Jak ja się w to wpakowałam?
Ja, osoba do tej pory trzeźwo myśląca, całkiem inteligentna i ze sporą
wyobraźnią.
Ale zrobiłam to, jasne?
Zrobiłam i żałuję. Merlinie, jak bardzo żałuję… Bo ki diabeł, podkusił mnie,
aby o cokolwiek zakładać się z Potterem?
****
Tydzień
wcześniej
Było upalnie. Tak gorąco nie
było już od co najmniej 33 lat, jak to stwierdził profesor Slughorn, zawzięcie
wachlując się pełnym kleksów wypracowaniem Blacka, o eliksirze Wielosokowym.
- Chodźmy na błonia – zaproponowała Alicja, gdy tylko
zabrzmiał dzwonek, oznajmiający koniec zajęć.
- Chodźmy – zgodziłam się, szerokim łukiem wymijając
wychodzących z lochów Huncwotów, aby czym prędzej, i czym dalej się od nich
odsunąć.
- Nienawidzę upałów – mruknęła szatynka, zdejmując
zawiązany pod szyją krawat. – Widzę Franka, dołączmy do niego – dodała, gdy
zauważyła siedzącego nad jeziorem chłopaka.
Frank i Alicja, to była
chyba najpopularniejsza para Hogwartu. Byli ze sobą już od początku czwartej
klasy, niestety ich sielanka powoli się kończyła. Frank miał w tym roku zdawać OWTM-y,
a nas czekało to dopiero za rok. Alicja była niepocieszona, i starała się spędzać
jak najwięcej czasu z chłopakiem.
- Na pewno już wszystko umiesz, odłóż te książki –
jęknęła Alicja, gdy tylko zauważyła, że wokół chłopaka leżą porozkładane
podręczniki i gęsto zapisane pergaminy.
- Już ci poświęcam cały swój czas – odparł Frank patrząc
na dziewczynę z błyskiem w oku. – Cześć Lily – dodał.
- Cześć – mruknęłam, po czym zaczęłam rozsznurowywać
trampki, żeby po brodzić w chłodnej wodzie. – Jak ci idzie nauka? – zapytałam,
wchodząc coraz głębiej do wody, jednak stanęłam gdy zaczęła mi sięgać kolan, a
co za tym szło - spódnicy.
- Całkiem nieźle – odparł i spojrzał w stronę zamku.
I gdy usłyszałam te znajome
głosy, też spojrzałam. I wcale mnie nie zdziwiło to, co widziałam. Bo te dwa
osobniki, o przepraszam, raczej szkodniki, są przewidywalne. Zawsze coś im
odwala. Zawsze.
- Zamorduję ich kiedyś – zapowiedziałam, szybko wychodząc
z wody i w biegu łapiąc trampki.
Nie raz zastanawiałam się,
czemu tylko ja reagowałam na te ich wybryki. Czemu inni prefekci tego nie
robili? Chociażby taki Remus? I czemu uczniowie nie zwracali uwagi na innych, być
może słabszych?
Odpowiedź jest prosta. Bo
się ich boją i nie chcą im podpaść. Oraz niestety, niektórych bawi to, co oni
wyprawiają.
- Black, opuść tę różdżkę, albo zaraz wyląduje ona w
twoim arystokratycznym zadku! – krzyknęłam, podbiegając do całkiem sporego
zbiegowiska uczniów.
Widok, który tam zastałam
wcale nie różnił się od tych, widzianych co najmniej parę razy w miesiącu.
Jakiś chłopak wisiał dzięki
zaklęciu Swobodnego Zwisu i ukazywał całemu zgromadzeniu bokserki. Normalnie
deja vu. Sytuacja podobna do tej z zeszłego roku, tylko teraz to nie był Snape,
tylko jakiś inny Ślizgon.
Tak swoją drogą, czemu to
zawsze są Ślizgoni? Uch, no albo Puchoni?
- Evans! – zawołał Black. Wyglądał jakby się ucieszył…
Czy ja już mówiłam, że ta dwójka jest naprawdę dziwna? – Więc mówisz, że gdzie
wyląduje moja różdżka? Nie wiedziałem, że lubisz takie ostre zabawy… -
wymruczał, co rozśmieszyło uczniów.
- Zostaw w spokoju tego chłopaka, albo wylądujesz na
dywaniku u McGonagall – postraszyłam.
Black był całkiem niezłym
aktorem, to musiałam przyznać. Udając szlochanie, padł przede mną na kolana.
- Proszę, tylko nie u McDziewicy! – zawołał, czym wywołał
jeszcze głośniejszy śmiech uczniów.
Spiorunowałam go wzrokiem i
spojrzałam na roześmianego Pottera, drugiego sprawcę. Teraz to on kierował
różdżkę na Ślizgona.
- Opuść różdżkę, Potter, bo… - zaczęłam groźnie.
- Evans, może
gdybyś zgodziła się na randkę, zrobiłbym to, o co mnie prosisz – przerwał mi. –
Ale jesteś uparta jak osioł – dodał, na co się żachnęłam.
Osioł?!
