środa, 20 maja 2015

Rozdział 23



Jane McClusky. Wredna. Ohydna. Puchonka. Wiem, krótka charakterystyka. Ale co mogę o niej więcej powiedzieć? Nie no, jasne, mogłabym powiedzieć więcej. Na przykład to, że całowała mojego chłopaka. Zgoda – nie był wtedy jeszcze moim chłopakiem. Ale jak już zdążyłam ustalić, już wtedy go kochałam. Więc, dziewczyna jest dla mnie tak obrzydliwa jak spleśniały gnom. Tak, widziałam coś takiego… Nie, nie chcę tego widzieć ponownie.
            - To było dziwne – powiedziałam.
Siedzieliśmy we dwójkę w Pokoju Życzeń. James obżerał się tostami, a ja nie mogłam nic przełknąć. Czułam, że ta dziewczyna ma jakiś plan. I to wcale nie przyjemny… Bo co by innego robiła z Peterem? Uch, to nie tak, że twierdzę, iż Peter nie mógłby zdobyć dziewczyny gdyby chciał. Z całą pewnością – mógłby.
Ale McClusky? Ta… Ta Puchonka?
            - Czo było dziwnue? – zapytał James.
O fu. Nienawidzę jak ktoś do mnie mówi z pełnymi ustami. Żadna miłość świata nie zdzierży tak obrzydliwych widoków.
            - Peter z Jane – odparłam i spojrzałam na Jamesa.
Nie. Nie. Nie. Nie. Przecież nie mogło jej chodzić o Jamesa! To nie kręciła by się po zamku z Peterem… Prawda? O ludzie, czemu nie oglądałam tych kretyńskich telenowel z Petunią? Nie mam pojęcia o zdradach, rozstaniach, zemstach, szatańskich planach, knutych przez odtrącone dziewczyny, dosypywaniu prochów do drinków, i takich tam!
I co z tego, że wiem co to jest izotop, czy do czego służy kondensator, skoro nic nie wiem o związkach damsko – męskich?
            - Aaa, to – odparł James. – Taak, to było dziwne. Zresztą, Peter ostatnio jest dziwny…
            - Jak to? – zapytałam ciekawa. 
Czemu faceci nie dzielą się ze swoimi dziewczynami istotnymi sprawami? Tylko chcieliby się całować, lub wpychać rękę pod stanik. Co jest z nimi nie tak?
            - Ciągle gdzieś przepada, gdzieś się śpieszy… Pewnie do tej dziewczyny – powiedział wzruszając ramionami.
Zastanowiłam się przez chwilę.
            - Ale widziałeś ich wcześniej razem? – zapytałam, pełna wątpliwości. – Bo ja nigdy… To jest podejrzane – zauważyłam.
James spojrzał na mnie i pokręcił głową.
            - Masz tu przystojnego faceta, tylko dla siebie, a myślisz o jakiejś głupiej dziewczynie i o Peterze? – spytał, uśmiechając się rozbrajająco.
Zaśmiałam się i wpadłam w jego objęcia.


***


O parze Jane - Peter, zapomniałam już po paru minutach spędzonych w objęciach Jamesa.
Kto by pomyślał, że męskie ramiona mają taką moc? Przepędzania nierozwiązywalnych zagadek…
            - Będziemy się obściskiwać cały dzień na kanapie? – zapytałam, odrywając usta od warg chłopaka.
            - Zawsze możemy się przenieść na łóżko – odparł James.
I owszem, po chwili w pokoju pojawiło się łóżko. W końcu to Pokój Życzeń…
            - Serio? – wymruczałam i pocałowałam go w kącik ust. – Możesz o tym tylko pomarzyć, mój drogi…


***


Nie spędziliśmy całego dnia w Pokoju Życzeń. Mój przytępiony umysł, przypomniał sobie o tym, że nie skończyłam wypracowania na Zielarstwo.
            - Możemy je napisać razem, u nas – zaproponował James, gdy z głośnym jęknięciem „OMG, zapomniałam o wypracowaniu!” oderwałam się od jego warg.
            - U was? – zapytałam kpiąco.
Pisanie wypracowania w dormitorium Huncwotów? Pachnącym tenisówkami i czymś bliżej nieokreślonym? Jakby padliną? Ekhm, chyba podziękuję.
            - U nas – potwierdził z uśmiechem James, zupełnie nie wyczuwając mojego kpiącego tonu. – O tej porze nikogo nie powinno być w dormitorium… Frank na pewno kręci się z Alicją, Remus miał pilnować pierwszaków na szlabanie, a Syriusz i Peter… Hm, wyjdą.
Zastanowiłam się chwilę i kiwnęłam głową. 
Kiedy przestałam być asertywna?
            - To skoczę po swoje rzeczy i zaraz będę – powiedziałam, gdy weszliśmy do Pokoju Wspólnego.
Biegnąc po schodach niczym rącza gazela (taa), wpadłam do naszego dormitorium. Pustego. Dziwne.
Wzięłam pergamin z rozpoczętym wypracowaniem, pióro, kałamarz i książkę, poprawiłam włosy i musnęłam usta truskawkowym błyszczykiem.
I mogłam ruszać do dormitorium chłopaków z siódmego roku.
W środku którego, zastałam kogoś, kogo zupełnie się tam nie spodziewałam…


