niedziela, 21 września 2014

Rozdział 13 Święta



Święta, ach, magiczny czas, kiedy wszystko co brzydkie jest przysypane śnieżnym puchem, a ludzie są dla siebie mili i wybaczają sobie wszystkie przykrości. Dla mnie Święta Bożego Narodzenia, są nieodzownym momentem kończącego się roku, co niestety przekłada się na lekką depresję, wiecie, człowiek robi się coraz starszy, pojawiają się pierwsze zmarszczki, powoli trzeba się decydować, co chce się robić w życiu, ogólnie obrać jakiś kierunek. A ja, jako wieczne duże dziecko, strasznie tego nie lubię! Chyba na zawsze chciałabym mieć 11 lat i ciągle chodzić do Hogwartu, niczym się nie przejmować i jak to mówi Dorcas, mieć na wszystko wyjebane. Także jasne, lubię święta, te wszystkie ozdoby, pierniczki, prezenty, ale wtedy też zaczynają się przemyślenia. Mam już prawie 18 lat, świetnego chłopaka, zgraną paczkę przyjaciół, nauka idzie mi całkiem nieźle. Ale co dalej? Czasy robią się coraz bardziej niepewne, niestety zaczynam się tym martwic. I coraz częściej wyrzucam sobie, że nie próbuję naprawić moich relacji z siostrą. W końcu, hej, kiedyś byłyśmy najlepszymi przyjaciółkami! Z postanowieniem poprawy relacji Peti-Lily, w końcu wstałam z łóżka i skierowałam się do łazienki. Po typowych porannych ablucjach i ubraniu się w jakieś dresy( wygląd prawdziwego prawilniaka, to jest to!), zeszłam na dół. I trochę się zdziwiłam, bo już wszyscy tam byli i razem jedli śniadanie.
- W końcu Lily! Ile ty śpisz dziecko, dobrze się czujesz? – taa, jak zwykle poranno-napastliwa mamusia.
- Uhm – wydusiłam i usiadłam koło, jakże przystojnego dzisiejszego poranka Jamesa, po czym uraczyłam go mlaszczącym całusem w jego gładki, zapewne świeżo ogolony, policzek.
- Witaj, o piękna lilijo, władczyni mego serca – powiedział pompatycznie Rozczochrany Rogacz, po czym wytarł sobie policzek z mojego lepiącego się błyszczyku.
- Ależ oni słodcy – wyszeptała mamuśka, spoglądając na nas i rozpływając się w uśmiechach.
- Aż mdli – dodał Black, wpychając sobie do swojej bezdennej paszczy tosta z serem.
- Yhm – oo i tatuś się odezwał, jak zwykle wielce rozmowny!
- Pani Evans, to kiedy będziemy robić pudding? – zapytała jak zwykle uprzejma i skora do pomocy Mary.
- Pudding, zupełnie zapomniałam! Po śniadaniu – odparła droga mama, po czym wstała od stołu i poleciała do kuchni. Ech, starzeje się kobiecinka, skleroza, te sprawy. Bo, halo, żeby o świątecznym puddingu zapomnieć?! Rzecz niepojęta!
Siedzieliśmy sobie tak w ciszy, zajadając śniadanko, wesoło pomlaskując i ogólnie było tak swojsko, gdy do jadalni wtargnęła mama, odziana w swój mundur kucharki, czytaj – fartuszek i taką zabawną czapkę na głowę, taką jak mają Smerfy i tragicznym głosem zawołała:
- Nie ma czekolady! Marsz do sklepu!
Hm, przecież był cały zapas słodkiego przysmaku. A kto jest czekolado-maniakiem? Dziki łoś, Dor!
- Dorcas, znowuuu? – wyjęczałam patrząc na brunetkę, która przybrała całkiem niewinny wyraz twarzy – Gdzie ty upychasz tą czekoladę, zupełnie po tobie nie widać!
- Bo to ta mugolska, z toffi. Już idziemy pani Evans! – odparła brunetka, po czym wskazała nam na drzwi wyjściowe. Ugh, a myślałam, że spędzimy miły dzionek, szykując się do kolacji i podjadając pierniczki, a musimy iść na ten śnieg i na pewno jest zamieć i nas porwie i w ogóle będzie śnieg za szalikiem i czerwone lico. Mówiłam, że nie przepadam za śniegiem? Nie? To już wiecie.
Gdy w końcu wstaliśmy od stołu i udaliśmy się do holu, żeby poubierać się w ciepłe kurtki oraz buty, wyszliśmy na ten mróz. I co się okazało? Że wcale tak zimno nie było. Tak właściwie było całkiem miło. W sensie, śnieg dookoła, taki skrzypiący pod nogami, a nie roztopiona breja, nigdzie nie było widać psich odchodów i jeszcze na śniegu nie było tych ohydnych żółtych plam po moczu. No, całkiem przyjemnie.
