31
grudnia 1977 roku
Zbiórka w domu Syriusza, lub
raczej jak on go nazwał – Imprezowni, była zaplanowana równo na 13. Tak a
propos nazwy – została wymyślona na wyrost. W domu Blacka nie odbyła się dotąd ani
jedna impreza. Jeżeli mogłabym nadać temu domu jakąś nazwę, raczej było by to
coś w stylu „Fetorownia” lub „BłagamNiechKtośMiPosprzątaWDomuBłagam”.
Ponieważ mam do Syriusza
dosłownie dwa kroki (a raczej dwie ulice, więc łącznie 50 kroków. Tak,
liczyłam), uznałam, że na pewno nikt nie przybędzie na czas. Więc miałam
jeszcze półgodziny spokoju.
Oczywiście, przeliczyłam
się… Bo jak mogłoby być inaczej?
- Lily! – usłyszałam krzyk mamy z dołu. – James po ciebie
przyszedł! – zawołała.
A mnie ogarnęła panika.
I nagle wszystko zaczęło się
dziać w zwolnionym tempie...
No dobra, wcale nie zaczęło,
ale miało zabrzmieć dramatycznie…
Spojrzałam na siebie – byłam
w cholernej piżamie. Ale wiecie, nie w takiej, w której można się pokazać
facetowi – nie miałam na sobie jakiegoś seksownego czy chociaż schludnego
wdzianka. Byłam w zachlapanej ketchupem i rozciągniętej na wszystkie strony
koszuli nocnej z serii „mamuśkowa, ale mega wygodna”.
Następnie z prędkością
miotły Jamesa, podbiegłam do lustra i się załamałam.
Na policzku miałam
odciśniętą poduszkę…
Oczy podkrążone. Mogłam w
nich dostrzec nutkę paniki i szaleństwa.
I wtedy to się stało.
Usłyszałam głośne kroki na schodach. Doskonale je znałam, w końcu codziennie
chodzę z Jamesem po schodach. W Hogwarcie jest mnóstwo schodów…
Mówiąc pod nosem: „Cholera,
cholera jasna, gdzie jest stanik? Ałaa, mój palec, głupie biurko… Bluzka!
Kurde, brudna… O czysta! Spódnicaaa…” zdołałam się ubrać.
Przeczesałam włosy palcami i
musnęłam usta błyszczykiem.
Drzwi
się otworzyły.
- Lily – mruknął James, lustrując mnie wzrokiem. –
Dopiero wstałaś? – zapytał z uśmiechem.
Kiwnęłam głową i z głośnym
westchnięciem wpadłam w jego objęcia.
- Poczekasz aż wezmę prysznic?
***
Po prysznicu, zapakowaniu
torby (ciuchy, kosmetyki, buty), mogliśmy ruszać.
Mróz szczypał w policzki, a
my radośni jak te dwie hieny maszerowaliśmy w stronę syriuszowego domu. Co
jakiś czas stawaliśmy, aby obdarzyć się słodkim pocałunkiem.
- Ładnie pachniesz – zauważył James.
- Dziękuję – wymruczałam, wtykając nos w jego szalik. Tę
miłą chwilę oczywiście coś musiało zepsuć…
- Merlinie – wyszeptałam, gdy nagle usłyszeliśmy muzykę.
I to nie mam na myśli tej typowej dla mugolskiej młodzieży – Beatlesów, czy
Queen. Nie. Kretyn Black puścił na cały regulator piosenkę Fatalnych Jędz pod
tytułem „Wywar Żywej Śmierci”.
- … ugotuję ci wyyyywar! Śmierci! Śmierci! Śmierci! –
skandowała wokalistka coraz głośniej,
gdy wkurzona zmierzałam do drzwi.
- Zatłukę go! – zawołałam do Jamesa, który ze śmiechem
ruszył za mną. – Ścisz to, kretynie! – wydarłam się.
Tyle, że zamiast na
Syriusza, krzyczałam na nieznanego mi chłopaka.
- Merde – westchnął, przyciszając muzykę. - Désolé! Przepraszam, nie znam się na
tych mugolskich urządzeniach – dodał i uśmiechnął się. – Lily Evans i James
Potter, oui? Thomas Baptiste, chłopak Marleny.
No
tak. Tajemniczy chłopak Marleny. Francuz. Przystojny francuz... No, no, no.
Gdyby nie Potter… Nie no, żartuję.
- To my – potwierdził James. – Miło cię poznać, Thomas.
- Bardzo miło – dodałam, gdy z
galanterią ucałował mi wierzch dłoni.
