czwartek, 16 kwietnia 2015

Rozdział 13



1 września był dla mnie dniem radosnym. Dniem, w którym ponownie zaczynała się moja przygoda z magią, tak brutalnie przerwana na całe dwa miesiące wakacji. Wakacji, które zazwyczaj spędzałam z naburmuszoną siostrą, i ucieszonymi z mojej obecności rodzicami. Oraz jeszcze całkiem niedawno, z Severusem Snapem.
Te wakacje były zupełnie inne. W lipcu spędziłam cudowny tydzień z przyjaciółmi, a sierpień, cóż, sierpień to oddzielny temat. Prawie cały miesiąc spędziłam z osobami, o których kiedyś myślałam w samych najgorszych kategoriach.
Uważałam ich (a szczególnie jednego z nich) za moje przekleństwo, jakąś karę, odgórnie na mnie nałożoną. 
Ale co ja komuś zrobiłam, że mnie tak pokarał?
Właśnie tak o nich, a raczej o nim myślałam. Jako o karze i przekleństwie.
Teraz, gdy James Potter oraz Syriusz Black, ukazali mi się z innej strony, uznałam ich za przyjaciół, osoby mi oddane i ważne.
A James Potter, okazał się także moim wybawicielem. Gdyby nie on, nie było by mnie tutaj…

***

            - Macie wszystko? – zapytałam, patrząc podejrzliwie na Syriusza, który obmacywał swoje kieszenie. – Różdżkę wsadziłeś do plecaka – dodałam, czując, że to właśnie tego przedmiotu szuka.
            - Dzięki, Evans – mruknął, zaglądając do bocznej kieszeni wytartego plecaka.
            - Fajnie, że twój tata nas zawiezie na dworzec – powiedział James, poprawiając sobie opadające okulary.
Uśmiechnęłam się i spojrzałam na nas z boku.
Przed domem przy Privet Drive 4, stała trójka nastolatków, która może na pierwszy rzut oka nie wyglądała zbyt podejrzanie. Gorzej, że stały przy nich trzy duże kufry, klatka ze śnieżnobiałą sową z małą plamką, klatka z kotem, oraz wypakowany po brzegi plecak, z którego wystawał czubek różdżki.
Czasem wydaje mi się, że Petunia ma rację. Wyglądaliśmy jak dziwolągi.
            - Wasza pierwsza podróż samochodem, podekscytowani? – zapytałam z kpiącym uśmiechem.
Doskonale wiedziałam, że James nie do końca ufa mugolskiej myśli technicznej. Chociażby taki toster – James nawet na krok się do niego nie zbliża. A o używaniu nie było mowy! Za to Syriusz, to zupełnie inny przypadek. Gdybym nie wiedziała, że pochodzi z czarodziejskiej arystokraci, mogłabym pomyśleć, że jest chociażby półkrwi. Lubił te wszystkie mugolskie gadżety.
            - Taak – mruknął Syriusz, patrząc na granatowego Rovera SD1, kupione zaledwie w zeszłym roku cacko taty. – Ale dobrze wiesz, że wolę motory.
            - Jasne, buntowniku – odparłam i spojrzałam na zegarek. Dochodziła 10, więc już była najwyższa pora, aby ruszyć na dworzec. – Wreszcie – powiedziałam, widząc wychodzącego z domu tatę.
            - Witajcie, chłopcy – powiedział tata otwierając bagażnik. – Zmieścicie się? – zapytał, spoglądając na nasz liczny bagaż.
            - Kufry tutaj wejdą – stwierdził James, oceniając rozmiary bagażnika. – Klatki weźmiemy do środka.
Gdy już wszyscy zajęli miejsca, Syriusz z przodu, żeby jak to określił „uczyć się prowadzenia”, a my ściśnięci z tyłu, niczym sardynki z pohukującą sową i prychającym kotem.
            - Przepraszam – mruknęłam, gdy walnęłam bruneta łokciem. – Ciasno tu – wyjaśniłam.
            - Nic się nie stało – odparł James, z zafascynowaniem wyglądając przez okno. – Jazda samochodem jest całkiem fajna – stwierdził po dłuższej chwili milczenia.
Rozgadany Syriusz wypytywał tatę o samochody, ich sposób działania, oraz o silniki (o dziwo po chwili usłyszałam, że zwraca się do ojca per Mark).
A my z Jamesem w ciszy patrzyliśmy na mijające nas samochody i coraz wyższe, i okazalsze budynki, które sugerowały zbliżanie się do centrum Londynu.

