpowiedział blondynka.
- Czy zaszło między tobą a Remusem coś więcej niż buzi-buzi? – zapytała Dor z niewinną minką.
- Druga baza – odparła blondynka, delikatnie się rumieniąc. No, no, szybko im idzie, nie powiem. Po tym, jakże wzruszającym wyznaniu wrócili do pokoju nasi przystojniacy, nasze ciacha z kremem, nasi He-mani, czy tam inni Batmani. Czyli Huncwoci w niepełnym składzie, który zostanie jutro uzupełniony o naszego uroczego grubaska, Petera.
- Co tam porabiacie, laski? – zapytał cwaniacko vel gangstersko nasz arystokrata.
- Obgadujemy cię – odparł Mary, czym go zagięła. Black zrobił niepewną minę i nagle się skrzywił.
- A co tu tak śmierdzi? – zapytał, po czym zrobił jeszcze głupszą minę, gdy usłyszał nasz histeryczny śmiech.
- Nieważne – dodał swoim obrażonym głosikiem i sobie gdzieś poszedł, chyba do gniazdka Doriuszowego.
- Pójdę do niego – powiedziała Dorcas, nadal śmiejąc się i próbując zrobić poważną minę. Zwabieni naszymi uroczymi śmiechami chłopcy, chyżo przyszli do salonu.
- Czuję mango – powiedział Remus, czym znowu nas rozbawił, chociaż tak jak sobie teraz myślę, to nic śmiesznego w tym nie było. Zostawiliśmy uroczą parę blondynów w salonie i skierowaliśmy się z Jamesem do naszego gniazdka miłości, oczywiście czysto platonicznej, w sensie wiecie jakim. Fizycznym.
- Co mam jutro założyć? – zapytałam, po czym zaczęłam przeglądać sukienki rozwieszone w szafie.
- Czarna w cekiny? Złota mini? Zielona asymetryczna? Czerwona od Herve Leger? Jak sądzisz? – zapytałam rozkładając ciuchy na łóżku i radząc się, mojego zupełnie nie znającego się na modzie chłopaka.
- Ta czerwona jest seksowna – odparł, po sekundzie namysłu.
- OK., to teraz buty. Czarne szpilki, czarne baleriny, czy czarne sandałki na obcasie? – ależ wybór, nie ma co. To nie tak, że nie mam butów w innych kolorach, ale moja inwencja twórcza i łączeniowa, kończy się na połączeniu czerwieni z czernią.
- Szpilki – odparł.
- Dzięki. To jeszcze ostatnie pytanie, włosy proste, czy zakręcone?
- Zakręcone. Zresztą, czy to takie ważne, dla mnie zawsze wyglądasz ślicznie – powiedział James, czym zasłużył sobie na słodkiego całusa. No, albo dwa. Chociaż, może cztery będą lepsze. Także, zajęliśmy się całowaniem co było całkiem miłe, gdy przerwało nam ciche stukanie w okno.
- Paddington, kolego, ty wiesz kiedy przylecieć… - oburzony J jest słodki.
- Michael potwierdza przyjście – dodał Rogacz – To na czym skończyliśmy?
- Pad zepsuł nastrój. Chodźmy zobaczyć, czy ktoś zrobił obiad! – odpowiedziałam i ruszyłam na parter. A tam zostaliśmy miło zaskoczeni, bo okazało się, że Mary z Remusem właśnie kończyli gotować spaghetti z sosem bolońskim. Aż mi w brzuchu zaburczało, gdy poczułam te zapachy! Po obiedzie każdy zajął się sobą, Łapa z Rogaczem omawiali plan pod tytułem „Fajerwerki”, Dorcas czytała nową „Czarownicę”, Mary rozwiązywała krzyżówki, Remus jak to on, czytał jakąś książkę dla inteligentnych ludzi. A zapytacie co ja robiłam? Spisywałam dla was to wszystko. A, że w końcu rozbolała mnie ręka, to zdecydowałam, że napiszę coś nowego dopiero po Sylwestrze. Życzcie nam dobrej zabawy!

2 komentarze:

  1. Bardzo fajny rozdział. Dor to chyba ma jaką obsesję na punkcie czekolady.

    OdpowiedzUsuń
  2. Ale mam dzisiaj zajebisty dzień!! Najpierw 5 godzinne zakupy a teraz przeczytałam twój nowy rozdział :D bosko, cudnie, czyli jak zawsze ;)
    Życze dużo, dużo, duże, ... , dużo weny xD Do nastepnego <3

    OdpowiedzUsuń

Uwaga: tylko uczestnik tego bloga może przesyłać komentarze.