środa, 1 lipca 2015

Rozdział 30



31 grudnia 1977 roku

Zbiórka w domu Syriusza, lub raczej jak on go nazwał – Imprezowni, była zaplanowana równo na 13. Tak a propos nazwy – została wymyślona na wyrost. W domu Blacka nie odbyła się dotąd ani jedna impreza. Jeżeli mogłabym nadać temu domu jakąś nazwę, raczej było by to coś w stylu „Fetorownia” lub „BłagamNiechKtośMiPosprzątaWDomuBłagam”.
Ponieważ mam do Syriusza dosłownie dwa kroki (a raczej dwie ulice, więc łącznie 50 kroków. Tak, liczyłam), uznałam, że na pewno nikt nie przybędzie na czas. Więc miałam jeszcze półgodziny spokoju.
Oczywiście, przeliczyłam się… Bo jak mogłoby być inaczej?
            - Lily! – usłyszałam krzyk mamy z dołu. – James po ciebie przyszedł! – zawołała.
A mnie ogarnęła panika.
I nagle wszystko zaczęło się dziać w zwolnionym tempie...
No dobra, wcale nie zaczęło, ale miało zabrzmieć dramatycznie…
Spojrzałam na siebie – byłam w cholernej piżamie. Ale wiecie, nie w takiej, w której można się pokazać facetowi – nie miałam na sobie jakiegoś seksownego czy chociaż schludnego wdzianka. Byłam w zachlapanej ketchupem i rozciągniętej na wszystkie strony koszuli nocnej z serii „mamuśkowa, ale mega wygodna”.
Następnie z prędkością miotły Jamesa, podbiegłam do lustra i się załamałam.
Na policzku miałam odciśniętą poduszkę…
Oczy podkrążone. Mogłam w nich dostrzec nutkę paniki i szaleństwa.
I wtedy to się stało. Usłyszałam głośne kroki na schodach. Doskonale je znałam, w końcu codziennie chodzę z Jamesem po schodach. W Hogwarcie jest mnóstwo schodów…
Mówiąc pod nosem: „Cholera, cholera jasna, gdzie jest stanik? Ałaa, mój palec, głupie biurko… Bluzka! Kurde, brudna… O czysta! Spódnicaaa…” zdołałam się ubrać.
Przeczesałam włosy palcami i musnęłam usta błyszczykiem.
Drzwi się otworzyły.                     
            - Lily – mruknął James, lustrując mnie wzrokiem. – Dopiero wstałaś? – zapytał z uśmiechem.
Kiwnęłam głową i z głośnym westchnięciem wpadłam w jego objęcia.
            - Poczekasz aż wezmę prysznic?


***


Po prysznicu, zapakowaniu torby (ciuchy, kosmetyki, buty), mogliśmy ruszać.
Mróz szczypał w policzki, a my radośni jak te dwie hieny maszerowaliśmy w stronę syriuszowego domu. Co jakiś czas stawaliśmy, aby obdarzyć się słodkim pocałunkiem.
            - Ładnie pachniesz – zauważył James.
            - Dziękuję – wymruczałam, wtykając nos w jego szalik. Tę miłą chwilę oczywiście coś musiało zepsuć…
            - Merlinie – wyszeptałam, gdy nagle usłyszeliśmy muzykę. I to nie mam na myśli tej typowej dla mugolskiej młodzieży – Beatlesów, czy Queen. Nie. Kretyn Black puścił na cały regulator piosenkę Fatalnych Jędz pod tytułem „Wywar Żywej Śmierci”.
            - … ugotuję ci wyyyywar! Śmierci! Śmierci! Śmierci! – skandowała wokalistka  coraz głośniej, gdy wkurzona zmierzałam do drzwi.
            - Zatłukę go! – zawołałam do Jamesa, który ze śmiechem ruszył za mną. – Ścisz to, kretynie! – wydarłam się.
Tyle, że zamiast na Syriusza, krzyczałam na nieznanego mi chłopaka.
            - Merde – westchnął, przyciszając muzykę. - Désolé! Przepraszam, nie znam się na tych mugolskich urządzeniach – dodał i uśmiechnął się. – Lily Evans i James Potter, oui? Thomas Baptiste, chłopak Marleny.
No tak. Tajemniczy chłopak Marleny. Francuz. Przystojny francuz... No, no, no. Gdyby nie Potter… Nie no, żartuję.
- To my – potwierdził James. – Miło cię poznać, Thomas.
            - Bardzo miło – dodałam, gdy z galanterią ucałował mi wierzch dłoni.
Podniosłam wzrok i uśmiechnęłam się do Marleny.
-  Szczęśliwa? – zapytałam, gdy Syriusz wszedł do salonu, oznajmiając, że znalazł jakieś mugolskie płyty.
-  Nawet nie wiesz jak bardzo – odparła, przypatrując się żartującemu z Jamesem i Syriuszem, Thomasowi.


