sobota, 22 listopada 2014

Rozdział 47 Święta



Tak jak postanowiliśmy przed ślubem, Święta mieliśmy spędzić sami, w naszym miłosnym gniazdku. Dosłownie – zabarykadowaliśmy się w domu zaklęciami, ówcześnie wszystkich zawiadamiając, że nie pojawimy się na żadnych kolacjach, obiadkach czy innych podwieczorkach i szykowaliśmy się na spokojne przetrwanie tych dwóch dni.
- Mam choinkę! – zawołał James od progu, otrząsając się ze śniegu. Usunęłam mokre plamy zaklęciem i spojrzałam na drzewko. Prezentowało się zacnie.
- Nabij je na stojak i ustaw niedaleko kominka, pod oknem – zarządziłam i dałam Rogaczowi buziaka. W końcu przytachał to drzewko, coś mu się za to należało, prawda?
Wróciłam do kuchni gdzie wykrawałam różne kształty pierniczków. Renifery, mikołaje, ludziki, choinki, prezenty - miałam wielki wybór foremek i z niesamowitą przyjemnością je testowałam. Z salonu usłyszałam dźwięki świadczące o siłowaniu się mojego męża z choinką oraz stojakiem, jednak niczym się nie przejmowałam, w końcu jest czarodziejem, poradzi sobie.
- I do piekarnika – powiedziałam tak właściwie do siebie, wsuwając blachę z wykrojonymi ciastkami.
Zajęłam się wyrabianiem lukru, do którego pododawałam różne barwniki spożywcze, żeby później udekorować gotowe pierniczki.
Czy ja już mówiłam, że lubię gotować? Jak nie, to teraz to widać, z przyjemnością przygotowywałam nasze pierwsze Święta, spędzone tylko we dwójkę. A kto wie, może przyszłe spędzimy już w trójkę? – pomyślałam i na samą myśl się uśmiechnęłam. Przypomniałam sobie małego bobasa, którego widziałam w tajemniczym lustrze Ain Eingarp i jeszcze szerzej się uśmiechnęłam. Włączyłam radio stojące na blacie w kuchni i zaczęłam cicho nucić kolędy.
Jedynym powodem cichego śpiewania, było to, że mam kiepski głos. A nawet tragiczny, staram się nie śpiewać pod prysznicem, jeszcze James by pomyślał, że morduję kota…
- Ślicznie pachnie – powiedział James, przytulając się do mnie od tyłu i kładąc ręce na moich biodrach.
- Pierniczki – wytłumaczyłam, nadal zajęta wykrawaniem drugiej tury.
- Myślę, że jednak ty tak ładnie pachniesz – odparł James, ustami dotykając mojej szyi. A jako osoba z nadwrażliwą strefą szyjno-karkową, od razu dostałam dreszczy.
- W takim razie nowy płyn do płukania tkanin – powiedziałam i odwróciłam się do bruneta. Uśmiechnął się na mój głupi tekst i pociągnął nosem.
- Lily, czy przypadkiem coś się nie przypala? – zapytał.       
- Moje pierniczki! – krzyknęłam i podbiegłam do piekarnika, zakładając rękawice.


