Dwa dni wcześniej
Szlochająca
brunetka biegła po schodach. Otarła oczy rękawem sukienki i weszła do
łazienki.
Oparła
dłonie o umywalkę i spojrzała w lustro.
- Przecież jestem ładniejsza –
mruknęła i poczuła zbierające się w kącikach oczu, łzy.
- Lubisz rudzielce, Jamesie
Potterze? – zapytała, patrząc prosto w lustro.
Wyciągnęła
różdżkę i paroma zaklęciami zmieniła kolor włosów, z gorzkiej czekolady na
płomienno rudy. Błękitne oczy stały się zielone, a cera jaśniejsza.
Jane
uwielbiała zaklęcia. Zawsze miała z nich najlepszą ocenę. W tym momencie
doceniła swoje zdolności.
- Wyglądam jak ona – mruknęła
patrząc z niedowierzaniem na swoje odbicie.
Zadowolona
z siebie, wyszła z łazienki.
Postanowiła,
że pokręci się na siódmym piętrze, może gdy zmieniła wygląd w końcu ją
dostrzeże?
***
Marcus
Avery szedł korytarzem na piątym piętrze. Z niesmakiem spoglądał na swojego
korpulentnego towarzysza, szybko przebiegającego tłustymi nogami.
- Teraz mają wracać? – zapytał.
Największym
marzeniem Avery’ego była służba. Odkąd pamiętał, chciał służyć komuś potężnemu,
niepokonanemu. Wierzył, że Czarny Pan był kimś takim. Wielkim i niezwyciężonym.
- Ta-ak – wyjąkał Pettigrew,
ocierając pot z czoła. – Co chcesz zrobić? – wyszeptał swoje pytanie.
Avery
uśmiechnął się powoli. Grymas wykrzywił jego wąskie wargi w okrutnym uśmiechu.
- Zabić szlamę, Pettigrew…
***
Jane
oparła się o barierki i poczuła wiatr smagający jej blade policzki.
Uwielbiała
Wieżę Astronomiczną. Trochę zazdrościła Gryfonom tego, że mają do niej tak
blisko.
Potrząsnęła
rudymi kosmykami i zaśmiała się cicho.
Gdyby
Potter zaszedł ją od tyłu, na pewno pomyślałby, że to Evans…
***
Avery
przystanął przed wejściem na Wieżę Astronomiczną. Obserwował rudowłosą
dziewczynę, która z czegoś się cicho śmiała.
Schował
różdżkę do kieszeni. Uznał, że życie szlamy nie może się skończyć za pomocą
zaklęcia. Szlama może zginać tylko jak mugol – bez użycia czarów.
Spojrzał
na trzęsącego się Pettigrew i cicho, niczym wąż zakradł się za dziewczynę.
- Lily – mruknął, modulując głos
tak, aby brzmiał jak Pottera.
Dziewczyna
obróciła się z radosnym śmiechem. Już na zawsze jej usta miały pozostać
rozchylone w tym szczęśliwym wyrazie…
- Zostaw tu list – powiedział do
Pettigrew, gdy zobaczył bezwładne ciało dziewczyny, leżące na błoniach, siedem
pięter niżej.
Zadowolony
z wykonanego zadania, skierował się do lochów.
***
Petera spotkałam niedaleko
wejścia do Pokoju Życzeń. Tym większe było moje zdziwienie, gdy okazało się, że
nie był sam.
Peter w niedługim czasie
musiał nawiązać całkiem ciekawe znajomości. Bo nikt normalny, nie zadaje się z
Avery’m. Żaden Gryfon, Puchon czy Krukon. Tylko Ślizgoni. Oraz zwolennicy Sami-
Wiecie- Kogo.
- … dobrze się spisujesz. Ale jeżeli ktokolwiek połączy
nas ze sprawą śmierci tej dziewczyny, to ty też nie żyjesz, rozumiesz? –
usłyszałam cichy szept Avery’ego.
Mocniej przylgnęłam do
ściany i modliłam się, żeby nie spojrzał w moim kierunku.
- Co myślą twoi współlokatorzy?