Podniosłam
wzrok i uśmiechnęłam się do Marleny.
- Szczęśliwa? – zapytałam, gdy Syriusz wszedł do salonu,
oznajmiając, że znalazł jakieś mugolskie płyty.
- Nawet nie wiesz jak bardzo – odparła, przypatrując się
żartującemu z Jamesem i Syriuszem, Thomasowi.
***
Impreza
trwała w najlepsze. W życiu nie widziałam takich ilości lejącego się dookoła
alkoholu, oraz tańczących jak w transie ludzi.
Dobrze,
że jesteśmy czarodziejami, bo gdyby Remus nie rzucił na dom zaklęcia
wyciszającego, cóż, mielibyśmy spore problemy z mugolską policją.
- Dolej mi! – rozkazała Dorcas, wskazując ruchem głowy na
trzymaną przez Alicję butelkę z szampanem.
Okazało się, że Syriusz całkiem dobrze obeznał się z
okolicą i wyhaczył sklep monopolowy, w którym dokonał tych gigantycznych
zakupów. Także, głównie raczyliśmy się (aha) ruskim szampanem, francuskim
winem, polską wódką oraz niemieckim piwem.
Natomiast stronę magiczną reprezentowała głównie Whisky
Ogdena oraz piwo kremowe (które wcale nie jest alkoholem i nie trzepie).
- Czy ty nie masz przypadkiem dość? – zapytałam brunetkę,
spoglądając na zapełniony parkiet.
Zadowolona
Marlena tańczyła ze swoim przystojnym francuzem, Remus rozmawiał w kącie z Amy
(prefekt Amy w sukience!! AAA, to niewiarygodne!), James został wysłany na
dwór, aby przygotować fajerwerki, Syriusz tańczył z do połowy pełną butelką
whisky, a tłum niezidentyfikowanych ludzi (głównie uczniów Hogwartu, oraz
byłych uczniów Hogwartu) tańczył do piosenki Zmutowanych.
- Nie – wymruczała Dorcas, wyrywając Alicji butelkę z
rąk.
I
tak to jest, jak ma się do czynienia z pijakami...
***
3 godziny później
- Gdzie ty mnie ciągniesz, panie kapitanie ?! –
zapytałam zmysłowym głosem, przerywanym czkawką.
- Lily, jesteś pijana – stwierdził James, na wpół mnie
niosąc, na wpół ciągnąc na piętro.
Może
i byłam wstawiona, ale to nie było powodem bezceremonialnego rzucania mnie na
łóżko.
-Co ty robisz?! – zawołał James (a właściwie jeden i
drugi James... O Merlinie, widzę dwóch Jamesów!).
-Rozbieram s-się – odparłam, zdejmując przez głowę
sukienkę. – Bierz mnie – dodałam, zmysłowym głosem (wcale nie był zmysłowy,
brzmiałam jak stary menel).
-Lily... – westchnął James, zdejmując sobie z karku moje
zarzucone ręce, które dość mocno go trzymały. – Jak wytrzeźwiejesz.
-Obiecujesz? – zapytałam, czując, że przegrywam walkę z
opadającymi powiekami.
- Jasne – mruknął, pocałował mnie w czoło i cicho wyszedł
z pokoju.
***
Obudziłam
się koło południa. Nowy, 1978 rok przywitałam wyrzutami sumienia, kacem oraz
lekkim szokiem.
- O Merlinie, moja głowa – wymruczałam
po przebudzeniu.
Leżałam
dokładnie przykryta kołdrą, obok mnie spał James, a koło łóżka stała butelka
wody. Z cichym „dziękuję” przyssałam się do gwinta.
Wiedziałam,
że picie ruskiego szampana, to nie jest dobry pomysł… A zmieszanie ruskiego
szampana, z wódką, to już w ogóle! Gdzie się schował mój zdrowy rozsądek, gdy
ze śmiechem pozwalałam sobie polewać następne kieliszki alkoholu?
- Do łazienki – wyszeptałam i
skopałam z siebie kołdrę.
I
wtedy przeżyłam szok. Cóż, coś czuję, że sporo dziewczyn przeżywa taki szok, po
naprawdę „udanej” imprezie.
Chwilę
patrzyłam na swój nagi biust, a później z głośnym piskiem (okropny dźwięk)
przykryłam się aż po brodę kołdrą.
Z
szeroko otwartymi oczami spojrzałam na rozbudzonego Jamesa, i oblałam się jakże
wdzięcznym rumieńcem.