Pierniczki udało się uratować, czyli lekko oskrobać z przypalenizny. James dzielnie stwierdził, że lubi takie przypieczone potrawy. Już się z nim nie kłóciłam, następna partia wyszła o wiele lepsza i mniej śmierdząca.
Na popołudnie zaplanowałam sobie pieczenie keksa, więc miałam trochę czasu wolnego dla siebie. J siedział na górze i pakował prezenty dla znajomych i rodziny, które to miały zostać jutro wysłane (chociaż znając jego zdolności manualne, będę musiała wszystko poprawiać) i relaksowałam się, czytając książkę – „Perfekcyjna Czarownica przygotowuje Idealne Święta”. Wiem, nikt nie jest idealny i perfekcyjny (wystarczy przypomnieć sobie moje przypalone pierniczki), ale wiecie, samodoskonalenie się i te sprawy.
- „Przygotowania do Świąt najlepiej zacząć już w listopadzie…” – przeczytałam. Noo taak, ja zaczęłam przygotowania na dwa dni przed…
- „Aby Święta były idealne, ważne są różne składowe – nastrój, potrawy, dekoracje, prezenty oraz goście…” – Więc potrawy już prawie mamy, pomyślałam sobie, dekoracje też – choinka już dumnie stała w salonie ozdobiona złotymi i czerwonymi bombkami oraz kokardkami, prezenty już dawno kupione, a gości się nie spodziewamy. Chociaż to mam idealne! Yeah!
- „ Najlepszymi prezentami, są te robione własnoręcznie. Znajdź trochę czasu i zrób podarunki sama, używając do tego natury - gałązki, szyszki, wykorzystaj to, co znajdziesz na dworze!...” Cicho się zaśmiałam i wyobraziłam sobie minę Syriusza, gdyby zobaczył, że dostał od nas własnoręcznie robione coś z gałązek i szyszek. Byłby zawiedziony i obrażony…
- „Idealny ubiór, na kolację Bożonarodzeniową jest bardzo ważny. Ubierz się w coś klasycznego, może szatę wyjściową w kolorze burgundu? Więcej wskazówek dotyczących ubioru, znajdziesz na stronie 97…” przeszłam na stronę 97 i wybuchnęłam śmiechem.
- Z czego się śmiejesz? – zapytał James wchodząc do salonu i otrzepując sweter z brokatu. Coś czuję, że w sypialni jest niezły syf…
- Popatrz na to – odparłam i pokazałam mu „idealne stroje na kolacje Bożonarodzeniową”.
- Chyba nie chcesz czegoś takiego założyć?! – zapytał z przerażeniem w oczach i postukał palcem w jedno ze zdjęć. To najgorsze.
Była na nim damska szata wyjściowa, bardzo obszerna, z bufkami zamiast rękawów oraz z wielkimi, wściekle różowymi guzikami. Szata miała kolor buraczka, więc taaa, prezentowałaby się na mnie świetnie!
- Niee – odparłam.
- Tak właściwie co ty czytasz? – zapytał i spojrzał na okładkę - „Perfekcyjna Czarownica przygotowuje Idealne Święta”? Skąd ty to masz?
- Pożyczyłam od twojej mamy – wytłumaczyłam.
- Oo, to teraz rozumiem czemu się tak dziwnie ubrała w Święta dwa lata temu! – odparł J i rozwalił się koło mnie na kanapie.
Uśmiechnęłam się i czytałam dalej.
- Słuchaj tego – powiedziałam – „ Idealnym prezentem dla męża będą skarpetki albo krawat. Oczywiście najlepiej by było, gdybyś zrobiła je własnoręcznie! Chwyć w ręce druty lub szydełko i pokaż na co cię stać! Mąż na pewno będzie zachwycony takim podarunkiem, prosto z serca…” I co ty na to? Chcesz dostać skarpetki? – zapytałam.
- Jasne, w końcu jestem skrzatem domowym, marzę tylko o tym! – odparł Rogacz piskliwym głosem, zapewne udając skrzata i położył mi głowę na kolanach – Czytaj dalej – poprosił.
Wsadziłam dłoń w jego gęste włosy i przewróciłam stronę.
- „ Kolacje zacznijcie od składania życzeń. Niech płyną one prosto z serca i będą najmilszą częścią tego dnia. Na prezenty i jedzenie przyjdzie czas…” – przeczytałam.
Spojrzałam na Jamesa i lekko go szturchnęłam.
- James? – zapytałam. Odpowiedziało mi tylko ciche chrapnięcie. Delikatnie zdjęłam mu okulary i przywołałam koc z fotela. Przykryłam nas i pomyślałam, że mała drzemka nie zaszkodzi.


