poniedziałek, 6 lipca 2015

Rozdział 31



Jeszcze do niedawna, patrole były dla mnie chwilą do przemyśleń i odpoczynku od bruneta. Jednak odkąd został mianowany przez Dumbledore’a Prefektem Naczelnym, nawet to zostało mi odebrane.
Oczywiście, nie mówię, że się z tego nie cieszę! Jestem najszczęśliwszą osobą w całej szkole, ale cholera, ile czasu możemy spędzać razem?
            - Lily – powiedział James, czym przerwał moje zamyślenie.
            - Tak, James? – zapytałam, gdy zmierzaliśmy jednym z korytarzy.
Ostatnio nic ciekawego nie działo się na patrolach. Gdy chodziłam z Remusem, chociaż gadaliśmy sobie o ciekawych książkach, a z Jamesem…
To jest straszne, ale mamy tak mało tematów do rozmów! Ja wiem – przeciwieństwa się przyciągają, ale ciągle gadać o miotłach i quidditchu? O Merlinie, żadna, nawet najbardziej zakochana dziewczyna nie zdzierży tych ciągłych pogawędek o sporcie, i jakichś gwiazdach, których zupełnie nie kojarzy.
            - Mam pomysł – zaczął. – Może olejemy patrol i zaszyjemy się w Pokoju Życzeń, lub jakimś innym, przyjemnym kąciku? Nawet mam pomysł, co moglibyśmy robić… - dodał, spoglądając mi prosto w oczy z miną mówiącą „Zróbmy to wreszcie, bo inaczej nie wytrzymam i rzucę się na ciebie tu, na środku korytarza”.
            - Jaaames – wyjęczałam. – To nasz obowiązek! Gdyby McGonagall, albo inny profesor nasz szukał, a nie znalazł, pomyśl co by się działo… Nie – dodałam, kończąc rozmowę.
            - Nie potrafisz się bawić – stwierdził, chyba lekko obrażony.
Przewróciłam oczami. Może i nie potrafię się bawić, ale nikt nie będzie tak mówił! Potter doskonale wiedział co robi. Rzucał mi wyzwanie. A ja zawsze podejmuję rękawicę…
            - Do Pokoju Życzeń – wyszeptałam, rozglądając się dookoła.


***


            - Wyobraziłeś sobie burdel, czy co? – zapytałam.
Nie wiem czy James kiedykolwiek był w takim miejscu, ale potrafił sobie coś takiego wyobrazić. Pokój Życzeń wyglądał okropnie. Czerwone ściany, dziwne, przytłumione światło i gigantyczne łóżko, zasłane taką połyskliwą pościelą.
Gdyby była tu Marlena, na pewno wiedziałaby co to za materiał.
            - Burdel od razu – wyburczał James pod nosem i na raz uśmiechnął się. – No, może coś w tym stylu…
Pokręciłam głową. Byłam zażenowana. Serio, bo czego on oczekiwał? Chyba nie tego? Merlinie, jeżeli ja nawet nie mogłam tego nazwać w myślach, to co dopiero wymówić na głos?!
            - Chyba nie lubię takich klimatów – powiedziałam, patrząc na skórę jakiegoś zwierza przed kominkiem. – Co będziemy robić?
James uśmiechnął się. I już wiedziałam, że wcale nie będziemy grac w szachy…


