czwartek, 28 maja 2015

Rozdział 25



Dwa dni wcześniej

Szlochająca brunetka biegła po schodach. Otarła oczy rękawem sukienki i weszła do łazienki.
Oparła dłonie o umywalkę i spojrzała w lustro.
            - Przecież jestem ładniejsza – mruknęła i poczuła zbierające się w kącikach oczu, łzy.
            - Lubisz rudzielce, Jamesie Potterze? – zapytała, patrząc prosto w lustro.
Wyciągnęła różdżkę i paroma zaklęciami zmieniła kolor włosów, z gorzkiej czekolady na płomienno rudy. Błękitne oczy stały się zielone, a cera jaśniejsza.
Jane uwielbiała zaklęcia. Zawsze miała z nich najlepszą ocenę. W tym momencie doceniła swoje zdolności.
            - Wyglądam jak ona – mruknęła patrząc z niedowierzaniem na swoje odbicie.
Zadowolona z siebie, wyszła z łazienki.
Postanowiła, że pokręci się na siódmym piętrze, może gdy zmieniła wygląd w końcu ją dostrzeże?


***


Marcus Avery szedł korytarzem na piątym piętrze. Z niesmakiem spoglądał na swojego korpulentnego towarzysza, szybko przebiegającego tłustymi nogami.
            - Teraz mają wracać? – zapytał.
Największym marzeniem Avery’ego była służba. Odkąd pamiętał, chciał służyć komuś potężnemu, niepokonanemu. Wierzył, że Czarny Pan był kimś takim. Wielkim i niezwyciężonym.
            - Ta-ak – wyjąkał Pettigrew, ocierając pot z czoła. – Co chcesz zrobić? – wyszeptał swoje pytanie.
Avery uśmiechnął się powoli. Grymas wykrzywił jego wąskie wargi w okrutnym uśmiechu.
            - Zabić szlamę, Pettigrew…


***


Jane oparła się o barierki i poczuła wiatr smagający jej blade policzki.
Uwielbiała Wieżę Astronomiczną. Trochę zazdrościła Gryfonom tego, że mają do niej tak blisko.
Potrząsnęła rudymi kosmykami i zaśmiała się cicho.
Gdyby Potter zaszedł ją od tyłu, na pewno pomyślałby, że to Evans…


***


Avery przystanął przed wejściem na Wieżę Astronomiczną. Obserwował rudowłosą dziewczynę, która z czegoś się cicho śmiała.
Schował różdżkę do kieszeni. Uznał, że życie szlamy nie może się skończyć za pomocą zaklęcia. Szlama może zginać tylko jak mugol – bez użycia czarów.
Spojrzał na trzęsącego się Pettigrew i cicho, niczym wąż zakradł się za dziewczynę.
            - Lily – mruknął, modulując głos tak, aby brzmiał jak Pottera.
Dziewczyna obróciła się z radosnym śmiechem. Już na zawsze jej usta miały pozostać rozchylone w tym szczęśliwym wyrazie…
            - Zostaw tu list – powiedział do Pettigrew, gdy zobaczył bezwładne ciało dziewczyny, leżące na błoniach, siedem pięter niżej.
Zadowolony z wykonanego zadania, skierował się do lochów.


***


Petera spotkałam niedaleko wejścia do Pokoju Życzeń. Tym większe było moje zdziwienie, gdy okazało się, że nie był sam.
Peter w niedługim czasie musiał nawiązać całkiem ciekawe znajomości. Bo nikt normalny, nie zadaje się z Avery’m. Żaden Gryfon, Puchon czy Krukon. Tylko Ślizgoni. Oraz zwolennicy Sami- Wiecie- Kogo.
            - … dobrze się spisujesz. Ale jeżeli ktokolwiek połączy nas ze sprawą śmierci tej dziewczyny, to ty też nie żyjesz, rozumiesz? – usłyszałam cichy szept Avery’ego.
Mocniej przylgnęłam do ściany i modliłam się, żeby nie spojrzał w moim kierunku.
            - Co myślą twoi współlokatorzy?
            - Że t- to było samobójstwo – odpowiedział Peter, tak typowo dla siebie jąkając się. – Nie podejrzewają, że to my… Ty, ją popchnąłeś.
            - I dobrze, Pettigrew – odparł Avery, śmiejąc się. – Śledź ich nadal, a zaznasz łaski Czarnego Pana…