***


            - Co ty tu robisz? – zapytałam ostro.
Patrzyłam na Jane. I nie dowierzałam. Serio. Bo jakim prawem przebywała w sypialni Gryfonów? Przecież to Puchonka! Do tego z wrednym uśmiechem, na jej paskudnej, szczurowatej twarzy.
            - Spędzam czas z moim chłopakiem – powiedziała tonem ociekającym słodyczą i uśmiechnęła się do Petera.
OMG. O Merlinie. O Morgano. Trzymajcie mnie!
Spojrzałam na zaskoczonego Jamesa i zwróciłam się do Petera.
            - Gratulacje Peter! Nie wiedziałam, że znalazłeś dziewczynę… - powiedziałam i dodałam paskudnym tonem: - Która przypadkowo całowała się z moim chłopakiem.
W pokoju nastała uciążliwa cisza. Peter zrobił się czerwony jak, hm, jak ja, gdy się zarumienię. James się spiął (nie lubił wracać do tych chwil), a Jane wyglądała na bardzo zadowoloną z siebie. Na jej szczurowatej twarzy malowała się dzika radocha.
            - Oj, Lily – westchnęła. – Teraz liczy się dla mnie tylko Peter… Moje słoneczko. Nie musisz się martwic, że ci odbiję Jamesa…
No gdybym tylko nie była prefektem naczelnym!
            - Och, nie mam się o co martwic, ponieważ tak się składa, że James nie zrezygnowałby ze mnie, dla ciebie – odparłam, z moim najsłodszym uśmiechem. – Ponieważ mnie kocha – dodałam, żeby zakapowała.
W końcu to Puchonka… Oni mają problemy z zakapowaniem najprostszych spraw. I zaklęć.
            - Idziemy, James – powiedziałam wyniośle i złapałam chłopaka za rękę.
Wyszliśmy z klatki schodowej, prowadzącej do męskich dormitoriów i szybko przeszliśmy przez Pokój Wspólny.
            - Nienawidzę jej – dodałam, gdy znaleźliśmy się na korytarzu. – Mała, przebrzydła świnia!
James objął mnie ze śmiechem. Tak jakby było się z czego śmiać…
            - Nie wiedziałem, że jesteś taką zazdrośnicą, Evans – mruknął mi do ucha, ciesząc się głupio.
            - Wcale nie jestem zazdrosna! – zaprzeczyłam.
No dobra. Przyznaję. Byłam zazdrosna. Bo gdy pomyślałam, że pod tą szczurzą kopułą zarysowuje się jakiś plan… Ugh. A może mi po prostu odbijało? Może ona lubiła Petera? Oboje byli jacyś tacy… szczurowaci. Tak wiem. Brzmi to po prostu głupio, wiem!
            - Jasne – odparł James, znowu zaciągając mnie do Pokoju Życzeń. – Ale cieszę się.
            - Z czego?! – zapytałam.
Faceci. Pewnie już sobie wyobrażał jakiś pojedynek pomiędzy dziewczynami, czy coś w tym stylu.
            - Że jesteś nas tak pewna – powiedział, wprowadzając mnie do przytulnego pokoiku z zapalonym kominkiem. – To jest cudowne.
Usiadłam na kanapie i rzuciłam wypracowanie (totalnie zgniecione) na stolik.
            - A ty… - zaczęłam. – Ona ci się nie podoba, prawda?
Bo niestety, ale Jane była ładna. Oczywiście, w swój szczurowaty sposób. Ale wiecie, facetom wiele nie trzeba. Wystarczy wydatny biust.
            - Podoba mi się tylko jedna dziewczyna – odparł James. – I tak się składa, że przebywa teraz ze mną w pokoju…
Z uśmiechem triumfu, utonęłam w jego objęciach.