- Że t- to było samobójstwo – odpowiedział Peter, tak typowo
dla siebie jąkając się. – Nie podejrzewają, że to my… Ty, ją popchnąłeś.
- I dobrze, Pettigrew – odparł Avery, śmiejąc się. –
Śledź ich nadal, a zaznasz łaski Czarnego Pana…
***
Wcale nie musiałam szukać
Snape’a. Bo tak jak myślałam, był niewinny. Ale jak miałam przekonać Jamesa, że
Peter jest w to zamieszany? Oczywiście, nie wiedziałam w jakim stopniu, ale
jak?
Dlatego musiałam działać
sama.
Poczekałam aż Avery skieruje
się do schodów i podeszłam do Petera.
- Cześć – zagadnęłam, uśmiechając się.
- Lily – szepnął Peter, zdziwiony moim widokiem.
Wyglądał, jakby zobaczył ducha. – Cześć, eee, co tu robisz?
- Och, byłam przekazać Amy, że ma dzisiaj patrol z
Remusem. Dawno nie rozmawialiśmy, co u ciebie? – zapytałam.
- Ś-świetnie – odparł, nerwowo rozglądając sie. – Muszę iść…
- Zacierać ślady, Peter? – zapytałam, gdy odwrócił się i
zaczął iść w kierunku wejścia do pokoju wspólnego Gryfonów.
- Ś-ślady? – zapytał, udając zdziwienie. – Jakie ślady,
Lily?
- Już ty dobrze wiesz, jakie ślady, Peter – odparłam,
podchodząc do niego z wyciągniętą różdżką. – Ślady morderstwa. Oraz donoszenia…
Co powtarzałeś zwolennikom Voldemorta na nasz temat? Co go zainteresowało, hm?
Peter szeroko otworzył oczy
- Nie wiem o czym mówisz… - powiedział, patrząc uważnie
na moją różdżkę. – Coś ci się pomyliło.
- Doprawdy, Peter? Nie wydaje mi się… - odpowiedziałam,
patrząc mu prosto w oczy. – Powiedz, wymazanie pamięci Dorcas, to też wasza
wina? Coś usłyszała?
I w tym momencie Peter
popełnił błąd. Może myślał, że nauki zwolenników czarnej magii coś mu dały.
Jednak z pewnością, nie nabył refleksu.
- Protego! – zawołałam, gdy chciał rzucić zaklęcie
zapomnienia. – Chyba zapomniałeś, że zawsze byłeś kiepski z zaklęć! – zakpiłam.
- To wasza wina! – zawołał, nagle wyprowadzony z równowagi. –
Zawsze tacy mądrzy, wywyższający się! Ty i reszta Huncwotów! We wszystkim
najlepsi, zdolni! I w końcu byłem dla kogoś lepszy od was! Przekazywałem im
informacje na wasz tematy, a wy, tacy doskonali… nawet się nie domyśleliście! –
krzyczał.
Pokręciłam głową.
- Peter, to koniec – powiedziałam, zdejmując tarczę. –
Idziemy do Dumbledore’a…
- NIE! – ryknął. – To wszystko wasza wina! Ja jej nie
zepchnąłem… To miałaś być ty, to przez was!
I już miałam wymówić
zaklęcie, gdy zrobił to za mnie ktoś inny.
- Drętwota! – powiedział James, kierując różdżką w
Petera.
***
Od odkrycia prawdziwej
przyczyny śmierci Jane McClusky minęło już parę dni. Zarówno Peter Pettigrew,
jak i Marcus Avery, zostali zawieszeni w prawach ucznia, oraz wyrzuceni z Hogwartu.
Dalej ich sprawą, miał zajmować się Departament Przestrzegania Praw
Czarodziejów, czyli trochę taka mugolska policja.
Huncwoci… Ciężko to
przeżyli. Żaden z nich nie pomyślałby, że ich przyjaciel, tak bliska im osoba,
może ich zdradzi. Jednak najbardziej dobijał ich fakt, że Peter pomógł
Avery’emu w popełnieniu i tuszowaniu morderstwa. Oraz jak się okazało, był przy
rzucaniu zaklęcia zapomnienia na Dorcas.
