poniedziałek, 6 lipca 2015

Rozdział 31



Jeszcze do niedawna, patrole były dla mnie chwilą do przemyśleń i odpoczynku od bruneta. Jednak odkąd został mianowany przez Dumbledore’a Prefektem Naczelnym, nawet to zostało mi odebrane.
Oczywiście, nie mówię, że się z tego nie cieszę! Jestem najszczęśliwszą osobą w całej szkole, ale cholera, ile czasu możemy spędzać razem?
            - Lily – powiedział James, czym przerwał moje zamyślenie.
            - Tak, James? – zapytałam, gdy zmierzaliśmy jednym z korytarzy.
Ostatnio nic ciekawego nie działo się na patrolach. Gdy chodziłam z Remusem, chociaż gadaliśmy sobie o ciekawych książkach, a z Jamesem…
To jest straszne, ale mamy tak mało tematów do rozmów! Ja wiem – przeciwieństwa się przyciągają, ale ciągle gadać o miotłach i quidditchu? O Merlinie, żadna, nawet najbardziej zakochana dziewczyna nie zdzierży tych ciągłych pogawędek o sporcie, i jakichś gwiazdach, których zupełnie nie kojarzy.
            - Mam pomysł – zaczął. – Może olejemy patrol i zaszyjemy się w Pokoju Życzeń, lub jakimś innym, przyjemnym kąciku? Nawet mam pomysł, co moglibyśmy robić… - dodał, spoglądając mi prosto w oczy z miną mówiącą „Zróbmy to wreszcie, bo inaczej nie wytrzymam i rzucę się na ciebie tu, na środku korytarza”.
            - Jaaames – wyjęczałam. – To nasz obowiązek! Gdyby McGonagall, albo inny profesor nasz szukał, a nie znalazł, pomyśl co by się działo… Nie – dodałam, kończąc rozmowę.
            - Nie potrafisz się bawić – stwierdził, chyba lekko obrażony.
Przewróciłam oczami. Może i nie potrafię się bawić, ale nikt nie będzie tak mówił! Potter doskonale wiedział co robi. Rzucał mi wyzwanie. A ja zawsze podejmuję rękawicę…
            - Do Pokoju Życzeń – wyszeptałam, rozglądając się dookoła.


***


            - Wyobraziłeś sobie burdel, czy co? – zapytałam.
Nie wiem czy James kiedykolwiek był w takim miejscu, ale potrafił sobie coś takiego wyobrazić. Pokój Życzeń wyglądał okropnie. Czerwone ściany, dziwne, przytłumione światło i gigantyczne łóżko, zasłane taką połyskliwą pościelą.
Gdyby była tu Marlena, na pewno wiedziałaby co to za materiał.
            - Burdel od razu – wyburczał James pod nosem i na raz uśmiechnął się. – No, może coś w tym stylu…
Pokręciłam głową. Byłam zażenowana. Serio, bo czego on oczekiwał? Chyba nie tego? Merlinie, jeżeli ja nawet nie mogłam tego nazwać w myślach, to co dopiero wymówić na głos?!
            - Chyba nie lubię takich klimatów – powiedziałam, patrząc na skórę jakiegoś zwierza przed kominkiem. – Co będziemy robić?
James uśmiechnął się. I już wiedziałam, że wcale nie będziemy grac w szachy…


***


Kto by pomyślał… Pomyliłam się! To brzmi niedorzecznie, ale tak, Lily Evans w czymś się pomyliła.
Bo graliśmy w szachy. Tylko odmianę, której dotąd nie znałam...
            - Szach mat! – zawołałam radośnie, na co James zajęczał.
Rozbierane szachy. Istna gra dla kujonów. Jednak brunet wie, co kujony lubią najbardziej…
            - Zdejmuj spodnie – powiedziałam zadowolona.
James siedział przede mną bez swetra, koszuli, skarpetek, zegarka oraz butów. Można powiedzieć, że miałam całkiem sporą kolekcję fantów, złożonych z jego garderoby.
            - Czemu ty ciągle wygrywasz? – zapytał z pretensją.
W ciągu tych paru partyjek ściągnęłam tylko sweter. I to nie dlatego, że przegrałam, ale było mi po prostu za ciepło…
            - Trzeba było zagrać w gargulki, na pewno bym przegrywała – odparłam, patrząc z zafascynowaniem na coraz większe obszary nagiego ciała chłopaka.
I muszę przyznać, było na co popatrzeć! Gdyby nie to, że byłam lekko zawstydzona, wgapiałabym w niego wzrok i może nawet się śliniła.
            - Może jednak spróbujmy z tymi gargulkami? – zapytałam po chwili, gdy James z powrotem układał figury na szachownicy.
Uniósł brew.
            - Czemu?
Uśmiechnęłam się.       
            - Jeżeli znowu przegrasz, zostaniesz bez niczego.
I właśnie w tym momencie, chłopak uświadomił sobie swoją nieciekawą sytuację.


