środa, 4 lutego 2015

Rozdział 73 Czekoladka w akcji



Z dziennika Dorcas Meadowes – Black
Siedziałam wygodnie rozparta na kanapie i zajadałam czekoladowego batonika. Niestety w czasie ciąży musiałam ograniczyć spożywanie produktów czekoladowych. 
Cierpiałam!
Ale teraz, przy końcówce ciąży postanowiłam sobie poluzować i nacieszyć się takim małym kawalątkiem kakaowego przysmaku.
- Kruszynko, to jest takie smaczne – powiedziałam, mlaskając z zadowoleniem. Zachowuję się trochę jak jakiś dzieciuch, ale moja miłość do czekolady to wszystko wyjaśnia!
- Merlinie, kruszynko, nie wiem czy nadal mogę cię nazywać kruszynką… - powiedziałam dosyć smutno do brzucha i go lekko pogładziłam.
Mój brzuch był gigantyczny. Ale jak powiedziała moja uzdrowicielka – nie ma się czym martwic. Pewnie po prostu tak przytyłam… Co w gruncie rzeczy jest dosyć przykre, jeszcze nigdy nie utyłam więcej niż 3 kilogramy! A teraz wyglądam jak hipopotam. Albo inny stwór bagienny z nadwagą.
- Dor, idę do sklepu, chcesz coś? – zapytał Syriusz. Spojrzałam na niego przelotnie i pokręciłam głową.
- Niedługo wrócę – dodał i wyszedł z domu.
Złapałam się ręką za obolały kręgosłup (ponoście sobie tak wielki brzuch i inne wielkie rzeczy…) i poczłapałam do kuchni.
- No dobra – powiedziałam, otwierając lodówkę i przeglądając jej zawartość – Napijemy się chłodnej wody i…
Cóż, nie jest to najprzyjemniejsza chwila w życiu kobiety. Wyobraźcie sobie, nagle pod wami robi się mała kałuża. Nie fajnie, prawda? Można pomyślec, że się zsikało, ale cóż, to było coś zgoła innego...
- O na dorodnego kakaowca! Reg! Regulus! – zaczęłam się drzeć.
Właśnie zaczęłam rodzic! A przynajmniej odeszły mi wody…


Z dziennika Regulusa Blacka
Gdy usłyszałem dosyć dramatyczny wrzask Dorcas, od razu zrozumiałem, że dzieje się coś strasznego.
- Co się stało? – zapytałem, przyznaję, całkiem głupio. W końcu doskonale widziałem co się stało – Dorcas odeszły wody. 
Czemu odłożyliśmy z Mary przeprowadzkę na wrzesień? Nie musiałbym takich stresów przeżywać!
- Wody mi odeszły! Muszę do szpitala. Bierz tą torbę i idziemy! – rozkazała, trzymając się za brzuch.
- Gdzie jest Syriusz? – tego nigdy nie ma, gdy jest potrzebny!
- Wyszedł do sklepu… - odparła brunetka, spazmatycznie oddychając – Zostaw mu kartkę i do szpitala!


Z dziennika Dorcas Meadowes – Black
Regulus okazał się być niezłym porodowym kompanem. Po szybkim dotarciu do szpitala, jego kłótni z uzdrowicielem, oraz ulokowaniu mnie w całkiem przyjemnej sali, chciał z niej wyjść.
- A ty gdzie?! – wysyczałam i złapałam go za rękę – Masz tu być dopóki Syriusz nie dotrze! – zawołałam i głośno jęknęłam. O Merlinie, Lily nie mówiła, że to aż tak boli! Co z niej za przyjaciółka?!
- Ale… - zaczął, ale gdy chwyciłam go z całej siły, bezsilnie usiadł na krzesełku – To co... Przyj!- krzyknął.


Z dziennika Regulusa Blacka
Wycierałem spocone czoło rodzącej, pocieszałem ją i wytrzymywałem jej chwyt (chyba połamała mi wszystkie palce). Ale w myślach wyklinałem mojego tępego braciszka. Ile czasu można być na zakupach?!
- Przyj! Już widzę główkę! – wołała uzdrowicielka, Dorcas sapała i jęczała, a ja czułem że zaraz padnę. Jednak nie lubię takich widoków…


Z dziennika Dorcas Meadowes – Black
- To dziewczynka! – obwieściła uzdrowicielka, przelotem pokazując nam dziecko. Byłam zachwycona! Chociaż kruszynka była cała w takich obrzydliwych, oślizgłych dziwolągach, byłam dumna z takiej ślicznej córeczki!
- Regulus, widziałeś?! Dziewczynka! Taka… Ałaaa! – zawołałam, chwytając się za brzuch. Znowu skurcze?!
Uzdrowicielka przekazała dziecko położnej i do mnie podeszła.
- Zaczęła się druga akcja porodowa – stwierdziła po chwili, zdziwiona – Będziecie mieli państwo bliźniaki – dodała.
Spojrzałam na Regulusa i zawołałam:
- Niech cię tylko dorwę, Syriuszu Black!