***

Impreza trwała w najlepsze. W życiu nie widziałam takich ilości lejącego się dookoła alkoholu, oraz tańczących jak w transie ludzi.
Dobrze, że jesteśmy czarodziejami, bo gdyby Remus nie rzucił na dom zaklęcia wyciszającego, cóż, mielibyśmy spore problemy z mugolską policją.
-  Dolej mi! – rozkazała Dorcas, wskazując ruchem głowy na trzymaną przez Alicję butelkę z szampanem.
Okazało się, że Syriusz całkiem dobrze obeznał się z okolicą i wyhaczył sklep monopolowy, w którym dokonał tych gigantycznych zakupów. Także, głównie raczyliśmy się (aha) ruskim szampanem, francuskim winem, polską wódką oraz niemieckim piwem.
Natomiast stronę magiczną reprezentowała głównie Whisky Ogdena oraz piwo kremowe (które wcale nie jest alkoholem i nie trzepie).
-  Czy ty nie masz przypadkiem dość? – zapytałam brunetkę, spoglądając na zapełniony parkiet.
Zadowolona Marlena tańczyła ze swoim przystojnym francuzem, Remus rozmawiał w kącie z Amy (prefekt Amy w sukience!! AAA, to niewiarygodne!), James został wysłany na dwór, aby przygotować fajerwerki, Syriusz tańczył z do połowy pełną butelką whisky, a tłum niezidentyfikowanych ludzi (głównie uczniów Hogwartu, oraz byłych uczniów Hogwartu) tańczył do piosenki Zmutowanych.
- Nie – wymruczała Dorcas, wyrywając Alicji butelkę z rąk.
I tak to jest, jak ma się do czynienia z pijakami...

***
3 godziny później
- Gdzie ty mnie ciągniesz, panie kapitanie ?! – zapytałam zmysłowym głosem, przerywanym czkawką.
- Lily, jesteś pijana – stwierdził James, na wpół mnie niosąc, na wpół ciągnąc na piętro.
Może i byłam wstawiona, ale to nie było powodem bezceremonialnego rzucania mnie na łóżko.
-Co ty robisz?! – zawołał James (a właściwie jeden i drugi James... O Merlinie, widzę dwóch Jamesów!).
-Rozbieram s-się – odparłam, zdejmując przez głowę sukienkę. – Bierz mnie – dodałam, zmysłowym głosem (wcale nie był zmysłowy, brzmiałam jak stary menel).
-Lily... – westchnął James, zdejmując sobie z karku moje zarzucone ręce, które dość mocno go trzymały. – Jak wytrzeźwiejesz.
-Obiecujesz? – zapytałam, czując, że przegrywam walkę z opadającymi powiekami.
- Jasne – mruknął, pocałował mnie w czoło i cicho wyszedł z pokoju.