Tak jak przypuszczałam, prezenty były krzywo popakowane i wyglądały bardzo niechlujnie. W dodatku brokat - był on dosłownie wszędzie! Na podłodze, komodzie, parapecie czy na łóżku. Nie wiem co James z nim chciał zrobić, ale gdzie nie spojrzałam widziałam błysk małych drobinek.
- No dooobra – powiedziałam  i machnęłam różdżką. Brokat zniknął, chociaż nadal było widać gdzieniegdzie połysk.
- Co robisz?! – krzyknął James gdy wszedł do sypialni i zobaczył, że rozrywam wszystkie paczki.
- Zapakowałeś to tak krzywo, że muszę poprawić – odparłam i wyjęłam ozdobny papier z szuflady – Chodź, nauczę cię – dodałam, widząc jego smutną minę. Minę zbitego psiaka. Aż poczułam wyrzuty sumienia, mogłam zostawić to tak jak było.
- Dobra – powiedział i usiadł obok mnie na podłodze.


Pierwszy dzień Świąt nadszedł, jak to zazwyczaj bywa, szybko. Właśnie wsadzałam indyka do piekarnika, gdy usłyszałam jakiś głośny hałas oraz okrzyk bólu, dochodzący z piętra. Spojrzałam w stronę schodów i cicho poszłam na górę. Zajrzałam do sypialni, czyli najczęściej przez nas używanego pokoju na piętrze i zobaczyłam leżącego na podłodze Jamesa, trzymającego się za tyłek.
- Co robisz? – zapytałam inteligentnie, pochylając się nad jęczącym mężem.
- Spadłem z krzesła – odparł, nadal jęcząc.Nie skomentuję tego...
- A po co na nie wchodziłeś? – zadałam kolejne świetne pytanie.
- Wieszałem firanki, tak jak prosiłaś – odparł. Gdybym wiedziała, że jest taką pierdołą, to bym go o to nie prosiła…
- Chodź, pomogę ci wstać – powiedziałam i pociągnęłam go za rękę. Z głośnym syknięciem wstał na nogi i od razu padł na łóżko.
- Mogę ci jakoś pomóc? – zapytałam patrząc na plecy Jamesa.
- Taak, chodź tu do mnie – odparł. Przeszłam nad nim i położyłam się na swoim miejscu, od ściany. James, od razu mnie przytulił i ciężko westchnął.
- Boli mnie tyłek – poskarżył się żałośnie brzmiącym głosem.


Kolację zaczęliśmy dopiero po 20-stej, Jamesa nadal bolała tylna część ciała i ledwo siedział na krześle. A są one miękkie i wygodne, zapewniam.
- Może znajdę jakiś eliksir na stłuczenia? – powiedziałam, przeglądając naszą apteczkę w kuchni. Grzebałam w eliksirach, czytałam ich etykiety, jednak nic specjalnego nie znalazłam.
- Jakoś wytrzymam – powiedział dzielnie James i lekko się skrzywił. Zaczęłam przeglądać mugolskie maści.
- Połóż się na sofie, znalazłam jakiś mugolski specyfik – powiedziałam i patrzyłam jak Rogacz, nadal się krzywiąc, wstaje z krzesła i zwala się na kanapę.
- To gdzie cię boli? – zapytałam.
- Tutaj – odparł i pokazał. No dobra, po prostu pokazał na pośladek. Z westchnięciem, obniżyłam mu spodnie i nałożyłam chłodną maść na sporego siniaka. Od popołudnia osiągnął on wielkość pomarańczy i miał brzydki fioletowy odcień.
- Lepiej? – zapytałam, gdy skończyłam wcierać maść w bolące miejsce. Raczej nie spodziewałam się natychmiastowych efektów, w końcu to zwykła maść.
- O wiele – odparł James, z niebezpiecznymi błyskami w oku. Pociągnął mnie do siebie i namiętnie pocałował.