***


Wcale nie musiałam szukać Snape’a. Bo tak jak myślałam, był niewinny. Ale jak miałam przekonać Jamesa, że Peter jest w to zamieszany? Oczywiście, nie wiedziałam w jakim stopniu, ale jak?
Dlatego musiałam działać sama.
Poczekałam aż Avery skieruje się do schodów i podeszłam do Petera.
            - Cześć – zagadnęłam, uśmiechając się.
            - Lily – szepnął Peter, zdziwiony moim widokiem. Wyglądał, jakby zobaczył ducha. – Cześć, eee, co tu robisz?
            - Och, byłam przekazać Amy, że ma dzisiaj patrol z Remusem. Dawno nie rozmawialiśmy, co u ciebie? – zapytałam.
            - Ś-świetnie – odparł, nerwowo rozglądając sie. – Muszę iść…
            - Zacierać ślady, Peter? – zapytałam, gdy odwrócił się i zaczął iść w kierunku wejścia do pokoju wspólnego Gryfonów.
            - Ś-ślady? – zapytał, udając zdziwienie. – Jakie ślady, Lily?
            - Już ty dobrze wiesz, jakie ślady, Peter – odparłam, podchodząc do niego z wyciągniętą różdżką. – Ślady morderstwa. Oraz donoszenia… Co powtarzałeś zwolennikom Voldemorta na nasz temat? Co go zainteresowało, hm?
Peter szeroko otworzył oczy
            - Nie wiem o czym mówisz… - powiedział, patrząc uważnie na moją różdżkę. – Coś ci się pomyliło.
            - Doprawdy, Peter? Nie wydaje mi się… - odpowiedziałam, patrząc mu prosto w oczy. – Powiedz, wymazanie pamięci Dorcas, to też wasza wina? Coś usłyszała?
I w tym momencie Peter popełnił błąd. Może myślał, że nauki zwolenników czarnej magii coś mu dały. Jednak z pewnością, nie nabył refleksu.
            - Protego! – zawołałam, gdy chciał rzucić zaklęcie zapomnienia. – Chyba zapomniałeś, że zawsze byłeś kiepski z zaklęć! – zakpiłam.
            - To wasza wina! – zawołał, nagle wyprowadzony z równowagi. – Zawsze tacy mądrzy, wywyższający się! Ty i reszta Huncwotów! We wszystkim najlepsi, zdolni! I w końcu byłem dla kogoś lepszy od was! Przekazywałem im informacje na wasz tematy, a wy, tacy doskonali… nawet się nie domyśleliście! – krzyczał.
Pokręciłam głową.
            - Peter, to koniec – powiedziałam, zdejmując tarczę. – Idziemy do Dumbledore’a…
            - NIE! – ryknął. – To wszystko wasza wina! Ja jej nie zepchnąłem… To miałaś być ty, to przez was!
I już miałam wymówić zaklęcie, gdy zrobił to za mnie ktoś inny.
            - Drętwota! – powiedział James, kierując różdżką w Petera.


***


Od odkrycia prawdziwej przyczyny śmierci Jane McClusky minęło już parę dni. Zarówno Peter Pettigrew, jak i Marcus Avery, zostali zawieszeni w prawach ucznia, oraz wyrzuceni z Hogwartu. Dalej ich sprawą, miał zajmować się Departament Przestrzegania Praw Czarodziejów, czyli trochę taka mugolska policja.
Huncwoci… Ciężko to przeżyli. Żaden z nich nie pomyślałby, że ich przyjaciel, tak bliska im osoba, może ich zdradzi. Jednak najbardziej dobijał ich fakt, że Peter pomógł Avery’emu w popełnieniu i tuszowaniu morderstwa. Oraz jak się okazało, był przy rzucaniu zaklęcia zapomnienia na Dorcas.
James miał okropne wyrzuty sumienia. Cały czas wyrzucał sobie, że potraktował mnie, hm, niezbyt miło. Owszem, na początku mnie to trochę zabolało. Bo wyglądało to tak, jakby Peter był dla niego ważniejszy.
Ale później zrozumiałam, że gdyby on coś takiego zarzucił Dorcas, Alicji czy Marlenie, też byłabym wściekła. Więc szybko sobie wszystko wyjaśniliśmy.
Profesor Sprout, opiekunka Hufflepuffu, czyli domu z którego był Jane, urządziła jej „wieczór upamiętniający”. Uczniowie oraz nauczyciele zebrali się na błoniach i wysłali do nieba białe iskry z różdżek. Wyglądało to naprawdę pięknie, tak jakbyśmy wysyłali gwiazdy do nieba.
Powoli wszystko wracało do dawnego rytmu…


***


            - Niedługo początek grudnia… - zagaiłam, patrząc na Jamesa.
Siedzieliśmy w ich dormitorium i pisaliśmy wypracowanie na Transmutację. Profesor McGonagall twierdziła, że nasz rocznik nie przykłada się do nauki i do powtórek, więc zadawała nam coraz trudniejsze prace.
            - Taa – mruknął James, szukając czegoś w książce.
            - Wiesz, ostatnio napisała do mnie mama – zaczęłam. – Zaprasza cię do nas na kolację, pierwszego dnia świąt.
James uniósł głowę znad pergaminów.
            - Naprawdę? – zapytał ucieszony. – Oczywiście, że przyjdę.
Odetchnęłam z ulgą. Spodziewałam się, że się zgodzi, a nawet ucieszy – w końcu to James. Ale nie myślałam, że okaże aż taki entuzjazm.
            - Tylko ostrzegam, czeka cię przesłuchanie, oraz poznanie mojej siostry… Chociaż nie, Petunię już niestety poznałeś, prawda? – zapytałam po zastanowieniu.
            - Miałem tą przyjemność – odparł, chociaż doskonale wiedziałam, że wolałby powiedzieć „nieprzyjemność”.
            - Mama mi napisała, że Petunia ma narzeczonego… - powiedziałam, maczając pióro w kałamarzu. – To syn sąsiadów, Vernon. Też ma wpaść podczas świąt.
            - Hm, więc to będzie spotkanie porównujące kandydatów na przyszłych mężów córek? – zapytał James. Zastanowił się chwilę i szeroko uśmiechnął. – Niczym się nie martw, zrobię lepsze wrażenie na przyszłych teściach!
Westchnęłam ciężko. Właśnie taki jest problem z Jamesem – jest zbyt pewny siebie! Oczywiście, czasami jest to zaleta. Ale nie zawsze.
            - Jestem tego pewna, ale wiesz… Petunia nie znosi magii. Vernon jest mugolem, nic o nas nie wie. Nie możesz się z tym zdradzić, jasne? – zapytałam.
            - Jasne – odparł James.