***


Była 3 w nocy, a my graliśmy w gargulki… To całkiem nienormalne, a jeszcze biorąc pod uwagę zajadłość, z jaką to robiliśmy, to już w ogóle!
            - Przegrałaś! – obwieścił mi triumfalnie James, i z miną zwycięzcy patrzył jak czerwona jak pomidor, ściągam przez głowę koszulkę.
Teraz i moja sytuacja przedstawiała się zgoła nieciekawie. James ani razu nie przegrał w gargulki! Sama siebie wkopałam, no geniusz, no.
            - Nie wiedziałem, że preferujesz koronki – powiedział lustrując wzrokiem mój czarny stanik.
            - A ja nie myślałam, że aż tak wielbisz quidditcha – odparłam, spoglądając z uniesioną brwią na jego czerwone bokserki w złote znicze.
James uśmiechnął się.
            - Przekonamy się, co ty preferujesz? – zapytał z niebezpiecznym błyskiem w oku.
            - Twoje niedoczekanie, Potter – odparłam wojowniczo.


***


Okazało się, że naprawdę jestem beznadziejna w tą grę. I musiałam zapłacić za własną głupotę ściągnięciem spodni.
            - Fiu fiu – gwizdnął James.
Najpierw zmierzył mnie spojrzeniem mówiącym „Sexy” (a przynajmniej tak mi się wydawało), a następnie dodał:
            - Podobno jak dziewczyna nosi pasujący komplet bielizny, to oznacza, że to ona uwodzi faceta, a nie na odwrót.
Spojrzałam na swoją bieliznę i głośno westchnęłam.
            - Serio? Faceci do wszystkiego dorabiają jakieś głupie ideologie – odparłam, uznając to co powiedział za zupełną głupotę.
Gdybym rano, ubierając się, wiedziała, że będziemy grac w coś takiego, założyłabym zwykły, bawełniany komplet, a nie jedyny ładny – prezent od mamy na gwiazdkę… 
Merlinie, czy moja matka coś przeczuwała, dając mi coś takiego?! Czy może chciała mi coś powiedzieć? Na przykład to, że będąc w związku z chłopakiem, powinnam mieć ładniejszą bieliznę, bo on może ją zobaczyć?
            - Ostatnia partia? – zapytał ze stanowczo groźnym błyskiem w oku.
Przełknęłam głośno ślinę i zastanowiłam się chwilę. Istniała minimalna szansa żebym wygrała. To może było maksymalnie 10%. Ale znowu nie mogłam stchórzyć! Gryfoni nie są tchórzami, Gryfoni walczą do ostatniej… części bielizny, w tym przypadku.
            - Ostatnia – potwierdziłam.
Zaczęła się najzacieklejsza rozgrywka wszech czasów. Była to gra o stanik, lub gacie. Czyli, gra o wszystko.


***


            - Nie – wyszeptałam, patrząc jak gargulek Jamesa pokonuje mojego.
No, żesz cholera! Jak to się stało? A, no tak, chyba wiem. Jestem beznadziejna w gargulki!
Co ja najlepszego zrobiłam?
            - Wygrałem – obwieścił przesyconym radością głosem, James. – Co zdejmujesz?
            - A może mi darujesz? – zapytałam, wiedząc, że wcale nie mam na to szans.
Bo który normalny facet by na to pozwolił? No, raczej żaden.
James tylko pokręcił głową, czym przybił mój gwoźdź do nagiej trumny, czy coś takiego.
            - Dobra, stanik – zdecydowałam, bo z dwojga złego, cycki łatwiej pokazać. Zresztą, już je widział, także nie powinno być żadnej niespodzianki.
I już sięgałam do haftki na plecach, gdy usłyszałam głos Blacka. Serio. Ale wiecie, nie taki mówiący w myślach: „Nie rób tego! Jesteś taka młoda, rozsądna, to grzech najcięższy, świecić cyckami przed chłopakiem”, ale głos mówiący:
            - Rogaczu, gdzie wy do cholery jesteście?! Remus z Amy mieli was zmieniać na patrolu, a wy zapadliście się jak w Diabelskie Sidła!
Spojrzałam na wściekłą minę Jamesa (chyba chciał sobie chłopak co nieco pooglądać, a tu takie coś…), i patrzyłam jak przetrząsa kieszenie dżinsów.
            - Jesteśmy w Pokoju Życzeń – powiedział do jakiegoś lusterka, czy innej ramki.
Pierwszy raz widziałam taki sposób komunikacji, więc zastygłam z rękoma na plecach i gapiłam się jak sroka w gnat.
            - To biegiem do Pokoju Wspólnego! – zawołał Syriusz.
Kto by pomyślał, że Syriusz Black stanie się moim mimowolnym wybawicielem?