- Uwielbiam mugolskie sklepy – powiedział James, gdy przekroczyliśmy próg osiedlowego przybytku pełnego słodyczy i innych smakołyków. Black oczywiście zgodził się ze swoim przyjacielem i skierował nas w stronę działu ze słodyczami.
- Bierzcie czekoladę i idziemy – powiedział Remus, patrząc jak Mary wybiera spośród gigantycznej liczby słodyczy parę tabliczek.
- Weźmy jeszcze chipsy – Syriusz, niestety przejął mój nawyk jedzenia słonych chrupek, co niestety łączy się z dodatkowymi kilogramami, które wskazuje waga. Taak, Syriuszek już ma niezły brzuchol. Dalej tak sobie odpuści, to go Dorcas kopnie w tyłek i znajdzie sobie nowego faceta.
- Black, ile ty tego ładujesz?! Mamy jedzenie w domu, ba, mamy go od groma! – zawołałam, gdy Syriusz ładował do koszyka kolejne paczki chipsów, a ja je z powrotem odkładałam na półkę.
- Oj, Ruda, na Rogacza nie mówisz, że wziął chyba z dwadzieścia paczek żelek, a ja, jak zwykle jestem poszkodowany! A Remus, ile ma gazetek naukowych?
- Uhh, OK., bierzmy te chipsy i chodźmy – powiedziała Mary lekko gromiąc mnie wzrokiem. Niestety, nie przepuszczam okazji denerwowania naszego pana arystokraty. Gdy już byliśmy przy kasie, przy której niestety była niemała kolejka usłyszałam:
- Lily! Cześć, o i twoi znajomi! Cześć wam! – zawołał młody bóg, czyli Will. Ach, piękny William.
- Witaj – powiedziała zalotnym głosem Dorcas i zaczęła owijać loka wokół wskazującego palca. Uuu, sexy Dorcas!!
- Możemy zamienić dwa słowa? Chciałem cię o coś zapytać – powiedział Will, po czym bezceremonialnie pociągnął mnie za łokieć i zaciągnął do działu dziecięcego. Łee, pieluchy.
- Widzisz, bo chodzi o to, hm, głupio o tym mówić, ale uchh… Ten chłopak, Syriusz, jest wolny? – zapytał niebieskooki bóg, dosłownie zwalając mnie z nóg swoim boskim miętowym oddechem.
- W jakim sensie wolny? – zapytałam rozkojarzona, patrząc na te pełne malinowe usta. Och.
- W sensie czy ma chłopaka – odparł Will, a ja, może nie będę opisywać mojej reakcji, ale byłam w szoku!
- Że niby Black gejem? – zapytałam patrząc na blondyna z niedowierzaniem.
- Tak mi się wydaje, mój gej-radar działa całkiem nieźle. Wiesz, te obcisłe spodnie, ułożone włosy, zadbany wygląd… Myślałem, że może chce się umówić.
- Na randkę?! Z tobą?! – zawołałam z pewnym oburzeniem.
- No, ze mną. Ech, pewnie nie mam u niego szans, tak? O to ci chodzi? – zapytał, gdy w szoku zaczęłam wracać do przyjaciół. Że Black gejem?
- Will, on nie jest homoseksualistą – odparłam i dodałam – Dorcas to jego dziewczyna!
- Serio? – zapytał chłopak ze zdziwioną miną – A byłem pewny! Uch, to hm, mogłabyś nie mówić swoim znajomym o czym gadaliśmy? Nie chciałbym żeby było dziwnie, pewnie się jeszcze spotkamy.
- Jasne – dodałam słabo się uśmiechając i podchodząc do kasy, akurat w momencie płacenia. Wysupłałam z kieszeni parę funtów, które rzuciłam na ladę z cwaniackim „reszty nie trzeba” i szybkim krokiem wyszłam ze sklepu.
- Czego ten bubek chciał? – zapytał groźnie James z mordem w oczach. A, to zazdrośnik!
- Aaa, tak sobie pogadaliśmy. Pomagałam mu wybrać pieluchy – odparłam robiąc niewinną minę. Chociaż palnęłam z tymi pieluchami!
- To on ma dzieci? – zapytał Remus.
- Nie, w rodzinie ktoś ma – odparłam ściemniając. Wiem, że nie powinnam, ale cholera, będą się wyśmiewać z Syriusza! Chociaż to niegłupi pomysł, fajnie się z niego nabija, bo od razu się obraża, ale wiecie, teraz mógłby się obrazić na amen. Są Święta, także nie będę aż taka okrutna.
- Znasz się na pieluchach? – zapytała Dorcas, się kurcze Sherlock Holmes znalazł!
- Taa, pośpieszmy się, pudding czeka – powiedziałam i w swoim naturalnym wiewiórczym tempie skierowałam się w stronę naszych rodzinnych włości, przy okazji ciągnąc Jamesa i Gejusza, o sorry Syriusza, za te ich zamrożone łapy.