***


Następne dni listopada mijały spokojnie. Miałam doskonały humor, najgorsze terminy patroli przypisywałam prefektom ze Slytherinu, zdobyłam ponad 30 punktów na Eliskirach, miałam świetnego chłopaka, oraz dostałam zaproszenie na imprezę dla „dobrze zapowiadających się młodych osób”, jak to zgrabnie ujął profesor Slughorn.
Taak, dostałam zaproszenie na uroczystą kolację u Slughorna, połączoną z wieczorkiem tanecznym, oraz poszerzaniem moich niezbyt rozbudowanych kontaktów.
            - Dostałeś? – zapytałam ucieszona, widząc, że James majta mi przed twarzą kopertą.
            - Dostałem – potwierdził. – Ale przecież gdybym nie dostał, to i tak bym tam wszedł jako twoja osoba towarzysząca, prawda?
Przewróciłam oczami.
            - Oczywiście, że nie – powiedziałam. – Żartuję, jasne że bym cię wzięła! – dodałam od razu, widząc jego wzrok.
            - Też dostałam – wtrąciła się Marlena, rzucając ciężką torbę obok kanapy i usiadła na wolnym fotelu. – Trzeba iść z osobą towarzyszącą?
            - Nie, no co ty! Wtedy musiałabym kogoś zapraszać na poprzednie wyjścia, a nigdy tak nie robiłam – odparłam, zaczynając pisać wypracowanie na Transmutację.
            - Lily wie co mówi, tyle razy ją zapraszałem na te głupie kolacyjki… - powiedział James. – Jeżeli nie chcesz nikogo zapraszać, to nie musisz – stwierdził, widząc mój wzrok.
            - Gdzie i kogo zapraszać? – zapytał Syriusz, który właśnie wszedł z Dorcas, oraz Remusem do Pokoju Wspólnego. – Chętnie gdzieś pójdę…
Dorcas walnęła go w głowę, na co Syriusz zareagował jedną z tysięcy swoich głupich min. Ta była a’la zbity psiak.
            - Dor, przecież żartowałem! – zawołał, masując sobie czubek głowy. – Będę miał siniaka, jak nic…
            - Dzisiaj widziałam parę osób z tymi zaproszeniami… Głównie Ślizgonów – powiedziała czarnowłosa, totalnie ignorując jęczącego Blacka. – Także, już wam współczuję tego doborowego towarzystwa – dodała sarkastycznie.
            - Oj tam – machnęłam piórem. – Przynajmniej jest dobre żarcie.
            - Chodziłaś tam tylko dla jedzenia? – zapytał James, śmiejąc się.
            - A myślałeś, że z jakiego powodu? Żeby zobaczyć wampira? No co ty, jedzenie było wyśmienite, więc przychodziłam – odparłam zażenowana.
            - No nieważne – skwitował Remus. – To kiedy jest spotkanie Klubu Ślimaka?
            - W tę sobotę – odparł James, skrzętnie zrzynając ode mnie wypracowanie. – W co się ubierasz?
            - W sukienkę – odparłam.
Na co mu ta wiedza?
            - Chodzi mi o kolor – powiedział, patrząc na mnie jak na osobę niekumatą. – Dopasuję kolor krawatu do koloru twojej sukienki – wytłumaczył.
            - Po co? – zapytałam.
            - I wychodzi z niej mugol… - westchnął Syriusz, kręcąc głową. – Rudzielcu, w arystokratycznym światku to jest normalne. Strój czarownicy ma pasować do jej partnera, nie wiedziałaś?
            - Gdybym wiedziała, to bym nie pytała, prawda? – odparłam.
Skąd ja to miałam wiedzieć? Wiem, wychodzę na ignorantkę. Ale serio, nie miałam do czynienia z żadnymi arystokratami. Oczywiście dopóki nie spotkałam Syriusza. Ale on sam zachowywał się jak prostak! I to nie raz!
            - Och, więc zakładam czerwoną sukienkę – powiedziałam. – A raczej bordową – dodałam po zastanowieniu.
            - Ok. – odparł James.
I po sprawie.


***


            - Marlena, widziałaś moją szczotkę? – zawołałam z łazienki.
Stałam w samym ręczniku w łazience i patrzyłam na poplątane, mokre kosmyki.
Zdecydowanie nie potrafiłam się sama wyszykować na kolację u Slughorna! Dorcas wybrała się gdzieś z Syriuszem, a Alicja z Frankiem. Tak to jest, gdy kumpele mają facetów… Ale miałam jeszcze Marlenę!
            - Jesteś?... O mój Boże! – zawołałam, gdy wychyliłam się z łazienki i zobaczyłam kogoś, kto w żaden sposób nie powinien się tutaj dostać.
Bo tak się składa, że jest chłopakiem.
            - Co ty tu robisz? I jak tu wlazłeś? – zapytałam Jamesa, wychodząc z łazienki.
            - Oknem – odparł, przyglądając mi się. – Marlena poszła do Sowiarni – dodał.
            - Oknem? Jak to oknem? – zapytałam, nadal tkwiąc przy moim pytaniu.
            - Najnormalniej w świecie. Wleciałem – powiedział, wskazując na miotłę opartą o szafę.
Zamrugałam. Damskie dormitorium, to było jedyne miejsce w Hogwarcie niezdobyte przez Huncwotów. Do tego momentu.
            - To… świetnie – mruknęłam, przypominając sobie o tym, że jestem prawie nago. – A po co tutaj wleciałeś? – zapytałam, nerwowo przytrzymując ręcznik.
            - Żeby zobaczyć twoją sukienkę – odparł beztrosko.
            - Nie mogłeś poczekać? – zapytałam napastliwie.
Boże, co on sobie myślał? Włamywać się do damskiego dormitorium, żeby obejrzeć sukienkę? Czy on myśli, że jestem głupia?
            - Chodzi mi o kolor, nie wiem na jaki odcień Remus ma zaczarować krawat – powiedział, podchodząc bliżej.
            - Czasami mam wrażenie, że któryś z waszych nieudanych żartów, spowodował u ciebie jakieś lekkie problemy z głową – odparłam. – Nie pomyślałeś, że ja mogę to zrobić? Jak już się spotkamy?
James lekko rozchylił usta.
            - Być może – odparł po chwili zastanowienia. – Ale dla takich widoków… Było warto – dodał otwierając okno. – Widzimy się za godzinę.
Weszłam do łazienki, kręcąc głową. Czasami mam wrażenie, że on nigdy nie wydorośleje…