James miał okropne wyrzuty
sumienia. Cały czas wyrzucał sobie, że potraktował mnie, hm, niezbyt miło.
Owszem, na początku mnie to trochę zabolało. Bo wyglądało to tak, jakby Peter
był dla niego ważniejszy.
Ale później zrozumiałam, że
gdyby on coś takiego zarzucił Dorcas, Alicji czy Marlenie, też byłabym
wściekła. Więc szybko sobie wszystko wyjaśniliśmy.
Profesor Sprout, opiekunka
Hufflepuffu, czyli domu z którego był Jane, urządziła jej „wieczór
upamiętniający”. Uczniowie oraz nauczyciele zebrali się na błoniach i wysłali
do nieba białe iskry z różdżek. Wyglądało to naprawdę pięknie, tak jakbyśmy
wysyłali gwiazdy do nieba.
Powoli wszystko wracało do dawnego
rytmu…
***
- Niedługo początek grudnia… - zagaiłam, patrząc na
Jamesa.
Siedzieliśmy w ich
dormitorium i pisaliśmy wypracowanie na Transmutację. Profesor McGonagall
twierdziła, że nasz rocznik nie przykłada się do nauki i do powtórek, więc
zadawała nam coraz trudniejsze prace.
- Taa – mruknął James, szukając czegoś w książce.
- Wiesz, ostatnio napisała do mnie mama – zaczęłam. –
Zaprasza cię do nas na kolację, pierwszego dnia świąt.
James uniósł głowę znad
pergaminów.
- Naprawdę? – zapytał ucieszony. – Oczywiście, że
przyjdę.
Odetchnęłam z ulgą.
Spodziewałam się, że się zgodzi, a nawet ucieszy – w końcu to James. Ale nie
myślałam, że okaże aż taki entuzjazm.
- Tylko ostrzegam, czeka cię przesłuchanie, oraz poznanie
mojej siostry… Chociaż nie, Petunię już niestety poznałeś, prawda? – zapytałam
po zastanowieniu.
- Miałem tą przyjemność – odparł, chociaż doskonale
wiedziałam, że wolałby powiedzieć „nieprzyjemność”.
- Mama mi napisała, że Petunia ma narzeczonego… - powiedziałam,
maczając pióro w kałamarzu. – To syn sąsiadów, Vernon. Też ma wpaść podczas
świąt.
- Hm, więc to będzie spotkanie porównujące kandydatów na
przyszłych mężów córek? – zapytał James. Zastanowił się chwilę i szeroko
uśmiechnął. – Niczym się nie martw, zrobię lepsze wrażenie na przyszłych
teściach!
Westchnęłam ciężko. Właśnie
taki jest problem z Jamesem – jest zbyt pewny siebie! Oczywiście, czasami jest
to zaleta. Ale nie zawsze.
- Jestem tego pewna, ale wiesz… Petunia nie znosi magii.
Vernon jest mugolem, nic o nas nie wie. Nie możesz się z tym zdradzić, jasne? –
zapytałam.
- Jasne – odparł James.
***
Tony śniegu. Tysiące
kilogramów śniegu. O ile nie miliony.
Człowiek budzi się, myśli
sobie „To będzie świetny dzień!”, wygląda przez okno… i zamiera. Ponieważ widzi
połacie śniegu. Białego puchu, czy raczej jak ja to nazywam „białej śmierci”.
Od razu wyjaśniam, nie, nikt w historii Hogwartu nie zamarzł gdzieś na błoniach
po utknięciu w tej zimnej masie. Ale to nie oznacza, że by nie mógł! Śnieg jest
zagrożeniem dla życia!
Można zamarznąć.
Można dostać odmrożeń.
Można od niego oślepnąć.
Można sobie w nim zmoczyć
ciuchy, a kaszmirowe swetry nie lubią wilgoci…
Wiem, że istnieją gorsze
rzeczy na świecie. Chociażby fakt, że Pokątna znowu została zaatakowana.
Ale śnieg, jest dla mnie
czymś naprawdę przerażającym.
Ponieważ śnieg oznacza bitwę
na śnieżki…
***
- Auaaa, ty cholerny kretynie!