***

            - Uważaj na siebie – powiedział tata, przytulając mnie.
Po dojechaniu na dworzec, wypakowaniu bagaży, i przydługim komentarzu Syriusza o wyższości motocyklu nad samochodem, w końcu nastąpił ten moment.
Czas pożegnań.
            - Pilnujcie jej chłopcy – tata zwrócił się do poważnego Jamesa i żegnającego się z samochodem Syriusza.
            - Oczywiście, panie Evans. Włos jej z głowy nie spadnie – odparł James. Tata skinął głową.
            - Bawcie się dobrze!
Skierowaliśmy się, w jakże nam znanym kierunku. Wejście na peron 9 i ¾ wyglądało tak jak zwykle. Niewyróżniający się filar, pomiędzy peronem 9 i 10, przecięty srebrną barierką. 
Przed pójściem na pierwszy rok, wyobrażałam sobie przejście na magiczną stronę dworca, jako coś wspaniałego i niewiarygodnego. Spotkało mnie małe rozczarowanie.
            - Panie przodem – powiedział Syriusz, dżentelmeńsko przepuszczając mnie przy wejściu.
Udając, że majstruję coś przy kufrze, lekko popchnęłam wózek z bagażem i po chwili już tam byłam.
Magiczna strona dworca King’s Cross wyglądała jak zwykle. Tylko może zazwyczaj rodziny tłumniej odprowadzały swoje pociechy na pociąg. Peron wyglądał na trochę opustoszony.
            - Ostatni atak na Pokątną wystraszył ludzi – powiedziała Dorcas, która nagle zjawiła się u mojego boku.
            - Czytasz mi w myślach – odparłam i przytuliłam przyjaciółkę.
            - Cześć mężni Huncwoci, choć w niepełnym składzie! – przywitała się Dorcas, gdy Syriusz z Jamesem do nas dołączyli. – Szukamy wolnego przedziału?
            - Będę musiała część podróży spędzić w wagonie dla prefektów – powiedziałam, zwracając uwagę Dorcas na błyszczącą odznakę prefekta naczelnego, którą już zdążyłam przypiąć do koszulki
            - Wow, Lily, zostałaś…?! – krzyknęła Dorcas, rzucając mi się na szyję. – Gratulacje! Ej, czy to oznacza, że będziesz miała nieograniczony dostęp do tej świetnej łazienki dla prefektów?
            - Z pewnością – odparłam, gdy weszliśmy z kuframi do pociągu.
            - Tutaj! – usłyszeliśmy po chwili poszukiwań głos Remusa, oraz zobaczyliśmy go we własnej postaci.  Machał do nas z jednego z przedziałów.
Po zamieszaniu, spowodowanym głośnymi przywitaniami (jakże męskimi w przypadku facetów), oraz trochę łzawymi (w przypadku dziewczyn), zapytałam Remusa:
            - Idziemy do wagonu prefektów? Wiesz, przyszykowałam sobie małą przemowę.
Remus skinął głową i skierowaliśmy się w stronę pierwszego wagonu, usytuowanego tuż za czerwoną lokomotywą.
            - Jak ci minęły wakacje? – zapytałam, gdy przepychaliśmy się po dość zatłoczonym korytarzu. Niektórzy jeszcze szukali wolnych miejsc, inni pani ze słodyczami, lub swoich znajomych.
            - Całkiem nieźle. Ale myślę, że twoje były ciekawsze – odparł, spoglądając na mnie z uśmiechem.
            - Tak, były całkowicie inne – powiedziałam, otwierając drzwiczki do wagonu. – Cześć – dodałam, widząc już dwie pary prefektów.
            - Jak zwykle czekamy na Slytherin – westchnęła po chwili Amy Smith, prefekt Ravenclawu. – Cieszę się Lily, że to ty dostałaś odznakę, obawiałam się, że dadzą ją Avery’emu – dodała szeptem.
            - Dzięki, Amy – odpowiedziałam, uśmiechając się do koleżanki. Spojrzałam na zegarek. – Zaczynamy bez nich, najwyżej wszystko im później przekażemy…
            - McGonagall wysłała mi listy z nowymi hasłami – powiedziałam kładąc zapieczętowane koperty na stoliku. – Oczywiście, oprócz Ravenclawu – dodałam, przypominając sobie o ich kołatce zadającej pytania. Dobry system dla przemądrzałych Krukonów... – Dyrekcja wprowadza tak zwaną godzinę policyjną. O 21 wszyscy uczniowie muszą się znajdować w swoich domach. Kary mają być dotkliwsze niż w tamtym roku, więc zacznijcie obmyślanie surowych szlabanów – zażartowałam. - Dumbledore też chce, aby wszelkie oznaki rasizmu były tłumione…
            - Co ty nie powiesz, szlamo – usłyszałam od strony drzwi.
Spojrzałam na ponurą twarz Avery’ego, teraz rozjaśnioną kpiącym uśmiechem.
            - Takie zachowanie nie będzie tolerowane, Avery – odparłam, nie dając po sobie poznać tego, jak bardzo chciałam mu odpowiedzieć. Zupełnie niekulturalnie, dobitnie. Tak, jak na to zasługiwał.
            - Ech, Evans, jesteś jak taki mały robaczek, który w każdej chwili może zostać zgładzony – westchnął i spojrzał na moją odznakę. – Zapewne dlatego dostałaś tą blaszkę. Żebyś chociaż przez chwilę pomyślała, że coś znaczysz.
            - Przymknij się Avery, ty z pewnością nie zasłużyłeś na naczelnego – powiedział Ethan Herling.
Ślizgon przewrócił oczami, chwycił kopertę z hasłami do swojego domu, i z trzaśnięciem drzwi, opuścił wagon.
            - Cholerny idiota – powiedziała Amy, uskokajająco poklepując mnie po ramieniu. – Nie przejmuj się Lily, jesteśmy z tobą.
            - Jasne, w ogóle nie przejmuj się tym kretynem – poparł Amy, Remus. – To co, mały patrol wagonów i wracamy do siebie?
***