***


            - No i widzisz, tak to wygląda – szepnęłam do Marleny.
Lochy wyglądały, cóż, całkiem nie jak lochy. Profesor Slughorn naprawdę się postarał!
Jakoś udało mu się usunąć ten dziwny, wilgotny nalot na kamiennych ścianach. W łukowatych oknach rozwiesił ciężkie, aksamitne zasłony, w jakże typowym dla Slytherinu, zielonym kolorze. Po pomieszczeniu kręcili się odziani w wieczorowe szaty kelnerzy, proponujący gościom przeróżne przysmaki oraz drinki.
Jednak jeszcze ciekawsze było towarzystwo. W jednym pokoju znajdowali się najlepiej zapowiadający się uczniowie i/lub ci z odpowiednimi koneksjami.
Oraz mnóstwo znanych osobistości! Slughorn wychował sobie naprawdę sporą gromadę znanych osób.
Był świetnie zapowiadający się pisarz – Terry Guy, znany zawodnik quidditcha – Ernest May, wokalistka Fatalnych Jędz, zastępca Ministra Magii, dyrektor Świętego Munga, oraz wielu, wielu znakomitych gości.
Którzy oczywiście rozmawiali między sobą, oraz profesorem, a nas, czyli uczniów ignorowali.
Zawsze tak jest!
Dlatego zwracałam główną uwagę na jedzenie.
            - Nudy – stwierdziła Marlena, po zjedzeniu trzeciej tartaletki i popiciu jej szampanem. – Myślałam, że wydarzy się coś ciekawszego…
            - Taa – mruknęłam, pożerając kawałek najlepszej chałwy z Miodowego Królestwa. – Ale jedzenie świetne.
James zaśmiał się głośno.
            - Stwierdzam fakty – powiedziałam naburmuszona.
I o mało nie oplułam się wpychaną kolejną słodkością, gdy zobaczyłam ponurego Severusa Snape’a z uwieszoną na jego ramieniu Jane McClusky.
Paranoja!
            - Ooo – powiedział James, poważniejąc. – Rzuciła Petera i przerzuciła się na Snape’a? Coś tu śmierdzi i nie twierdzę, że Smarkerus…
Westchnęłam i odwróciłam się od mojego byłego przyjaciela, oraz jego szczurowatej partnerki.
            - Nie wiem o co w tym wszystkim chodzi – powiedziałam. – Najpierw molestuje cię na oczach całej szkoły, później chodzi z Peterem, a teraz kręci się ze Snapem. To nie na moją głowę…
            - To ona? – zapytał Marlena. – Można powiedzieć, że znajduje sobie doborowe towarzystwo – skomentowała, widząc, że podchodzą do Avery’ego i jego ślizgońskiej partnerki.
            - Chodźmy stąd – mruknął James i skierował się w stronę okien.
Złapałam z tacy przechodzącego kelnera kawałek ciasta i udałam się za chłopakiem.


***


Wieczorek u Slughorna skończył się tańcami. Tak, tańcami! Których nikt nie chciał tańczyć, więc królem parkietu został profesor oraz wokalistka Fatalnych Jędz.
            - Nie było tak źle, jak zazwyczaj – zauważyłam.
            - Bo w końcu poszliśmy razem – odparł James.
            - Oj tam – westchnęłam.
Było już dobrze po dwudziestej drugiej. Czyli cisza nocna. Ale oczywiście profesor Slughorn w ogóle się tym nie przejmował.
            - Ale wkurzające było to wypytywanie o mojego dziadka – powiedziała Marlena. – Był mistrzem eliksirów, ale przecież nie żyje! Ile można opowiadać o zmarłej osobie? Slughorn jest nietaktowny…
Mruknęłam coś i wsłuchałam się w rytm naszych kroków. Och, po prostu byłam wykończona! Ile można chodzić w butach na obcasach?
            - Wiecie… - zaczęłam, ale przerwała mi czyjaś ręka na ustach.
Na szczęście Jamesa. Nie wiem, czy jakąś inną bym zdzierżyła.
            - Cii – wyszeptał, zatrzymując nas.
Stanęliśmy i zaczęliśmy nasłuchiwać.
            - … mówię ci, zdobędziesz tą swoją przyjaciółeczkę z powrotem! Już dzisiaj wydawała się być o ciebie zazdrosna… Patrzyła się wzrokiem bazyliszka, mówię ci Snape! Parę dni poudajemy i znowu będzie twoja.
Och, przesłodka Jane McClusky! Jakże by inaczej…
            - Wątpię – odparł ktoś nosowym głosem. 
No dobra, nie ktoś tylko Snape.
            - A ja wtedy zajmę się Potterem. Jest kapitanem drużyny, będę do niego o wiele bardziej pasować, niż ta ruda paskuda!
Ja jej dam rudą paskudę!
            - Potter nie zrezygnuje z Evans dla ciebie – zaśmiał się Snape. – Musiałabyś na niego rzucić Imperio, żeby na ciebie spojrzał, McClusky… Nigdy więcej mi tego nie proponuj – dodał.
Usłyszeliśmy szuranie, tak typowe dla Snape’a.
            - Zabiję – wyszeptałam, wychodząc zza rogu. – I ani ty, ani ty, mnie nie powstrzymacie! – zawołałam do Jamesa i Marleny, stając naprzeciwko Jane.
            - Fajnie się knuło z moim byłym przyjacielem? – zapytałam dziewczynę.
            - O czym ty mówisz, Evans? – odparła słodkim głosem.
Gdy ktoś zwraca się do ciebie takim ociekającym słodyczą głosem – wiedz, że coś się dzieje.
            - Nie udawaj, Jane – odparłam znudzonym tonem. – Serio zastanawiałaś się nad tym Imperio? Czy do twojego małego móżdżku dochodzi fakt, że jest to prawnie zakazane?
Marlena parsknęła, a James patrzył na brunetkę z odrazą.
            - Ale ja tylko… - zaczęła trzęsącym się głosem. – Chciałam być popularna! – zawołała i zaczęła płakać.
            - Chodźmy stąd – powiedział zniesmaczony James.
Ruszyliśmy w stronę Wieży Gryffindoru.
            - To było dziwne – stwierdziła Marlena, gdy dotarliśmy na siódme piętro. – Zostawię was samych – dodała, gdy weszliśmy do pustego Pokoju Wspólnego.
Usiadłam na kanapie i spojrzałam na bruneta.
            - Więc – zaczęłam. – Co to w ogóle było?
            - Nie mam pojęcia, Lily – odparł James. – Wiem tylko, że Snape mnie dobrze zna. W życiu nie zrezygnowałbym z ciebie, dla jakiejkolwiek innej dziewczyny.
No i stało się. Roztopiłam się. To było słodkie.
            - Myślisz, że jeszcze będzie czegoś próbować? – zapytałam, przytulając się do Jamesa. – Wie, że wiemy – dodałam.
James zaczął się trząść. Najpierw pomyślałam, że to jakiś atak. No i może był to atak. Śmiechu.
            - Nie będzie niczego próbować – stwierdził i pocałował mnie.
            - Więc mamy ją z głowy? – zapytałam, nadal niepewna.
            - Tak – odparł James.
I była to najprawdziwsza prawda. Mieliśmy ją z głowy.
Ponieważ następnego dnia rano, Jane McClusky, Puchonka o szczurowatym wyrazie twarzy, została znaleziona martwa.