***


            - Co tam, Ruda? – usłyszałam i obejrzałam się za siebie.
Szłam do łazienki, ale jak widać, nawet tam gdzie król udaje się piechotą, nie można mieć spokoju.
            - Cześć Syriuszu – odparłam, nadal idąc przed siebie.
            - Rogacz jest na mnie wściekły – oznajmił czarnowłosy, przytrzymując mi drzwi od kibla i jak gdyby nigdy nic, wszedł za mną. Dla uściślenia – to była damska łazienka.
            - Och – westchnęłam i udawałam, że nie wiem o co chodzi. – Dlaczego?
Syriusz przewrócił oczami i oparł się o drzwi kabiny.
            - Bo przerwałem mu pokaz – odparł.
Spojrzałam na niego ostro i weszłam do jednej z kabin.
            - Przecież to nie ostatni taki pokaz w jego życiu, nie? – zapytałam. – Więc nie przejmuj się, zaraz przestanie się na ciebie boczyć… Zresztą miałeś rację, mieliśmy zmieniać się z drugą parą prefektów, a zupełnie zapomnieliśmy…
            - Nic dziwnego, że Rogacz zapomniał, jeżeli miał przed oczami… hm, ciekawsze widoki – powiedział Syriusz i popatrzył mi prosto w oczy, gdy wyszłam z kabiny. – Weźcie to wreszcie zróbcie, bo James zamieni się w ogarniętego obsesją, zboczonego trolla.
Zaśmiałam się z takiej wizji chłopaka, ale skinęłam głową.
            - Zapewniam cię, że w końcu to się wydarzy.
Usatysfakcjonowany Syriusz skinął głową i otworzył przede mną drzwi.


***


Uznałam, że ostatnio zaniedbywałam przyjaciółki. Co prawda one też miały swoje sprawy, a mianowicie – miały facetów.
To straszne, ale każda z nas, miała głowę zaprzątniętą głównie facetami!
Marlena prawie latała, bo jej Thomas trafił do Gryffindoru – dzielił pokój z Huncwotami i Frankiem.
Związek Alicji i Franka przeszedł na wyższy poziom – Frank oświadczył się Alicji podczas Sylwestra!
A Dorcas… Wszyscy mieli dość ciągłego obściskiwania się Dorcas i Syriusza. Gdzie ich nie widziałam, byli złączeni jakąś częścią ciała. Zazwyczaj ustami, lub rękoma, żeby nie było, że ich podglądam, czy coś…
Może dlatego tak odwlekałam ten pierwszy raz? Chyba bałam się, że spodoba mi się aż tak bardzo, że zamienię się w wiecznie napaloną istotę, gotową zrzucić majtki na skinięcie palca.
Co prawda, raczej mi to nie groziło, ale zawsze istniała taka obawa!
Dlatego urządziłyśmy sobie babski wieczór, połączony z żarciem, plotkowaniem, robieniem sobie manicure’u i innych typowo dziewczęcych spraw.
            - I pamiętajcie, możemy obgadywać każdego, ale nie mówimy o swoich facetach, jasne?! – zapytała Alicja, na co Dorcas głośno jęknęła.
Wszystkie miałyśmy dość jej opowieści o niespożytej energii Blacka i anegdotkach o zatrzaskiwaniu się w komórkach na miotły, czy innych miejscach…
Tak swoją drogą, fuu, w komórce na miotły?! Tam są pająki, śmierdzi detergentami, używanymi przez Filtcha i jest dosyć obleśnie. Już chyba lepsza jakaś opuszczona klasa, ale i tak ohyda.
            - A wiecie co Syr… - zaczęła Dorcas, ale od razu została obrzucona wrogimi spojrzeniami. – Serio nie możemy gadać o facetach? To co będziemy robić? – zapytała zrezygnowanym głosem.
            - Jeżeli ciągle będziemy rozmawiać o chłopakach, to będzie oznaczało, że zupełnie zawładnęli naszym życiem, a przecież tego nie chcemy, prawda? – chyba odezwała się we mnie feministka, czy coś.
            - Dobra, skupmy się na nas – zarządziła Alicja, biorąc od Marleny kawałek dyniowego ciasta, przyniesiony z kuchni. – Która chce manicure, a która maseczkę?