            - O, są Ruda i Lunatyk! – zawołał Syriusz. – Rudzielcu, co to za mina?
            - To wkurzona mina – odparłam, mając na myśli chamskie odzywki prefekta, osoby, która swoim zachowaniem powinna dawać przykład innym.
            - Coś się stało? – zapytała Dorcas, odrywając się od dzisiejszego wydania Proroka.
            - Nie ma o czym mówić – urwałam temat, patrząc na zawziętą rozgrywkę w szachy, pomiędzy Alicją a Frankiem.
            - Avery jest dupkiem – powiedział Remus, czym mnie trochę zaskoczył.
            - Żadna nowość – stwierdził James przyglądając mi się bacznie. – Czy mam mu zrobić krzywdę? – zapytał.
            - Nie, dziękuję. Poradzę sobie sama – odparłam.
Jasne, było to miłe. Oznaczało to, że się martwi. Ale nie wiem czemu, strasznie mnie to zirytowało. Tak, jakbym nie dawała sobie rady sama. A może nie dawałam? Ostatnie zdarzenia na Pokątnej, to dobitnie pokazywały. Nie zawsze sobie radziłam.
            - Zmieńmy temat, co? – zapytał Syriusz, widząc, że mierzę bruneta „tym” spojrzeniem. – Co powiecie na małą partyjkę w gargulki?
James kiwnął głową, a ja niewidzącym wzrokiem spojrzałam na przesuwający się krajobraz za oknem. Myślałam o tym, czy uzależniłam się od jego pomocy.

