Maj
1977
Błonia były ostatnio
najczęściej odwiedzanym miejscem, oczywiście zaraz po szkolnych klasach i
bibliotece.
Słońce świeciło wysoko na
niebie, ogrzewając swoimi promieniami twarze uczniów. Wiatr delikatnie poruszał
koronami drzew i soczyście zieloną trawą. W jeziorze odbijały się
różnokształtne chmury, wolno płynące po błękitnym niebie.
Ten jakże sielankowy,
niedzielny poranek został przerwany przez głośny krzyk, siedzącej z
przyjaciółkami dziewczyny.
- Ogłupiałeś Potter?! Czemu to zrobiłeś? – zapytała,
patrząc na swoją doszczętnie przemoczoną bluzkę i zwisające w smętnych strąkach
mokre włosy.
- Dla rozrywki – odparł James i od razu poczuł, że
strzelił gafę. – Twojej oczywiście! – dodał.
- Evans, zgłaszasz się na zawody miss mokrego
podkoszulka? – zapytał Syriusz, śmiejąc się z oburzonej miny dziewczyny.
- Jasne Black, całe swoje życie marzyłam, żeby latać
przed facetami w mokrej bluzce bez stanika! – zawołała, czując, że zaraz
wyciągnie różdżkę z tylnej kieszeni dżinsów i przypomni sobie jakieś naprawdę
paskudne zaklęcie.
- Jesteś bez stanika? – zapytał podekscytowany James,
wlepiając spojrzenie w klatkę piersiową dziewczyny.
- To była ironia, idioto – odparła Lily i użyła różdżki,
ale tylko do wysuszenia koszulki. – Remusie, czemu ty nigdy nie reagujesz, gdy
oni robią takie głupoty? – zapytała patrząc na zaczytanego blondyna.
Remus głośno westchnął i
wzruszył ramionami. Wolał się nie narażać wściekłej Lily.
- Chodźmy stąd – powiedziała Dorcas, spoglądając z
niesmakiem na Blacka i Pottera. – Dzieciaki… - dodała.
***
Mecze półfinałowe
zgromadziły na trybunach większość uczniów, ale z pewnością nie mogły być
porównywane do finału sezonu.
Mecz Gryffindor kontra
Slytherin przyciągnął na trybuny wszystkich uczniów, większość nauczycieli oraz
tak zwanych „łowców głów”, czyli poszukiwaczy talentów. Zawodników, nadających
się do odpowiedniego przeszkolenia i być może, w przyszłości, stworzenia nowych
gwiazd quidditcha.
Dan Moore, nerwowo rozejrzał
się po boisku i mocniej ścisnął trzonek miotły.
To był jego decydujący mecz.
Mecz o wszystko…
***
W Wieży Gryffindoru panowała
nieznośna cisza.
- Myślicie, że trzeba ich jakoś pocieszyć? – zapytała
szeptem Alicja i wskazała brodą na męskie dormitoria.
- Al, jakbyś nie zauważyła ja też należę do drużyny… -
odparła Dorcas, pociągając nosem. – Powiedźcie mi, jak to się do cholery mogło
stać? Tyle treningów, ćwiczeń, układania strategii i to wszystko na nic!
- Dorcas, nie przejmuj się, w przyszłym roku im pokażecie!
– zapewniła Lily.
Mecz zaczął się nieznaczną
przewagą Gryffindoru. Kibice głośno dodawali im otuchy, ale to na nic się nie
zdało. Moore puszczał co drugą bramkę, Meadowes i Black nie nadążali ze
strzelaniem bramek, pałkarze nie trafiali w tłuczki, a Potter złapał znicz nim
reszta drużyny zdołała odrobić dwudziestu punktową przewagę Slytherinu.
- Cholerni Ślizgoni – westchnęła Dorcas i poszła cierpieć
w samotności pod kołdrą.
***
Dan czuł się naprawdę
paskudnie. Czuł, że zawiódł swoją drużynę, siebie, kibiców, profesor
McGonagall, cały Gryffindor… Musiał porozmawiać z kimś, całkiem bezstronnym,
kimś kto nie był by na niego zły, za porażkę drużyny.
