Lipiec
1977
Pogoda wyjątkowo
rozpieszczała w tym roku mieszkańców wysp. W Londynie zostały zanotowane
najwyższe temperatury od 27 lat – było upalnie, bezwietrznie i… okropnie,
przynajmniej dla panny Evans.
Jako przedstawicielka osób obdarzonych
rudymi włosami, jasną cerą oraz licznymi piegami, Lily całe słoneczne dni
spędzała w domu, albo pod wielkim parasolem rozłożonym na tyle ogródka.
Uważała, że i tak ma już sporo
piegów, więc nie chciała mieć ich jeszcze więcej.
- Zrób coś z tym okropnym ptaszyskiem! – zawołała Petunia
otwierając drzwi do pokoju siostry i wpuszczając białą, pohukującą sowę. –
Wleciał przez okno w kuchni jak do siebie! Dziwoląg i jej ptaszyska… - skomentowała
i wyszła głośno trzaskając drzwiami.
Lily westchnęła i podeszła
do stroszącej pióra sowy.
- Kolejny list od Jamesa? – zapytała na co Hades głośno
zahukał.
Odczepiła list od nóżki sowy
i podstawiła jej miseczkę ze świeżą wodą. Otworzyła kremową kopertę i wyjęła
pergamin.
Droga
Lily!
Jak
Ci mijają wakacje? Zapewne tak wiele od wczoraj się nie zmieniło, ale
powiedziałaś, że mogę pisać tak często jak zechcę… Mam nadzieję, że to Cię nie
zamęcza?
Wczoraj
wydarzyła się zupełnie niespodziewana rzecz. Okazało się, że Syriusz dostał
spadek! Dom, wyobrażasz to sobie? Syriusz ma własny dom, niepojęte. Oczywiście
jak to on, stwierdził, że od razu się wyprowadza, jednak mama jest nieugięta i
stwierdziła, że najpierw musimy spenetrować okolicę, rzucić zaklęcia ochronne i
te inne „bezpieczne sprawy”. Mama jest teraz bardzo czuła na tym punkcie…
Wytrzymujesz
z Petunią? Po Twoim ostatnim liście w końcu pojmuję wasze stosunki. Ona Cię nie
lubi, bo jesteś doskonała, słodka no i jesteś czarownicą, a ona jest jędzowata
i, hm, jest zwykłym mugolem, prawda? Na pewno Ci po prostu zazdrości!
Nie
mogę się doczekać, kiedy się spotkamy. Wiem, to już za tydzień, ale czuję jakby
to była wieczność! Chciałbym, żebyś czuła to samo…
Oddany
tylko Tobie,
J.P.
Lily uśmiechnęła się lekko i
z czułością odłożyła list do starego pudełka po butach, w którym miała już
całkiem sporą kolekcję korespondencji z Jamesem.
- Czekaj Hadesie, tylko odpiszę – wyszeptała do sowy, gdy
ta, lekko ją dziobnęła w palec.
Wzięła czysty kawałek
pergaminu i z uśmiechem zaczęła pisać.
***
- Całkiem niezła chata, prawda? – powiedział
podekscytowany Syriusz, z dumą spoglądając na odziedziczony dom, jakby sam go
zbudował.
- Jak na osobę bezdomną to na pewno niezły – odparł
James, na co usłyszał głośne prychnięcie pani Potter.
- James, doprawdy, nie musisz ciągle przypominać
Syriuszowi, że jego rodzice, a niestety moja daleka rodzina, są zwykłymi,
okropnymi, wstrętnymi…
- Doreo, starczy – przerwał Syriusz, doskonale wiedząc,
że jak matka Jamesa zaczyna mówić o jego rodzinie, to nie potrafi skończyć. –
Wejdziemy? – zapytał wyjmując z kieszeni spodni pokaźny pęk kluczy.
- Otwieraj – ponaglił go James rozglądając się dookoła.