***

Właśnie wybiło 10 tysięcy wyświetleń bloga... Dziękuję!!

piątek, 15 maja 2015

Rozdział 22



31 października z całą pewnością nie jest kolejnym, zwykłym dniem.
Nie w Hogwarcie.
Od samego rana można wyczuć, że stanie się coś innego, magicznego. I tak, 31 października 1977 roku miał zapisać się w mojej pamięci, jako dzień wyjątkowy.
Zaczął się zupełnie zwyczajnie, jak każdy poprzedni. No, może troszkę inaczej, bo to była sobota. A jak wiadomo, jak jest sobota to większość ludzi się cieszy. Jednak taaak, nie ja. Byłam ze wszystkim opóźniona. I to stanowczo.
Miałam do napisania dwa wypracowania, i to diabelnie ciężkie. Ale kto powiedział, że w szkole ma być łatwo? Nasi profesorowie z całą pewnością uważali, że ma być nam jak najtrudniej…
W dodatku poprzedni wieczór, a właściwie noc, była okropna. Nie mogłam usnąć. Cały czas, zastanawiałam się, co takiego robią Huncowci, ile punktów straci przez to Gryffindor, czy zarobią kolejny szlaban, oraz czy sobie czegoś nie zrobią.
Zdecydowanie – bycie z kimś nie jest łatwe. Człowiek martwi się nieustannie o tą drugą osobę, i w ogóle można dostać paranoi. Ja miałam paranoję. Bo czy to jest normalne, że martwię się czy prawie dorosły facet nic sobie nie zrobi?
Co ta miłość wyprawia z ludźmi…
Więc, gdy po śniadaniu, profesor McGonagall poprosiła wszystkich prefektów, żeby zostali i pomogli w przygotowaniach do Nocy Duchów, cóż, było jak zwykle. Bo odkąd jestem prefektem, zawsze pomagam w przygotowaniach. 
Jednak ten rok różnił się od poprzednich tym, że miałam chłopaka. Z którym chciałabym się zobaczyć, ponieważ nie było go na śniadaniu…
Ale co tam, prawda? Lily Evans zawsze musi być taka poukładana i pomocna!
Więc nie. Nie tym razem. 
Zresztą, gdzie się podział Remus? A jeżeli coś im się stało? Przecież to jest wszystkim wiadome – Huncwoci są szaleni…
            - Amy… - mruknęłam do mojego drugiego ulubionego prefekta, po Remusie. – Słuchaj, kiepsko się czuję. Wiesz, babskie sprawy… Możesz mnie zastąpić w roli naczelnej, a ja skoczę do skrzydła po jakiś eliksir przeciwbólowy?
            - Jasne, Lily! – zawołała Amy i od razu przybrała poważną minę. – Do roboty! Mamy mnóstwo rzeczy do zrobienia! – zawołała.
Jasne. Było mi szkoda reszty prefektów…
A nie, Ślizgonów nie. Amy jak chce, potrafi być wymagająca. Może to ona powinna dostać odznakę Prefekta Naczelnego?
Jednak to nie był czas na rozmyślania. Miałam misję do wykonania. Dowiedzenie się, czy mój chłopak jest cały. No, i przy okazji, co z resztą Huncwotów.
Dlatego udając okropne męki, trzymając się za brzuch, wyszłam z Wielkiej Sali. Gdy tylko drzwi się za mną zamknęły, puściłam się biegiem w kierunku Wieży Gryffindoru.
Co było całkiem głupim pomysłem, bo nie mam za grosz kondycji. Po dwóch piętrach ciężko dyszałam i dostałam kolki w prawym boku. Ale brnęłam dalej, w myślach wyklinając Jamesa i wyzywając go od nieczułych drani. 
Bo, cholera, mógł mi chociaż liścik wysłać! Coś w stylu: „Lily, żyję! Spokojnie sobie zawieszaj głupie ozdoby”…
Ale nie! Bo po co, nie? Merlinie, za bardzo się nakręciłam. Ufff, zen, myśl o czymś rozluźniającym… O szeleszczącym pergaminie. O taaak.
Gdy dotarłam na siódme piętro, miałam kolkę też i w lewym boku, ale w gruncie rzeczy byłam wyluzowana.
Przemknęłam niezauważona(a przynajmniej taką mam nadzieję) przez Pokój Wspólny i cichutko weszłam do sypialni Huncwotów.
I możecie sobie wyobrazić moje zdziwienie, gdy zobaczyłam Jamesa.
Spokojnie chrapiącego pod kołdrą!!
A ja się tak martwiłam!
Głupia! Głupia ja!
            - Wstawaj – wysyczałam, wciskając Jamesowi palec wskazujący między żebra.
            - Auaa, Lily? – zapytał, zakładając okulary i krzywiąc się. – Czy coś się stało?
            - Czy coś się stało? – powtórzyłam wkurzona. – Stało się! Do kibla, marsz – wysyczałam.
Gdy już się znaleźliśmy w ich okropnie brudnej łazience, i gdy wyciszyłam pomieszczenie, zaczęłam:
            - Czy ty możesz mi powiedzieć, czemu nie dałeś znaku życia?! – zawołałam, patrząc się na zmieszanego Jamesa. Mogło chodzić o to, że stał przede mną w samych bokserkach. Ale z drugiej strony to facet, więc jego się nie zrozumie, nie?
            - Ale…
            - Wiesz jak się martwiłam? Nie wiedziałam gdzie przepadliście, co robiliście! Przez ciebie nie spałam!
            - Ale, Lily…
            - W dodatku muszę wieszać jakieś głupie ozdoby! Czy ty możesz sobie wyobrazić moją irytację, gdy muszę przebywać w jednym pomieszczeniu dzień po dniu z tym okropnym Avery’m?! W dodatku, gdy się zastanawiam, czy nic wam się nie stało? Z waszymi głupimi pomysłami, wszystko jest możliwe!
            - Lily, ja…
            - Nie James! Postąpiłeś okrutnie! Tak, okrutnie! Nie patrz tak na mnie! To było świństwo! Zwykłe świństwo, i nie, nie zbliżaj się do mnie, bo całowanie tego nie załatwi… Dobra, może załatwi, ale jeżeli najpierw umyjesz zęby…