***


Kto by pomyślał… Pomyliłam się! To brzmi niedorzecznie, ale tak, Lily Evans w czymś się pomyliła.
Bo graliśmy w szachy. Tylko odmianę, której dotąd nie znałam...
            - Szach mat! – zawołałam radośnie, na co James zajęczał.
Rozbierane szachy. Istna gra dla kujonów. Jednak brunet wie, co kujony lubią najbardziej…
            - Zdejmuj spodnie – powiedziałam zadowolona.
James siedział przede mną bez swetra, koszuli, skarpetek, zegarka oraz butów. Można powiedzieć, że miałam całkiem sporą kolekcję fantów, złożonych z jego garderoby.
            - Czemu ty ciągle wygrywasz? – zapytał z pretensją.
W ciągu tych paru partyjek ściągnęłam tylko sweter. I to nie dlatego, że przegrałam, ale było mi po prostu za ciepło…
            - Trzeba było zagrać w gargulki, na pewno bym przegrywała – odparłam, patrząc z zafascynowaniem na coraz większe obszary nagiego ciała chłopaka.
I muszę przyznać, było na co popatrzeć! Gdyby nie to, że byłam lekko zawstydzona, wgapiałabym w niego wzrok i może nawet się śliniła.
            - Może jednak spróbujmy z tymi gargulkami? – zapytałam po chwili, gdy James z powrotem układał figury na szachownicy.
Uniósł brew.
            - Czemu?
Uśmiechnęłam się.       
            - Jeżeli znowu przegrasz, zostaniesz bez niczego.
I właśnie w tym momencie, chłopak uświadomił sobie swoją nieciekawą sytuację.


***


Była 3 w nocy, a my graliśmy w gargulki… To całkiem nienormalne, a jeszcze biorąc pod uwagę zajadłość, z jaką to robiliśmy, to już w ogóle!
            - Przegrałaś! – obwieścił mi triumfalnie James, i z miną zwycięzcy patrzył jak czerwona jak pomidor, ściągam przez głowę koszulkę.
Teraz i moja sytuacja przedstawiała się zgoła nieciekawie. James ani razu nie przegrał w gargulki! Sama siebie wkopałam, no geniusz, no.
            - Nie wiedziałem, że preferujesz koronki – powiedział lustrując wzrokiem mój czarny stanik.
            - A ja nie myślałam, że aż tak wielbisz quidditcha – odparłam, spoglądając z uniesioną brwią na jego czerwone bokserki w złote znicze.
James uśmiechnął się.
            - Przekonamy się, co ty preferujesz? – zapytał z niebezpiecznym błyskiem w oku.
            - Twoje niedoczekanie, Potter – odparłam wojowniczo.


***


Okazało się, że naprawdę jestem beznadziejna w tą grę. I musiałam zapłacić za własną głupotę ściągnięciem spodni.
            - Fiu fiu – gwizdnął James.
Najpierw zmierzył mnie spojrzeniem mówiącym „Sexy” (a przynajmniej tak mi się wydawało), a następnie dodał:
            - Podobno jak dziewczyna nosi pasujący komplet bielizny, to oznacza, że to ona uwodzi faceta, a nie na odwrót.
Spojrzałam na swoją bieliznę i głośno westchnęłam.
            - Serio? Faceci do wszystkiego dorabiają jakieś głupie ideologie – odparłam, uznając to co powiedział za zupełną głupotę.
Gdybym rano, ubierając się, wiedziała, że będziemy grac w coś takiego, założyłabym zwykły, bawełniany komplet, a nie jedyny ładny – prezent od mamy na gwiazdkę… 
Merlinie, czy moja matka coś przeczuwała, dając mi coś takiego?! Czy może chciała mi coś powiedzieć? Na przykład to, że będąc w związku z chłopakiem, powinnam mieć ładniejszą bieliznę, bo on może ją zobaczyć?
            - Ostatnia partia? – zapytał ze stanowczo groźnym błyskiem w oku.
Przełknęłam głośno ślinę i zastanowiłam się chwilę. Istniała minimalna szansa żebym wygrała. To może było maksymalnie 10%. Ale znowu nie mogłam stchórzyć! Gryfoni nie są tchórzami, Gryfoni walczą do ostatniej… części bielizny, w tym przypadku.
            - Ostatnia – potwierdziłam.
Zaczęła się najzacieklejsza rozgrywka wszech czasów. Była to gra o stanik, lub gacie. Czyli, gra o wszystko.