Kolacja całkowicie wystygła i została na stole w kuchni tak, jak ją zostawiliśmy.
- Zaczęliśmy od deseru – stwierdził James, porozumiewawczo się do mnie uśmiechając. Owinęłam się kocem i ruszyłam do kuchni.
- Zasłodzimy się jeszcze bardziej – powiedziałam, wstrząsając bitą śmietaną w sprayu i zdejmując z siebie koc.


Poranek drugiego dnia Świąt, przywitał nas śpiących w salonie. Obudziło mnie ciche stukanie dzioba Paddingtona w okno. Owinęłam się kocem i otworzyłam okno.
- Prezenty! – powiedziałam i odczepiłam od nóżek sowy, parę pakunków. Nie wiem jak tutaj doleciał z takim obciążeniem! Poszłam z ptakiem do kuchni i nasypałam mu trochę „Przysmaku dla sów” do miseczki, a do drugiej nalałam wody.
- Dzielny Pad – wyszeptałam do sowy i pogłaskałam go pod dziobem.
- Oo, prezenty – powiedział James, wchodząc do kuchni w samych bokserkach i pocałował mnie w policzek.
- Uhm – mruknęłam i włączyłam ekspres do kawy – Ale jestem głodnaaa – wyjęczałam i spojrzałam na zastawiony stół - wczorajszą nietkniętą kolacją.
James uśmiechnął się porozumiewawczo, otworzył lodówkę i zaczął przygotowywać śniadanie.


Prezenty zaczęliśmy otwierać po śniadaniu i prysznicu. Orzeźwiona chłodną wodą, z gracją rottweilera rozrywałam prezenty popakowane w kolorowe papiery.
- Ooo, nowe lakiery zmieniające kolor w zależności od nastroju! – krzyknęłam, otwierając paczkę od Dorcas.
- Nowy zestaw do konserwacji mioteł, super! – zawołał James, otwierając prezent, chyba od Syriusza.
Dalsze otwieranie paczek brzmiało podobnie, co chwila coś krzyczeliśmy lub wzdychaliśmy. Chociaż wzdychałam głównie ja. No, nieważne.
- Wspólny prezent od naszych rodziców? – zapytałam zdumiona, trzymając małą paczkę w dłoni.
- Otwieraj – rozkazał James. Zgodnie z jego wolą, rozerwałam papier w bałwanki, odłożyłam bilecik na bok, i otworzyłam ozdobne pudełeczko.
- Kluczyki? – powiedziałam, wyjmując pęk kluczy.
- Jest i kartka – zauważył James. Wyjął ją i przeczytał – To akt własności domu – wyjaśnił zduszonym głosem. Wyrwałam mu dokument z rąk i przeczytałam.
- Dali nam posiadłość w Szkocji?! – zawołałam zdziwiona – Oszaleli.
James wzruszył ramionami i powiedział:
- Będziemy mieli letni domek.
Zaśmiałam się i przypomniałam sobie o prezencie dla J.
- Proszę to dla ciebie – powiedziałam i wręczyłam mu paczkę. James odwdzięczył się tym samym.
- Jamees, to jest śliczne! – powiedziałam, wyjmując z pudełka naszyjnik. Srebrny, z zawieszką w kształcie wiewiórki z zielonymi oczami – Dziękuję – dodałam, przytulając go z całych sił. Moja kolekcja biżuterii od Rogacza stale rosła…
J otworzył swój prezent.
- Bilety na Mistrzostwa Świata w Quidditch’u?! Jak ci się udało…? – zawołał z niedowierzaniem. Uśmiechnęłam się lekko.
- Pamiętasz jak poszłyśmy ostatnio z Dor do magismetyczki? Akurat była tam żona organizatora imprezy, jakoś udało nam się ją nakłonić do odsprzedaży czterech biletów, które miała komuś dać… - zaczęłam wyjaśniać, ale przerwał mi uradowany James.
- To najlepszy prezent w moim życiu! – zawołał i mocno mnie pocałował.
No, no, takiego entuzjazmu się nie spodziewałam!
Reszta drugiego dnia Świąt minęła w atmosferze szczęścia i podekscytowania.