Czerwona z nerwów i wysokiej
temperatury, uniosłam różdżkę i wycelowałam ją w Pottera. Prosto w ten
napuszony łeb.
- Uwolnij go, albo potraktuję cię tak samo –
zapowiedziałam. – Czemu nie możesz zachowywać się normalnie, co?! – zawołałam
zdesperowana, gdy pokręcił przecząco głową.
Zmarszczył czoło i udał
zamyślenie. Bo powiedzmy sobie szczerze – Potter nie myśli.
- Może mógłbym zachowywać się normalnie – stwierdził po
chwili.
Spojrzałam na niego
zdziwiona.
- Wątpię – odparłam, zakładając ręce na piersiach. –
Nigdy nie będziesz zachowywał się normalnie, bo jesteś rozpieszczonym
dzieciakiem, z manią prześladowczą i zbyt wysokim mniemaniem o sobie.
Potter poruszył
nadgarstkiem, uwalniając swoją ofiarę.
- Założymy się? – zapytał.
I nie wiem co mnie
podkusiło, naprawdę. Myślę, że to upał, po prostu mózg mi się przegrzał. Ale
powiedziałam:
- I tak wiem, że wygram.
Nie mogłam się bardziej
mylić.
***
Ustalenia zakładu były
całkiem proste. Potter przez tydzień miał zachowywać się jak normalny uczeń.
Miał nikogo nie zaczepiać, nie żartować, nie pojedynkować się, nie wywyższać.
Miał być miły i uczynny, oraz miał mnie nie prosić o randki(musiałam ugrać też
coś dla siebie, nie? Tydzień spokoju, marzenie!).
Jeżeli jakimś cudem, udałoby
mu się spełnić te wszystkie wymogi, mógł mnie poprosić o cokolwiek by zechciał.
Oczywiście, w ramach rozsądku.
- Nie wytrzymasz, Potter – powiedziałam trzeciego dnia
zakładu.
Nadal byłam pewna swego. Co
prawda, osobnik zachowywał się całkiem dobrze, ale miał jeszcze cztery dni,
żeby to zepsuć. Cztery dni, to całkiem sporo. Cztery dni to 96 godzin. Cztery
dni to 5760 minut. To całkiem dużo, zapewniam. Można w tym czasie uwarzyć eliksir
Słodkiego Snu i nafaszerować takiego Pottera, aby co najmniej z tydzień pospał…
No, lub zrobić coś innego.
- Oczywiście, że wytrzymam, Lily – odparł, czym mnie
zaskoczył. W sensie, nie tym, że mi odpowiedział, w końcu miał być miły. Ale
tym, że zwrócił się do mnie po imieniu. Chociaż, z drugiej strony, zwracanie
się do kogoś po imieniu, a nie nazwisku to też objaw bycia miłym. Albo chociaż wychowanym.
Ale ja zawsze podejrzewałam, że Pottera wychowywało stado gnomów, więc tak,
byłam zaskoczona.
- Rogacz jest uparty, więc szykuj się na porażkę, Evans –
dodał Black, spoglądając na mnie z pewną siebie miną. – James, jeszcze
poczujesz zapach zwycięstwa!
Przewróciłam oczami i
wróciłam do jedzonego śniadania. Powiem jedno: gdybym tylko wiedziała…
***
- Lily – mruknęła Alicja, próbując zwrócić moją uwagę.
Co, przyznaję, nie było
łatwe. Do końca zakładu z Potterem zostały tylko dwie godziny. Dwie godziny! To
tylko 120 cholernych minut!
- Co? – wyburczałam, zawzięcie gapiąc się na kulturalnie
rozmawiającego Pottera z Remusem.
- Może go jakoś sprowokuj? – zaproponowała.
Zmarszczyłam brwi.
- Do czego? – zapytałam, nadal zajęta tylko jednym:
obserwowaniem osobnika.
- Żeby znowu stał się Potterem… Wiesz, tym nieznośnym –
dodała.
Spojrzałam na nią z
podziwem.
- Alicjo, jesteś genialna! – zawołałam, czym zwróciłam na
siebie uwagę Kretyna. – Co się gapisz, Potter? – warknęłam zirytowana.
- Ponieważ, droga koleżanko o jakże cudownym imieniu,
jakże pięknego kwiatu, głośno zawołałaś swym jakże śpiewnym głosem, brzmiącym
niczym trel słowika… - odparł.
- Prędzej chomika – wtrącił Black, czym wywołał chichot
Petera.
Czy już rozumiecie? Miły
Potter był okropny. Nawet przestało mnie przerażać to, czy przegram ten zakład,
czy też nie. Jego miły sposób wysławiania się, był po prostu straszny.
Patetyczny, i po prostu głupi.
No więc, musiałam. Musiałam
go sprowokować do jak najszybszego przegrania. Bo w moim słowniku, nie ma słowa
porażka. Tak, nadal wierzyłam w wygraną… Naiwniaczka.
- Remusie… – zaczęłam, podchodząc do kanapy którą zawsze
zajmowali. – Co sądzisz o tym, żeby wybrać się ze mną do kina? – zapytałam,
szczerząc zęby do zaskoczonego blondyna. – Oczywiście, mówię o randce –
dodałam, żeby kretyn załapał. W sensie Potter, Remus nie jest kretynem.