***


            - Nie – wyszeptałam, patrząc jak gargulek Jamesa pokonuje mojego.
No, żesz cholera! Jak to się stało? A, no tak, chyba wiem. Jestem beznadziejna w gargulki!
Co ja najlepszego zrobiłam?
            - Wygrałem – obwieścił przesyconym radością głosem, James. – Co zdejmujesz?
            - A może mi darujesz? – zapytałam, wiedząc, że wcale nie mam na to szans.
Bo który normalny facet by na to pozwolił? No, raczej żaden.
James tylko pokręcił głową, czym przybił mój gwoźdź do nagiej trumny, czy coś takiego.
            - Dobra, stanik – zdecydowałam, bo z dwojga złego, cycki łatwiej pokazać. Zresztą, już je widział, także nie powinno być żadnej niespodzianki.
I już sięgałam do haftki na plecach, gdy usłyszałam głos Blacka. Serio. Ale wiecie, nie taki mówiący w myślach: „Nie rób tego! Jesteś taka młoda, rozsądna, to grzech najcięższy, świecić cyckami przed chłopakiem”, ale głos mówiący:
            - Rogaczu, gdzie wy do cholery jesteście?! Remus z Amy mieli was zmieniać na patrolu, a wy zapadliście się jak w Diabelskie Sidła!
Spojrzałam na wściekłą minę Jamesa (chyba chciał sobie chłopak co nieco pooglądać, a tu takie coś…), i patrzyłam jak przetrząsa kieszenie dżinsów.
            - Jesteśmy w Pokoju Życzeń – powiedział do jakiegoś lusterka, czy innej ramki.
Pierwszy raz widziałam taki sposób komunikacji, więc zastygłam z rękoma na plecach i gapiłam się jak sroka w gnat.
            - To biegiem do Pokoju Wspólnego! – zawołał Syriusz.
Kto by pomyślał, że Syriusz Black stanie się moim mimowolnym wybawicielem?


***


            - Co tam, Ruda? – usłyszałam i obejrzałam się za siebie.
Szłam do łazienki, ale jak widać, nawet tam gdzie król udaje się piechotą, nie można mieć spokoju.
            - Cześć Syriuszu – odparłam, nadal idąc przed siebie.
            - Rogacz jest na mnie wściekły – oznajmił czarnowłosy, przytrzymując mi drzwi od kibla i jak gdyby nigdy nic, wszedł za mną. Dla uściślenia – to była damska łazienka.
            - Och – westchnęłam i udawałam, że nie wiem o co chodzi. – Dlaczego?
Syriusz przewrócił oczami i oparł się o drzwi kabiny.
            - Bo przerwałem mu pokaz – odparł.
Spojrzałam na niego ostro i weszłam do jednej z kabin.
            - Przecież to nie ostatni taki pokaz w jego życiu, nie? – zapytałam. – Więc nie przejmuj się, zaraz przestanie się na ciebie boczyć… Zresztą miałeś rację, mieliśmy zmieniać się z drugą parą prefektów, a zupełnie zapomnieliśmy…
            - Nic dziwnego, że Rogacz zapomniał, jeżeli miał przed oczami… hm, ciekawsze widoki – powiedział Syriusz i popatrzył mi prosto w oczy, gdy wyszłam z kabiny. – Weźcie to wreszcie zróbcie, bo James zamieni się w ogarniętego obsesją, zboczonego trolla.
Zaśmiałam się z takiej wizji chłopaka, ale skinęłam głową.
            - Zapewniam cię, że w końcu to się wydarzy.
Usatysfakcjonowany Syriusz skinął głową i otworzył przede mną drzwi.