Okolica była całkiem
przyjemna. Typowe mugolskie osiedle, otoczone z każdej strony idealnie
przyciętym żywopłotem, idealnym trawnikiem przed domem oraz co najmniej jednym
krasnalem w ogródku. Lub wściekle różowym flamingiem, a przynajmniej takiego posiadał
najbliższy sąsiad.
Gdy Syriusz w końcu znalazł
odpowiedni klucz (miał spory wybór) i otworzył każdy zamek (wujek Alfard miał
chyba lekką obsesję na punkcie zamków w drzwiach – miał ich aż siedem), drzwi
otworzyły się i ukazały całkiem przyjemny widok.
- Ładnie – skomentowała Dorea, wchodząc przodem z
wyciągniętą przed siebie różdżką.
- Trochę nie w moim stylu – stwierdził James, widząc w
salonie tapetę w małe kwiatuszki. – Jesteś pewien, że twój wujek nie był
kobietą? Jakieś takie babskie te wnętrza…
- Chyba miał dziewczynę – odparł Syriusz. Miał nadzieję,
że reszta pokoi nie będzie tak wyglądać… Inaczej czekał go poważny remont.
- Jest bezpiecznie – stwierdziła Dorea, schodząc z
piętra. – Umówiłam się z Bathildą na popołudniową herbatkę, macie wracać prosto
do domu Błędnym Rycerzem. O 20 macie być! – powiedziała i teleportowała się do
Doliny Godryka.
- To co, zwiedzamy okolicę? – zapytał James, mając dość
widoku koronek leżących na powierzchniach płaskich.
- To chyba dobry pomysł – odparł Syriusz, w myślach
przeliczając ile odziedziczonych pieniędzy będzie musiał przeznaczyć na nowe
wyposażenie domu, oraz czy mu starczy na wymarzony motocykl. – Ale te drzwi są
skomplikowane – wymamrotał, gdy kolejny klucz nie pasował do zamka.
***
- Nie rozumiem czemu mama była taka podła – stwierdziła
Petunia, patrząc z naburmuszoną miną na siostrę. – Każe mi się prowadzić z
takim dziwakiem…
- Jeżeli moje towarzystwo aż tak ci przeszkadza, to idę
dalej sama – odparła Lily, czując, że zaraz poniesie ją jej wybuchowy charakter
i zacznie wrzeszczeć na siostrę na środku ulicy. – Doskonale sobie poradzę z
zakupami, wracaj do domu – dodała i poczuła ulgę, kiedy obrażona Petunia
zawróciła do domu.
Przeszła wzdłuż ulicy przy
której mieszkała jej dawna koleżanka z podstawówki i stanęła jak wryta.
***
- … trochę za bardzo mugolsko, jeżeli wiesz co mam na
myśli, ale okolica nie taka zła – mówił James, idąc obok rozglądającego się na
boki Syriusza. – Przynajmniej będziesz miał własny kąt, u mnie zapowiada się
mieszkanie z matką po ukończeniu Hogwartu…
- Taa – wymruczał Syriusz i zmrużył oczy patrząc przed
siebie. Słońce mocno świeciło, a on zapomniał swoich okularów
przeciwsłonecznych. Zmarszczył brwi i zamrugał. Albo miał halucynacje, albo
widział…
- Co WY tu robicie?! – zawołała Lily podbiegając do
nadchodzących z przeciwnej strony chłopaków.
- Lily? – zapytał James, nie wierząc w to co widzi. Albo
raczej, kogo widzi.
- Evans, a co ty tu? – zapytał inteligentnie Syriusz,
wpatrując się w dziewczynę.
- Lepszym pytaniem jest to, co wy tutaj robicie? Bo ja
mieszkam, o tam – odparła wskazując palcem na dom z idealnie przyciętym
trawnikiem, oraz okazałym żywopłotem.
- Jaki ten świat mały… – skwitował te rewelacje Syriusz z
ironicznym uśmieszkiem. – Evans, zostaliśmy sąsiadami, mój dom to ten, ooo tam!