***


Siedziałyśmy nieruchomo jak te mumie. Z maseczkami na twarzach, pomalowanymi paznokciami u rąk i stóp. W końcu wiadomo kiedy kobieta jest najbardziej bezbronna – w momencie, gdy schnie jej lakier na paznokciach.
            - Twarz mi zastygła – ogłosiła Dorcas, ledwo mówiąc.
Jej twarz rzeczywiście wyglądała nieciekawie. Była zielona i ściągnięta. Ale chce być ładna? Niech cierpi.
            - Tak swoją drogą, to czemu nie używamy różdżek do wysuszenia lakieru? – zapytała Alicja.
No, geniusz.
            - Ale jesteśmy tępe – zaśmiała się Marlena, ostrożnie chwytając różdżkę. – I po sprawie – powiedziała, gdy wszystkim nam wysuszyła emalię.
            - Powinnyśmy częściej tak spędzać czas – westchnęłam, rozkoszując się słodkim nic nie robieniem. – Czasami James jest strasznie męczący…
            - A Syriusz! – od razu zakrzyknęła Dorcas. – Ten to ma niespożytą energię…
            - Thomas na szczęście nie jest taki. Jest romantykiem – wyszeptała Marlena, zatapiając się w myślach.
            - Cóż, Frank coraz częściej gada o wiecie czym. Przez to zaczęłam o tym myśleć, i chyba niedługo to zrobimy – obwieściła Alicja, na co Dorcas głośno zapiszczała, a my z Marleną, ciekawe, spojrzałyśmy na przyjaciółkę.
            - Witaj w klubie – powiedziałam.
Jesteśmy żałosne. Potrafimy gadać tylko o facetach.


***


Zadowolona przemierzałam szkolne korytarze, kierując się w stronę lochów, gdy zostałam wciągnięta do jakiegoś małego, ciasnego pomieszczenia.
            - James? – zapytałam niepewnie.
Serio? Wyczarowanie opaski na oczach? Co za kretyn.
Westchnęłam zirytowana i już miałam zdjąć tą szmatę z oczu, gdy poczułam czyjeś dłonie na rękach.
            - Nie – usłyszałam szept.
Gdy ktoś szepcze, trudno rozpoznać głos. Z całą pewnością był męski, ale zaczęłam się zastanawiać czy to nie jest jakiś głupi dowcip Blacka.
            - James, to naprawdę głupie – powiedziałam. – Jeżeli nie chcesz mieć przechlapane, to zaraz ściągniesz mi tą opaskę z oczu! – rozkazałam.
Ale oczywiście, zostałam totalnie zlana. Co tam, nie?
Poczułam czyjeś usta na swoich.
Kształt warg Jamesa mogłabym narysować z zamkniętymi oczyma.
            - I co to miało znaczyć? – zapytałam, gdy ściągnął mi opaskę z oczu, i z wesołym błyskiem w oku, patrzył na mnie.
            - Nic, miało być ekscytująco – odparł. – Było? – zapytał z nadzieją.
No jak mogłam powiedzieć, że wcale tak nie było, gdy miał taką słodką minę?
            - Było bardzo ekscytująco – odparłam, rozglądając się po komórce na miotły. – Czy to Syriusz podpowiedział ci tę skrytkę?
            - Skąd wiedziałaś? – zapytał, otwierając przede mną drzwi.
Z uśmiechem pokręciłam głową.


***


Styczeń mijał w zastraszającym tempie. Moje osiemnaste urodziny wypadały w piątek, co Syriusz chciał wykorzystać jako pretekst do imprezy.
            - Żadnych imprez! – powtarzałam co rusz.
Po Sylwestrze miałam serdecznie dość imprez zakrapianych alkoholem. Nadal było mi głupio za poranek po imprezie, więc z całych sił, przekonywałam przyjaciół, że nie życzę sobie imprezy. Nawet takiej tyci-tyci.
            - Ale to jak będziemy świętować twoją osiemnastkę? – zapytała Dorcas, gdy pewnego wieczora siedzieliśmy na kanapach przed kominkiem w Pokoju Wspólnym.
Było przed dwudziestą, więc pokój zawalony był uczniami. Niektórzy odrabiali prace domowe(nie wiem, jak się skupiali przy tym hałasie), inni grali, albo po prostu rozmawiali ze znajomymi.
            - Świętowaliśmy siedemnastkę, więc powinno starczyć – odparłam.
Cóż, miałam całkiem inne plany na moje wejście w dorosłość w mugolskim świecie…
            - W piątek, przyjdź na dwudziestą pierwszą do Pokoju Życzeń – szepnęłam do Jamesa, gdy już zbieraliśmy się do dormitoriów.
Miałam nadzieję, że moja mina, mówi sama za siebie.