- Ja… - wyszeptałam, czując, że nie
mogę wydać z siebie głośniejszego dźwięku. – My…?
- Nie – wymruczał James z uśmiechem.
Merlinie,
czemu on ma taki dobry humor? To znaczy, owszem, może dla faceta zobaczenie
cycków z rana to powód do uśmiechu, ale… Gdzie jest moja sukienka i stanik?!
- Jak…? – zapytałam, obawiając się
najgorszego.
James
zmierzył mnie wzrokiem i wzruszył ramionami.
- Jak już wróciłem po fajerwerkach,
to tak było – odparł. – Ale niczym się nie martw, pokój był zamknięty zaklęciem…
Myślę, że sama zdjęłaś. Wiesz, wcześniej chciałaś… - dodał, ale zatkałam mu
usta ręką.
- Błagam, nie kończ! – wyjęczałam,
rumieniąc się wściekle.
Czemu,
czemu jestem taka głupia?! I jak się okazuje, bezwstydna po alkoholu?!
- Przepraszam – wyszeptałam, po
chwili ciszy, kurczowo przytrzymując kołdrę pod brodą. – Nie chciałam wczoraj…
- Rozumiem – przerwał James i
uśmiechnął się zawadiacko. – Chociaż zgotowałaś mi całkiem miły poranek nowego
roku… - mruknął, zjeżdżając spojrzeniem w miejsce, gdzie wszystko było
schowane.
***
Gdy
już się ogarnęłam, wypiłam ze dwa litry wody oraz uprosiłam Jamesa, żeby nikomu
nie mówił o dzisiejszej pobudce, a szczególnie Blackowi, w końcu wyszliśmy z
pokoju.
- Och – jęknęłam, widząc dom.
Jeżeli
kiedykolwiek widzieliście bałagan, to mogę was zapewnić – to wcale nie był
bałagan!
Mogłabym
określić paroma epitetami wygląd domu Syriusza. Burdel. Bajzel.
Bałagan, że ho ho! Stajnie Augiasza
(ach, mugolska szkoła i mity!). Chaos. Bezład. Chlew.
No i
tak dalej, i tak dalej…
- Powiedz mi, Lily – zagadnął James,
rozglądając się dookoła. – Jak dobra jesteś z zaklęć domowych?
***
Na
placu boju ostały się tylko cztery osoby. Syriusz, jako gospodarz, James, jako
jego niezawodny przyjaciel, ja, jako osoba skacowana i niechcąca pokazywać się
rodzicom w takim stanie, oraz Dorcas – cóż, z podobnych względów co ja.
- Ogarniemy i coś zjemy, hm? –
zapytał Syriusz, patrząc na nas z nadzieją.
Leżałyśmy
z Dorcas na kanapie i co jakiś czas ciężko wzdychałyśmy, lub machnięciem
różdżki przywoływałyśmy z kuchni kolejne butelki wody.
- Sam se ogarniaj – wyburczałam,
przysysając się do szklanki. – Na pewno nic nie będę jeść – dodałam, czując, że
na samą myśl o jakimkolwiek jedzeniu mój żołądek się buntuje.
- Pomogę ci – mruknęła Dorcas,
niemrawo wstając z kanapy.
Skierowała
się za Syriuszem na piętro i po chwili zniknęli mi z oczu.
- Tosta? – zaproponował James,
podsuwając mi talerz pod nos.
Co
prawda myślałam, że na widok jedzenia zechce mi się wymiotować, ale wcale tak
nie było.
- Jednego – poprosiłam i po chwili
żułam chrupiący chleb. – James…
- Hm? – wymruczał brunet, pomiędzy
mlaskaniem (gdybym była w pełni władz umysłowych, na pewno zwróciłabym mu
uwagę, ale miałam wszystko gdzieś).
- Czy bardzo się zbłaźniłam? –
zapytałam nieśmiało. – Chyba cię nie napastowałam, czy coś takiego?
James
parsknął śmiechem.
- Trochę napastowałaś – stwierdził,
na co się żachnęłam. – Ale to było bardzo miłe… I te poranne widoki… Uch, nie
obrażaj się – dodał, przytulając mnie.
- Nie obrażam – odparłam, chociaż
byłam trochę najeżona. – Chociaż wiesz, co?
- Co?
- Myślę, że alkohol tylko to
wyzwolił. Jestem gotowa – oznajmiłam, i głośno się zaśmiałam z zszokowanej miny
chłopaka.