– zawołał, wskazując na oddalony budynek.
- O Merlinie – wyszeptała Lily. – Więc nie dość, że nie
mogę się was pozbyć w szkole, to jeszcze będziemy niedaleko siebie mieszkać? –
zapytała, czując lekki przypływ paniki.
- Dokładniej sprawę ujmując, to ja będę mieszkał – odparł
Syriusz.
- Ale ja będę bardzo często wpadał! – zastrzegł James,
wprost nie mogąc uwierzyć w swoje szczęście.
Łapa sąsiadem Evans! Czy w
tym momencie mogło zdarzyć się coś lepszego? To znaczy, pewnie mogło, ale w tej
chwili, nie mógł sobie wyobrazić nic takiego.
- Macie czas? – zapytała Lily.
- Czego jak czego, ale tego mamy od cholery – stwierdził
Syriusz. – A co? – zapytał podejrzliwie.
- To pomożecie mi w zakupach. Petunia zwiała do domu,
więc dobrze się składa, że mam nowego sąsiada, prawda?
***
- Gdybym wiedziała, że w sklepie zachowujecie się jak
takie pacany, to w życiu nie zaproponowałabym wam tego wypadu – powiedziała Lily,
gdy już odeszli od kasy.
- Evans, to był nasz pierwszy raz! Co ty myślisz, że my
łazimy po mugolskich supermarketach? – odparł Łapa siłując się z paroma
siatkami, które trzymał.
- Powinnaś być zadowolona, że nas spotkałaś. Naprawdę nie
wiem jak chciałaś się zabrać z tym wszystkim sama – powiedział James mężnie
niosąc zgrzewkę wody.
- Pewnie latałabym ze trzy razy – odparła beztrosko Lily.
– Dobra, przyznaję, cieszę się że pomagacie mi nosić zakupy. Dlatego zapraszam
was na lody!
Syriusz wybuchnął rubasznym
śmiechem.
- Czemu ty zawsze pomyślisz sobie coś obleśnego? –
wymamrotała zarumieniona dziewczyna. – Mam na myśli takie zupełnie przyzwoite,
na patyku, Black.
- Właśnie Łapo, wychodzi, że jesteś niewyżytym seksualnie
maniakiem i we wszystkim widzisz podtekst. Chyba czas wybrać się z Dorcas na
randkę… - powiedział James, ciesząc się z zaproszenia rudowłosej.
- Chcesz iść z Dorcas na randkę? – zapytała zdziwiona
Lily, wyjmując z kieszeni szortów klucze. – Pff, Dorcas na pewno z tobą nigdzie
nie pójdzie!
- Sama mnie zaprosiła, Evans – odparł urażony Syriusz. W
dodatku był pod wrażeniem szybkiego otworzenia wszystkich zamków kluczami. Jednak
widocznie takie umiejętności nabywa się, więc nie miał się czym martwic na
zapas.
- Serio? – zapytała Lily i weszła do domu. – Wchodźcie,
co tak stoicie? Jedynym potworem, który może was zaatakować jest moja
niezrównoważona psychicznie siostra – wyszeptała Lily i skierowała się do
kuchni.
James rozejrzał się bystro
po wnętrzu (kuchnia jak kuchnia, chociaż zauważył parę dziwnych sprzętów) i
ciężko zasiadł na krześle przy stole.
- Evans, dawaj te lody, rzeczywiście coś nam się należy
za to wykorzystanie jako tragarzy marchewek, czy co ty tam nakupowałaś –
powiedział Syriusz, uważnie oglądając toster. Podobny był w domu wujka, więc
może w wolnej chwili podpyta Evans o te wszystkie mugolskie sprzęty.
Lily przewróciła oczami i
zaczęła poszukiwania w zamrażalniku.
- Czekoladowe, truskawkowe, czy waniliowe? – zapytała
wyciągając na blat mnóstwo kolorowych paczek. – Chociaż waniliowych nie
polecam, tylko Petunia je lubi… - dodała.