***


Tony śniegu. Tysiące kilogramów śniegu. O ile nie miliony.
Człowiek budzi się, myśli sobie „To będzie świetny dzień!”, wygląda przez okno… i zamiera. Ponieważ widzi połacie śniegu. Białego puchu, czy raczej jak ja to nazywam „białej śmierci”. Od razu wyjaśniam, nie, nikt w historii Hogwartu nie zamarzł gdzieś na błoniach po utknięciu w tej zimnej masie. Ale to nie oznacza, że by nie mógł! Śnieg jest zagrożeniem dla życia!
Można zamarznąć.
Można dostać odmrożeń.
Można od niego oślepnąć.
Można sobie w nim zmoczyć ciuchy, a kaszmirowe swetry nie lubią wilgoci…
Wiem, że istnieją gorsze rzeczy na świecie. Chociażby fakt, że Pokątna znowu została zaatakowana.
Ale śnieg, jest dla mnie czymś naprawdę przerażającym.
Ponieważ śnieg oznacza bitwę na śnieżki…


***


            - Auaaa, ty cholerny kretynie!
Wrzask Dorcas było słychać na całych błoniach. A nie mówiłam? Oczywiście, że ostrzegałam! Mówiłam: „Dorcas, wyczaruj sobie tarczę, bo jak nic, któremuś z chłopaków odwali i rzuci w nas śnieżką”.
No nie lubię tego mówić (ta, jasne!), ale miałam rację.
Dorcas dostała prosto w kark, obrzydliwą, topniejącą śnieżką, która spłynęła jej za kołnierz płaszcza.
            - Pomóc ci? – zapytałam, gdy zaczęła się dziwnie trząść, próbując wytrząsnąć śnieg spod warstw koszulek, swetrów, oraz płaszcza.
            - Pomóc – potwierdziła żałośnie brzmiącym głosem i spojrzała na zadowolonego z siebie Blacka. – Zamorduję cię! I nie pomoże ci fakt, że jesteś moim chłopakiem!
Nowość! Wczoraj wieczorem, gdy siedzieliśmy w pokoju wspólnym i odrabialiśmy lekcje, oraz się uczyliśmy, poważna Dorcas i milczący Syriusz, chcieli nam coś oznajmić.
Najpierw pomyślałam, że wpadli. Zdarza się! No dobra, wcale nie tak często. Zdarzyło się to tylko raz. W 1888 roku, uczennica Slytherinu zaszła w ciążę z Mistrzem Eliksirów… Więc, pomyślałam, że stało się to ponownie, tylko w roku 1977. A tu taka niespodzianka!
            - Jesteśmy razem – obwieściła Dorcas.
Wszyscy się ucieszyli. Bo przecież przyjaciele pragną szczęścia dla swoich znajomych. No, chyba że są takimi przyjaciółmi jak Peter. Czyli zwykłymi zdrajcami.
            - Chyba już – zakomunikowałam, wycierając mokrą od roztopionego śniegu rękę w spodnie. – Gdyby James we mnie rzucił śnieżką, to bym go chyba zamord…
Jakże by inaczej! Zdania nie skończyłam, a dostałam topiącym się śniegiem prosto w plecy.
            - Hehe – zaśmiała się Marlena, patrząc na moją zdziwioną minę. – No chyba nie zamordujesz swojego ukochanego?
            - Się okaże – odparłam nabzdyczona.
Wszyscy znają moją awersję do śniegu. I mając na myśli wszystkich… Uch, no wszyscy, ok?
            - Witaj, moja królowo śniegu – powiedział James, obdarzając mnie zimnym pocałunkiem.
Wiecie, zimne usta, a nie to, że przestał czuć do mnie pociąg.
            - Witaj – odparłam sfochowana. – Nie licz dzisiaj na coś więcej, niż marny pocałunek w policzek – dodałam szeptem.
            - Czemu? – wymamrotał James.
Faceci… Nigdy nic nie rozumieją.
            - Bo walnąłeś mnie śnieżką – powiedziałam.
I od razu tego pożałowałam.


***


            - Co… ty… wyprawiasz?! – zawołałam, oglądając świat do góry nogami.
Nie, James nie użył na mnie zaklęcia swobodnego zwisu. Tylko by spróbował! Poderwał mnie z ziemi i przewiesił sobie przez ramię.
Przez chwilę byłam pod wrażeniem jego siły. Nie myślałam, że quidditch tak działa! Rozwija muskulaturę i tak dalej. Ale później oprzytomniałam i usłyszałam śmiech Syriusza. Nie lubię jak ktoś się ze mnie śmieje.
            - Postaw mnie na ziemi! – zawołałam, waląc go pięściami w plecy. Lub tyłek. Zależało gdzie trafiłam.
            - Nie – odparł i jeszcze mną podrzucił.
            - James, grabisz sobie! – wysyczałam. – Totalnie i niezaprzeczalnie – dodałam głupio.
            - Wątpię – odparł lakonicznie i skierował się w stronę boiska do quidditcha, a raczej trybun. – Już nie umiesz się na mnie wkurzać.
Myślałam, że dobrze się z tym kryłam…
            - Trochę jeszcze umiem! – zawołałam wojowniczo.
Blefowałam. O Merlinie, nie umiem się już na niego zdenerwować! Co to się porobiło…
            - To pokaż – powiedział, stawiając mnie na nogi.
Spojrzałam mu prosto w oczy.
            - Jesteś kretynem, Potter… - zaczęłam od najczęstszej obelgi. Tak między nami – mojej ulubionej. – Jesteś, uch, hm, jesteś…  taki, taki… okropnie kochany, pacanie!
James uśmiechnął się z satysfakcją.
            - Mówiłem? – zapytał.
            - Och, zamknij się – westchnęłam, wspięłam się na palce i pocałowałam go.