***


Wiem, wiem, wiem. Lily Evans – rudzielec w gorącej wodzie kąpany. Nie powinnam się tak na niego drzeć, to jest oczywiste. Ale trzeba sobie jakoś wychować faceta, prawda? Przecież nie może myśleć, że gdy będzie przepadał na całe noce z kumplami, ja go przywitam z otwartymi ramionami i słodkim uśmiechem na ustach…
            - Przeszło ci? – zapytał, po całkiem miłej sesji pocałunkowej.
            - Uhm – wymruczałam, przytulając się do nagiego torsu chłopaka.
Hm, no nawet nie zwróciłam na to uwagi. Trzeba będzie się dokładniej przyjrzeć. Jak już się od niego odkleję... Później.
            - Gdzie byliście? Co robiliście?
            - Za dużo pytań Lily… Nie mogę odpowiedzieć – stwierdził, całując mnie w czubek głowy.
            - Jak to: nie możesz? – zapytałam, patrząc mu w oczy.
            - Bo to nie moja tajemnica, Lily – odparł.
Westchnęłam ciężko i pokiwałam głową.
            - Muszę wracać – powiedziałam, odrywając się od bruneta. – Niezłe mięśnie – dodałam, wlepiając wzrok w jego brzuch.
James uśmiechnął się.


***


Gdy wróciłam do Wielkiej Sali, okazało się, że właściwie wszystko zostało zrobione. Hm, cóż. Amy doskonale się sprawdziła!
            - I co, lepiej się czujesz? – zapytała, lewitując nad stołem nauczycieli wielką dynię, która miała zawisnąć za stołem.
            - Taa, dzięki, że mnie zastąpiłaś – odparłam, przyglądając się przystrojonej sali. – Świetna robota.
            - Dzięki – odparła, uśmiechając się z satysfakcją. – I jak ci się układa z Potterem?
Spojrzałam na nią z zaskoczeniem. Amy była lekkim odludkiem towarzyskim, myślałam, że nie wie, że jesteśmy razem.
            - Cudownie – powiedziałam z uśmiechem. – Jest naprawdę cudownie – dodałam, mając na myśli obściskiwanie, które niedawno miało miejsce w łazience. Co tak naprawdę, nie brzmi dobrze. Trochę tanio. Ale co tam!
            - Zazdroszczę… - westchnęła.
Zmarszczyłam brwi i chwilę się zastanowiłam.
            - A co myślisz o Remusie Lupinie? – zapytałam z przebiegłym uśmieszkiem.