Mama z dziewczynami robiła pudding, a ja keks, czemu przyglądał się zadowolony Rogacz. Syriusz przesiadywał z tatą w garażu, a Remus czytał te swoje gazetki. Także, lekki klimacik, ciche kolędy w tle i ukochane osoby. Lubię Święta! Wstawiłam ciasto do piekarnika i nastawiłam timer.
- Chodźmy do pokoju – powiedziałam do Jamesa, po czym skierowaliśmy się na piętro. Hm, nie brzmi to najlepiej. OK., po prostu poszliśmy do mojego pokoju. W końcu małe sam-na-sam! Już zaczynało się robić całkiem miło, James robił coś fajnego z moimi ustami, gdy usłyszałam skrzek. A ten skrzek, moi mili rozpoznam zawsze, nawet jeżeli jest mi bardzo dobrze w rogaczowych ciepłych ramionach. Peti jest w domu!!
- James, słyszałeś to? – zapytałam odrywając się od jego kuszących ust. Kto to widział, żeby facet miał takie słodkie usta, no kto?
- Coo? – odparł schodząc ustami na szyję i rozpinając mi parę guzików od koszuli.
- Chyba słyszałam moją siostrę – odparłam zapinając guziki z powrotem i przytrzymując jego ręce z dala od mojej klatki piersiowej. Bo wtedy nie mogę myśleć.
- Przecież mówiłaś, że wyjechała – ooo, J jeszcze nie zna Petunii, ona jest zdolna do wszystkiego!
- Chodźmy na dół – powiedziałam obciągając koszulę w dół i poprawiając włosy zarówno swoje, jak i chłopaka.
- Lily, patrz! Petunia przyjechała! – zawołała mama i wtedy zobaczyłam moją siostrę. Za bardzo się nie zmieniła, nadal była niezdrowo chuda, chociaż chyba ma wzdęcia, bo jej jakoś brzuch wywaliło i miała swój wielki nochal. Czyli nic nowego.
- Witaj Petunio – powiedziałam, moim najbardziej sztywnym tonem – Oo i jest też Vernon.
- Cześc Lilano – powiedział grubasek.
- Lily – poprawił James, podsuwając sobie okulary, które jak zwykle zaczęły mu zjeżdżać z nosa.
- Być może – odparł Vernon i dodał – Alpy to jednak nie to, pani Evans. Dlatego wróciliśmy do Anglii. Zresztą, tata miał jakieś problemy w firmie i musiałem wrócić.
Oho, Peti chyba jest niezadowolona. No, tak, Święta w otoczeniu sześciu dziwaków pewnie nie przypadną jej do gustu.
- Vernon tylko mnie przywiózł i wraca do domu – powiedziała blondynka.
- Ale na kawę zostaniesz, prawda Vernonie? – zapytał tata, który wziął się nie wiadomo skąd. Gorzej, że wraz z nim nagle wszyscy staliśmy w holu i przyglądaliśmy się tej dziwnie dobranej dwójce osobników.
- Oczywiście, panie Evans.
Żesz! Głupi, głupi Dursley! Zniszczy moje idealne Święta!
- Mamo, to my pójdziemy na górę szykować się do kolacji – powiedziałam, po czym od razu czmychnęłam do naszej czarodziejskiej meliny.
- Co ona tu robi?! – zapytała Dorcas.
- Gdybym ja to wiedziała! Pewnie chce zniszczyć Święta. Jest jak Grinch! – odparłam.
- Jak kto? – zapytał Remus.
- Nieważne. Ech, Nochal zawsze wszystko psuje – odparłam – Szykujcie się, niedługo 19, goście się zjadą, to może nie będę widzieć mojej drogiej siostrzyczki. 