Wrzask Dorcas było słychać
na całych błoniach. A nie mówiłam? Oczywiście, że ostrzegałam! Mówiłam:
„Dorcas, wyczaruj sobie tarczę, bo jak nic, któremuś z chłopaków odwali i rzuci
w nas śnieżką”.
No nie lubię tego mówić (ta,
jasne!), ale miałam rację.
Dorcas dostała prosto w kark,
obrzydliwą, topniejącą śnieżką, która spłynęła jej za kołnierz płaszcza.
- Pomóc ci? – zapytałam, gdy zaczęła się dziwnie trząść,
próbując wytrząsnąć śnieg spod warstw koszulek, swetrów, oraz płaszcza.
- Pomóc – potwierdziła żałośnie brzmiącym głosem i
spojrzała na zadowolonego z siebie Blacka. – Zamorduję cię! I nie pomoże ci
fakt, że jesteś moim chłopakiem!
Nowość! Wczoraj wieczorem,
gdy siedzieliśmy w pokoju wspólnym i odrabialiśmy lekcje, oraz się uczyliśmy,
poważna Dorcas i milczący Syriusz, chcieli nam coś oznajmić.
Najpierw pomyślałam, że
wpadli. Zdarza się! No dobra, wcale nie tak często. Zdarzyło się to tylko raz.
W 1888 roku, uczennica Slytherinu zaszła w ciążę z Mistrzem Eliksirów… Więc,
pomyślałam, że stało się to ponownie, tylko w roku 1977. A tu taka
niespodzianka!
- Jesteśmy razem – obwieściła Dorcas.
Wszyscy się ucieszyli. Bo
przecież przyjaciele pragną szczęścia dla swoich znajomych. No, chyba że są
takimi przyjaciółmi jak Peter. Czyli zwykłymi zdrajcami.
- Chyba już – zakomunikowałam, wycierając mokrą od
roztopionego śniegu rękę w spodnie. – Gdyby James we mnie rzucił śnieżką, to
bym go chyba zamord…
Jakże by inaczej! Zdania nie
skończyłam, a dostałam topiącym się śniegiem prosto w plecy.
- Hehe – zaśmiała się Marlena, patrząc na moją zdziwioną
minę. – No chyba nie zamordujesz swojego ukochanego?
- Się okaże – odparłam nabzdyczona.
Wszyscy znają moją awersję
do śniegu. I mając na myśli wszystkich… Uch, no wszyscy, ok?
- Witaj, moja królowo śniegu – powiedział James,
obdarzając mnie zimnym pocałunkiem.
Wiecie, zimne usta, a nie
to, że przestał czuć do mnie pociąg.
- Witaj – odparłam sfochowana. – Nie licz dzisiaj na coś więcej,
niż marny pocałunek w policzek – dodałam szeptem.
- Czemu? – wymamrotał James.
Faceci… Nigdy nic nie rozumieją.
- Bo walnąłeś mnie śnieżką – powiedziałam.
I od razu tego pożałowałam.
***
- Co… ty… wyprawiasz?! – zawołałam, oglądając świat do
góry nogami.
Nie, James nie użył na mnie
zaklęcia swobodnego zwisu. Tylko by spróbował! Poderwał mnie z ziemi i
przewiesił sobie przez ramię.
Przez chwilę byłam pod
wrażeniem jego siły. Nie myślałam, że quidditch tak działa! Rozwija muskulaturę
i tak dalej. Ale później oprzytomniałam i usłyszałam śmiech Syriusza. Nie lubię
jak ktoś się ze mnie śmieje.
- Postaw mnie na ziemi! – zawołałam, waląc go pięściami w
plecy. Lub tyłek. Zależało gdzie trafiłam.
- Nie – odparł i jeszcze mną podrzucił.
- James, grabisz sobie! – wysyczałam. – Totalnie i
niezaprzeczalnie – dodałam głupio.
- Wątpię – odparł lakonicznie i skierował się w stronę
boiska do quidditcha, a raczej trybun. – Już nie umiesz się na mnie wkurzać.
Myślałam, że dobrze się z
tym kryłam…
- Trochę jeszcze umiem! – zawołałam wojowniczo.