***


Dobra, śnieg wcale nie jest taki zły. Na przykład, przy romantycznych wieczornych spacerach spisuje się całkiem fajnie. Jako malownicze tło.
            - Więc, tak już będzie zawsze? – zapytałam, wpadając w melancholijny nastrój. – Tak słodko i radośnie?
            - Tego nie mogę ci obiecać – odparł, wywołując zdumienie na mojej twarzy. – Czasami może być ciężko, ale ważne żebyśmy byli razem…
No i proszę państwa, jak go tu nie kochać?


***


Do dormitorium wróciłam zmarznięta, ale prze szczęśliwa.
            - Lily! – pisnęła Marlena, rzucając mi się w ramiona.
Hu! Ledwo ustałam pod jej ciężarem… Wcale nie sugeruję, że ma nadwagę!
            - Co się stało? – zapytałam, gdy zostałam popchnięta na drzwi i zgnieciona w niedźwiedzim uścisku.
            - Thomas przeniesie się do Hogwartu od stycznia! – zawołała, pokazując mi wygnieciony list.
Spojrzałam na uśmiechniętą Alicję i znudzoną Dorcas.
            - To świetnie! – odparłam, spoglądając na list napisany po francusku, z którego oczywiście nic nie zrozumiałam. Jakoś nigdy nie miałam głowy do języków…
            - O Merlinie, byle trafił do Gryffindoru! – zawołała rozemocjonowana. – Myślicie, ze trafi do Gryffindoru?
            - Jasne, że tak – odparła Dorcas.
            - Na pewno – potwierdziła Alicja.
            - Oczywiście, że tak – dodałam.
Uwielbiam te momenty, gdy wszyscy których kocham, są szczęśliwi!


***


Miałam mały problem. Od momentu, gdy Avery został wywalony ze szkoły (i jak się dowiedzieliśmy – skazany na dożywocie w Azkabanie za morderstwo oraz tuszowanie go), Slytherinowi brakowało jednego prefekta.
Nikt normalny nie cierpiał z powodu braku Avery’ego… O dziwo oprócz mnie. Jako prefekt naczelny brałam wszystkie patrole, które przypadały ślizgońskim prefektom. Ale to nie był ten problem. Problem był całkiem inny. Dumbledore mianował nowego ślizgona prefektem…
Zapewne niezgadnięcie kogo.
Na pewno nie.
No, albo tak.
Severus Snape.
Tak, tak, tak! Mój były przyjaciel. Tak, ten sam, który po tylu latach znajomości i przyjaźni nazwał mnie szlamą. Może coś wam to powie, gdy przedstawię wam reakcje moich przyjaciół.
Reakcja Dorcas:
            -Serio? Lil, współczuję! Snape jest taki paskudny…
Reakcja Alicji:
            - Snape? No wiesz, lepiej on, niż ten kretyn Goyle…
Reakcja Marleny:
            - Kto to jest Snape? Nieważne, niedługo zobaczę Thomasa!
Reakcja Remusa:
            - To się James wkurzy…
Reakcja Syriusz:
            - Smarkerus? Już prędzej mianowałbym prefektem mojego przytępawego braciszka, niż Smarka.
Reakcja Jamesa:
            - Co?! Nie ma mowy, nie będziesz z nim współpracować! Lily, zapomniałaś jak cię nazwał? Zapomniałaś, że interesuje się czarną magią? Dałbym sobie różdżkę złamać, że jest też zwolennikiem Voldemorta! Nie, nie pozwalam!
Tak, jakby miał na to jakiś wpływ…
Więc, gdy zbliżało się zebranie, cóż, byłam zdenerwowana.
            - Idziemy? – zapytał Remus, przepuszczając mnie w drzwiach.
Od razu skierowaliśmy się na piąte piętro, do sali przeznaczonej na nasze comiesięczne spotkania. Nazywałam je „spotkaniami szych”. No wiecie, my, osoby wlepiające szlabany i odejmujące punkty! Byliśmy najważniejsi!
Zaraz po dyrektorze, profesor McGonagall, profesorach, panu Filtch’u, pani Pomfrey, pani Pince, Hagridzie, itd…
            - Cześć! – zawołałam, widząc Amy. – Co słychać?
            - Hej, wszystko dobrze – odparła.
Rozejrzałam się po sali i widząc wszystkich obecnych, przeszłam do rzeczy.
            - Tutaj macie plany patroli… Od połowy grudnia do końca stycznia – mruknęłam, rozdając pergaminy. – Profesor McGonagall poprosiła mnie, abym wam przypomniała o tygodniu poprzedzającym święta, będziemy dekorować zamek. Ach i proszę was o zwracanie większej uwagi na najmłodszych uczniów, ostatnio się rozbestwili… Jednego przyłapałam na próbie latania na miotle po korytarzu… - omówiłam jeszcze wszystkie organizacyjne sprawy i zostałam, żeby powyrzucać stare rozpiski patroli, oraz żeby przyczepić do tablicy nową.
            - Lily – usłyszałam.
W głębi, wiedziałam, że znowu spróbuje.
            - Tak? – zapytałam, odwracając się do chłopaka.
            - Ja… - zaczął. – Chciałem cię jeszcze raz przeprosić, to…
            - Nie, Severusie – przerwałam mu. – To, za co chcesz przeprosić, nie miałoby miejsca, gdybyś tak o mnie naprawdę nie myślał. A teraz wybacz, ale ktoś na mnie czeka.
            - Potter? – zapytał cicho, wykrzywiając twarz w grymasie niezadowolenia.
            - James – poprawiłam.