Równo na 19 wszyscy odstawiliśmy się w odświętne ciuchy, prezentowaliśmy się całkiem nieźle, może nie jak modele/modelki z „Czarownicy”, ale nie najgorzej. Oczywiście Black, jak to on, stwierdził, że wygląda najlepiej z nas wszystkich. Skromnością, to on nie grzeszy! Już od parunastu minut schodzili się goście – przyszła ciocia Mel z wujkiem, babcia z dziadkiem, parę przyjaciółek mamy z jej dawnego fashion życia, paru samotnych znajomych taty z pracy i Will z rodzicami. Całkiem spora gromada. Gdy już wszyscy się zapoznali, w końcu mogliśmy usiąść do stołu. A stół nie dość, że był ogromny, to jeszcze suto zastawiony. Mnóstwo mięsiw, w tym danie główne, czyli indyk, sałatki, ryby na ileś różnych sposobów, ciasta, ciasteczka, pralinki, i już sama nie wiem co tam jeszcze było. Przy stole toczyły się miłe rozmowy, nawet Petunia zachowywała się jak człowiek kulturalny i odpowiadała na pytania całymi zdaniami, a nie jej typowymi burknięciami. Gdy już byliśmy przy deserach i wieczór miał się ku końcowi, przyszedł jeszcze jeden gość- Vernon Dursley z rodzicami. Jedno pytanie, WHY?!
- Zapraszamy serdecznie, proszę siadać – mamunia jak zwykle miła, usadziła rodzinkę spaślaków koło Petunii. Gdy już pozjadali trochę(ha, trochę, doobre!) ciast i pogadali o głupotach, Petunia wstała i zaczęła przemawiać:
- Cieszę się, że są tu wszystkie ważne dla mnie osoby. Chciałam powiedzieć, że na wyjeździe Vernon poprosił mnie o rękę, zgodziłam się! – OMÓJBOŻE!! Na Merlina!
- Ale jest coś jeszcze… Jestem w ciąży! – i nastąpiła cisza. Głucha. A później nastąpiły reakcje ludzi:
- Zostanę babcią?! – mama.
- Będę dziadkiem?! – tata.
- Vernonie?! – państwo Dursley.
- Prawnuczek! – babcia.
- Niewiarygodne! Przed nami?! – James.
- Ale to on jest w ciąży? – niezawodny Syriusz.
- Kurde, Petunia robiła to, przede mną – Mary.
- Z naukowego punktu widzenia, to nic dziwnego – Remus.
- No nie wiem, dzieci to ja nie lubię. Robią kupę i ciągle wymiotują – Dorcas. Oraz ja:
- O żesz w mordę Godryka! Petunio, a prezerwatywy?!
Także, całkiem miły wieczór, skończył się w bardzo widowiskowy sposób. Taa, Petunia lubi być w centrum uwagi, a można powiedzieć, że dzisiejszego wieczoru spuściła bombę. W przyszłości całkiem śmierdzącą.
- Vernon kupił już dom w Surrey, nieduży, ale dla nas odpowiedni – dodała Peti, jakby trochę nieśmiało.
- To, kiedy ślub? – zapytał pan Dursley Senior.
- Myślimy, że w marcu. Lily, chciałabym żebyś została moją druhną – powiedziała Petunia, czym mnie zadziwiła. Siedziałam z szeroko otwartymi oczami i chyba buzią.
- Oczywiście, możesz na mnie liczyć – odpowiedziałam w szoku. Co za dziwny dzień!!
Goście zaczęli się czuć nie na miejscu, gdy mama zaczęła z panią D wszystko planować, także większość po prostu pojechała do domów. A my wróciliśmy do naszej meliny tj., mojego pokoju.
- Na Merlina, będę ciocią – wyszeptałam.
- Ciocią- wiedźmą – dodał Black.
- I druhną – dopowiedziała Dorcas.
- Ale widzieliście, była dla mnie całkiem miła! To chyba ta ciąża tak na nią działa, wiecie hormony, te sprawy, no bo, co innego? – powiedziałam i już chciałam coś dodać gdy przerwało mi pukanie do drzwi.
- Proszę.
- Możemy porozmawiać? U mnie?
Gdy weszłam, do dawno nieodwiedzanego pokoju, byłam w szoku, że nie był już on różowy i wypełniony lalkami, tylko całkiem przyjemnie beżowy i jakiś taki bez wyrazu. Czyli takie typowe, lśniąco-czyste lokum Petunii.
- Lily, wiem, że jesteś zdziwiona moim zachowaniem. Ale odkąd spodziewam się dziecka, tak dużo się zmieniło! Myślę, że w końcu dojrzałam i zobaczyłam jak wiele tracę. Chciałam cię przeprosić, ostatnie lata zachowywałam się okropnie! Byłam nieznośna zarówno dla ciebie jak i dla rodziców. Uprzykrzałam ci życie, dokuczałam, obrażałam. Lily, chcę żebyś wiedziała, że jest mi przykro. Jesteś moją jedyną siostrą, kiedyś byłaś mi najbliższą istotą, a ja to wszystko tak strasznie schrzaniłam! Dzięki temu dziecku zrozumiałam, że chcę odzyskać moją małą siostrzyczkę, ja…
- Petunio! – wyszlochałam i wtuliłam się w tak dobrze mi znane siostrzane ramiona. Właściwie razem sobie szlochałyśmy i smarkałyśmy, oraz mówiłyśmy jedna przez drugą:
- Bo ja ci tak zazdrościłam!...
- Byłam taka uparta!...
- Nie lubiłam tego Snape, ale to nie znaczy, że ciebie też miałam unikać…
- Żebyś wiedziała, jak byłaś nieznośna!
- Chciałam wcześniej przeprosić, ale duma…
- Peti, to Świąteczny cud!
I tak wyglądała ta dziwna chwila, przerywana trąbieniem w chusteczki higieniczne. Wybaczyłyśmy sobie nawzajem z siostrą wiele rzeczy, wiem że nigdy nie będziemy najlepszymi przyjaciółkami, sporo nas dzieli. Ale też wiem, że zawsze będę mogła na moją siostrę liczyć i ona na mnie też.
Święta to czas magiczny.