***

Piszę coś innego, a robię też coś innego. Rozdział miał być jutro, jest dzisiaj :) Ktoś w komentarzu(przepraszam, że nie pamiętam kto) napisał, że chce Harry'ego. Nie martwcie się, Harry w miarę niedługo się pojawi, akurat to będzie zgodne z książką - w sensie data narodzin. Oczywiście, wielkie dzięki za komentarze! Miłego weekendu.

czwartek, 20 listopada 2014

Rozdział 46 Ślub i wesele



Schodziłam wolno po szerokich schodach w rezydencji Potterów i dyskretnie rozglądałam się po przystrojonym pomieszczeniu. Wszędzie wisiały ozdoby oraz świeże kwiaty, przeważnie lilie, które to uwielbia James. Wiem, że brzmi to dosyć banalnie, mam na imię Lily, a mój już-za-chwilę-mąż lubi lilie. Ale tak jest prawda i tyle.
Powoli, próbując się nie zabić w wysokich szpilkach, zeszłam po schodach i podałam tacie dłoń. Czekał na mnie przy wejściu na schody. Teraz miał mnie zaprowadzić do mojego narzeczonego.
- Ślicznie wyglądasz, Lily – szepnął i włożył sobie moją dłoń w zgięcie swojego ramienia.
- Dziękuję – wyszeptałam i spojrzałam w stronę drzwi prowadzących na taras. To tam czekają na nas goście, oraz James.
W wielkim, białym namiocie, pośrodku zaśnieżonego ogrodu.
Sceneria była magiczna, wyszliśmy przez drzwi tarasowe i weszliśmy do namiotu pełnego gości. Jednak nie na nich patrzyłam.
Mój wzrok był skierowany tylko w jeden punkt, mój cały Wszechświat na Ziemi.
James.
Stał obok urzędnika, który to miał być mistrzem ceremonii. Niczym w transie, widziałam tylko ten jeden punkt, jedną osobę.
W tym momencie istnieliśmy tylko my dwoje.
Tata oddał moją dłoń Jamesowi i odszedł na swoje miejsce.
Nasza przyszłość zaczyna się tu i teraz.


- I jak się czujesz jako pani Potter? – zapytał James. Ceremonia ślubna, płynnie przeszła w imprezę weselną. Nasze rodziny zaczęły się zapoznawać, a co odważniejsi razem tańczyli, lub o czymś debatowali. Cóż, szkoda, że niektóre momenty zostaną wymazane z pamięci mojej mugolskiej rodziny…
- Czuję się wyśmienicie – odparłam z szerokim uśmiechem. Mocniej wtuliłam się w ramiona męża i zaczęliśmy tańczyć w takt wolnego kawałka.
- Wyglądasz dzisiaj przepięknie – wyszeptał mi James na ucho i pocałował mnie lekko w policzek.
- To pewnie ta suknia – odparłam.
Brunet spojrzał mi prosto w oczy i pokręcił głową.
- To nie to, bije od ciebie taki blask… Nie potrafię tego wytłumaczyć, ale w moich oczach, aż się iskrzysz – powiedział i mną zakręcił. Oo, nie piruety w wysokich obcasach!
- Spokojnie, trzymam cię – dodał, gdy spanikowana chwyciłam go za ramię. Uśmiechnęłam się lekko i pocałowałam męża w usta.