***


Uznałam, że ostatnio zaniedbywałam przyjaciółki. Co prawda one też miały swoje sprawy, a mianowicie – miały facetów.
To straszne, ale każda z nas, miała głowę zaprzątniętą głównie facetami!
Marlena prawie latała, bo jej Thomas trafił do Gryffindoru – dzielił pokój z Huncwotami i Frankiem.
Związek Alicji i Franka przeszedł na wyższy poziom – Frank oświadczył się Alicji podczas Sylwestra!
A Dorcas… Wszyscy mieli dość ciągłego obściskiwania się Dorcas i Syriusza. Gdzie ich nie widziałam, byli złączeni jakąś częścią ciała. Zazwyczaj ustami, lub rękoma, żeby nie było, że ich podglądam, czy coś…
Może dlatego tak odwlekałam ten pierwszy raz? Chyba bałam się, że spodoba mi się aż tak bardzo, że zamienię się w wiecznie napaloną istotę, gotową zrzucić majtki na skinięcie palca.
Co prawda, raczej mi to nie groziło, ale zawsze istniała taka obawa!
Dlatego urządziłyśmy sobie babski wieczór, połączony z żarciem, plotkowaniem, robieniem sobie manicure’u i innych typowo dziewczęcych spraw.
            - I pamiętajcie, możemy obgadywać każdego, ale nie mówimy o swoich facetach, jasne?! – zapytała Alicja, na co Dorcas głośno jęknęła.
Wszystkie miałyśmy dość jej opowieści o niespożytej energii Blacka i anegdotkach o zatrzaskiwaniu się w komórkach na miotły, czy innych miejscach…
Tak swoją drogą, fuu, w komórce na miotły?! Tam są pająki, śmierdzi detergentami, używanymi przez Filtcha i jest dosyć obleśnie. Już chyba lepsza jakaś opuszczona klasa, ale i tak ohyda.
            - A wiecie co Syr… - zaczęła Dorcas, ale od razu została obrzucona wrogimi spojrzeniami. – Serio nie możemy gadać o facetach? To co będziemy robić? – zapytała zrezygnowanym głosem.
            - Jeżeli ciągle będziemy rozmawiać o chłopakach, to będzie oznaczało, że zupełnie zawładnęli naszym życiem, a przecież tego nie chcemy, prawda? – chyba odezwała się we mnie feministka, czy coś.
            - Dobra, skupmy się na nas – zarządziła Alicja, biorąc od Marleny kawałek dyniowego ciasta, przyniesiony z kuchni. – Która chce manicure, a która maseczkę?


***


Siedziałyśmy nieruchomo jak te mumie. Z maseczkami na twarzach, pomalowanymi paznokciami u rąk i stóp. W końcu wiadomo kiedy kobieta jest najbardziej bezbronna – w momencie, gdy schnie jej lakier na paznokciach.
            - Twarz mi zastygła – ogłosiła Dorcas, ledwo mówiąc.
Jej twarz rzeczywiście wyglądała nieciekawie. Była zielona i ściągnięta. Ale chce być ładna? Niech cierpi.
            - Tak swoją drogą, to czemu nie używamy różdżek do wysuszenia lakieru? – zapytała Alicja.
No, geniusz.
            - Ale jesteśmy tępe – zaśmiała się Marlena, ostrożnie chwytając różdżkę. – I po sprawie – powiedziała, gdy wszystkim nam wysuszyła emalię.
            - Powinnyśmy częściej tak spędzać czas – westchnęłam, rozkoszując się słodkim nic nie robieniem. – Czasami James jest strasznie męczący…
            - A Syriusz! – od razu zakrzyknęła Dorcas. – Ten to ma niespożytą energię…
            - Thomas na szczęście nie jest taki. Jest romantykiem – wyszeptała Marlena, zatapiając się w myślach.
            - Cóż, Frank coraz częściej gada o wiecie czym. Przez to zaczęłam o tym myśleć, i chyba niedługo to zrobimy – obwieściła Alicja, na co Dorcas głośno zapiszczała, a my z Marleną, ciekawe, spojrzałyśmy na przyjaciółkę.
            - Witaj w klubie – powiedziałam.
Jesteśmy żałosne. Potrafimy gadać tylko o facetach.