- Opowiadajcie jak to się stało, że Syriusz ma dom w
dzielnicy mugoli? – zapytała Lily.
- Spadek, Evans – wyjaśnił szybko Syriusz, pożerając w
ekspresowym tempie kolejną porcję zimnego przysmaku. – Drodzy rodzice w życiu
nie kupili by mi domu… Ale dzięki uprzejmości wyklętego wujka mam dom i całkiem
przyzwoitą sumkę w skrytce u Gringotta.
- Zazdroszczę – odparła Lily. – Gdyby mi tylko jakaś miła
osoba zostawiła dom, to jak najprędzej wyniosłabym się z tego piekła…
- Aż tak źle? – zapytał James wprowadzony w spór pomiędzy
siostrami.
- Okropnie – westchnęła. – Najgorzej jak widzi jakieś
oznaki magii, moje księgi, a gdy przylatuje sowa to drze się… Nie da się tutaj
mieszkać bez co najmniej jednej kłótni dziennie – dodała.
- Współczuję, wiem coś o pochrzanionej rodzinie –
powiedział Syriusz. – Ale jak już tu jesteśmy, to może nam pokażesz swoje
królestwo?
- Masz na myśli pokój Lily? O tak, pokaż nam! – poprosił
James w końcu zainteresowany czymś innym, niż lodami czekoladowymi.
- No nie wiem, raczej nie wpuszczam tam facetów – odparła
ze śmiechem rudowłosa, kierując się w stronę schodów na piętro. – Ale jeżeli
tak bardzo chcecie to proszę, oto pokój kujona! – dodała i otworzyła białe
drzwi.
James, jako najbardziej
zainteresowany, wszedł pierwszy. Pokój był całkiem spory, miał ściany w kolorze
wrzosów, białe meble i duże łóżko.
- Nie tego się spodziewałem – powiedział Syriusz,
rozwalając się na ładnie zasłanym łóżku. – Raczej myślałem, że potknę się o
książki, a ich tu w ogóle nie widać.
- Trzymam je w garderobie – odparła Lily, na co James
uniósł brew. – Tam jest więcej miejsca, no nieważne. Zostaniecie na kolacji?
Rodzice będą po dwudziestej.
James szeroko otworzył oczy
i spojrzał na zegarek.
- Cholera, Lily, nie możemy. Wiesz, mamy godzinę
policyjną ustawioną na dwudziestą – powiedział, czując że traci okazję poznania
państwa Evans, czyli jak to miał w planie, przyszłych teściów.
- Taa, Dorea jest sroga – zażartował Syriusz.
- Martwi się – westchnęła Lily. – Rozumiem, szkoda tylko,
że znowu zostanę sama z Petunią…
- Jakie to dziwne, Evans żałuje, że nie możemy zostać na
kolacji… - zauważył Syriusz.
- Widzisz Black, jak to niektóre rzeczy się zmieniają –
odparła Lily schodząc po schodach. – No ale to co, za sześć dni spotkamy się u
Alicji, prawda?
- Już się nie mogę doczekać – odparł James i machnął ręką
z różdżką.
Błędny Rycerz pojawił się
znikąd.
- Do Doliny Godryka – powiedział Syriusz wchodząc do
autobusu.
***
Alicja z głośnym piskiem
wybiegła z domu.
- Już jesteś! – zawołała, rzucając się w ramiona Franka.
– Tęskniłam – wyszeptała mu do ucha i gorąco pocałowała.
- Z całą pewnością ja tęskniłem bardziej – odparł chłopak
mocno przytulając brunetkę. – Oho i skończyła się chwila… - westchnął, widząc
nadchodzących od strony drogi Huncwotów z Dorcas i Lily.
- Są wszyscy? – zapytała Alicja, po przywitaniu się z
przyjaciółkami.
- Tak – odparł Remus.
- Zaczynamy wakacje!