 Taak, jak widzicie zmieniam rzeczywistość. 
W końcu wiadomo, Snape wcale tak szybko się nie nawrócił, Lily z Petunią się nie pogodziły. Także, spodziewajcie się, że to opowiadanie nie skończy się tak jak u pani Rowling. 
Z czego się cieszę, bo nie lubię jej zakończenia historii 
Lily i Jamesa.

2 komentarze:

  1. Cudowny rozdział.Nie spodziewałam się że Will będzie gejem. Ach widać też że jego tak zwany gej-radar się popsuł. Szczerze nie spodziewałam się że Lily z Petunią się pogodzą. Cieszę się że postanowiłaś pisać inaczej niż Rowling. l

    OdpowiedzUsuń
  2. OMFG !!!! Petunia w ciąży *_* komentarz Blacka haha jak zawsze odpowiedni xD a propo Blacka jebłam kiedy Will myślał że Łapa jest gejem bosz :) Rozdział jak zawsze boski, swietny, cudowny, (3 godziny później) i taki zajebisty :D A jeżeli chodzi o inne zakączenie już u pani Rowling to nawet nie wiesz jak się ciesze bo nie lubie oryginalnego zakączenia wręcz nie cierpie ^^

    OdpowiedzUsuń

Uwaga: tylko uczestnik tego bloga może przesyłać komentarze.