***


Zadowolona przemierzałam szkolne korytarze, kierując się w stronę lochów, gdy zostałam wciągnięta do jakiegoś małego, ciasnego pomieszczenia.
            - James? – zapytałam niepewnie.
Serio? Wyczarowanie opaski na oczach? Co za kretyn.
Westchnęłam zirytowana i już miałam zdjąć tą szmatę z oczu, gdy poczułam czyjeś dłonie na rękach.
            - Nie – usłyszałam szept.
Gdy ktoś szepcze, trudno rozpoznać głos. Z całą pewnością był męski, ale zaczęłam się zastanawiać czy to nie jest jakiś głupi dowcip Blacka.
            - James, to naprawdę głupie – powiedziałam. – Jeżeli nie chcesz mieć przechlapane, to zaraz ściągniesz mi tą opaskę z oczu! – rozkazałam.
Ale oczywiście, zostałam totalnie zlana. Co tam, nie?
Poczułam czyjeś usta na swoich.
Kształt warg Jamesa mogłabym narysować z zamkniętymi oczyma.
            - I co to miało znaczyć? – zapytałam, gdy ściągnął mi opaskę z oczu, i z wesołym błyskiem w oku, patrzył na mnie.
            - Nic, miało być ekscytująco – odparł. – Było? – zapytał z nadzieją.
No jak mogłam powiedzieć, że wcale tak nie było, gdy miał taką słodką minę?
            - Było bardzo ekscytująco – odparłam, rozglądając się po komórce na miotły. – Czy to Syriusz podpowiedział ci tę skrytkę?
            - Skąd wiedziałaś? – zapytał, otwierając przede mną drzwi.
Z uśmiechem pokręciłam głową.


***


Styczeń mijał w zastraszającym tempie. Moje osiemnaste urodziny wypadały w piątek, co Syriusz chciał wykorzystać jako pretekst do imprezy.
            - Żadnych imprez! – powtarzałam co rusz.
Po Sylwestrze miałam serdecznie dość imprez zakrapianych alkoholem. Nadal było mi głupio za poranek po imprezie, więc z całych sił, przekonywałam przyjaciół, że nie życzę sobie imprezy. Nawet takiej tyci-tyci.
            - Ale to jak będziemy świętować twoją osiemnastkę? – zapytała Dorcas, gdy pewnego wieczora siedzieliśmy na kanapach przed kominkiem w Pokoju Wspólnym.
Było przed dwudziestą, więc pokój zawalony był uczniami. Niektórzy odrabiali prace domowe(nie wiem, jak się skupiali przy tym hałasie), inni grali, albo po prostu rozmawiali ze znajomymi.
            - Świętowaliśmy siedemnastkę, więc powinno starczyć – odparłam.
Cóż, miałam całkiem inne plany na moje wejście w dorosłość w mugolskim świecie…
            - W piątek, przyjdź na dwudziestą pierwszą do Pokoju Życzeń – szepnęłam do Jamesa, gdy już zbieraliśmy się do dormitoriów.
Miałam nadzieję, że moja mina, mówi sama za siebie.


***

Deszcz!! Pada! Cud. 
Mam dość upałów. Przez to w ogóle nic nie napisałam, bo nie mogłam wytrzymac przy laptopie. 
19 lipca minie rok od założenia bloga!! Niewiarygodne ;) Postaram się machnąc jakąś miniaturkę, już mam nawet pomysł.
Następny rozdział - #momenty! Hahaha, to będzie rozdział dla osób +18. 


2 komentarze:

  1. Och a mogła Lily dalej grać w szachy. Na jej szczęście Syriusz się odezwał i ją uratował. Rozdział jak zwykle super.

    OdpowiedzUsuń
  2. Black wybawiciel, ale nie powiem gra baaardzo ciekawa xD Nie mów nic o upałach, wyjechałam i na porządku dziennym mam 35-40 stopni ;-; tak więc no czekam na next hahaha to tylko 3 lata za mało xx

    OdpowiedzUsuń

Uwaga: tylko uczestnik tego bloga może przesyłać komentarze.