***

            - Wreszcie w domu – westchnęła Dorcas, rzucając się na swoje łóżko. – Stęskniłam się za tobą – dodała, rozpłaszczając się na łóżku i wtulając twarz w poduszkę.
            - Dorcas, bo pomyślimy, że czujesz coś więcej do tego wyrka – zażartowała Alicja i roześmiała się ze zdziwionej miny Dorcas.
Uśmiechnęłam się i spojrzałam na dwa wolne łóżka. W poprzednich latach dzieliłyśmy dormitorium tylko z Mary MacDonald, która, jak się dowiedziałam od profesor McGonagall, miała nie wrócić na ten rok. Jedno łóżko zawsze stało puste - nasz damski rocznik Gryffindoru zajmował tylko dwa pokoje. Ale w tym roku miało się to zmienić.
            - Mogę? – zapytała nieśmiało niewysoka blondynka, pukając we framugę naszych otwartych drzwi.
            - Ty jesteś Marlena, prawda? – zapytałam, przypominając sobie co mi powiedziała profesor McGonagall zaraz po uczcie powitalnej.
            - Marlena McKinnon – odparła blondynka, wyciągając dłoń.
            - Lily Evans – przedstawiłam się, podając jej rękę. – Witamy w dormitorium dziewcząt z siódmego roku. Ta udająca, że wcale cię nie lustruje wzrokiem dziewczyna, to Dorcas Meadowes – dodałam, puszczając Dor oko. – A ta niezwracająca na nic i na nikogo uwagi osoba, to Alicja Taylor.
            - Cześć – powiedziała Marlena i pomachała do dziewczyn.
            - Więc, co robisz na ostatnim roku w Hogwarcie? – zapytała Dorcas, wskazując Marlenie wolne łóżko obok swojego.
            - Rodzice wrócili do Anglii już w zeszłym roku, a ja mieszkałam z babcią we Francji – odparła Marlena, przyciągając kufer do swojego łóżka. – Chodziłam do Beauxbatons. Babcia zmarła i rodzice stwierdzili, że nie mogę zostać sama w Paryżu. Zresztą, od zawsze byłam zapisana do Hogwartu…
            - Przykro mi z powodu twojej babci – wyszeptała Alicja, patrząc na poważną dziewczynę.
            - Nie byłyśmy ze sobą zbyt blisko. Po prostu razem mieszkałyśmy – wyjaśniła wzruszając ramionami.
            - Jakie jest Beauxbatons? – zapytałam, nie mogąc się powstrzymać. 
Nie wyobrażałam sobie, żeby istniała lepsza szkoła od Hogwartu.
            - Piękne – wyszeptała Marlena. – Szkoła znajduje się w zamku, jednak nie tak starym jak ten. Leży wysoko w górach, z okien widok jest wprost niesamowity. Mamy śliczne, błękitne szaty, uszyte z najszlachetniejszego jedwabiu – westchnęła, miętosząc między palcami czarne, praktyczne szaty Hogwartu. – Jest zupełnie inaczej niż tutaj. No i jest cieplej – dodała.
            - Tęsknisz? – zapytała Alicja.
            - Strasznie – odparła. – Ale może to dobry czas na zmiany. Lubię poznawać nowe miejsca i ludzi.
            - Hogwart to doskonałe miejsce na zmiany – powiedziałam pewna swego.

