czwartek, 9 kwietnia 2015

Rozdział 11



Lipiec 1977


Pogoda wyjątkowo rozpieszczała w tym roku mieszkańców wysp. W Londynie zostały zanotowane najwyższe temperatury od 27 lat – było upalnie, bezwietrznie i… okropnie, przynajmniej dla panny Evans.
Jako przedstawicielka osób obdarzonych rudymi włosami, jasną cerą oraz licznymi piegami, Lily całe słoneczne dni spędzała w domu, albo pod wielkim parasolem rozłożonym na tyle ogródka.
Uważała, że i tak ma już sporo piegów, więc nie chciała mieć ich jeszcze więcej.
            - Zrób coś z tym okropnym ptaszyskiem! – zawołała Petunia otwierając drzwi do pokoju siostry i wpuszczając białą, pohukującą sowę. – Wleciał przez okno w kuchni jak do siebie! Dziwoląg i jej ptaszyska… - skomentowała i wyszła głośno trzaskając drzwiami.
Lily westchnęła i podeszła do stroszącej pióra sowy.
            - Kolejny list od Jamesa? – zapytała na co Hades głośno zahukał.
Odczepiła list od nóżki sowy i podstawiła jej miseczkę ze świeżą wodą. Otworzyła kremową kopertę i wyjęła pergamin.


Droga Lily!
Jak Ci mijają wakacje? Zapewne tak wiele od wczoraj się nie zmieniło, ale powiedziałaś, że mogę pisać tak często jak zechcę… Mam nadzieję, że to Cię nie zamęcza?
Wczoraj wydarzyła się zupełnie niespodziewana rzecz. Okazało się, że Syriusz dostał spadek! Dom, wyobrażasz to sobie? Syriusz ma własny dom, niepojęte. Oczywiście jak to on, stwierdził, że od razu się wyprowadza, jednak mama jest nieugięta i stwierdziła, że najpierw musimy spenetrować okolicę, rzucić zaklęcia ochronne i te inne „bezpieczne sprawy”. Mama jest teraz bardzo czuła na tym punkcie…
Wytrzymujesz z Petunią? Po Twoim ostatnim liście w końcu pojmuję wasze stosunki. Ona Cię nie lubi, bo jesteś doskonała, słodka no i jesteś czarownicą, a ona jest jędzowata i, hm, jest zwykłym mugolem, prawda? Na pewno Ci po prostu zazdrości!
Nie mogę się doczekać, kiedy się spotkamy. Wiem, to już za tydzień, ale czuję jakby to była wieczność! Chciałbym, żebyś czuła to samo…
Oddany tylko Tobie,
J.P.


Lily uśmiechnęła się lekko i z czułością odłożyła list do starego pudełka po butach, w którym miała już całkiem sporą kolekcję korespondencji z Jamesem.
            - Czekaj Hadesie, tylko odpiszę – wyszeptała do sowy, gdy ta, lekko ją dziobnęła w palec.
Wzięła czysty kawałek pergaminu i z uśmiechem zaczęła pisać.