***
Lily szła do Sowiarni, żeby
wysłać odpowiedź na ostatni list od rodziców, gdy została zaczepiona przez
Dana.
- Możemy pogadać? – zapytał chłopak. – Oczywiście, o ile
nie jesteś na mnie wściekła– dodał szybko.
- Wściekła? – odparła zdumiona Lily. – W życiu! Wiem, że quidditch
jest dla was bardzo ważny, ale nie obraź się, ja się nim zupełnie nie przejmuję…
Chłopak kiwnął głową.
- Czuję się tak paskudnie… Zawiodłem tyle osób! –
powiedział, idąc za dziewczyną. – W dodatku teraz nie mam wyboru, muszę zostać
uzdrowicielem.
- Czemu musisz? – zapytała zdziwiona Lily. Wcześniej Dan
ciągle jej powtarzał, że chce zostać zawodnikiem w profesjonalnej drużynie, i
zupełnie nie wiedziała skąd się chłopakowi przyplątał zawód uzdrowiciela.
- Podczas meczu dałem ciała, nie odezwie się do mnie
żaden trener poważnej drużyny ligowej. Mój ojciec jest tradycjonalistą, wiesz,
dziadek był uzdrowicielem, ojciec jest i nadszedł czas na mnie… Możesz się śmiać
jak chcesz, ale widok krwi mnie odrobinę przeraża – powiedział robiąc zabawną
minę.
Lily parsknęła cichym
śmiechem i mocno przytuliła chłopaka.
- Nie przejmuj się, wszystko się ułoży…
- Zapewne wszystko się ułoży, Evans nie każdego pociesza
– powiedział James kpiącym tonem.
Wychodził z Sowiarni –
wysłał do rodziców wiadomość, przyznał się do sromotnej klęski, jaką odniósł
Gryffindor, a tu jeszcze takie przybijające widoki! Evans w objęciach Moore’a.
- Dzisiaj mam dzień dobroci dla przegranych, więc jeżeli
potrzebujesz Potter pocieszającego uścisku, może coś da się z tym zrobić –
odparła dziewczyna i przeszła obok chłopaków i szybko wbiegła po schodach do
Sowiarni.
Gdy rudowłosa zniknęła im z
oczu James warknął:
- Odwal się od Evans.
Dan spojrzał na niego iście
męczeńskim wzrokiem.
- To tylko przyjaciółka, Potter. Nie możesz być o nią
ciągle zazdrosny.
- Już ty na pewno mi nie będziesz mówił, o kogo mogę być
zazdrosny – odparł James.
Dan obojętnie spojrzał na
chłopaka i ruszył w stronę Wieży Gryffindoru.
***
- Nie myślałem, że mogę jeszcze bardziej nienawidzić
Ślizgonów, ale tak, przyznaję: nienawidzę ich jeszcze bardziej! – powiedział
Syriusz, patrząc na parodiującego obronę Moore’a z finałowego meczu, jakiegoś nieznanego
mu z imienia i nazwiska ucznia Slytherinu.
- Łapo, nie zwracaj na nich uwagi – odparł Remus, czując,
że Syriusz jest na skraju. – Nie chcesz mieć kłopotów, to już prawie koniec
roku…
- W dodatku nadchodzi Evans – mruknął James, przeczesał
palcami włosy i przybrał na twarz radosny uśmiech. – Hej Evans, siadasz z
nami?! – zawołał, ale zrobił zawiedzioną minę, gdy Lily usiadła obok Dana.
- Rogaczu, czyżbyś miał konkurenta? – zapytał Syriusz,
kpiąco unosząc brew.
- Oczywiście, że nie – parsknął James, chociaż z lekkim
niepokojem spojrzał na uśmiechniętą rudowłosą. – To tylko przyjaciel.
- Czyli ktoś, kim ty nigdy nie zostaniesz – powiedział
Peter.
Syriusz spojrzał na niego z
podziwem, a James prawie go zabił wzrokiem.