***

Na śniadanie szłyśmy we czwórkę, a nie jak dawniej we trójkę. Większość spojrzeń uczniów, była skierowana na nas. Nieczęsto się zdarzało, aby ktoś zaczynał naukę w Hogwarcie od ostatniego roku.
            - Nie przejmuj się tymi spojrzeniami, niedługo się przyzwyczają – powiedziałam pocieszającym tonem, widząc minę Marleny.
Usiadłyśmy przy stole, który był w większości już zapełniony uczniami.
            - Witajcie dziewczęta, oraz ty, nieznajoma – powiedział Syriusz i pochylił się nad stołem. – Syriusz Black, do usług.
Przewróciłam oczami, na widok flirciarskiego uśmiechu Blacka.
            - Nie zwracaj na niego uwagi, Syriusz jest w gruncie rzeczy strasznie dziecinny – powiedziałam.
            - No wiesz co, Rudzielcu! – zawołał Syriusz z pretensją. – O i nadchodzi Rogacz! Przyjacielu, czy ja jestem dziecinny?
            - Jasne – stwierdził James, na co Dorcas się zaśmiała. – Cześć Lily, dziewczyny – kiwnął głową.
            - Cześć James – powiedziałam i wróciłam do śniadania i odpowiadania na pytania Marleny, których jak się okazało, miała całkiem sporo.
            - Zawsze podają tutaj takie papki? – zapytała, wskazując na owsiankę, którą w ekspresowym tempie pożerał Peter.
            - Cóż, to Szkocja – odparłam, czym wydawało mi się, że tłumaczę obecność owsianki, tak typowej na wyspiarskich śniadaniach.
            - Możesz mnie nie kopać? – zapytałam Jamesa, który z uśmiechem szturchał mnie pod stołem.
            - Ach, to była twoja noga? Przepraszam – odparł z udawanym przejęciem.
            - To twój chłopak? – zapytała Marlena, na co przy stole zapanowała cisza.
Cisza, która zapowiadała wybuch.
            - Hahahaha, że co? – zapytał Syriusz, zupełnie się nie przejmując moim piorunującym wzrokiem. – To znaczy wiesz, Rogacz, to jest James bardzo tego chce, ale Rudzielec jest bezlitosny.
            - Nie, to nie jest mój chłopak – odpowiedziałam na pytanie blondynki.
            - Jeszcze – dodał James.
            - Potter – warknęłam.
            - Evans – odparł nonszalancko James.
            - Wkręcacie mnie, prawda? – zapytała Marlena.
Pokręciłam głową i powróciłam do swojego śniadania, składającego się z tosta i soku pomarańczowego.
            - A czemu uznałaś, że są razem? – zapytała, jak zwykle ciekawska Alicja.
            - Gdy James, tak? Więc, gdy James zaczął to kopanie pod stołem, Lily aż się zaświeciły oczy… Wiesz, masz je całkiem wyraziste, dobrze nimi wyrażasz emocje – odparła Marlena, co wywołało kolejny wybuch śmiechu Syriusza.
            - Ooo tak, czasem mam wrażenie, że Lily jest pierwszą osobą, której uda się zabicie kogoś wzrokiem – odparł. – Jest trochę jak bazyliszek…
Znowu rozległ się wesoły wybuch śmiechu. Tym razem i ja dołączyłam.
            - Możesz być pewny, Syriuszu, że będziesz tą pierwszą osobą na której to wypróbuję. Przejdziesz do historii, Black – dodałam.

***

            - Mamy całkiem podobny plan, więc uznaj, że zostanę twoim przewodnikiem – powiedziałam, porównując plan zajęć swój i Marleny. – Lubisz Eliksiry? – zapytałam, widząc, że ma na planie zaznaczony stopień zaawansowany.
            - O tak, i transmutację – odparła. – Czemu się śmiejesz?
            - Bo chyba będziemy się dogadywać – odparłam, wstając od stołu. – Ma ktoś jeszcze pierwsze Eliksiry?
Gdy okazało się, że wszyscy oprócz Dorcas i Petera idą na Eliksiry, poczułam, że to nie będą łatwe zajęcia.

***

            - Panna McKinnon? – zapytał profesor Slughorn, odczytując listę uczniów.
Siedzieliśmy w ciemnej i chłodnej klasie od Eliksirów, która u mnie wywoływała tak wiele pozytywnych emocji.
            - Czy jesteś może spokrewniona z Erykiem McKinnon, Mistrzem Eliksirów z 1947 roku? – zapytał Slughorn, patrząc na dziewczynę z zainteresowaniem.
            - Tak, panie profesorze. To mój dziadek – odparła Marlena.
            - To był cudowny człowiek, cudowny! Wielka szkoda, że przedwcześnie nas opuścił…
            - Już jesteś swoja – wyszeptałam do Marleny.