Z różowego notatnika Dorcas Meadowes
- Patrz, są tacy słodcy – wyjęczałam do Syriusza. Staliśmy obok dekoracji kwiatowej i przyglądaliśmy się jedynej parze na parkiecie – Myślisz, że wiedzą, że wszyscy na nich patrzą? – zapytałam, spoglądając na narzeczonego.
- Raczej nie, inaczej Wiewióra by się zawstydziła i gdzieś uciekła – odparł i wyciągnął do mnie dłoń.
- Zatańczymy, madame? – zapytał, lekko mi się kłaniając. Noo, co arystokrata, to dobre wychowanie! Hm, no dobra, to dobre wychowanie wychodzi tylko czasami, a zazwyczaj Syriusz zachowuje się… dziko? To chyba dobre określenie dla niego…
- Oczywiście, że tak – odparłam i bez ceregieli zaciągnęłam go na parkiet.


Z dziennika pijaczki Mary McDonald
Siedzieliśmy z Remusem przy stoliku i popijaliśmy szampana. Wiem, obiecywałam sobie, że nie tknę alkoholu, bo działa na mnie destrukcyjnie, ale co miałam robić? Remus siedział przy stole i jadł, prawie nie zwracał na mnie uwagi.
- Zatańczymy? – zapytałam, już trochę niecierpliwie, blondyna.
- Może później? – odparł, wdając się w rozmowę z jednym z kuzynów Jamesa.
Wzruszyłam ramionami i wstałam od stolika. Na nowego partnera nie czekałam długo.
- Chcesz zatańczyć, McDonald? – zapytał Regulus Black, patrząc mi kpiąco w oczy.
- Jasne, Black – odparłam i chwyciłam za jego wyciągniętą rękę.


Z dziennika Severusa Snape’a
Zupełnie nie wiem co ja tutaj robiłem. Patrzyłem na najszczęśliwszy dzień życia byłej przyjaciółki i miłości mojego życia. Sam siebie katowałem widokiem rudowłosej z Potterem. Chociaż teraz ona też ma na nazwisko Potter…
- Severusie, przyszedłeś! – zawołała i lekko mnie uścisnęła – Chciałabym, żebyś kogoś poznał, to moja kuzynka Megan White – dodała i odsłoniła dziewczynę stojącą za nią.
Zobaczyłem najpiękniejszą kobietę w swoim życiu. Trochę podobną do Lily, też była ruda, ale zupełnie inna.
- Witaj, jestem Megan – powiedziała jedwabistym głosem, który pieścił moje zaczerwienione uszy.
- Severus Snape – odparłem i lekko potrząsnąłem jej wyciągniętą ręką.


Z dziennika Jamesa Pottera
Szukałem Lily po całym pomieszczeniu. Nigdzie jej nie było, szczerze mówiąc, zacząłem się martwic, chyba tak szybko by ode mnie nie uciekła?
- Lily? – zapytałem. Stała w gronie hm, rudych osób.
- James! – zawołała i rzuciła mi się w ramiona – Poznaj proszę, to moja kuzynka Megan, oraz kuzyni Matt i Jack. Czyli Gang Rudych – dodała i się zaśmiała. Spojrzałem na nią i załapałem.
- To nimi nam zawsze groziłaś! – krzyknąłem. Tak właściwie, to może nawet było by się czego bać. Kuzyni Lily byli naprawdę wysocy (jakaś rodzinna cecha) oraz bardzo umięśnieni. Za to kuzynka wydawała się dosyć krucha.
- Cześć – powiedział wyższy – Mam nadzieję, że Lily nie będzie musiała korzystać z naszych usług – zażartował. To znaczy, chyba zażartował. Bo mówił to dosyć poważnym tonem.
- Nigdy – odparłem i wytrzymałem jego zabójcze spojrzenie. Kiwnął głową i odszedł gdzieś z bratem.
- Przeszedłeś test! – wykrzyknęła Megan i poklepała mnie po plecach – Możesz być z siebie dumny, mój poprzedni chłopak go nie zaliczył – dodała.
- I co się z nim stało? – zapytałem, bardzo ciekawy odpowiedzi.
- Zaginął w niewyjaśnionych okolicznościach – powiedziała poważnym tonem Lily.
Musiałem chyba zrobić głupią minę, bo obie wybuchnęły śmiechem.
- Spokojnie, był zwykłym palantem, nic mu nie zrobili – wyjaśniła Megan – Chociaż ostrzę sobie pazurki na nowe mięsko – powiedziała i spojrzała w kierunku… SNAPE’A?!
- Mówisz o Severusie S? – zapytałem, będąc w niezłym szoku.
- Lubię takich Emo – odparła. Spojrzałem na Lily, bo nic nie załapałem.
- Później ci wyjaśnię – wyszeptała mi na ucho. Skinąłem głową.
- Snape lubi rude – powiedziałem, spoglądając na wywracającą oczami Lil.
- Dobrze wiedzieć – odparła Megan, potrząsnęła włosami i ruszyła w kierunku czarnowłosego.