***

            - Całkiem niezła chata, prawda? – powiedział podekscytowany Syriusz, z dumą spoglądając na odziedziczony dom, jakby sam go zbudował.
            - Jak na osobę bezdomną to na pewno niezły – odparł James, na co usłyszał głośne prychnięcie pani Potter.
            - James, doprawdy, nie musisz ciągle przypominać Syriuszowi, że jego rodzice, a niestety moja daleka rodzina, są zwykłymi, okropnymi, wstrętnymi…
            - Doreo, starczy – przerwał Syriusz, doskonale wiedząc, że jak matka Jamesa zaczyna mówić o jego rodzinie, to nie potrafi skończyć. – Wejdziemy? – zapytał wyjmując z kieszeni spodni pokaźny pęk kluczy.
            - Otwieraj – ponaglił go James rozglądając się dookoła.
Okolica była całkiem przyjemna. Typowe mugolskie osiedle, otoczone z każdej strony idealnie przyciętym żywopłotem, idealnym trawnikiem przed domem oraz co najmniej jednym krasnalem w ogródku. Lub wściekle różowym flamingiem, a przynajmniej takiego posiadał najbliższy sąsiad.
Gdy Syriusz w końcu znalazł odpowiedni klucz (miał spory wybór) i otworzył każdy zamek (wujek Alfard miał chyba lekką obsesję na punkcie zamków w drzwiach – miał ich aż siedem), drzwi otworzyły się i ukazały całkiem przyjemny widok.
            - Ładnie – skomentowała Dorea, wchodząc przodem z wyciągniętą przed siebie różdżką.
            - Trochę nie w moim stylu – stwierdził James, widząc w salonie tapetę w małe kwiatuszki. – Jesteś pewien, że twój wujek nie był kobietą? Jakieś takie babskie te wnętrza…
            - Chyba miał dziewczynę – odparł Syriusz. Miał nadzieję, że reszta pokoi nie będzie tak wyglądać… Inaczej czekał go poważny remont.
            - Jest bezpiecznie – stwierdziła Dorea, schodząc z piętra. – Umówiłam się z Bathildą na popołudniową herbatkę, macie wracać prosto do domu Błędnym Rycerzem. O 20 macie być! – powiedziała i teleportowała się do Doliny Godryka.
            - To co, zwiedzamy okolicę? – zapytał James, mając dość widoku koronek leżących na powierzchniach płaskich.
            - To chyba dobry pomysł – odparł Syriusz, w myślach przeliczając ile odziedziczonych pieniędzy będzie musiał przeznaczyć na nowe wyposażenie domu, oraz czy mu starczy na wymarzony motocykl. – Ale te drzwi są skomplikowane – wymamrotał, gdy kolejny klucz nie pasował do zamka.

***

            - Nie rozumiem czemu mama była taka podła – stwierdziła Petunia, patrząc z naburmuszoną miną na siostrę. – Każe mi się prowadzić z takim dziwakiem…
            - Jeżeli moje towarzystwo aż tak ci przeszkadza, to idę dalej sama – odparła Lily, czując, że zaraz poniesie ją jej wybuchowy charakter i zacznie wrzeszczeć na siostrę na środku ulicy. – Doskonale sobie poradzę z zakupami, wracaj do domu – dodała i poczuła ulgę, kiedy obrażona Petunia zawróciła do domu.
Przeszła wzdłuż ulicy przy której mieszkała jej dawna koleżanka z podstawówki i stanęła jak wryta.

***

            - … trochę za bardzo mugolsko, jeżeli wiesz co mam na myśli, ale okolica nie taka zła – mówił James, idąc obok rozglądającego się na boki Syriusza. – Przynajmniej będziesz miał własny kąt, u mnie zapowiada się mieszkanie z matką po ukończeniu Hogwartu…
            - Taa – wymruczał Syriusz i zmrużył oczy patrząc przed siebie. Słońce mocno świeciło, a on zapomniał swoich okularów przeciwsłonecznych. Zmarszczył brwi i zamrugał. Albo miał halucynacje, albo widział…
            - Co WY tu robicie?! – zawołała Lily podbiegając do nadchodzących z przeciwnej strony chłopaków.
            - Lily? – zapytał James, nie wierząc w to co widzi. Albo raczej, kogo widzi.
            - Evans, a co ty tu? – zapytał inteligentnie Syriusz, wpatrując się w dziewczynę.
            - Lepszym pytaniem jest to, co wy tutaj robicie? Bo ja mieszkam, o tam – odparła wskazując palcem na dom z idealnie przyciętym trawnikiem, oraz okazałym żywopłotem.
            - Jaki ten świat mały… – skwitował te rewelacje Syriusz z ironicznym uśmieszkiem. – Evans, zostaliśmy sąsiadami, mój dom to ten, ooo tam! – zawołał, wskazując na oddalony budynek.
            - O Merlinie – wyszeptała Lily. – Więc nie dość, że nie mogę się was pozbyć w szkole, to jeszcze będziemy niedaleko siebie mieszkać? – zapytała, czując lekki przypływ paniki.
            - Dokładniej sprawę ujmując, to ja będę mieszkał – odparł Syriusz.
            - Ale ja będę bardzo często wpadał! – zastrzegł James, wprost nie mogąc uwierzyć w swoje szczęście.
Łapa sąsiadem Evans! Czy w tym momencie mogło zdarzyć się coś lepszego? To znaczy, pewnie mogło, ale w tej chwili, nie mógł sobie wyobrazić nic takiego.
            - Macie czas? – zapytała Lily.
            - Czego jak czego, ale tego mamy od cholery – stwierdził Syriusz. – A co? – zapytał podejrzliwie.
            - To pomożecie mi w zakupach. Petunia zwiała do domu, więc dobrze się składa, że mam nowego sąsiada, prawda?