***

            - Więc to zazwyczaj właśnie tak wygląda? Lekcje do 15, obiad i czas dla siebie? – zapytała Marlena, gdy rozsiedliśmy się w Pokoju Wspólnym.
Pierwszy dzień zajęć minął zdecydowanie szybko. Nic nie zostało zadane, nauczyciele głównie straszyli nas OWTM-ami, oraz mówili o tym, że musimy powoli decydować o przyszłości.
            - Są jeszcze zajęcia dodatkowe – powiedziała Alicja, siadając Frankowi na kolanach. – Klub pojedynków, zaklęć, szachowy, gargulkowy, zielarski, co sobie wymyślisz, w Hogwarcie to jest.
            - Oprócz eliksirów, ale Slughorn organizuje spotkania z wybranymi uczniami – dodałam. – Coś czuję, że cię zaprosi…
            - A kto tam chodzi? – zapytała, biorąc od częstującej czekoladą Dorcas, kawałek słodkiego przysmaku.
            - Chociażby Lily – powiedział Syriusz, ciężko zasiadając obok Dorcas.
            - I ja – dodał James.
            - Oraz inni ludzie – dopowiedziałam. – Szczególnie uzdolnieni, lub mający odpowiednie koneksje.
            - A wy należycie do grupy…?
            - Uzdolnionych – odpowiedzieliśmy zgodnie.
Spojrzałam na Jamesa i pokręciłam głową.
            - Właściwie, to zaliczasz się też do tych z koneksjami – powiedziałam.
            - Jednak mam nadzieję, że Ślimak widzi moje niewiarygodne zdolności i ambicje – odparł James, siadając na podłokietniku zajmowanego przeze mnie fotela.
            - Myślę, że chodzi o twoją skromność… Jest powalająca – odparłam z uśmiechem.
James puścił mi oko.
            - Oni serio nie są razem? – zapytała Marlena, kręcąc głową.

***

Było już po drugiej w nocy, moje współlokatorki już od paru godzin spały. Jednak ja nie mogłam zasnąć. Cały czas dręczyło mnie pytanie Marleny, które zadała mi, gdy wróciłyśmy same do dormitorium.
„Jeżeli nie jesteś z Jamesem, to czy mogę zaprosić go na randkę?” – zapytała, patrząc mi prosto w oczy.
Najpierw zaniemówiłam. To dlatego tak wypytywała, czy jesteśmy razem? Bo James wpadł jej w oko?
Gdy wykrztusiłam „Jasne”, zrozumiałam co chciała osiągnąć.
Uśmiechnęła się lekko i powiedziała: „Wiesz Lily, chyba jednak wolę blondynów. Nie zakochanych w innych dziewczynach”.
Zamarłam.
A Marlena z uśmiechem weszła do łazienki, cicho nucąc „I see the love of the loved, I see the love of the loved...” (The Beatles – Love of the Loved).
Mogłabym na mnóstwo sposobów interpretować jej zachowanie.
Ale jedno mnie zastanowiło. Czy prawie nieznajoma mi osoba, widziała coś, co ja powinnam wiedzieć? Coś, co miałam pod samym, zadartym i piegowatym nosem? Coś, co jest warte złamania wszelkich zasad i wcześniejszych postanowień?
Z głową pełną pytań, na które brakowało mi odpowiedzi, skierowałam się do łóżka.


***

Miałam coś napisać, ale oczywiście zapomniałam. Dziękuję za komentarze. A właśnie! Obmyślam zakończenie opowiadania (chociaż jeszcze nie mam środka, ale muszę wiedzieć w jakim kierunku podążać :), chcecie, żeby było oryginalne (wiadomo jakie - L i J giną, S trafia do Azkabanu, a P zostaje szczurem na lata), czy może wymyślone przeze mnie, czyli nie giną, bo nie lubię uśmiercać postaci?   

3 komentarze:

  1. Miłość kwitnie... powoli <3 Tak być powinno :) Wisz, ja jednak wole żeby nikt nie umierał na końcu ! Do następnej
    ~Nox

    OdpowiedzUsuń
  2. Lily powoli uświadamia sobie swoje uczucia do Rogacza. Hmm w sumie nwm jakie zakończenie wolę. Decyzja należy do cb.
    Pozdrawiam
    Gabriela Black

    OdpowiedzUsuń
  3. Przepraszam, przepraszam, przepraszam!!! Ostatnio na nic nie mam czasu, albo nie ma mnie w domu, a jak już jestem to przy książkach :/ a co do rozdziału to świetny :D szkoda mi Lily,a Marlene uwielbiam xD a co zakończenia niech będzie twoje proszę :)) idę czytać dalej xx

    OdpowiedzUsuń

Uwaga: tylko uczestnik tego bloga może przesyłać komentarze.