Z dziennika Syriusza Blacka
Tańczyliśmy z Czekoladką gorące tango, seksowną rumbę oraz szaloną lambadę. Naprawdę dobrze się bawiłem, chociaż zazwyczaj nie tańczę, w końcu nie lubię wprawiać ludzi w zachwyt nad moją boską osobą. Chociaż, dobra, przyznaję, uwielbiam! Kocham być w centrum zainteresowania, uwielbiam być podziwiany i naśladowany!
- Nie mam siły! – wydyszała Dor i zaciągnęła mnie do stolika.
- Masz słabą kondycję – zauważyłem. W końcu sam popracowałem nad formą, przestałem jeść chipsy i zacząłem biegać. A musicie wiedzieć, że bieganie, gdy na dworze leży minimum 30 centymetrów śniegu, nie jest łatwe. Dlatego dzisiaj, mogę się pochwalić płaskim brzuchem i niezłą formą. Oraz brakiem drugiego podbródka.
- No, maam – wyjęczała. Nagle uniosła wyżej głowę i głośno wciągnęła powietrze – Czy twój brat tańczy z Mary?! – wykrzyknęła i wskazała palcem.
Owszem, pod ścianą mój młodszy braciszek, z cwaniackim uśmiechem obłapiał zadowoloną blondynkę.
- Chuć Blacków… – skomentowała to Dorcas.


Z dziennika Remusa Lupina
Stałem z panem Potterem obok stołu z przekąskami i rozmawialiśmy o aspektach życia w stricte czarodziejskiej wiosce.
- … także uważam… Czy ty mnie w ogóle słuchasz, Remusie? – zapytał pan Charlus, patrząc na mnie, cóż, całkiem jak syn. Te ich podobieństwo!
- Taak – odparłem, trochę rozkojarzony – Przepraszam na chwilę – dodałem i odszedłem kawałek dalej.
Teraz miałem idealny widok na moją dziewczynę, nieprzyzwoicie tańczącą z bratem Syriusza. Tak jakbym zobaczył przed sobą czerwoną płachtę, ruszyłem na chłopaka niczym taran.


- Merlinie, co oni wyprawiają?! – krzyknęłam do Dorcas. Dosiadłam się do stolika przy którym siedziała Dor wraz z Syriuszem i cicho wymienialiśmy uwagi na temat wesela. Jednak naszą uwagę przyciągnęło zamieszanie na parkiecie. Syriusz wstał z krzesła.
- Remus okłada Regulusa pięściami, a Mary zakrywa sobie dłonią usta – powiedział Syriusz, jakby to było coś najnormalniejszego w świecie.
Wytrzeszczyłam oczy, zebrałam fałdy kiecki w dłoń i podbiegłam do małego tłumu zaaferowanych gości.
- James, zrób coś! – zawołałam do bruneta, który to nadbiegł zaraz za mną.
- Protego! – krzyknął J i między bijącymi się facetami stanęła tarcza.
- Koniec przedstawienia! – krzyknęłam do tłumu, a właściwie do kuzynów Jamesa, oraz do zdziwionych moich kuzynów. Ugh, później wymaże im się to wspomnienie.
- Co was napadło? – wysyczałam do poobijanej dwójki.
- O- on doobierał się do Mary – powiedział Remus, chyba z gniewu się jąkając. O kurczę, a ja myślałam, że on zawsze jest taki spokojny!
- Tańczyliśmy, palancie! – odparł Regulus, wstając na nogi i otrzepując szatę – Spadam. Wesołego życia, czy co to się tam życzy nowożeńcom – dodał, kiwnął nam głową i z cichym trzaskiem się teleportował.
Spojrzałam na Jamesa i ten jakby czytał mi w myślach, odciągnął Remusa na stronę.
- Mar, co tu się stało? – zapytałam.
- Tańczyłam z Regulusem i Remusowi zupełnie odbiło! Rzucił się na niego i zaczął go okładać pięściami – odparła. Po policzkach płynęły jej łzy i rozmazywały jej tusz.
- Chodź – powiedziałam do blondynki i zaprowadziłam ją do stolika, przy którym siedzieli Dor z Syriuszem – Zajmijcie się nią – dodałam i poszłam szukać Jamesa i Remusa.