***
Dorcas leżała na jednym z przytachanych
przez chłopaków leżaków i pracowała nad idealną opalenizną. Co jak co, ale nie
było to takie łatwe zadanie jakby się wydawało. Trzeba było używać
odpowiedniego kremu z filtrem (nie za dużym, ale też nie za małym – w końcu nie
chciała się spalić na skwarkę), przewracać się co jakieś półgodziny na plecy
lub na brzuch, oraz pilnować odpowiedniego nawadniania organizmu. Dorcas
podeszła do tego zadania bardzo poważnie.
- Black, ty cholerny kretynie! Odbiło ci? – zawołała, gdy
Syriusz oblał ją od stóp do głów wodą z wiaderka, zapewne pożyczonego od dzieci
bawiących się nieopodal.
- Meadowes, leżysz prawie bez ruchu, tylko obracasz się,
żeby się odpowiednio przyrumienić. Chodź do wody, jest świetna! Nawet Rudzielec
porzucił swój posterunek przy ciuchach i wskoczył do jeziora – powiedział
Syriusz siadając na ręczniku porzuconym przez Franka.
- Opalenizna nabyta w Anglii to nie byle co, Black –
odparła naburmuszona Dorcas, wycierając się z chłodnej wody.
- O Merlinie – wymamrotał Syriusz i z uśmiechem podniósł
się z ręcznika. – Sama tego chciałaś! – zawołał pociągając czarnowłosą z
leżaka.
- Nie ośmielisz się – powiedziała przez zęby Dorcas,
doskonale zdając sobie sprawę z tego, co się zaraz wydarzy.
- Przekonajmy się – odparł Syriusz i z głośnym okrzykiem
wbiegł z dziewczyną na rękach do wody.
***
- Dorcas go zabije – stwierdziła Lily, gdy usłyszała
piszczącą i przeklinającą przyjaciółkę podtapianą przez roześmianego Syriusza.
– Od dłuższego czasu wspominała o wylegiwaniu się na słońcu… - dodała, widząc
nierozumiejący wzrok bruneta.
- Najwyżej go zamorduje – odparł beztrosko James. –
Dobrze pływasz – stwierdził, widząc odpływającą w stronę środka jeziora Lily.
- To jedyna dziedzina sportu, którą lubię – powiedziała
dookoła rozchlapując wodę. – Ścigamy się?
- Jasne – odparł James.
***
Peter z pewnością nie był
typem sportowca. Owszem, lubił quidditcha, ale tylko w roli widza, a nie
zawodnika. Dlatego gdy Lily wpadła na pomysł zagrania w siatkówkę plażową,
Peter rozłożył się na zalanej słońcem plaży i patrzył na spokojną wodę.
- Potter nie próbuj odbijać piłki, kiedy ja to robię! –
krzyknęła Lily i rozmasowała bolące ramię. – Schodzę, grajcie dalej.
Rudowłosa usiadła obok
Petera.
- Nie wiem jak wy z nim wytrzymujecie – westchnęła,
patrząc na odbijającego piłkę Jamesa, który zachowywał się jakby miał ADHD. –
Ciągle ma tyle energii?
- Oo tak, jego nadmiar energii plus chęć popisywania się
skutkuje różnymi urazami – stwierdził Peter, spoglądając na blade ramię
dziewczyny. – Będziesz miała paskudnego siniaka.
- Taa, to nieuniknione – odparła Lily, kładąc się na
ręczniku. – Jak ci mijają wakacje? Wszystko dobrze?
- Jasne, jest świetnie – odparł Peter, nie patrząc na
Lily. – Tylko szkoda, że tak szybko mijają… - dodał.
- Wszystko co dobre, szybko się kończy – powiedziała
Lily.
***
- Serio, Al? Jak ty to sobie wyobrażasz? – zapytała
Dorcas.
Rozglądała się po magicznie
powiększonym pokoju gościnnym w domu państwa Taylor i z niepokojem spoglądała
na rozłożone na podłodze śpiwory.