***

            - Gdybym wiedziała, że w sklepie zachowujecie się jak takie pacany, to w życiu nie zaproponowałabym wam tego wypadu – powiedziała Lily, gdy już odeszli od kasy.
            - Evans, to był nasz pierwszy raz! Co ty myślisz, że my łazimy po mugolskich supermarketach? – odparł Łapa siłując się z paroma siatkami, które trzymał.
            - Powinnaś być zadowolona, że nas spotkałaś. Naprawdę nie wiem jak chciałaś się zabrać z tym wszystkim sama – powiedział James mężnie niosąc zgrzewkę wody.
            - Pewnie latałabym ze trzy razy – odparła beztrosko Lily. – Dobra, przyznaję, cieszę się że pomagacie mi nosić zakupy. Dlatego zapraszam was na lody!
Syriusz wybuchnął rubasznym śmiechem.
            - Czemu ty zawsze pomyślisz sobie coś obleśnego? – wymamrotała zarumieniona dziewczyna. – Mam na myśli takie zupełnie przyzwoite, na patyku, Black.
            - Właśnie Łapo, wychodzi, że jesteś niewyżytym seksualnie maniakiem i we wszystkim widzisz podtekst. Chyba czas wybrać się z Dorcas na randkę… - powiedział James, ciesząc się z zaproszenia rudowłosej.
            - Chcesz iść z Dorcas na randkę? – zapytała zdziwiona Lily, wyjmując z kieszeni szortów klucze. – Pff, Dorcas na pewno z tobą nigdzie nie pójdzie!
            - Sama mnie zaprosiła, Evans – odparł urażony Syriusz. W dodatku był pod wrażeniem szybkiego otworzenia wszystkich zamków kluczami. Jednak widocznie takie umiejętności nabywa się, więc nie miał się czym martwic na zapas.
            - Serio? – zapytała Lily i weszła do domu. – Wchodźcie, co tak stoicie? Jedynym potworem, który może was zaatakować jest moja niezrównoważona psychicznie siostra – wyszeptała Lily i skierowała się do kuchni.
James rozejrzał się bystro po wnętrzu (kuchnia jak kuchnia, chociaż zauważył parę dziwnych sprzętów) i ciężko zasiadł na krześle przy stole.
            - Evans, dawaj te lody, rzeczywiście coś nam się należy za to wykorzystanie jako tragarzy marchewek, czy co ty tam nakupowałaś – powiedział Syriusz, uważnie oglądając toster. Podobny był w domu wujka, więc może w wolnej chwili podpyta Evans o te wszystkie mugolskie sprzęty.
Lily przewróciła oczami i zaczęła poszukiwania w zamrażalniku.
            - Czekoladowe, truskawkowe, czy waniliowe? – zapytała wyciągając na blat mnóstwo kolorowych paczek. – Chociaż waniliowych nie polecam, tylko Petunia je lubi… - dodała.
            - Opowiadajcie jak to się stało, że Syriusz ma dom w dzielnicy mugoli? – zapytała Lily.
            - Spadek, Evans – wyjaśnił szybko Syriusz, pożerając w ekspresowym tempie kolejną porcję zimnego przysmaku. – Drodzy rodzice w życiu nie kupili by mi domu… Ale dzięki uprzejmości wyklętego wujka mam dom i całkiem przyzwoitą sumkę w skrytce u Gringotta.