***
Oczywiście
mówiąc, że jestem gotowa, wcale nie miałam na myśli ani tego pierwszo-styczniowego poranka, ani następnego. Nie, do tego pierwszego razu potrzebuje
spokoju, czułości oraz romantycznej atmosfery.
- To kiedy? – zapytał po raz któryś
James, gdy sprzątaliśmy kuchnię.
- Nie myślałam, że tak zareagujesz –
odparłam zażenowana. – W niedalekiej przyszłości.
- Czyli?
- Ojej, nie wiem! – odpowiedziałam
lekko zirytowana.
Nagle
okazało się, że James ma obsesję na punkcie seksu. Super. Ta, to było sarkastyczne "super".
- Nieważne – mruknął po chwili. –
Ważne, że to się stanie – dodał z dumną miną.
Weź
i zrozum faceta…
***
Drugiego
stycznia mieliśmy pociąg powrotny do Hogwartu. Co właściwie było wyczekiwaną
przeze mnie chwilą – mogłam w końcu zając się innymi sprawami, niż
odpowiadaniem na jedno, jedyne pytanie, zadawane przez Jamesa.
„Kiedy?”
No,
gdybym wiedziała, że stanie się takim irytującym kretynem, wcale nie
oznajmiałabym tej jakże radosnej nowiny…
- My pójdziemy do trzech ostatnich
wagonów – oznajmił James.
Mieliśmy
krótkie spotkanie prefektów. Oczywiście, nie wszyscy wrócili do domów na
święta, więc byliśmy tylko w czwórkę – z Remusem i Amy.
I
taki news. Remus z Amy się całowali! Taak, Amy się pochwaliła. Chociaż
twierdzi, że nie wie czy coś z tego będzie, myślę że szykuje się gorący romans
prefektów! A przynajmniej mam taką nadzieję.
- Jest spokojnie – stwierdziłam, gdy
przeszliśmy przez tył pociągu.
Co
prawda niektórzy Ślizgoni rzucali nam paskudne spojrzenia, ale czego się po
nich spodziewać? Pewnie byli wkurzeni, bo jak głosił dzisiejszy Prorok
Codzienny, aurorzy złapali pięciu Śmierciożerców. Może to był czyjś ojciec lub
brat, z tych których mijaliśmy?
- To wracamy do przedziału –
zadecydował James i pociągnął mnie w stronę drugiego wagonu.
***
Hogwart
to zdecydowanie miejsce, w którym czuję się najlepiej. Oczywiście zaraz po
ramionach Jamesa, żeby nie było!
Uwielbiam
jego szerokie korytarze, schody, które tak często płatają figla, przez co
trafiasz na inne piętro, niż to na które chciałeś iść. Ubóstwiam te zagadkowe
miejsca, takie jak Pokój Życzeń. Bo jak on działa? To czysta magia, jednak nie
tak prosta jak ta, której się uczymy. Wielka Sala, która zawsze wita nas
smakowitymi zapachami. Biblioteka, w której kiedyś potrafiłam spędzać całe
dnie…
Aż w
końcu nasz dom, wieża Gryffindoru. Miejsce przytulne, zastawione zniszczonymi
kanapami i meblami, ale jak wygodnymi! Wielki kominek, który zawsze bucha
przyjemnym ciepłem, chorągwie Godryka Gryffindora, wiszące nad drzwiami.
To
wszystko tworzy cudowną atmosferę, której tak bardzo będzie mi brakować po
zakończeniu szkoły…
- A może by tak zawalić OWTemy? –
pomyślałam na głos, co zostało przyjęte głośnym wybuchem śmiechu i
niedowierzającą miną Blacka.
- Kto jak kto, ale nie ty, Rudzielcu
– odparł, hamując moje rozmyślania.
Może
i Hogwart przez tych parę lat był moim domem, ale musiałam pogodzić się z
myślą, że niedługo będzie nim inne miejsce.
***
Upał. Strasznie gorąco, nie? A ma byc jeszcze cieplej!! A tu rozdziały zimowe... I jak ja mam się wczuć w pisanie, hę?
Dobra rozdział jest, ale następny? Cóż, nie mam pojęcia kiedy. Na razie potrafię myśleć tylko o tym, żeby nie spalić się na słońcu i, że mam szukac praktyk/stażu/pracy.
Bycie dorosłym jest do bani, serio, cieszcie się wiekiem nastoletnim, tak szybko przemija :(
Do następnego ;)
Masz rację upał straszny :/ ale polska wódka musi być :') haha leje XDXDD powodzenia w szukaniu pracy i duuuuuużo weny xx
OdpowiedzUsuń