***

Deszcz!! Pada! Cud. 
Mam dość upałów. Przez to w ogóle nic nie napisałam, bo nie mogłam wytrzymac przy laptopie. 
19 lipca minie rok od założenia bloga!! Niewiarygodne ;) Postaram się machnąc jakąś miniaturkę, już mam nawet pomysł.
Następny rozdział - #momenty! Hahaha, to będzie rozdział dla osób +18. 


środa, 1 lipca 2015

Rozdział 30



31 grudnia 1977 roku

Zbiórka w domu Syriusza, lub raczej jak on go nazwał – Imprezowni, była zaplanowana równo na 13. Tak a propos nazwy – została wymyślona na wyrost. W domu Blacka nie odbyła się dotąd ani jedna impreza. Jeżeli mogłabym nadać temu domu jakąś nazwę, raczej było by to coś w stylu „Fetorownia” lub „BłagamNiechKtośMiPosprzątaWDomuBłagam”.
Ponieważ mam do Syriusza dosłownie dwa kroki (a raczej dwie ulice, więc łącznie 50 kroków. Tak, liczyłam), uznałam, że na pewno nikt nie przybędzie na czas. Więc miałam jeszcze półgodziny spokoju.
Oczywiście, przeliczyłam się… Bo jak mogłoby być inaczej?
            - Lily! – usłyszałam krzyk mamy z dołu. – James po ciebie przyszedł! – zawołała.
A mnie ogarnęła panika.
I nagle wszystko zaczęło się dziać w zwolnionym tempie...
No dobra, wcale nie zaczęło, ale miało zabrzmieć dramatycznie…
Spojrzałam na siebie – byłam w cholernej piżamie. Ale wiecie, nie w takiej, w której można się pokazać facetowi – nie miałam na sobie jakiegoś seksownego czy chociaż schludnego wdzianka. Byłam w zachlapanej ketchupem i rozciągniętej na wszystkie strony koszuli nocnej z serii „mamuśkowa, ale mega wygodna”.
Następnie z prędkością miotły Jamesa, podbiegłam do lustra i się załamałam.
Na policzku miałam odciśniętą poduszkę…
Oczy podkrążone. Mogłam w nich dostrzec nutkę paniki i szaleństwa.
I wtedy to się stało. Usłyszałam głośne kroki na schodach. Doskonale je znałam, w końcu codziennie chodzę z Jamesem po schodach. W Hogwarcie jest mnóstwo schodów…
Mówiąc pod nosem: „Cholera, cholera jasna, gdzie jest stanik? Ałaa, mój palec, głupie biurko… Bluzka! Kurde, brudna… O czysta! Spódnicaaa…” zdołałam się ubrać.
Przeczesałam włosy palcami i musnęłam usta błyszczykiem.
Drzwi się otworzyły.                     
            - Lily – mruknął James, lustrując mnie wzrokiem. – Dopiero wstałaś? – zapytał z uśmiechem.
Kiwnęłam głową i z głośnym westchnięciem wpadłam w jego objęcia.
            - Poczekasz aż wezmę prysznic?


***


Po prysznicu, zapakowaniu torby (ciuchy, kosmetyki, buty), mogliśmy ruszać.
Mróz szczypał w policzki, a my radośni jak te dwie hieny maszerowaliśmy w stronę syriuszowego domu. Co jakiś czas stawaliśmy, aby obdarzyć się słodkim pocałunkiem.
            - Ładnie pachniesz – zauważył James.
            - Dziękuję – wymruczałam, wtykając nos w jego szalik. Tę miłą chwilę oczywiście coś musiało zepsuć…
            - Merlinie – wyszeptałam, gdy nagle usłyszeliśmy muzykę. I to nie mam na myśli tej typowej dla mugolskiej młodzieży – Beatlesów, czy Queen. Nie. Kretyn Black puścił na cały regulator piosenkę Fatalnych Jędz pod tytułem „Wywar Żywej Śmierci”.
            - … ugotuję ci wyyyywar! Śmierci! Śmierci! Śmierci! – skandowała wokalistka  coraz głośniej, gdy wkurzona zmierzałam do drzwi.
            - Zatłukę go! – zawołałam do Jamesa, który ze śmiechem ruszył za mną. – Ścisz to, kretynie! – wydarłam się.
Tyle, że zamiast na Syriusza, krzyczałam na nieznanego mi chłopaka.
            - Merde – westchnął, przyciszając muzykę. - Désolé! Przepraszam, nie znam się na tych mugolskich urządzeniach – dodał i uśmiechnął się. – Lily Evans i James Potter, oui? Thomas Baptiste, chłopak Marleny.
No tak. Tajemniczy chłopak Marleny. Francuz. Przystojny francuz... No, no, no. Gdyby nie Potter… Nie no, żartuję.
- To my – potwierdził James. – Miło cię poznać, Thomas.
            - Bardzo miło – dodałam, gdy z galanterią ucałował mi wierzch dłoni.
Podniosłam wzrok i uśmiechnęłam się do Marleny.
-  Szczęśliwa? – zapytałam, gdy Syriusz wszedł do salonu, oznajmiając, że znalazł jakieś mugolskie płyty.
-  Nawet nie wiesz jak bardzo – odparła, przypatrując się żartującemu z Jamesem i Syriuszem, Thomasowi.