            - Zazdroszczę – odparła Lily. – Gdyby mi tylko jakaś miła osoba zostawiła dom, to jak najprędzej wyniosłabym się z tego piekła…
            - Aż tak źle? – zapytał James wprowadzony w spór pomiędzy siostrami.
            - Okropnie – westchnęła. – Najgorzej jak widzi jakieś oznaki magii, moje księgi, a gdy przylatuje sowa to drze się… Nie da się tutaj mieszkać bez co najmniej jednej kłótni dziennie – dodała.
            - Współczuję, wiem coś o pochrzanionej rodzinie – powiedział Syriusz. – Ale jak już tu jesteśmy, to może nam pokażesz swoje królestwo?
            - Masz na myśli pokój Lily? O tak, pokaż nam! – poprosił James w końcu zainteresowany czymś innym, niż lodami czekoladowymi.
            - No nie wiem, raczej nie wpuszczam tam facetów – odparła ze śmiechem rudowłosa, kierując się w stronę schodów na piętro. – Ale jeżeli tak bardzo chcecie to proszę, oto pokój kujona! – dodała i otworzyła białe drzwi.
James, jako najbardziej zainteresowany, wszedł pierwszy. Pokój był całkiem spory, miał ściany w kolorze wrzosów, białe meble i duże łóżko.
            - Nie tego się spodziewałem – powiedział Syriusz, rozwalając się na ładnie zasłanym łóżku. – Raczej myślałem, że potknę się o książki, a ich tu w ogóle nie widać.
            - Trzymam je w garderobie – odparła Lily, na co James uniósł brew. – Tam jest więcej miejsca, no nieważne. Zostaniecie na kolacji? Rodzice będą po dwudziestej.
James szeroko otworzył oczy i spojrzał na zegarek.
            - Cholera, Lily, nie możemy. Wiesz, mamy godzinę policyjną ustawioną na dwudziestą – powiedział, czując że traci okazję poznania państwa Evans, czyli jak to miał w planie, przyszłych teściów.
            - Taa, Dorea jest sroga – zażartował Syriusz.
            - Martwi się – westchnęła Lily. – Rozumiem, szkoda tylko, że znowu zostanę sama z Petunią…
            - Jakie to dziwne, Evans żałuje, że nie możemy zostać na kolacji… - zauważył Syriusz.
            - Widzisz Black, jak to niektóre rzeczy się zmieniają – odparła Lily schodząc po schodach. – No ale to co, za sześć dni spotkamy się u Alicji, prawda?
            - Już się nie mogę doczekać – odparł James i machnął ręką z różdżką.
Błędny Rycerz pojawił się znikąd.
            - Do Doliny Godryka – powiedział Syriusz wchodząc do autobusu.

***

Alicja z głośnym piskiem wybiegła z domu.
            - Już jesteś! – zawołała, rzucając się w ramiona Franka. – Tęskniłam – wyszeptała mu do ucha i gorąco pocałowała.
            - Z całą pewnością ja tęskniłem bardziej – odparł chłopak mocno przytulając brunetkę. – Oho i skończyła się chwila… - westchnął, widząc nadchodzących od strony drogi Huncwotów z Dorcas i Lily.
            - Są wszyscy? – zapytała Alicja, po przywitaniu się z przyjaciółkami.
            - Tak – odparł Remus.
            - Zaczynamy wakacje!