***


            - Mówiłam, żebyś mnie nie śledził – szepnęłam, gdy wychodziłam z sali.
James oczywiście nie byłby sobą, gdyby nie chciał mnie sprawdzać. Albo Snape’a.
            - Wiesz, że on interesuje się czarną magią. Nie mogłem pozwolić, żebyś sama wracała – odparł, spoglądając na oddalającego się chłopaka.
            - Znowu chciał mnie przeprosić – powiedziałam, żeby zmienić temat.
Nadal bolał mnie fakt, że Severus wolał czarną magię oraz Śmierciożerców ode mnie…
            - Ten typ tak ma – stwierdził James. – W dodatku zakochany…
Otworzyłam szeroko oczy i cicho się zaśmiałam.
            - Nie opowiadaj głupot.
            - Kiedy to najprawdziwsza prawda, Lily – powiedział James, łapiąc mnie za rękę.
Pokręciłam głową. Przecież zauważyłabym! Jestem całkiem spostrzegawcza. Zazwyczaj…



***

No nic, tylko zawiesić Lily pelerynę i nazywać ją SuperLily! Jak ja to robię, że to dziewczę zawsze znajduje się w odpowiedniej chwili i momencie, żeby coś podsłuchać? xD Ale już nie chciałam przeciągać wątku Jane. Gdy napisałam ten rozdział i dwa następne, pomyślałam, że może za wcześnie pozbyłam się Petera, ale cholera, on i tak nie miał jakiegoś szczególnego wątku w tym opowiadaniu, był typowym obżerającym się Peterem, tłem dla innych... Więc tak, znowu zmieniam zakończenie. No, chyba że mnie coś najdzie i ich wszystkich na koniec pozabijam - jak w Grze o tron :) Przez praktyki na nic nie mam czasu - trzynaście godzin poza domem nie sprzyja pisaniu :( Może w weekend ruszę z 30 rozdziałem.

niedziela, 24 maja 2015

Rozdział 24



W Hogwarcie plotki rozchodzą się z prędkością wyścigowej miotły. Czytaj: mega szybko.
Niedzielny, listopadowy poranek zazwyczaj nie jest ładny. Jak to w listopadzie, zazwyczaj pada deszcz, jest pochmurno i naprawdę zimno. Nie inaczej było tego dnia. Jednak był on wyjątkowy. I to nie w jakimś miłym sensie.
            - Co się stało? – zapytałam, gdy po dziewiątej dotarłam na śniadanie.
Dorcas z Alicją siedziały zmartwione. Stół Puchonów był opustoszały. Nauczycielski właściwie też, a w niedzielę profesorowie przychodzą później na śniadanie.
            - Nie słyszałaś? – zapytała zdziwiona Alicja. – Lepiej usiądź – dodała, gdy pokręciłam głową.
            - Znaleźli Jane McClusky pod Wieżą Astronomiczną – powiedziała Dorcas.
            - No i co z tego? – zapytałam najeżona. To nazwisko tak na mnie działało.
            - Znaleźli ją martwą, Lily – dodała Dorcas.
Otworzyłam szeroko oczy i odłożyłam kanapkę na talerz.
            - Jak to? – zapytałam zszokowana.
Alicja pokręciła głową.
            - Nic nie wiadomo… Właśnie do zamku dotarli jej rodzice, są u Dumbledore’a. Podobno rzuciła się z Wieży Astronomicznej...
Nie mogłam w to uwierzyć! Przecież jeszcze wczoraj knuła jak dobrać się do Jamesa, a dzisiaj nie żyje?
            - Hej, co to za grobowe miny? – zapytał Syriusz, na co Dorcas głośno syknęła.
            - To dobre pytanie – wyszeptałam i zwróciłam się do Jamesa: - Jane nie żyje.
            - Jane McClusky? – zapytał. Tak jakbyśmy znali jakąś inną Jane… - O kurwa.
            - Teraz musimy sobie zadać pytanie – powiedziałam i dodałam gdy zapadła cisza: - Czy to było samobójstwo, czy morderstwo…