Moje poszukiwania nie trwały długo, zakończyły się w łazience na parterze.
- Remus, co ci odwaliło? – zapytałam chłopaka. Spojrzał na mnie smutnym wzrokiem.
- Przepraszam Lily, zrujnowałem wasze wesele – odparł patrząc na naszą dwójkę.
- No stary, aż takich zasług sobie nie przypisuj – powiedział James. Uśmiechnęłam się na ten tekst i poklepałam Lunatyka po ramieniu.
- Ochłoń trochę i przeproś Mary. Była przerażona – powiedziałam i wyciągnęłam Jamesa z toalety.
- Wisisz mi co najmniej dwa tańce – dodałam. Skierowaliśmy się na zapchany parkiet.


Z pamiętnika Petunii Dursley
Mama przejęła obowiązek opieki nad Dudziaczkiem, więc mogłam szaleć razem z Vernonem na parkiecie! Tak naprawdę określiłabym nas Królem i Królową imprezy, gdyby nie to, że jest to wesele mojej siostry, więc to jej się należą honory.
- Mogłabym tak co wieczór! – krzyknęłam do męża, próbując przekrzyczeć głośną muzykę.
- A ja chyba nie! – odkrzyknął zasapany. Zaśmiałam się z jego nieporadnej miny i mocno przytuliłam.


Po tych idiotycznych zabawach w rzucanie bukietu (złapała Dorcas!), oraz krawatu (Syriusz, to chyba coś oznacza…), impreza powoli się kończyła.
- Jestem wykończona – powiedziałam, zdejmując z obolałych stóp szpilki. Ziewnęłam i przytuliłam się do cieplutkiego Jamesa – Zaniesiesz mnie? – zapytałam. Brunet uśmiechnął się i teleportowaliśmy się do domu.


- Już nie jesteś zmęczona? – zapytał James, gdy władowałam mu się do kabiny prysznicowej.
- Nie bardzo – odparłam i przejechałam palcem po jego linii kręgosłupa. Po plecach przeszedł mu dreszcz.
- Nieładnie się bawisz – powiedział i odwrócił się do mnie przodem. Uśmiechnęłam się lekko i przysunęłam najbliżej jak mogłam. James spojrzał mi w oczy i gorąco pocałował.
Ta noc była niewiarygodna.


***

Zupełnie nie podoba mi się ten rozdział. Tak właściwie nie opisałam ceremonii ślubnej z dwóch powodów - po pierwsze chciałam, żebyście sobie same to wyobraziły, po drugie - jestem leniem, nie miałam głowy do wymyślania jakiś formułek, czy innych tekstów, które się mówi przy takich uroczystościach i nie chciałam wpaść w jakieś płaczliwo-wzruszające tony. Także, cóż, jest jak jest. Następny rozdział dodam w niedzielę wieczorem, no chyba że uda mi się wcześniej.