***


Tonight I wanna see it in your eyes
Feel the magic
There's something that drives me wild
And tonight we're gonna make it all come true
'Cause girl, you were made for me
And girl I was made for you
(Kiss – I was made for lovin’ you)



To miało stać się właśnie dzisiaj. Noc wyjątkowa, tak jak dziewczyna…
            - Co ty wyprawiasz? – zapytał Syriusz, patrząc jak próbuję użyć Ulizanny.
Ja i moje włosy…
            - Szykuję się na kolację – odparłem, wcierając dziwnie pachnący specyfik we włosy.
            - A po co to robisz? – zapytał, spoglądając na buteleczkę, którą trzymałem w dłoni.
            - Ponieważ, dzisiaj ma być idealnie – odparłem i spojrzałem w lustro.
Nie było najgorzej, włosy się trochę ujarzmiły.
            - Jak sądzisz, czarna koszula, czy biała? – zapytałem, przysuwając to jedną, to drugą do twarzy.
            - Czarna – odparł pewnie Syriusz. – Rozumiem, że stroisz się tak dla Rudzielca?
            - Dla Lily – poprawiłem odruchowo. – Ty się nie szykujesz? Nie chcesz olśnić jakiejś dziewczyny? – zapytałem, mając na myśli przyjaciółkę Lily.
Łapa westchnął i usiadł na łóżku.
            - Idę z Dorcas… Nawet całkiem dobrze się złożyło, że zapomniała minione dwa tygodnie. Ostatnie co pamięta, to randka w Hogsmeade, więc randka w Noc Duchów będzie całkiem dobrym posunięciem taktycznym…
            - Uhm – wymamrotałem. – Dzisiaj to zrobię – oznajmiłem całkowicie od czapy.
            - Co?! Gdzie będziecie to robić? – zawołał podekscytowany Łapa. – No patrz, kto by pomyślał, że Evans to taka mała rozpustnica… Już ci się pcha do łóżka, co?
            - Kurwa, nie! – odparłem zdegustowany. – Dzisiaj oficjalnie jej powiem, że ją kocham, kretynie.
Syriusz przewrócił oczami.
            - Oficjalnie? To reszta była nieoficjalnie? Merlinie, Rogaczu, co ta Evans z tobą wyprawia…
            - Poczekamy, zobaczymy, co Dorcas będzie z tobą robiła – odparłem urażony.
Co jak co, ale do wyznawania uczuć podchodziłem bardzo poważnie. Jak do niczego innego.
            - Dorcas jest niezła, nie powiem, ale nie wiem…
Spojrzałem na niego, zakładając koszulę.
            - Czego nie wiesz?
            - Czy to ta, jeżeli wiesz, o czym mówię – odparł beztrosko.
            - Mam wrażenie, że żadna nie będzie dla ciebie wystarczająco dobra, Łapo – powiedziałem. – Musisz zejść na ziemię i wydorośleć. Kończymy szkołę, a na świecie jest nieciekawie. Trzeba żyć, póki mamy czas…
Syriusz uśmiechnął się kpiąco.
            - Sądzę, że mam mnóstwo czasu, Rogaczu.
            - Obyś miał rację – odparłem wychodząc z dormitorium.


***


James przez całą kolację był dziwnie spięty. Gdy większość żartowała i cieszyła się świetną kolacją, on siedział zamyślony i patrzył na mnie. Czułam się naprawdę nieswojo pod tym spojrzeniem.
            - Świetny występ – powiedziałam, mając na myśli przedstawienie duchów, które przed chwilą się skończyło.
            - Taa – mruknął i spojrzał na mnie żywiej. – Przejdziemy się po błoniach?
Z uśmiechem skinęłam głową. Ruszyliśmy z coraz bardziej pustoszejącej Wielkiej Sali w kierunku wyjścia z zamku.
            - Ładny wieczór – skomentowałam, gdy skierowaliśmy się w stronę jeziora.
            - Zimno jest, poczekaj – odparł James i zaklęciem przywołał nasze kurtki.
Szliśmy w milczeniu, trzymając się za ręce. Wieczór był naprawdę piękny. Księżyc oświetlał nam dróżkę dookoła jeziora, drzewa delikatnie poruszały gałęziami pod wpływem wiatru… Romantycznie.
            - Stańmy tutaj – powiedział nagle James.
            - Ładnie – skomentowałam, mając na myśli księżycowe światło, odbijające się w wodzie. Ej, no co? Zauważam takie rzeczy… Może i nie jestem aż tak dziewczyńska jakbym chciała, ale naprawdę lubię łono natury.
            - Tak, bardzo ładnie – wymamrotał, i spojrzał mi prosto w oczy. – Lily, ja… - zaczął i się zapowietrzył.
            - Tak, James? – zapytałam, mając ogromną nadzieję.
Że to wreszcie powie! Słowo na K!
            - Kocham cię, Lily – wyszeptał, przybliżając swoją twarz do mojej. – Chciałbym, żebyśmy już zawsze byli razem… O ile czujesz do mnie to samo – zastrzegł.
Zaśmiałam się cicho, wzruszona.
            - Jak możesz myśleć, że jest inaczej? Gdzie twoja pewność siebie, hm? – odparłam i szybko dodałam: - Kocham cię. Jak nikogo innego. I sądzę, że oboje podzielamy chęć spędzenia razem reszty życia…
            - Czy to oferta matrymonialna? – zapytał James, szczerząc zęby.
            - Może jeszcze uklęknąć, co? – odparłam ze śmiechem.
James pokręcił głową i przyciągnął mnie do siebie.
            - Myślę, że to ja wezmę na siebie obowiązek oświadczyn… - wyszeptał, i złożył na moich ustach tak wyczekiwany pocałunek.