- Super, biwak! – krzyknął podekscytowany James.
- W dodatku koedukacyjny – dodał Syriusz, zwracając uwagę
na liczbę śpiworów.
- Co? – warknęła Lily, wyobrażając sobie najgorsze.
- Jejku, będzie fajnie! – odparła Alicja. – Spędzamy
razem tydzień wakacji, więc nie będziemy się rozdzielać.
- Jak najbardziej mi to odpowiada – powiedział Frank,
popierając pomysł brunetki.
- I tak już widzieliśmy was w kostiumach, więc nie
marudźcie. Piżamy z pewnością więcej zakrywają – stwierdził Syriusz zajmując
jedno z posłań.
- No chyba, że ktoś śpi nago – wtrąciła Dorcas.
- Chcesz nam coś powiedzieć, Meadowes? – zapytał Syriusz.
- Przestańcie flirtować – wyjęczała Lily, wybierając
najbardziej oddalony śpiwór. – Dorcas śpi koło mnie, więc nie, James, nawet
sobie nie myśl zajmować tego obok mnie – warknęła, widząc starania chłopaka.
Może i Potter zachowywał się lepiej i był milszy, ale nie miała zamiaru koło
niego spać. Nie, nie i jeszcze raz nie. Już to, że ją widział w kostiumie
(jednoczęściowym, ale to zawsze kostium!) było wielkim osiągnięciem.
- Wszyscy zajęli śpiwory? – zapytał Remus. Gdy usłyszał
chóralne: „taaak”, zgasił światło.
- Dobranoc – mruknęła Alicja.
- Pchły na noc – odparła Dorcas, chichocząc z mamrotania Lily.
- Karaluchy pod poduchy – dodał Syriusz.
- A szczypawki do sadzawki – wyburczała Lily.
***
James obudził się w
wyśmienitym humorze. Był osobą pozytywną, więc zwykle miał dobry humor, ale ten
dzień zaczynał się lepiej niż każdy inny. Spał zaledwie jakieś dwa metry od
swojej ukochanej, którą to wczoraj zobaczył w kostiumie kąpielowym oraz spędził
z nią dobrą godzinę pływając w chłodnym jeziorze. Zapewne brzmi to dosyć
nieciekawie, ale James cieszył się z małych rzeczy. I małych kroczków.
Kroczków, które miały ich
zaprowadzić na ślubny kobierzec.
Lekko uniósł głowę, założył
okulary i rozejrzał się po pokoju. Stwierdzając, że wszyscy jeszcze smacznie
śpią, zasunął śpiwór do końca i zaczął powoli pełznąc, niczym larwa, w stronę
Lily.
Jednak jak się okazało,
pełzanie, i to w śpiworze wcale nie było takie łatwe. W dodatku powodowało
głośne szuranie i desperackie sapanie.
Ale James był uparty, i w
końcu dopełznął do śpiwora zajmowanego przez rudowłosą. Uniósł lekko głowę i
zobaczył wpatrujące się w niego groźnie, zielone oczy.
- Ooo – westchnął.
- Ooo – przedrzeźniła go Lily, patrząc surowo. – Możesz
mi wytłumaczyć, co robisz?
- Zapoczątkowuję nową dyscyplinę sportową. Pełzanie w
śpiworze – odparł James, po cichu licząc na swój niewątpliwy urok osobisty.
Lily pokręciła głową i
westchnęła.
- Ty to chyba nigdy nie dorośniesz – wyszeptała, aby nie
obudzić reszty przyjaciół.
- Całkiem możliwe – odparł James, ale dodał szybko: - Jednak
jeżeli powiesz, że mam być poważny, to taki będę.
Lily przewróciła oczami i
rozpięła śpiwór.
- Obawiam się, że jest to zupełnie niemożliwe.
***
Po zjedzeniu śniadania,
przyrządzonego przez panią Taylor, Alicja zaproponowała wypad do miasteczka w
którym mieszkała.