Blefowałam. O Merlinie, nie
umiem się już na niego zdenerwować! Co to się porobiło…
- To pokaż – powiedział, stawiając mnie na nogi.
Spojrzałam mu prosto w oczy.
- Jesteś kretynem, Potter… - zaczęłam od najczęstszej
obelgi. Tak między nami – mojej ulubionej. – Jesteś, uch, hm, jesteś… taki, taki… okropnie kochany, pacanie!
James uśmiechnął się z
satysfakcją.
- Mówiłem? – zapytał.
- Och, zamknij się – westchnęłam, wspięłam się na palce i
pocałowałam go.
***
Dobra, śnieg wcale nie jest
taki zły. Na przykład, przy romantycznych wieczornych spacerach spisuje się
całkiem fajnie. Jako malownicze tło.
- Więc, tak już będzie zawsze? – zapytałam, wpadając w
melancholijny nastrój. – Tak słodko i radośnie?
- Tego nie mogę ci obiecać – odparł, wywołując zdumienie
na mojej twarzy. – Czasami może być ciężko, ale ważne żebyśmy byli
razem…
No i proszę państwa, jak go
tu nie kochać?
***
Do dormitorium wróciłam
zmarznięta, ale prze szczęśliwa.
- Lily! – pisnęła Marlena, rzucając mi się w ramiona.
Hu! Ledwo ustałam pod jej
ciężarem… Wcale nie sugeruję, że ma nadwagę!
- Co się stało? – zapytałam, gdy zostałam popchnięta na
drzwi i zgnieciona w niedźwiedzim uścisku.
- Thomas przeniesie się do Hogwartu od stycznia! –
zawołała, pokazując mi wygnieciony list.
Spojrzałam na uśmiechniętą
Alicję i znudzoną Dorcas.
- To świetnie! – odparłam, spoglądając na list napisany
po francusku, z którego oczywiście nic nie zrozumiałam. Jakoś nigdy nie miałam
głowy do języków…
- O Merlinie, byle trafił do Gryffindoru! – zawołała
rozemocjonowana. – Myślicie, ze trafi do Gryffindoru?
- Jasne, że tak – odparła Dorcas.
- Na pewno – potwierdziła Alicja.
- Oczywiście, że tak – dodałam.
Uwielbiam te momenty, gdy
wszyscy których kocham, są szczęśliwi!
***
Miałam mały problem. Od
momentu, gdy Avery został wywalony ze szkoły (i jak się dowiedzieliśmy –
skazany na dożywocie w Azkabanie za morderstwo oraz tuszowanie go),
Slytherinowi brakowało jednego prefekta.
Nikt normalny nie cierpiał z
powodu braku Avery’ego… O dziwo oprócz mnie. Jako prefekt naczelny brałam
wszystkie patrole, które przypadały ślizgońskim prefektom. Ale to nie był ten
problem. Problem był całkiem inny. Dumbledore mianował nowego ślizgona
prefektem…
Zapewne niezgadnięcie kogo.
Na pewno nie.
No, albo tak.
Severus Snape.
Tak, tak, tak! Mój były
przyjaciel. Tak, ten sam, który po tylu latach znajomości i przyjaźni nazwał
mnie szlamą. Może coś wam to powie, gdy przedstawię wam reakcje moich
przyjaciół.
Reakcja Dorcas:
-Serio? Lil, współczuję! Snape jest taki paskudny…
Reakcja Alicji:
- Snape? No wiesz, lepiej on, niż ten kretyn Goyle…
Reakcja Marleny:
- Kto to jest Snape? Nieważne, niedługo zobaczę Thomasa!
Reakcja Remusa:
- To się James wkurzy…
Reakcja Syriusz:
- Smarkerus? Już prędzej mianowałbym prefektem mojego
przytępawego braciszka, niż Smarka.
Reakcja Jamesa:
- Co?! Nie ma mowy, nie będziesz z nim współpracować!
Lily, zapomniałaś jak cię nazwał? Zapomniałaś, że interesuje się czarną magią?
Dałbym sobie różdżkę złamać, że jest też zwolennikiem Voldemorta! Nie, nie
pozwalam!