***

Impreza trwała w najlepsze. W życiu nie widziałam takich ilości lejącego się dookoła alkoholu, oraz tańczących jak w transie ludzi.
Dobrze, że jesteśmy czarodziejami, bo gdyby Remus nie rzucił na dom zaklęcia wyciszającego, cóż, mielibyśmy spore problemy z mugolską policją.
-  Dolej mi! – rozkazała Dorcas, wskazując ruchem głowy na trzymaną przez Alicję butelkę z szampanem.
Okazało się, że Syriusz całkiem dobrze obeznał się z okolicą i wyhaczył sklep monopolowy, w którym dokonał tych gigantycznych zakupów. Także, głównie raczyliśmy się (aha) ruskim szampanem, francuskim winem, polską wódką oraz niemieckim piwem.
Natomiast stronę magiczną reprezentowała głównie Whisky Ogdena oraz piwo kremowe (które wcale nie jest alkoholem i nie trzepie).
-  Czy ty nie masz przypadkiem dość? – zapytałam brunetkę, spoglądając na zapełniony parkiet.
Zadowolona Marlena tańczyła ze swoim przystojnym francuzem, Remus rozmawiał w kącie z Amy (prefekt Amy w sukience!! AAA, to niewiarygodne!), James został wysłany na dwór, aby przygotować fajerwerki, Syriusz tańczył z do połowy pełną butelką whisky, a tłum niezidentyfikowanych ludzi (głównie uczniów Hogwartu, oraz byłych uczniów Hogwartu) tańczył do piosenki Zmutowanych.
- Nie – wymruczała Dorcas, wyrywając Alicji butelkę z rąk.
I tak to jest, jak ma się do czynienia z pijakami...

***
3 godziny później
- Gdzie ty mnie ciągniesz, panie kapitanie ?! – zapytałam zmysłowym głosem, przerywanym czkawką.
- Lily, jesteś pijana – stwierdził James, na wpół mnie niosąc, na wpół ciągnąc na piętro.
Może i byłam wstawiona, ale to nie było powodem bezceremonialnego rzucania mnie na łóżko.
-Co ty robisz?! – zawołał James (a właściwie jeden i drugi James... O Merlinie, widzę dwóch Jamesów!).
-Rozbieram s-się – odparłam, zdejmując przez głowę sukienkę. – Bierz mnie – dodałam, zmysłowym głosem (wcale nie był zmysłowy, brzmiałam jak stary menel).
-Lily... – westchnął James, zdejmując sobie z karku moje zarzucone ręce, które dość mocno go trzymały. – Jak wytrzeźwiejesz.
-Obiecujesz? – zapytałam, czując, że przegrywam walkę z opadającymi powiekami.
- Jasne – mruknął, pocałował mnie w czoło i cicho wyszedł z pokoju.