- Ale mugolsko – westchnął Syriusz, rozglądając się po
okolicy. – I co my tu niby będziemy robić? – zapytał.
- Mugole mają całkiem ciekawe rozrywki – stwierdził
Remus, który był fanem Mugoloznawstwa. – Mają kina, teatry, parki rozrywki,
kluby…
- Lunatyku, wiemy, że to wszystko wiesz, naprawdę nie
musisz wymieniać – przerwał James i zwrócił się do Lily. – Może coś
zaproponujesz?
Lily uniosła brew i
rozejrzała się po nieznanej jej okolicy. Miasto nie było duże; znajdowali się
na głównym rynku, przy którym były usytuowane wszystkie atrakcje Colchester.
- Co powiecie na teatr? Grają „Romea i Julię” – odparła
Lily. – Uwielbiam Szekspira.
- A co to, jakiś upiór? – zapytał Frank. Frank, był znany
z zamiłowania do wszelkich potworów, duchów i mar. Ot, takie hobby.
- Poeta – odparła załamana niewiedzą znajomych, Lily.
Jednak szybko sobie wytłumaczyła, że w żadnym razie nie mają obowiązku znania
mugolskiej literatury więc odpuściła.
- To chodźmy – zadecydowała Dorcas i ruszyła w stronę
budynku, w którym mieścił się teatr.
***
- Możesz przestać się śmiać? – mruknęła Lily, patrząc na
dramatyczne szlochy Julii, nad ciałem martwego Romea. – To bardzo wzruszający
moment, zupełnie nie rozumiem czemu się śmiejesz…
- Bo okropnie grają – odparł James. – Tak okropnie, że
wszyscy wyszli, a tylko my zostaliśmy – dodał szeptem, gdy spojrzała na niego
oburzona rozmową, starsza kobieta.
- Serio? – wyszeptała Lily i rozejrzała się po widowni.
I rzeczywiście, zostali sami
z Jamesem, oraz oburzoną wybuchami śmiechu chłopaka, starszą panią.
- Zaraz się kończy – powiedziała Lily, patrząc jak
aktorka, grająca Julię wbija sobie w pierś plastikowy nóż i pada na ciało martwego
Romea.
- Ale musisz przyznać, grali kiepsko – powiedział James,
gdy po rzewnych oklaskach starszej pani (która chyba musiała być spokrewniona z
„Julią”), wyszli na rozgrzaną ulicę.
- Zgodzę się, ale historia jest świetna – odparła Lily,
nadal pod wrażeniem miłości młodych kochanków. – A ten chłopak grający Romea
był całkiem niezły.
- O ile lubi się napakowanych blondynów – stwierdził
James, przypominając sobie, że właśnie tak wygląda Dan Moore. – Ale ty nie
lubisz przypakowanych blondynów, prawda?
- Och, musiałabym się zastanowić… - odparła Lily i udała
głębokie zamyślenie. – Hmm, nie raczej nie – dodała i uśmiechnęła się na widok
zadowolonego chłopaka.
- Wolisz brunetów?
- Zdecydowanie.
- A mogą być w okularach?
- Bez różnicy.
- Więc, kiedy idziemy na randkę?
- Chwila, nie mówiłam o nikim konkretnym! – stwierdziła
Lily.
- Ależ jesteś niezdecydowana – odparł James. – Chodź,
czekają na nas.
***
Wspólnie spędzony tydzień
minął szybko. Był ostatni wieczór, na który to rodzice Alicji zaplanowali
ognisko.
- Uważaj, bo się spalisz – przestrzegła Dorcas, patrząc
na odskakującego od ognistych iskier Syriusza.
- To byłaby niepowetowana strata dla całego świata
czarodziei – mruknęła sarkastycznie Lily.
- Żebyś wiedziała, Evans – odparł Syriusz. – Myślę, że
czeka mnie świetlana przyszłość, jakaś wielka rola w historii czarodziejskiego
społeczeństwa… Może nawet zostanę Ministrem Magii!