***

Dorcas leżała na jednym z przytachanych przez chłopaków leżaków i pracowała nad idealną opalenizną. Co jak co, ale nie było to takie łatwe zadanie jakby się wydawało. Trzeba było używać odpowiedniego kremu z filtrem (nie za dużym, ale też nie za małym – w końcu nie chciała się spalić na skwarkę), przewracać się co jakieś półgodziny na plecy lub na brzuch, oraz pilnować odpowiedniego nawadniania organizmu. Dorcas podeszła do tego zadania bardzo poważnie.
            - Black, ty cholerny kretynie! Odbiło ci? – zawołała, gdy Syriusz oblał ją od stóp do głów wodą z wiaderka, zapewne pożyczonego od dzieci bawiących się nieopodal.
            - Meadowes, leżysz prawie bez ruchu, tylko obracasz się, żeby się odpowiednio przyrumienić. Chodź do wody, jest świetna! Nawet Rudzielec porzucił swój posterunek przy ciuchach i wskoczył do jeziora – powiedział Syriusz siadając na ręczniku porzuconym przez Franka.
            - Opalenizna nabyta w Anglii to nie byle co, Black – odparła naburmuszona Dorcas, wycierając się z chłodnej wody.
            - O Merlinie – wymamrotał Syriusz i z uśmiechem podniósł się z ręcznika. – Sama tego chciałaś! – zawołał pociągając czarnowłosą z leżaka.
            - Nie ośmielisz się – powiedziała przez zęby Dorcas, doskonale zdając sobie sprawę z tego, co się zaraz wydarzy.
            - Przekonajmy się – odparł Syriusz i z głośnym okrzykiem wbiegł z dziewczyną na rękach do wody.

***

            - Dorcas go zabije – stwierdziła Lily, gdy usłyszała piszczącą i przeklinającą przyjaciółkę podtapianą przez roześmianego Syriusza. – Od dłuższego czasu wspominała o wylegiwaniu się na słońcu… - dodała, widząc nierozumiejący wzrok bruneta.
            - Najwyżej go zamorduje – odparł beztrosko James. – Dobrze pływasz – stwierdził, widząc odpływającą w stronę środka jeziora Lily.
            - To jedyna dziedzina sportu, którą lubię – powiedziała dookoła rozchlapując wodę. – Ścigamy się?
            - Jasne – odparł James.

***

Peter z pewnością nie był typem sportowca. Owszem, lubił quidditcha, ale tylko w roli widza, a nie zawodnika. Dlatego gdy Lily wpadła na pomysł zagrania w siatkówkę plażową, Peter rozłożył się na zalanej słońcem plaży i patrzył na spokojną wodę.
            - Potter nie próbuj odbijać piłki, kiedy ja to robię! – krzyknęła Lily i rozmasowała bolące ramię. – Schodzę, grajcie dalej.
Rudowłosa usiadła obok Petera.
            - Nie wiem jak wy z nim wytrzymujecie – westchnęła, patrząc na odbijającego piłkę Jamesa, który zachowywał się jakby miał ADHD. – Ciągle ma tyle energii?
            - Oo tak, jego nadmiar energii plus chęć popisywania się skutkuje różnymi urazami – stwierdził Peter, spoglądając na blade ramię dziewczyny. – Będziesz miała paskudnego siniaka.
            - Taa, to nieuniknione – odparła Lily, kładąc się na ręczniku. – Jak ci mijają wakacje? Wszystko dobrze?
            - Jasne, jest świetnie – odparł Peter, nie patrząc na Lily. – Tylko szkoda, że tak szybko mijają… - dodał.
            - Wszystko co dobre, szybko się kończy – powiedziała Lily.