- Glizdogonie, no, no – mruknął Syriusz. – Ktoś tu
popracował nad charakterem, gratulacje stary!
Peter zarumienił się lekko i
ukrył za Prorokiem.
***
- Możecie mi wytłumaczyć, czemu Potter patrzy na mnie z
takim wyrazem twarzy? Brr, aż się boję! – powiedziała Lily i spojrzała na
przyjaciółki.
Trwała przerwa obiadowa,
którą co sprytniejsi uczniowie spędzali z obiadem wyniesionym z Wielkiej Sali
na błoniach. Ładna pogoda utrzymywała się już od tygodnia, co w Szkocji było
dosyć zaskakujące, więc uczniowie jak najczęściej korzystali z ciepłych
promieni słonecznych.
- Frank mówił, że James jest wściekły o to, ile czasu
spędzasz z Danem – odparła Alicja.
- Właściwie Lily, to od kiedy zwracasz uwagę na miny
Jamesa? – zapytała Dorcas patrząc uważnie na przyjaciółkę.
Lily lekko się zmieszała i
wzruszyła ramionami.
- Nie wiem, tylko to dziwne… Wiecie, że już od ponad
miesiąca nie wyskoczył z tym żałosnym: „Evans, umówisz się ze mną?”.
Niepokojące – stwierdziła.
- Chyba powinnaś być zadowolona, przecież zawsze chciałaś
mieć od niego spokój, prawda? – zapytała Alicja i radośnie pomachała do
nadchodzącego Franka.
- Taa, chyba tak – mruknęła Lily.
Jednak wcale nie była tego
tak pewna.
***
James Potter złożył w swoim
siedemnastoletnim parę obietnic. Jedną z pierwszych, była ta złożona mamie, że
zawsze będzie odważny i pomocny. Może z tej drugiej sprawy nie zawsze się
wywiązywał, ale się starał!
Następną poważną obietnicą,
była ta, o dochowaniu w sekrecie tajemnicy Remusa. James nikomu nie zdradził
tej wiedzy, więc ją w stu procentach spełniał.
Kolejną, była ta, dotycząca
Lily Evans. Obiecał sobie, że kiedyś w końcu zdobędzie serce dziewczyny i
wierzył, że w końcu mu się do uda.
Jednak po sromotnej porażce
ze Ślizgonami, James obiecał sobie, że jeżeli w przyszłym roku Dumbledore
mianuje go kapitanem drużyny (kto nadaje się lepiej niż on? Nikt!), to Gryffindor
zdobędzie Puchar Quidditcha.
A James zawsze spełniał
swoje obietnice.
***
Druga połowa maja dokonała
istnego cudu. Uczniowie, którzy do tej pory nie spoglądali na kalendarz, w
końcu to uczynili. I dostrzegli, że mają bardzo mało czasu na naukę do
egzaminów.
Z pewnością taką
nieogarniętą osobą, nie była ani Lily Evans (ostro kuła już od trzech
miesięcy), oraz Remus Lupin (kuł, hm, od pierwszej klasy).
- Jak ten czas mija! – zauważyła sentymentalnie Dorcas,
patrząc smutno na piętrzący się przed nią stos podręczników i pergaminów z
notatkami. – Już prawie czerwiec, egzaminy i wakacje! A propos wakacji,
spotkamy się, prawda?
- Jasne, Meadowes, wiesz że z tobą zawsze! – powiedział
Syriusz, usadzając się na wolnym miejscu obok Alicji. – Może wpadniecie do
Rogacza?
Lily cicho parsknęła i
przewróciła kolejną przeczytaną stronę.
- Czemu nie, Evans? – zapytał James. – Rodzice chętnie cię
lepiej poznają. No wiesz, przyszłą synową.
Rudowłosa pokręciła głową.
- Nie ma mowy, Potter – odparła Lily, szukając wsparcia u
przyjaciółek. – Nie pojedziemy do niego, prawda? – zapytała szeptem przyjaciółki,
spoglądając na nie z niepokojem.