***

Obudziłam się koło południa. Nowy, 1978 rok przywitałam wyrzutami sumienia, kacem oraz lekkim szokiem.
            - O Merlinie, moja głowa – wymruczałam po przebudzeniu.
Leżałam dokładnie przykryta kołdrą, obok mnie spał James, a koło łóżka stała butelka wody. Z cichym „dziękuję” przyssałam się do gwinta.
Wiedziałam, że picie ruskiego szampana, to nie jest dobry pomysł… A zmieszanie ruskiego szampana, z wódką, to już w ogóle! Gdzie się schował mój zdrowy rozsądek, gdy ze śmiechem pozwalałam sobie polewać następne kieliszki alkoholu?
            - Do łazienki – wyszeptałam i skopałam z siebie kołdrę.
I wtedy przeżyłam szok. Cóż, coś czuję, że sporo dziewczyn przeżywa taki szok, po naprawdę „udanej” imprezie.
Chwilę patrzyłam na swój nagi biust, a później z głośnym piskiem (okropny dźwięk) przykryłam się aż po brodę kołdrą.
Z szeroko otwartymi oczami spojrzałam na rozbudzonego Jamesa, i oblałam się jakże wdzięcznym rumieńcem.
            - Ja… - wyszeptałam, czując, że nie mogę wydać z siebie głośniejszego dźwięku. – My…?
            - Nie – wymruczał James z uśmiechem.
Merlinie, czemu on ma taki dobry humor? To znaczy, owszem, może dla faceta zobaczenie cycków z rana to powód do uśmiechu, ale… Gdzie jest moja sukienka i stanik?!
            - Jak…? – zapytałam, obawiając się najgorszego.
James zmierzył mnie wzrokiem i wzruszył ramionami.
            - Jak już wróciłem po fajerwerkach, to tak było – odparł. – Ale niczym się nie martw, pokój był zamknięty zaklęciem… Myślę, że sama zdjęłaś. Wiesz, wcześniej chciałaś… - dodał, ale zatkałam mu usta ręką.
            - Błagam, nie kończ! – wyjęczałam, rumieniąc się wściekle.
Czemu, czemu jestem taka głupia?! I jak się okazuje, bezwstydna po alkoholu?!
            - Przepraszam – wyszeptałam, po chwili ciszy, kurczowo przytrzymując kołdrę pod brodą. – Nie chciałam wczoraj…
            - Rozumiem – przerwał James i uśmiechnął się zawadiacko. – Chociaż zgotowałaś mi całkiem miły poranek nowego roku… - mruknął, zjeżdżając spojrzeniem w miejsce, gdzie wszystko było schowane.

***

Gdy już się ogarnęłam, wypiłam ze dwa litry wody oraz uprosiłam Jamesa, żeby nikomu nie mówił o dzisiejszej pobudce, a szczególnie Blackowi, w końcu wyszliśmy z pokoju.
            - Och – jęknęłam, widząc dom.
Jeżeli kiedykolwiek widzieliście bałagan, to mogę was zapewnić – to wcale nie był bałagan!
Mogłabym określić paroma epitetami wygląd domu Syriusza. Burdel. Bajzel. Bałagan, że ho ho! Stajnie Augiasza (ach, mugolska szkoła i mity!). Chaos. Bezład. Chlew.
No i tak dalej, i tak dalej…
            - Powiedz mi, Lily – zagadnął James, rozglądając się dookoła. – Jak dobra jesteś z zaklęć domowych?

***

Na placu boju ostały się tylko cztery osoby. Syriusz, jako gospodarz, James, jako jego niezawodny przyjaciel, ja, jako osoba skacowana i niechcąca pokazywać się rodzicom w takim stanie, oraz Dorcas – cóż, z podobnych względów co ja.
            - Ogarniemy i coś zjemy, hm? – zapytał Syriusz, patrząc na nas z nadzieją.
Leżałyśmy z Dorcas na kanapie i co jakiś czas ciężko wzdychałyśmy, lub machnięciem różdżki przywoływałyśmy z kuchni kolejne butelki wody.
            - Sam se ogarniaj – wyburczałam, przysysając się do szklanki. – Na pewno nic nie będę jeść – dodałam, czując, że na samą myśl o jakimkolwiek jedzeniu mój żołądek się buntuje.
            - Pomogę ci – mruknęła Dorcas, niemrawo wstając z kanapy.
Skierowała się za Syriuszem na piętro i po chwili zniknęli mi z oczu.
            - Tosta? – zaproponował James, podsuwając mi talerz pod nos.
Co prawda myślałam, że na widok jedzenia zechce mi się wymiotować, ale wcale tak nie było.
            - Jednego – poprosiłam i po chwili żułam chrupiący chleb. – James…
            - Hm? – wymruczał brunet, pomiędzy mlaskaniem (gdybym była w pełni władz umysłowych, na pewno zwróciłabym mu uwagę, ale miałam wszystko gdzieś).
            - Czy bardzo się zbłaźniłam? – zapytałam nieśmiało. – Chyba cię nie napastowałam, czy coś takiego?
James parsknął śmiechem.
            - Trochę napastowałaś – stwierdził, na co się żachnęłam. – Ale to było bardzo miłe… I te poranne widoki… Uch, nie obrażaj się – dodał, przytulając mnie.
            - Nie obrażam – odparłam, chociaż byłam trochę najeżona. – Chociaż wiesz, co?
            - Co?
            - Myślę, że alkohol tylko to wyzwolił. Jestem gotowa – oznajmiłam, i głośno się zaśmiałam z zszokowanej miny chłopaka.