***


            - Przedstawienie było świetne, prawda? – zapytała Dorcas.
Idący obok niej chłopak skinął głową.
            - Całkiem niezłe – przyznał.
Cały czas myślał o słowach swojego najlepszego przyjaciela, Rogacza. Czy mógł mieć on rację? Czy dla niego, Syriusza Blacka, każda dziewczyna była dobra tylko na chwilę?  
            - … słuchasz? – zapytała czarnowłosa, patrząc bystro na chłopaka. – Aż tak przynudzam?
            - Nie, przepraszam – odparł Syriusz i objął dziewczynę. – Wracajmy do wieży.


***


            - Powiedział to! – zawołałam.
Czułam się jak zwycięzca. Niezwyciężona. Cholera, masło maślane. Od początku… 
Czułam się niezwyciężona i bardzo szczęśliwa. W końcu stało się coś na co wcale nie czekałam całe życie, ale tak, gdzieś w głębi o tym marzyłam.
Na pierwsze wyznanie miłości. I muszę przyznać, że na to jedne jedyne, na całe życie.
            - O Merlinie!! – ryknęła Marlena, rzucając się na mnie. – Kiedy? Gdzie? Co odpowiedziałaś?
            - Ej, spokojnie – odparłam i uśmiechnęłam się do podekscytowanej blondynki. – Nad jeziorem, po dwudziestej piętnaście i powiedziałam, że ja też go kocham.
            - Ojej, ty to potrafisz tak wszystko co piękne, wyrazić jednym, suchym zdaniem… - westchnęła Alicja. – Jaką miał minę, gdy to mówił?
            - Zmieszaną i odrobinę roztargnioną – odparłam, rzucając się na łóżko. – Ale wiecie, słodką.
            - Gdzie patrzył, gdy to mówił? – zapytała Dorcas, siadając obok mnie.
            - Patrzył mi prosto w oczy – powiedziałam. – Ma piękne oczy…
            - I gdy to powiedział, ty odparłaś… co? – zapytała Marlena.
            - Powiedziałam: Kocham cię jak nikogo innego… W każdym razie coś w tym sensie. Aa i że chciałabym z nim spędzić resztę życia.
            - Romantycznie – wymruczała Dorcas. – Szkoda, że nigdy nie doczekam się takiego wyznania od Syriusza…
            - Czemu? – zapytała od razu Alicja.
            - Myślę, że już mu się znudziłam… Dzisiaj był taki, ech, inny – odparła czarnowłosa. – Myślicie, że kogoś już ma na oku?
            - Dorcas, no co ty! – zawołałam. Jasne, Syriusz miał różne odchyły, ale przecież tak się przejął tym napadem na Dorcas! Nie mógłby w tym czasie myślec o innej! – Na pewno tak nie jest. Syriusz po prostu nie jest wylewny. Musisz poczekać.
            - Taa – westchnęła. – Idę się myc.
            - Myślicie, że jest coś na rzeczy? – zapytała Marlena, gdy Dorcas zniknęła w łazience.
            - Jeżeli tak, to zamorduję Blacka, jeżeli ją skrzywdzi – odparłam.


***


Niedziela. Idealny czas na spędzanie czasu z ukochanym.
            - Jest pięknie – westchnęłam, wtulając się w ramię Jamesa.
            - Uhm – zgodził się ze mną James (to była zgoda, prawda?) i objął mnie ramieniem. – Może odpuścimy sobie śniadanie, skoczymy do kuchni, weźmiemy trochę jedzenia i spędzimy razem dzień w Pokoju Życzeń?
Już rozumiecie dlaczego go kocham? Jest całkiem romantyczny… Jak się postara.
            - Cudowny pomysł – wyszeptałam i pocałowałam go w policzek.
Korytarze szkolne stanowczo nie są dobrym miejscem do obściskiwania. Ale Pokój Życzeń? To coś całkiem innego…
            - Jesteś taka… - zaczął James, ale nie skończył. Za to powiedział coś, czego zupełnie się nie spodziewałam. – Co Peter robi z Jane McClusky?
Nie dowiedziałam się, jaka według Jamesa jestem. Za to zobaczyłam Petera Pettigrew idącego przez szkolny korytarz z Jane McClusky za rękę.
I widząc jej spojrzenie, wiedziałam, że jeszcze nie wygrałam wojny.



***


Znowu dodaję wcześniej, cóż, tylko po to, żeby jutro nie zasiąść przed laptopem - mnóstwo nauki przede mną!! Praktyki są tak świetne, jestem mega, mega szczęśliwa! Robienie tego, co się lubi to na prawdę cudowne uczucie :) 
Co do opowiadania, to o czym chciałybyście czytać? Możecie mi podrzucić jakieś pomysły w komentarzach, bo serio, ostatnio nie mam jakoś do tego głowy, a nie chcę powtórzeń z tamtego opowiadania. Ale wiecie, zdrady nie wchodzą w rachubę. Zupełnie nie rozumiem tych opowiadań, w których L.E i J.P notorycznie się zdradzają, jest to zupełnie bez sensu. 
Myślałam, o tym, żeby każdy z bohaterów przemówił - co myślicie o tym, żebym napisała rozdziały z perspektyw Huncwotów, oraz dziewczyn? Nie tak jak kiedyś, takie małe fragmenty, ale osobne rozdziały?