***


Od czasu tajemniczej śmierci Jęczącej Marty (tej co nawiedza damską łazienkę), w Hogwarcie nie zginął żaden uczeń.
Hogwart był bezpiecznym miejscem. Ok, może nie do końca bezpiecznym, bo nadal zdarzały się ataki, lub różne rasistowskie zachowania.
Ale do tej pory, nikt od tego nie zginął.
Uczniowie byli w szoku. Nauczyciele też.
            - To straszne – westchnęłam, gdy wracaliśmy do Wieży Gryffindoru.
I niestety widzieliśmy zdruzgotanych i załamanych rodziców Puchonki, wychodzących z gabinetu dyrektora. To był okropny widok.
            - James, myślisz, że jesteśmy ostatnimi osobami, które widziały ją żywą? – zapytałam bruneta, gdy zostaliśmy w tyle.
            - Jest to możliwe – odparł. – Jeżeli popełniła samobójstwo. A jeżeli było to morderstwo…
Pokręciłam głową. Nie mogłam sobie tego wyobrazić! Jasne, nie lubiłam Jane. Ale żeby ją zabić? Nie. Życzyć jej śmierci? Nie!
            - Chodźmy do Pokoju Życzeń – mruknął, gdy przechodziliśmy obok tej niesamowitej ściany. – Martwisz się – zauważył.
Uśmiechnęłam się niemrawo.
            - Oczywiście, że się martwię – odparłam. – Zostawiliśmy ją wczoraj żywą, w okolicach lochów, a dzisiaj rano znaleźli ją martwą pod Wieżą Astronomiczną… To dosyć szokujące.
            - Dumbledore to wyjaśni – stwierdził pewnie James, siadając obok mnie. – Pewnie przebadają jej różdżkę, żeby zobaczyć jakie rzucała ostatnie zaklęcia, oraz zrobią jej sekcję.
Wzdrygnęłam się. Cały czas miałam przed oczami to, jak wygląda mugolska sekcja zwłok…
Przysunęłam się bliżej do chłopaka i mocno się do niego przytuliłam.


***


Niedziela mijała naprawdę powoli. Miałam jej dość, wyczekiwałam poniedziałku. Chciałam wpaść w swój normalny tryb – zajmować się lekcjami, obowiązkami prefekta, a nie zamartwiać się czyjąś śmiercią.
Wiem, że brzmi to okrutnie. Naprawdę żałowałam tej dziewczyny, miała przed sobą całe życie. Ale czułam… Cholera, miałam wyrzuty sumienia!
Nie dlatego, że ona nie żyła, a ja tak. Dlatego, że cóż, może istniał sposób dzięki któremu mogłam zapobiec jej śmierci.
Taak, wiem. Wszystkich się nie uratuje. A ze mnie żaden super bohater. Ale jeżeli istniała nawet najmniejsza szansa… To zasługiwał na nią każdy. Nawet Jane McClusky.
            - Idę spać – powiedziałam do chłopaków.
Dziewczyny już dawno poszły do dormitorium. Chyba wszyscy mieli dość tego żałobnego nastroju.
Pocałowałam Jamesa w policzek i poszłam do sypialni.


***


            - Więc, co o tym wszystkim myślicie? – zapytałem.
Po pójściu dziewczyn, wróciliśmy do naszego dormitorium. Wszyscy oprócz Petera.
            - Stary, to straszne co się stało tej dziewczynie, ale czy naprawdę nie mamy jakiś innych tematów do rozmów? Mam dość tej grobowej atmosfery – odparł Syriusz. 
Rozłożył się na łóżku i wyciągnął spod niego mugolskie pismo o motocyklach.
            - James, chyba nie sądzisz, że w Hogwarcie grasuje morderca, prawda? – zapytał Remus, patrząc na mnie bacznie.
            - Nie mam pojęcia – odparłem. – Ale wydaje mi się, że nie była typem samobójcy… Wydawała się dosyć waleczna, jeżeli jej na czymś zależało.
            - Masz na myśli siebie? – zapytał Frank. – Wydaje mi się, że miała ostatnimi czasy lekką obsesję na twoim punkcie…
Skrzywiłem się.
            - Nie przypominaj mi o tym – odparłem, siadając na łóżku. – Już i tak Lily ma wyrzuty sumienia… Widzę to po jej zachowaniu.
            - Myślę, że nie powinniśmy tego roztrząsać – powiedział Remus. – Dumbledore stanie na głowie, ale to wyjaśni.
Skinąłem głową i położyłem się na łóżku. Patrząc na ciemny baldachim nad głową, zastanawiałem się, czy nie mogliśmy zrobić czegoś, co by nie dopuściło do tej tragedii.


***


Następne dni mijały w naprawdę ponurej atmosferze. Jakby tego było mało, zaczął padać śnieg. Lekcje Zielarstwa stały się naprawdę problematyczne. Musieliśmy wchodzić w wydrążony w śniegu tunel i iść gęsiego do szklarni numer dwa.
            - Zimnooo – powiedziałam, rozcierając zmarznięte dłonie.
Aż zaczęłam żałować, że wybrałam Zielarstwo. Brodzenie w mokrym śniegu, sięgającym kolan nie było moim ulubionym zajęciem.
James chwycił moje dłonie w swoje i szybkimi ruchami zaczął je rozgrzewać. 
Widzicie? Warto mieć chłopaka. Chociażby dlatego, że nigdy nie jest mu zimno… No, lub udaje, że nie jest mu zimno.
            - Zaczynamy lekcję, zapraszam do stanowisk! Dzisiaj zajmiemy się przesadzaniem Mimbulus mimbletonii – powiedziała profesor Sprout, rozdając każdej parze dosyć nietypową roślinkę, wyglądem przypominającą kaktus.
            - Uważaj, żeby jej nie uszkodzić – powiedziałam do Jamesa. – Jeżeli przekłuje się jej bąble, to wytryśnie na nas okropnie śmierdzącą mazią.
James wyszeptał coś niemiłego o profesor Sprout i jej cuchnących roślinkach. Przerwał, gdy zaczęła przemawiać nauczycielka.