***

Obudziłam się koło południa. Nowy, 1978 rok przywitałam wyrzutami sumienia, kacem oraz lekkim szokiem.
            - O Merlinie, moja głowa – wymruczałam po przebudzeniu.
Leżałam dokładnie przykryta kołdrą, obok mnie spał James, a koło łóżka stała butelka wody. Z cichym „dziękuję” przyssałam się do gwinta.
Wiedziałam, że picie ruskiego szampana, to nie jest dobry pomysł… A zmieszanie ruskiego szampana, z wódką, to już w ogóle! Gdzie się schował mój zdrowy rozsądek, gdy ze śmiechem pozwalałam sobie polewać następne kieliszki alkoholu?
            - Do łazienki – wyszeptałam i skopałam z siebie kołdrę.
I wtedy przeżyłam szok. Cóż, coś czuję, że sporo dziewczyn przeżywa taki szok, po naprawdę „udanej” imprezie.
Chwilę patrzyłam na swój nagi biust, a później z głośnym piskiem (okropny dźwięk) przykryłam się aż po brodę kołdrą.
Z szeroko otwartymi oczami spojrzałam na rozbudzonego Jamesa, i oblałam się jakże wdzięcznym rumieńcem.
            - Ja… - wyszeptałam, czując, że nie mogę wydać z siebie głośniejszego dźwięku. – My…?
            - Nie – wymruczał James z uśmiechem.
Merlinie, czemu on ma taki dobry humor? To znaczy, owszem, może dla faceta zobaczenie cycków z rana to powód do uśmiechu, ale… Gdzie jest moja sukienka i stanik?!
            - Jak…? – zapytałam, obawiając się najgorszego.
James zmierzył mnie wzrokiem i wzruszył ramionami.
            - Jak już wróciłem po fajerwerkach, to tak było – odparł. – Ale niczym się nie martw, pokój był zamknięty zaklęciem… Myślę, że sama zdjęłaś. Wiesz, wcześniej chciałaś… - dodał, ale zatkałam mu usta ręką.
            - Błagam, nie kończ! – wyjęczałam, rumieniąc się wściekle.
Czemu, czemu jestem taka głupia?! I jak się okazuje, bezwstydna po alkoholu?!
            - Przepraszam – wyszeptałam, po chwili ciszy, kurczowo przytrzymując kołdrę pod brodą. – Nie chciałam wczoraj…
            - Rozumiem – przerwał James i uśmiechnął się zawadiacko. – Chociaż zgotowałaś mi całkiem miły poranek nowego roku… - mruknął, zjeżdżając spojrzeniem w miejsce, gdzie wszystko było schowane.

***

Gdy już się ogarnęłam, wypiłam ze dwa litry wody oraz uprosiłam Jamesa, żeby nikomu nie mówił o dzisiejszej pobudce, a szczególnie Blackowi, w końcu wyszliśmy z pokoju.
            - Och – jęknęłam, widząc dom.
Jeżeli kiedykolwiek widzieliście bałagan, to mogę was zapewnić – to wcale nie był bałagan!
Mogłabym określić paroma epitetami wygląd domu Syriusza. Burdel. Bajzel. Bałagan, że ho ho! Stajnie Augiasza (ach, mugolska szkoła i mity!). Chaos. Bezład. Chlew.
No i tak dalej, i tak dalej…
            - Powiedz mi, Lily – zagadnął James, rozglądając się dookoła. – Jak dobra jesteś z zaklęć domowych?

***

Na placu boju ostały się tylko cztery osoby. Syriusz, jako gospodarz, James, jako jego niezawodny przyjaciel, ja, jako osoba skacowana i niechcąca pokazywać się rodzicom w takim stanie, oraz Dorcas – cóż, z podobnych względów co ja.
            - Ogarniemy i coś zjemy, hm? – zapytał Syriusz, patrząc na nas z nadzieją.
Leżałyśmy z Dorcas na kanapie i co jakiś czas ciężko wzdychałyśmy, lub machnięciem różdżki przywoływałyśmy z kuchni kolejne butelki wody.
            - Sam se ogarniaj – wyburczałam, przysysając się do szklanki. – Na pewno nic nie będę jeść – dodałam, czując, że na samą myśl o jakimkolwiek jedzeniu mój żołądek się buntuje.
            - Pomogę ci – mruknęła Dorcas, niemrawo wstając z kanapy.
Skierowała się za Syriuszem na piętro i po chwili zniknęli mi z oczu.
            - Tosta? – zaproponował James, podsuwając mi talerz pod nos.
Co prawda myślałam, że na widok jedzenia zechce mi się wymiotować, ale wcale tak nie było.
            - Jednego – poprosiłam i po chwili żułam chrupiący chleb. – James…
            - Hm? – wymruczał brunet, pomiędzy mlaskaniem (gdybym była w pełni władz umysłowych, na pewno zwróciłabym mu uwagę, ale miałam wszystko gdzieś).
            - Czy bardzo się zbłaźniłam? – zapytałam nieśmiało. – Chyba cię nie napastowałam, czy coś takiego?
James parsknął śmiechem.
            - Trochę napastowałaś – stwierdził, na co się żachnęłam. – Ale to było bardzo miłe… I te poranne widoki… Uch, nie obrażaj się – dodał, przytulając mnie.
            - Nie obrażam – odparłam, chociaż byłam trochę najeżona. – Chociaż wiesz, co?
            - Co?
            - Myślę, że alkohol tylko to wyzwolił. Jestem gotowa – oznajmiłam, i głośno się zaśmiałam z zszokowanej miny chłopaka.