***

            - Serio, Al? Jak ty to sobie wyobrażasz? – zapytała Dorcas.
Rozglądała się po magicznie powiększonym pokoju gościnnym w domu państwa Taylor i z niepokojem spoglądała na rozłożone na podłodze śpiwory.
            - Super, biwak! – krzyknął podekscytowany James.
            - W dodatku koedukacyjny – dodał Syriusz, zwracając uwagę na liczbę śpiworów.
            - Co? – warknęła Lily, wyobrażając sobie najgorsze.
            - Jejku, będzie fajnie! – odparła Alicja. – Spędzamy razem tydzień wakacji, więc nie będziemy się rozdzielać.
            - Jak najbardziej mi to odpowiada – powiedział Frank, popierając pomysł brunetki.
            - I tak już widzieliśmy was w kostiumach, więc nie marudźcie. Piżamy z pewnością więcej zakrywają – stwierdził Syriusz zajmując jedno z posłań.
            - No chyba, że ktoś śpi nago – wtrąciła Dorcas.
            - Chcesz nam coś powiedzieć, Meadowes? – zapytał Syriusz.
            - Przestańcie flirtować – wyjęczała Lily, wybierając najbardziej oddalony śpiwór. – Dorcas śpi koło mnie, więc nie, James, nawet sobie nie myśl zajmować tego obok mnie – warknęła, widząc starania chłopaka. Może i Potter zachowywał się lepiej i był milszy, ale nie miała zamiaru koło niego spać. Nie, nie i jeszcze raz nie. Już to, że ją widział w kostiumie (jednoczęściowym, ale to zawsze kostium!) było wielkim osiągnięciem.
            - Wszyscy zajęli śpiwory? – zapytał Remus. Gdy usłyszał chóralne: „taaak”, zgasił światło.
            - Dobranoc – mruknęła Alicja.
            - Pchły na noc – odparła Dorcas, chichocząc z mamrotania Lily.
            - Karaluchy pod poduchy – dodał Syriusz.
            - A szczypawki do sadzawki – wyburczała Lily.

***

James obudził się w wyśmienitym humorze. Był osobą pozytywną, więc zwykle miał dobry humor, ale ten dzień zaczynał się lepiej niż każdy inny. Spał zaledwie jakieś dwa metry od swojej ukochanej, którą to wczoraj zobaczył w kostiumie kąpielowym oraz spędził z nią dobrą godzinę pływając w chłodnym jeziorze. Zapewne brzmi to dosyć nieciekawie, ale James cieszył się z małych rzeczy. I małych kroczków.
Kroczków, które miały ich zaprowadzić na ślubny kobierzec.
Lekko uniósł głowę, założył okulary i rozejrzał się po pokoju. Stwierdzając, że wszyscy jeszcze smacznie śpią, zasunął śpiwór do końca i zaczął powoli pełznąc, niczym larwa, w stronę Lily.
Jednak jak się okazało, pełzanie, i to w śpiworze wcale nie było takie łatwe. W dodatku powodowało głośne szuranie i desperackie sapanie.
Ale James był uparty, i w końcu dopełznął do śpiwora zajmowanego przez rudowłosą. Uniósł lekko głowę i zobaczył wpatrujące się w niego groźnie, zielone oczy.
            - Ooo – westchnął.
            - Ooo – przedrzeźniła go Lily, patrząc surowo. – Możesz mi wytłumaczyć, co robisz?
            - Zapoczątkowuję nową dyscyplinę sportową. Pełzanie w śpiworze – odparł James, po cichu licząc na swój niewątpliwy urok osobisty.
Lily pokręciła głową i westchnęła.
            - Ty to chyba nigdy nie dorośniesz – wyszeptała, aby nie obudzić reszty przyjaciół.
            - Całkiem możliwe – odparł James, ale dodał szybko: - Jednak jeżeli powiesz, że mam być poważny, to taki będę.
Lily przewróciła oczami i rozpięła śpiwór.
            - Obawiam się, że jest to zupełnie niemożliwe.