***

Oczywiście mówiąc, że jestem gotowa, wcale nie miałam na myśli ani tego pierwszo-styczniowego poranka, ani następnego. Nie, do tego pierwszego razu potrzebuje spokoju, czułości oraz romantycznej atmosfery.
            - To kiedy? – zapytał po raz któryś James, gdy sprzątaliśmy kuchnię.
            - Nie myślałam, że tak zareagujesz – odparłam zażenowana. – W niedalekiej przyszłości.
            - Czyli?
            - Ojej, nie wiem! – odpowiedziałam lekko zirytowana.
Nagle okazało się, że James ma obsesję na punkcie seksu. Super. Ta, to było sarkastyczne "super".
            - Nieważne – mruknął po chwili. – Ważne, że to się stanie – dodał z dumną miną.
Weź i zrozum faceta…

***

Drugiego stycznia mieliśmy pociąg powrotny do Hogwartu. Co właściwie było wyczekiwaną przeze mnie chwilą – mogłam w końcu zając się innymi sprawami, niż odpowiadaniem na jedno, jedyne pytanie, zadawane przez Jamesa.
„Kiedy?”
No, gdybym wiedziała, że stanie się takim irytującym kretynem, wcale nie oznajmiałabym tej jakże radosnej nowiny…
            - My pójdziemy do trzech ostatnich wagonów – oznajmił James.
Mieliśmy krótkie spotkanie prefektów. Oczywiście, nie wszyscy wrócili do domów na święta, więc byliśmy tylko w czwórkę – z Remusem i Amy.
I taki news. Remus z Amy się całowali! Taak, Amy się pochwaliła. Chociaż twierdzi, że nie wie czy coś z tego będzie, myślę że szykuje się gorący romans prefektów! A przynajmniej mam taką nadzieję.
            - Jest spokojnie – stwierdziłam, gdy przeszliśmy przez tył pociągu.
Co prawda niektórzy Ślizgoni rzucali nam paskudne spojrzenia, ale czego się po nich spodziewać? Pewnie byli wkurzeni, bo jak głosił dzisiejszy Prorok Codzienny, aurorzy złapali pięciu Śmierciożerców. Może to był czyjś ojciec lub brat, z tych których mijaliśmy?
            - To wracamy do przedziału – zadecydował James i pociągnął mnie w stronę drugiego wagonu.

***

Hogwart to zdecydowanie miejsce, w którym czuję się najlepiej. Oczywiście zaraz po ramionach Jamesa, żeby nie było!
Uwielbiam jego szerokie korytarze, schody, które tak często płatają figla, przez co trafiasz na inne piętro, niż to na które chciałeś iść. Ubóstwiam te zagadkowe miejsca, takie jak Pokój Życzeń. Bo jak on działa? To czysta magia, jednak nie tak prosta jak ta, której się uczymy. Wielka Sala, która zawsze wita nas smakowitymi zapachami. Biblioteka, w której kiedyś potrafiłam spędzać całe dnie…
Aż w końcu nasz dom, wieża Gryffindoru. Miejsce przytulne, zastawione zniszczonymi kanapami i meblami, ale jak wygodnymi! Wielki kominek, który zawsze bucha przyjemnym ciepłem, chorągwie Godryka Gryffindora, wiszące nad drzwiami.
To wszystko tworzy cudowną atmosferę, której tak bardzo będzie mi brakować po zakończeniu szkoły…
            - A może by tak zawalić OWTemy? – pomyślałam na głos, co zostało przyjęte głośnym wybuchem śmiechu i niedowierzającą miną Blacka.
            - Kto jak kto, ale nie ty, Rudzielcu – odparł, hamując moje rozmyślania.
Może i Hogwart przez tych parę lat był moim domem, ale musiałam pogodzić się z myślą, że niedługo będzie nim inne miejsce.

 ***

Upał. Strasznie gorąco, nie? A ma byc jeszcze cieplej!! A tu rozdziały zimowe... I jak ja mam się wczuć w pisanie, hę?
Dobra rozdział jest, ale następny? Cóż, nie mam pojęcia kiedy. Na razie potrafię myśleć tylko o tym, żeby nie spalić się na słońcu i, że mam szukac praktyk/stażu/pracy.
Bycie dorosłym jest do bani, serio, cieszcie się wiekiem nastoletnim, tak szybko przemija :( 
Do następnego ;)