***

Oczywiście mówiąc, że jestem gotowa, wcale nie miałam na myśli ani tego pierwszo-styczniowego poranka, ani następnego. Nie, do tego pierwszego razu potrzebuje spokoju, czułości oraz romantycznej atmosfery.
            - To kiedy? – zapytał po raz któryś James, gdy sprzątaliśmy kuchnię.
            - Nie myślałam, że tak zareagujesz – odparłam zażenowana. – W niedalekiej przyszłości.
            - Czyli?
            - Ojej, nie wiem! – odpowiedziałam lekko zirytowana.
Nagle okazało się, że James ma obsesję na punkcie seksu. Super. Ta, to było sarkastyczne "super".
            - Nieważne – mruknął po chwili. – Ważne, że to się stanie – dodał z dumną miną.
Weź i zrozum faceta…

***

Drugiego stycznia mieliśmy pociąg powrotny do Hogwartu. Co właściwie było wyczekiwaną przeze mnie chwilą – mogłam w końcu zając się innymi sprawami, niż odpowiadaniem na jedno, jedyne pytanie, zadawane przez Jamesa.
„Kiedy?”
No, gdybym wiedziała, że stanie się takim irytującym kretynem, wcale nie oznajmiałabym tej jakże radosnej nowiny…
            - My pójdziemy do trzech ostatnich wagonów – oznajmił James.
Mieliśmy krótkie spotkanie prefektów. Oczywiście, nie wszyscy wrócili do domów na święta, więc byliśmy tylko w czwórkę – z Remusem i Amy.
I taki news. Remus z Amy się całowali! Taak, Amy się pochwaliła. Chociaż twierdzi, że nie wie czy coś z tego będzie, myślę że szykuje się gorący romans prefektów! A przynajmniej mam taką nadzieję.
            - Jest spokojnie – stwierdziłam, gdy przeszliśmy przez tył pociągu.
Co prawda niektórzy Ślizgoni rzucali nam paskudne spojrzenia, ale czego się po nich spodziewać? Pewnie byli wkurzeni, bo jak głosił dzisiejszy Prorok Codzienny, aurorzy złapali pięciu Śmierciożerców. Może to był czyjś ojciec lub brat, z tych których mijaliśmy?
            - To wracamy do przedziału – zadecydował James i pociągnął mnie w stronę drugiego wagonu.

***

Hogwart to zdecydowanie miejsce, w którym czuję się najlepiej. Oczywiście zaraz po ramionach Jamesa, żeby nie było!
Uwielbiam jego szerokie korytarze, schody, które tak często płatają figla, przez co trafiasz na inne piętro, niż to na które chciałeś iść. Ubóstwiam te zagadkowe miejsca, takie jak Pokój Życzeń. Bo jak on działa? To czysta magia, jednak nie tak prosta jak ta, której się uczymy. Wielka Sala, która zawsze wita nas smakowitymi zapachami. Biblioteka, w której kiedyś potrafiłam spędzać całe dnie…
Aż w końcu nasz dom, wieża Gryffindoru. Miejsce przytulne, zastawione zniszczonymi kanapami i meblami, ale jak wygodnymi! Wielki kominek, który zawsze bucha przyjemnym ciepłem, chorągwie Godryka Gryffindora, wiszące nad drzwiami.
To wszystko tworzy cudowną atmosferę, której tak bardzo będzie mi brakować po zakończeniu szkoły…
            - A może by tak zawalić OWTemy? – pomyślałam na głos, co zostało przyjęte głośnym wybuchem śmiechu i niedowierzającą miną Blacka.
            - Kto jak kto, ale nie ty, Rudzielcu – odparł, hamując moje rozmyślania.
Może i Hogwart przez tych parę lat był moim domem, ale musiałam pogodzić się z myślą, że niedługo będzie nim inne miejsce.

 ***

Upał. Strasznie gorąco, nie? A ma byc jeszcze cieplej!! A tu rozdziały zimowe... I jak ja mam się wczuć w pisanie, hę?
Dobra rozdział jest, ale następny? Cóż, nie mam pojęcia kiedy. Na razie potrafię myśleć tylko o tym, żeby nie spalić się na słońcu i, że mam szukac praktyk/stażu/pracy.
Bycie dorosłym jest do bani, serio, cieszcie się wiekiem nastoletnim, tak szybko przemija :( 
Do następnego ;)

1 komentarz:

  1. Masz rację upał straszny :/ ale polska wódka musi być :') haha leje XDXDD powodzenia w szukaniu pracy i duuuuuużo weny xx

    OdpowiedzUsuń

Uwaga: tylko uczestnik tego bloga może przesyłać komentarze.