***

Po zjedzeniu śniadania, przyrządzonego przez panią Taylor, Alicja zaproponowała wypad do miasteczka w którym mieszkała.
            - Ale mugolsko – westchnął Syriusz, rozglądając się po okolicy. – I co my tu niby będziemy robić? – zapytał.
            - Mugole mają całkiem ciekawe rozrywki – stwierdził Remus, który był fanem Mugoloznawstwa. – Mają kina, teatry, parki rozrywki, kluby…
            - Lunatyku, wiemy, że to wszystko wiesz, naprawdę nie musisz wymieniać – przerwał James i zwrócił się do Lily. – Może coś zaproponujesz?
Lily uniosła brew i rozejrzała się po nieznanej jej okolicy. Miasto nie było duże; znajdowali się na głównym rynku, przy którym były usytuowane wszystkie atrakcje Colchester.
            - Co powiecie na teatr? Grają „Romea i Julię” – odparła Lily. – Uwielbiam Szekspira.
            - A co to, jakiś upiór? – zapytał Frank. Frank, był znany z zamiłowania do wszelkich potworów, duchów i mar. Ot, takie hobby.
            - Poeta – odparła załamana niewiedzą znajomych, Lily. Jednak szybko sobie wytłumaczyła, że w żadnym razie nie mają obowiązku znania mugolskiej literatury więc odpuściła.
            - To chodźmy – zadecydowała Dorcas i ruszyła w stronę budynku, w którym mieścił się teatr.

***

            - Możesz przestać się śmiać? – mruknęła Lily, patrząc na dramatyczne szlochy Julii, nad ciałem martwego Romea. – To bardzo wzruszający moment, zupełnie nie rozumiem czemu się śmiejesz…
            - Bo okropnie grają – odparł James. – Tak okropnie, że wszyscy wyszli, a tylko my zostaliśmy – dodał szeptem, gdy spojrzała na niego oburzona rozmową, starsza kobieta.
            - Serio? – wyszeptała Lily i rozejrzała się po widowni.
I rzeczywiście, zostali sami z Jamesem, oraz oburzoną wybuchami śmiechu chłopaka, starszą panią.
            - Zaraz się kończy – powiedziała Lily, patrząc jak aktorka, grająca Julię wbija sobie w pierś plastikowy nóż i pada na ciało martwego Romea.
            - Ale musisz przyznać, grali kiepsko – powiedział James, gdy po rzewnych oklaskach starszej pani (która chyba musiała być spokrewniona z „Julią”), wyszli na rozgrzaną ulicę.
            - Zgodzę się, ale historia jest świetna – odparła Lily, nadal pod wrażeniem miłości młodych kochanków. – A ten chłopak grający Romea był całkiem niezły.
            - O ile lubi się napakowanych blondynów – stwierdził James, przypominając sobie, że właśnie tak wygląda Dan Moore. – Ale ty nie lubisz przypakowanych blondynów, prawda?
            - Och, musiałabym się zastanowić… - odparła Lily i udała głębokie zamyślenie. – Hmm, nie raczej nie – dodała i uśmiechnęła się na widok zadowolonego chłopaka.
            - Wolisz brunetów?
            - Zdecydowanie.
            - A mogą być w okularach?
            - Bez różnicy.
            - Więc, kiedy idziemy na randkę?
            - Chwila, nie mówiłam o nikim konkretnym! – stwierdziła Lily.
            - Ależ jesteś niezdecydowana – odparł James. – Chodź, czekają na nas.