***


            - Nie mogłeś się opanować, prawda? – zapytałam.
Wracaliśmy w czwórkę do zamku. Śmierdząc. Obrzydliwie cuchnąc. I klejąc się.
            - Sorry, Evans, nie wiedziałem – wymamrotał Syriusz, ścierając chusteczką maź z dłoni.
            - Gdybyś czasem słuchał nauczyciela, nic takiego nie miało by miejsca – odparłam.
            - Umyjemy się – stwierdził James, próbując załagodzić unoszącą się w powietrzu kłótnię.
            - Uch, przestańcie – dodała Dorcas. – Naprawdę nie ma się o co kłócić… Przecież…
Przerwałam jej głośnym „cii”. Przy drzwiach prowadzących do wejścia do zamku, stał Dumbledore z Hagridem.
            - … samobójstwo, Hagridzie – zakończył Dumbledore.
            - Cholibka, profesorze. Taka młoda dziewuszka… Czy wiadomo dlaczego? – zapytał Hagrid.
            - Nieodwzajemniona miłość… Zostawiła list pożegnalny – odparł dyrektor, wchodząc do zamku.
Z oczami wielkości galeonów, spojrzałam na zszokowanego Jamesa.


***


Dowiedzenie się, że jakaś dziewczyna jest zakochana w twoim chłopaku, nie jest miłe. Ale świadomość tego, że zabiła się, ponieważ nie mogła z nim być, była…
Okropna. Czułam się okropnie.
Chociaż, co miał powiedzieć James?
Oczywiście, dowiedzieliśmy się tego zupełnie nielegalnie. W całkiem ohydny sposób – podsłuchując.
Żaden z nauczycieli nie zająknął się z jakiego powodu Jane popełniła samobójstwo. Ale my wiedzieliśmy. I ta wiedza nas zżerała.
            - Może wcale nie chodziło o Jamesa? – zapytał Syriusz.
Od razu poszliśmy do sypialni Huncwotów. Już żadne z nas, nie przejmowało się tym, że śmierdzi, czy jest brudne mazią tego przedziwnego kaktusa.
            - Chodziło o Jamesa – powiedziałam poważnie.
Bo o kogo innego mogłoby chodzić? O Petera? O Snape’a?
            - Może nie? – zapytała Dorcas, ale od razu spiorunowałam ją wzrokiem.
            - Przestańcie, to głupie – przerwał nasze obrzucanie się wzrokiem, James. – Na pewno nie chodzi o mnie. Musieliśmy coś przegapić…
            - Przecież słyszałeś co mówiła do Snape’a – powiedziałam i patrząc Jamesowi w oczy zacytowałam: - „… a ja wtedy zajmę się Potterem. Jest kapitanem drużyny, będę do niego o wiele bardziej pasować, niż ta ruda paskuda!”
Mam całkiem niezłą pamięć, wiem. I gdy słyszy się coś takiego z ust, hm, rywalki, nie zapomina się tak łatwo.
            - Serio tak powiedziała? – zapytał Syriusz, podśmiewając się. Pewnie z tej rudej paskudy…
            - Więc jak możemy mówić o pomyłce? Czy do Hogwartu chodzi też jakiś inny Potter? – zapytałam.
James pokręcił głową.
            - Odpuśćmy – powiedziała Dorcas po chwili ciszy.
            - Hę? – wydukałam.
            - Nie ma o czym debatować. To nie jest niczyja wina. Ta dziewczyna podjęła decyzję… Nieodwołalną. Przecież nikt was nie obwinia, musimy o tym zapomnieć – powiedziała Dor, właściwie, całkiem sensownie.
            - Dorcas ma rację – wtrącił Syriusz. – To nie wasza wina. Żadnego z was, bez względu na to co czuła do Rogacza, albo do Lily… Chociaż wiemy, że do Lily raczej nienawiść.
            - Dzięki, Syriuszu – odparłam ironicznie. – To naprawdę miłe.
Ale tak, Dorcas miała rację. Żadne z nas nie było winne śmierci tej dziewczyny. W końcu ani ja, ani James nie zepchnęliśmy jej z Wieży Astronomicznej… Ale znowu, jak można od tak przejść do normalnego życia, po tym, czego się dowiedzieliśmy?
To było szokujące.
            - Idę do łazienki prefektów – powiedziałam, gdy w pokoju zaległa cisza.
Wyszłam z dormitorium Huncwotów, próbując o wszystkim zapomnieć.