Spojrzałam prosto na Pottera
i lekko się uśmiechnęłam. Miał całkiem ciekawą minę.
- Koleżanko – zaczął, tym irytującym, miłym tonem. –
Koleżanka nie sprowokuje mnie w tak żałosny sposób, do przegrania zakładu. Nie
jestem głupi i wiem co robisz.
No dobra, zaskoczył mnie.
Zdarzyło się to po raz pierwszy, odkąd to poznałam, tego osobnika.
- Potter – warknęłam, wyprowadzona z równowagi i z
nadzieją spojrzałam na Remusa.
- Przykro mi, Lily – odparł Remus.
- Cholerna męska solidarność – wymamrotałam, odchodząc od
kanapy.
***
Z paniką spoglądałam na
zegarek. Zostały dwie minuty. Potter głupkowato szczerzył zęby, Black patrzył
na mnie z wyższością, Remus miał niepewną minę, a Peter… Peter jadł.
- Alicja, proszę, zabij mnie – mruknęłam, intensywnie
wpatrując się we wskazówki zegarka.
- Lily, chcesz żebym trafiła do Azkabanu? – zapytała
zbulwersowana.
- Tik – tak, Evans! – zawołał Black, wskazując na zegar z
kukułką wiszący nad kominkiem.
I stało się. Zegar wybił
północ, a Potter jeszcze bardziej wyszczerzył zębole.
- Wygrałem – obwieścił.
Huncwoci zaczęli mu
gratulować, jakby co najmniej odkrył lek na raka.
- Evans, za mną – rozkazał i skierował się w stronę
męskich dormitoriów.
Głośno przełykając ślinę,
ruszyłam w ślad za Potterem.
- Wejdź, proszę – powiedział, przepuszczając mnie w
drzwiach.
Zaskoczona (nie myślałam, że
nadal będzie zachowywał się kulturalnie), weszłam do pokoju.
- Ładnie tu – rzuciłam sarkastycznie, widząc wszędzie
panujący nieład.
- Wiem – odparł z uśmiechem i usiadł na jednym z łóżek. –
Siadaj.
Usiadłam na zasłanym łóżku
(zapewne Remusa) i spojrzałam na Pottera.
- Dobrze, powiedz jaka czeka mnie kara… Co mam zrobić? Iść
z tobą na randkę? Rozpowiedzieć, że dobrze całujesz? A może powiedzieć, że
jesteś całkiem niezły w te klocki? – zapytałam.
Potter spojrzał na mnie
zaskoczony.
- Merlinie, Evans, jak ty mnie nisko oceniasz… -
powiedział. – Ale dobra, wiem, zasłużyłem. Mam inną prośbę.
- Prośbę? – osłupiałam.
Prośba, kumacie?!
- Tak, ale ty się słów czepiasz… Przegrałaś zakład, więc
masz zrobić co zechcę, tak się umawialiśmy, prawda?
- Tak – odparłam, zupełnie nie wiedząc do czego dąży.
Uśmiechnął się i wyciągnął
do mnie rękę. Spojrzałam na wyciągniętą dłoń.
- Mam cię dotknąć? – zapytałam, nic nie rozumiejąc.
Zaśmiał się krótko i
pokręcił głową.
- Nazywam się James – odparł.
No i olśniło mnie.
- Lily – mruknęłam, lekko ściskając jego rękę. – Jestem
pod wrażeniem, Po… to znaczy James – szybko się poprawiłam.
- Widzę, Lily – odparł. – To co, wracamy do Pokoju
Wspólnego?
Skinęłam głową. I tak idąc
obok Jamesa, czułam, że ten zakład nie był najgłupszą rzeczą jaką mogłam zrobić
w życiu. I wiecie co? Wcale tego nie żałowałam.
***
Dawno nic nie dodawałam, więc jest to coś.
Chciałam ogłosić wszem i wobec, że mózg mi się przegrzał. Aktualnie mój termometr wskazuje temperaturę 33 stopni, co jest dla mnie straszne. Nienawidzę upałów, ledwo żyję. I te upały, oraz przegrzanie mózgu, prowadzą do jednego - w ogóle nie piszę. Mój ugotowany mózg nie tworzy żadnych ciekawych wątków, i tylko mówi: "Żryj te lody!". Niestety, ale nie wiem, czy to nie doprowadzi do jeszcze rzadszego dodawania kolejnych rozdziałów :( Bo niestety, ale został mi tylko jeden rozdział w zapasie - smuteczek.
Miniaturka jest świetna :D Kocham Jima i Syriego ♥♥ Na nic więcej mnie nie stać, bo znów złapało mnie lenistwo :/ Już mam dość tych upałów :(
OdpowiedzUsuńCzekam nn ^^
Pzdr:**
Te miniaturki to dobry pomysł. Po tym jak w opowiadaniu Lily jest już z Jamesem, to taka miła odmiana poczytać o tym jak mogły wyglądać ich początki. Bardzo fajne!
OdpowiedzUsuń