- Nie, nie pojedziemy – odparła Alicja. – Zapraszam was
wszystkich do siebie! Na tydzień, co wy na to?
Gdy wszyscy zapalili się do
pomysłu szatynki, Lily głośno westchnęła. To będzie okropny tydzień, już to wiedziała!
***
Siedem zakapturzonych
postaci przedzierało się przez ciemny las. Gdy dotarli do niedużej, idealnie
okrągłej polany, zatrzymali się i zdjęli czarne kaptury.
- Sprawozdanie – rozkazał Avery, patrząc na młodego
Blacka.
- Mamy po naszej stronie po parę osób z każdego domu,
oprócz Gryffindoru - powiedział czarnowłosy chłopak. – Z Revenlawu…
- Nie obchodzi mnie to! – wysyczał Avery, spoglądając na
każdego groźnym wzrokiem. – Czarny Pan chce mieć kogoś z Gryffindoru! I macie
to załatwić! Inaczej nigdy nie zostaniecie Śmierciożercami.
Obracając różdżkę w ręku
spoglądał na ukryte w mroku nocy twarze swoich towarzyszy.
- Snape, wszyscy wiemy, że prowadziłeś się ze szlamą z
Gryffindoru… Masz może jakiś pomysł?
Severus spojrzał prosto w ciemne
oczy chłopaka i powiedział:
- Peter Pettigrew.
Avery uniósł brew i po
chwili roześmiał się. Paskudnym, zachrypniętym śmiechem osoby,
nieprzyzwyczajonej do takiej radosnej czynności.
- Pettigrew jest słaby bez reszty. Będzie w Hogwarcie
jeszcze przez rok. Jest słabeuszem – dodał Severus.
Avery skinął głową.
- Mulciber, zajmiesz się zastraszaniem Pettigrew… Ma być
w naszej mocy od początku przyszłego roku…
***
Nie podoba mi się. Żadne zdanie w tym cholernym rozdziale, mi się nie podoba. Tragedia. A ten ostatni fragment, to śmiech na sali. I mam totalny zastój - rozdział 11 piszę już z dwa tygodnie. Aa i nie wiem czy znowu nie wrócę do pisania z perspektywy Lily, chyba lepiej mi się wtedy pisało, co wy na to? Mam nadzieję, że w święta coś napiszę, bo jak na razie, to jest kiepsko, bardzo nie lubię, nie mieć zapasu gotowych rozdziałów :)
Wesołych Świąt! Smacznych jajek i tak dalej, i tak dalej, ja i składanie życzeń się nie lubimy, więc po prostu niech będą wesołe i radosne ;)
Hmm nie wiem czemu uważasz ten rozdział za tragedię ? Mnie on podoba się a szczególnie początek. Zaskoczyłaś mnie byłam pewna że Gryfoni wygrają puchar. Ha ! Wiedziłam że Lily zacznie brakować Evans umówlisz się ze mną ? Moim zdaniem możesz pisać jak chcesz mi obydwoma perspektywami czyta się dobrze więc pisz jak ci wygodniej. Również życzę ci wesołych świąt Wielkanocnych.
OdpowiedzUsuńPozdrawiam
Gabriela Black
Nie przejmuj się rozdziałem!! Bardzo przyjemnie się go czytało :D Mogę się założyć że jednak Evans wyląduje u przyszłych teściów na wakacje hahaha
OdpowiedzUsuńRównież życzę ci tych wszystkich bzdetów i wesołych świąt xx
W sumie jeśli będzie ci lepiej i łatwiej pisać, tak jak poprzednie opowiadanie to możesz pisać z perspektywy Lily.Mnie się wszystkie twoje wypociny podobają <3 Nawet jak coś jest nieudane i napisane na szybko. Rozdział się czytało przyjemni i nie mogę się doczekać kolejnego ;) Tobie również życzę Wesołych Świąt, bo u mnie przez te zamiecie śnieżne się ich nie czuje :O Do następnej ;)
OdpowiedzUsuńPozdrawiam ~Nox