***

Wspólnie spędzony tydzień minął szybko. Był ostatni wieczór, na który to rodzice Alicji zaplanowali ognisko.
            - Uważaj, bo się spalisz – przestrzegła Dorcas, patrząc na odskakującego od ognistych iskier Syriusza.
            - To byłaby niepowetowana strata dla całego świata czarodziei – mruknęła sarkastycznie Lily.
            - Żebyś wiedziała, Evans – odparł Syriusz. – Myślę, że czeka mnie świetlana przyszłość, jakaś wielka rola w historii czarodziejskiego społeczeństwa… Może nawet zostanę Ministrem Magii!
            - To było by okropne – stwierdziła Alicja piekąc sobie piankę nad ogniem. – Twoją pierwszą decyzją, było by zatrudnienie samych cycatych blondynek na wszystkich stanowiskach…
            - Ej, Meadowes nie jest ani blondynką, ani tym bardziej nie jest cytata, a na nią lecę! – odparł oburzony Syriusz.
            - No wiesz co! – zawołała Dorcas. – Faceci to tylko na cycki patrzą…
            - Wcale nie, ja czasem patrzę też na coś innego – sprzeciwił się James i wyszczerzył zęby w szerokim uśmiechu. – Tyłek też jest niezły… A szczególnie tyłek Eva… Ała!
            - Przymknij się Potter, o ile chcesz przeżyć do jutrzejszego poranka i wrócić do mamusi – powiedziała oburzona Lily.
            - No wiesz… Nie martw się, zapewnię nam dach nad głową, słowo! Wcale nie będziemy musieli mieszkać z moją matką, zobaczysz Lily! – obiecał James.
            - Czemu ja się z tobą zadaję? – zapytała Lily, załamana ostatnią uwagą chłopaka.
            - Ponieważ jestem przystojny? – odparł James, na co Syriusz wybuchnął głośnym śmiechem.
            - Taa i skromny – dodała Dorcas.

***

            - Widzimy się 1 września! Cześć! – zawołała Lily, wychodząc z Błędnego Rycerza. – A co wy robicie? – zapytała, widząc wychodzących z autobusu Syriusza z Jamesem.
            - Zaczynamy remont domu – odparł Syriusz, machając Dorcas.
            - Bez użycia magii? – zapytała Lily.
            - Bez użycia magii – potwierdził James.
            - To życzę powodzenia – mruknęła Lily, parskając śmiechem.
            - Evans, Evans, Evans, czy ty naprawdę myślisz, że jesteśmy głupi? – zapytał Syriusz, zakładając na ramię plecak.
            - Czy to pytanie retoryczne? – zapytała Lily, uśmiechając się wrednie.
            - Nie – odparł Syriusz. – Oczywiście zatrudniamy ekipę bulaną.
            - Chyba budowlaną – poprawiła rudowłosa, kierując się do swojego domu.
            - Może być i budowlana – powiedział James. – Pytanie, kiedy do nas wstąpisz?
            - Gdy będę chciała zamordować Petunię, to wpadnę do was, wtedy skieruję te zapędy na któregoś z was – odparła Lily, wyciągając z plecaka klucze od domu.
            - To jesteśmy umówieni! – zawołał ucieszony James, zupełnie się nie przejmując groźbą dziewczyny.
            - Rogaczu, jesteś żałosny – stwierdził Syriusz, co doprowadziło do długiej i bardzo głośnej kłótni, zakończonej rękoczynami w postaci przyjacielskich kuksańców i przepychanek.
Stojąca na progu domu dziewczyna, patrzyła na to z rozbawieniem i czułością zarazem.



 ***

14 stron w Wordzie. Jak na razie mój rekord. Dodaję wcześniej, ponieważ w weekend nie będę miała czasu. W tekście na pewno są jakieś błędy, niby sprawdzałam, ale niestety nie zawsze wszystkie wyłapuję. Następny rozdział w poniedziałek :)

3 komentarze:

  1. o jaaaa :3 jak uroczo :D Widzę że Lily małymi kroczkami zbliża się do Jamesa :D Przepraszam ale nie mam jakoś siły na wymyślanie niestworzonych komentarzy bo padam na łeb na szyje :O Do następnej
    ~Nox

    OdpowiedzUsuń
  2. Suuuuuper rozdział. Lily i James są tacy uroczy *.* Widzę że Ruda co raz bardziej przekonuje się do Rogacza
    Pozdrawiam
    Gabriela Black

    OdpowiedzUsuń
  3. NOO nareszcie jestem widze że mam duże zaległości więc ide czytać dalej a rozdział suuper xD xx

    OdpowiedzUsuń

Uwaga: tylko uczestnik tego bloga może przesyłać komentarze.