- To było by okropne – stwierdziła Alicja piekąc sobie
piankę nad ogniem. – Twoją pierwszą decyzją, było by zatrudnienie samych
cycatych blondynek na wszystkich stanowiskach…
- Ej, Meadowes nie jest ani blondynką, ani tym bardziej
nie jest cytata, a na nią lecę! – odparł oburzony Syriusz.
- No wiesz co! – zawołała Dorcas. – Faceci to tylko na
cycki patrzą…
- Wcale nie, ja czasem patrzę też na coś innego –
sprzeciwił się James i wyszczerzył zęby w szerokim uśmiechu. – Tyłek też jest
niezły… A szczególnie tyłek Eva… Ała!
- Przymknij się Potter, o ile chcesz przeżyć do
jutrzejszego poranka i wrócić do mamusi – powiedziała oburzona Lily.
- No wiesz… Nie martw się, zapewnię nam dach nad głową,
słowo! Wcale nie będziemy musieli mieszkać z moją matką, zobaczysz Lily! –
obiecał James.
- Czemu ja się z tobą zadaję? – zapytała Lily, załamana
ostatnią uwagą chłopaka.
- Ponieważ jestem przystojny? – odparł James, na co
Syriusz wybuchnął głośnym śmiechem.
- Taa i skromny – dodała Dorcas.
***
- Widzimy się 1 września! Cześć! – zawołała Lily,
wychodząc z Błędnego Rycerza. – A co wy robicie? – zapytała, widząc wychodzących
z autobusu Syriusza z Jamesem.
- Zaczynamy remont domu – odparł Syriusz, machając
Dorcas.
- Bez użycia magii? – zapytała Lily.
- Bez użycia magii – potwierdził James.
- To życzę powodzenia – mruknęła Lily, parskając
śmiechem.
- Evans, Evans, Evans, czy ty naprawdę myślisz, że
jesteśmy głupi? – zapytał Syriusz, zakładając na ramię plecak.
- Czy to pytanie retoryczne? – zapytała Lily, uśmiechając
się wrednie.
- Nie – odparł Syriusz. – Oczywiście zatrudniamy ekipę
bulaną.
- Chyba budowlaną – poprawiła rudowłosa, kierując się do
swojego domu.
- Może być i budowlana – powiedział James. – Pytanie,
kiedy do nas wstąpisz?
- Gdy będę chciała zamordować Petunię, to wpadnę do was,
wtedy skieruję te zapędy na któregoś z was – odparła Lily, wyciągając z plecaka
klucze od domu.
- To jesteśmy umówieni! – zawołał ucieszony James,
zupełnie się nie przejmując groźbą dziewczyny.
- Rogaczu, jesteś żałosny – stwierdził Syriusz, co
doprowadziło do długiej i bardzo głośnej kłótni, zakończonej rękoczynami w postaci
przyjacielskich kuksańców i przepychanek.
Stojąca na progu domu
dziewczyna, patrzyła na to z rozbawieniem i czułością zarazem.
***
14 stron w Wordzie. Jak na razie mój rekord. Dodaję wcześniej, ponieważ w weekend nie będę miała czasu. W tekście na pewno są jakieś błędy, niby sprawdzałam, ale niestety nie zawsze wszystkie wyłapuję. Następny rozdział w poniedziałek :)
o jaaaa :3 jak uroczo :D Widzę że Lily małymi kroczkami zbliża się do Jamesa :D Przepraszam ale nie mam jakoś siły na wymyślanie niestworzonych komentarzy bo padam na łeb na szyje :O Do następnej
OdpowiedzUsuń~Nox
Suuuuuper rozdział. Lily i James są tacy uroczy *.* Widzę że Ruda co raz bardziej przekonuje się do Rogacza
OdpowiedzUsuńPozdrawiam
Gabriela Black
NOO nareszcie jestem widze że mam duże zaległości więc ide czytać dalej a rozdział suuper xD xx
OdpowiedzUsuń