Tak, jakby miał na to jakiś
wpływ…
Więc, gdy zbliżało się
zebranie, cóż, byłam zdenerwowana.
- Idziemy? – zapytał Remus, przepuszczając mnie w
drzwiach.
Od razu skierowaliśmy się na
piąte piętro, do sali przeznaczonej na nasze comiesięczne spotkania. Nazywałam
je „spotkaniami szych”. No wiecie, my, osoby wlepiające szlabany i odejmujące
punkty! Byliśmy najważniejsi!
Zaraz po dyrektorze, profesor
McGonagall, profesorach, panu Filtch’u, pani Pomfrey, pani Pince, Hagridzie,
itd…
- Cześć! – zawołałam, widząc Amy. – Co słychać?
- Hej, wszystko dobrze – odparła.
Rozejrzałam się po sali i
widząc wszystkich obecnych, przeszłam do rzeczy.
- Tutaj macie plany patroli… Od połowy grudnia do końca
stycznia – mruknęłam, rozdając pergaminy. – Profesor McGonagall poprosiła mnie,
abym wam przypomniała o tygodniu poprzedzającym święta, będziemy dekorować
zamek. Ach i proszę was o zwracanie większej uwagi na najmłodszych uczniów,
ostatnio się rozbestwili… Jednego przyłapałam na próbie latania na miotle po
korytarzu… - omówiłam jeszcze wszystkie organizacyjne sprawy i zostałam, żeby
powyrzucać stare rozpiski patroli, oraz żeby przyczepić do tablicy nową.
- Lily – usłyszałam.
W głębi, wiedziałam, że
znowu spróbuje.
- Tak? – zapytałam, odwracając się do chłopaka.
- Ja… - zaczął. – Chciałem cię jeszcze raz przeprosić,
to…
- Nie, Severusie – przerwałam mu. – To, za co chcesz
przeprosić, nie miałoby miejsca, gdybyś tak o mnie naprawdę nie myślał. A teraz
wybacz, ale ktoś na mnie czeka.
- Potter? – zapytał cicho, wykrzywiając twarz w grymasie
niezadowolenia.
- James – poprawiłam.
***
- Mówiłam, żebyś mnie nie śledził – szepnęłam, gdy
wychodziłam z sali.
James oczywiście nie byłby
sobą, gdyby nie chciał mnie sprawdzać. Albo Snape’a.
- Wiesz, że on interesuje się czarną magią. Nie mogłem
pozwolić, żebyś sama wracała – odparł, spoglądając na oddalającego się
chłopaka.
- Znowu chciał mnie przeprosić – powiedziałam, żeby
zmienić temat.
Nadal bolał mnie fakt, że Severus wolał czarną magię oraz Śmierciożerców ode mnie…
Nadal bolał mnie fakt, że Severus wolał czarną magię oraz Śmierciożerców ode mnie…
- Ten typ tak ma – stwierdził James. – W dodatku
zakochany…
Otworzyłam szeroko oczy i
cicho się zaśmiałam.
- Nie opowiadaj głupot.
- Kiedy to najprawdziwsza prawda, Lily – powiedział
James, łapiąc mnie za rękę.
Pokręciłam głową. Przecież
zauważyłabym! Jestem całkiem spostrzegawcza. Zazwyczaj…
***
No nic, tylko zawiesić Lily pelerynę i nazywać ją SuperLily! Jak ja to robię, że to dziewczę zawsze znajduje się w odpowiedniej chwili i momencie, żeby coś podsłuchać? xD Ale już nie chciałam przeciągać wątku Jane. Gdy napisałam ten rozdział i dwa następne, pomyślałam, że może za wcześnie pozbyłam się Petera, ale cholera, on i tak nie miał jakiegoś szczególnego wątku w tym opowiadaniu, był typowym obżerającym się Peterem, tłem dla innych... Więc tak, znowu zmieniam zakończenie. No, chyba że mnie coś najdzie i ich wszystkich na koniec pozabijam - jak w Grze o tron :) Przez praktyki na nic nie mam czasu - trzynaście godzin poza domem nie sprzyja pisaniu :( Może w weekend ruszę z 30 rozdziałem.