***


Łazienka prefektów jest naprawdę świetna. Znajduje się w niej wielka wanna, zajmująca prawie całe pomieszczenie, wyłożone różnokolorowymi płytkami. Nad wanną znajduje się dziesięć kranów – z każdego wypływa płyn do kąpieli o innym zapachu i kolorze.
Zdecydowanie – jest to miejsce w którym można zapomnieć o wszelkich troskach. Gorzej, jak ma się towarzystwo.
            - Cześć, Lily Evans – usłyszałam dziewczęcy głos.
            - Cześć, Marto – odparłam, otwierając oczy. – Co u ciebie słychać? Teraz straszysz łazienkę prefektów?
Marta piskliwie zachichotała i pokręciła głową.
            - Szukałam cię – powiedziała, siadając na skraju wanny w której się wylegiwałam. – Po drugiej stronie… Wiesz, stronie zmarłych powstało małe zamieszanie.
Zmarszczyłam brwi i czekałam na dalszy ciąg tajemniczej wypowiedzi.
            - Pewna dziewczyna twierdzi, że umarła z twojego powodu! – zawołała.
Właściwie nawet mnie to nie zaskoczyło. Jeżeli ktoś mógłby mnie o coś obwiniać, to tylko Jane.
            - Z mojego powodu popełniła samobójstwo? – zapytałam.
Marta pokręciła głową.
            - Z twojego powodu ktoś ją zabił! – zawołała i z głośnym piskiem wleciała do odpływu umywalki.
Z całą pewnością, to mnie zaskoczyło.


***


Do wieży wracałam okrężną drogą. Musiałam sobie wszystko przemyśleć.
I oto wnioski:
- w szkole grasuje morderca!
Tak! O ile to co mówi Marta jest prawdą. Właściwie nie byłam do końca pewna, czy można jej ufać, ale nigdy specjalnie mnie nie szukała, żeby coś mi powiedzieć. Czasem, gdy nie miałam wyjścia, wchodziłam do „jej” łazienki, ale zazwyczaj mnie ignorowała.
Tylko, że to by znaczyło, że ktoś jest na tyle dobry, że sfabrykował list, oraz upozorował samobójstwo…
            - Evans! – usłyszałam i aż podskoczyłam.
Nie no, nie myślałam, że ktoś chce mnie zabić. Raczej wtedy nie wrzeszczałby na pół szkoły mojego nazwiska, byłby idiotą gdyby zrobił coś takiego…
            - Black – powiedziałam. – Co tu robisz?
            - A ty? – odparł.
Przewróciłam oczami i wyżej uniosłam brudny mundurek.
            - Byłam w łazience, przecież mówiłam…
            - Uhm – mruknął znudzony Syriusz. – Rogacz zaczął się martwic, że tak długo nie wracasz, więc ruszyłem na misję zwiadowczą.
I nie wiem co się ze mną stało. Ale wszystko mu powiedziałam.


***


Znowu trafiłam do dormitorium Huncwotów. Ale jeszcze nigdy na mnie tak nie patrzyli. Z troską.
            - I co zrobimy? – zapytał Syriusz. – To jakaś dziwna sprawa. Nadal mi się wydaje, że coś nam umyka…
            - Więc przeanalizujmy wszystko od początku – powiedziałam. – Tę sprawę łączy pięć osób. Poczynając od Jamesa, przeze mnie, po Petera i Snape’a. Piątą, czyli głównym ogniwem, łączącym nas wszystkich jest Jane. Która, być może została zamordowana… Jakieś pomysły, przez kogo?
            - Przez Smarkerusa, mówię wam! – zawołał James.
            - James, akurat w to nie uwierzę. Dobra, Snape jest Ślizgonem, interesuje się czarną magią, ale sam widziałeś. Miał ją gdzieś i nie chciał brać w jej knuciach udziału… A Peter? – zapytałam. – Gdzie on w ogóle jest?
            - Lily, ty chyba nie myślisz, że Peter… - zaczął Remus, bardzo poważnym tonem. – Peter jest naszym przyjacielem. I nie jest mordercą.
Cała trójka patrzyła na mnie z wyrzutem.
            - Wiem, że Peter jest waszym przyjacielem, ale przemyśleliście to? Mógł się czuć zraniony, gdy go rzuciła… I myślę, że cały czas wiedział, że ona coś czuje do Jamesa. On… czasem Peter tak dziwnie na niego patrzy – powiedziałam.
James skrzywił się.
            - Jak na mnie patrzy, Lily? – zapytał. – Wierzysz, że Snape jest czysty jak łza, i oskarżasz Petera? Po tym co Snape ci zrobił? Jak cię potraktował?!
Zagryzłam wargi i spojrzałam na Syriusza.
            - A co z atakiem na Dorcas? Gdzie wtedy był Peter? Tak dziwnie się zachowywał… - powiedziałam, ale przerwałam gdy zobaczyłam spojrzenie Jamesa.
W życiu jeszcze nie obdarzył mnie takim spojrzeniem. Pełnym niechęci i politowania.
            - Nigdy w to nie uwierzę – powiedział. – I nie powtarzaj tego więcej. Peter nie jest mordercą!
            - Jeżeli tak uważasz… - odparłam wstając z krzesła na którym siedziałam. – Myślę, że lepiej będzie jeżeli każdy zajmie się udowadnianiem winy po swojemu – dodałam.
            - Idziesz do Snape’a? – zapytał James, piorunując mnie spojrzeniem. – Jeżeli do niego pójdziesz, myślę, że nie mamy o czym rozmawiać…
Spojrzałam mu prosto w oczy. I wyszłam.
Może gdyby wiedział, że częściowo mam rację, i śmierć Jane nie była winą tylko jednej osoby, nie powiedziałby czegoś takiego. Może by się na mnie tak nie wkurzył, i nie dopuściłby do tego, żebym sama szukała winnych… Może.


***

Jak to jest, że jak nie mam czasu, bo powinnam go przeznaczać na coś innego, pisze mi się najlepiej?