Z dziennika Syriusza Blacka
- W której sali rodzi Dorcas Black? Jestem mężem – powiedziałem do pielęgniarki.
- Sala 208. Ale proszę pana, nie wolno! – krzyknęła, gdy biegiem skierowałem się na drugie piętro.
205… 206… 207…  i jest 208!
- Niech cię tylko dorwę, Syriuszu Black!
Usłyszałem na wstępie i się uśmiechnąłem. Moja waleczna Czekoladka!
- Co pan tu robi? Proszę wyjść, trwa poród! – zawołała położna zajmująca się dzieckiem. Dziewczynka! Taka śliczna!
- Jestem ojcem – wyjaśniłem. Ale coś mi nie pasowało – Jak to trwa poród? – zapytałem, podchodząc do łóżka i wywalając z sali, mojego młodszego, głupszego i mniej atrakcyjnego brata, który sobie na mnie złorzeczył pod nosem.
- To ciąża bliźniacza, palancie – powiedziała Dorcas i zaczęła sapać – A teraz daj mi rękę – dodała i tak mocno złapała mnie za dłoń, że aż mi łzy w oczach stanęły.


-Harry, śpij, mamusia jest wykończona – powiedziałam do synka i lekko nim zatrzęsłam. H strasznie to lubi.
- Jutro poznasz dziadków, musisz być wyspany – dodałam i pocałowałam dziecko w pachnącą główkę.
Chodziłam z synkiem jeszcze z pół godziny na rękach i gdy wreszcie zasnął do salonu wpadł patronus Łapy:
- Dorcas urodziła! To bliźnięta, chłopiec i dziewczynka! Jesteśmy w szoku, Dorcas o mało co mnie nie zabiła przy narodzinach syna!
Patronus, głosem Syriusza, coś tam jeszcze wrzeszczał, ale wbiegłam (o ile ze śpiącym dzieckiem na rękach, da się biegać) do sypialni i obudziłam Jamesa.
- Co… jest? – zapytał rozespany brunet.
- James, Dorcas urodziła! Nie uwierzysz… Bliźnięta! Dziewczynka i chłopiec! – powiedziałam podekscytowana szeptem. Oczywiście, żeby nie obudzić z trudem uśpionego Harry’ego.
James otworzył szeroko oczy i założył okulary.
- Nieźle… Ale, jak to się stało? Przecież była badana! – zapytał. Wzruszyłam ramionami i włożyłam Harry’ego do łóżeczka.
- Nie mam pojęcia, jak mogli tego nie wykryć. Chociaż… Dorcas, rzeczywiście miała większy brzuch niż ja – powiedziałam i się zamyśliłam.
- Pomyśl, jeżeli my ledwo wyrabiamy przy jednym dziecku, to co oni będą mieli? – zapytał James i spojrzał mi w oczy.
Po chwili chichotaliśmy, ciesząc się z niedoli, a równocześnie wielkiego szczęścia naszych przyjaciół.


Z dziennika Syriusza Blacka
- Są takie śliczne – powiedziałem, głaszcząc leciutko główkę córeczki. Jak mogłem nie chcieć córeczki? Przecież one są takie śliczne! Delikatne! Kochane. Cudo.
- Są najładniejszymi dziećmi na świecie – stwierdziła Dorcas i uśmiechnęła się – Byłam przerażona, gdy znowu zaczęły się skurcze.
- Ale dzięki temu, zobaczyłem poród – powiedziałem i pogładziłem syna po brzuchu – Przynajmniej nie mamy problemu – dodałem, po chwili zastanowienia.
Dorcas zmarszczyła czoło i zapytała:
- Jakiego problemu?
Uśmiechnąłem się.
- Z nadaniem imion. Ustaliliśmy, że jeżeli będzie dziewczynka, to będzie się nazywała Carina*(http://pl.wikipedia.org/wiki/Gwiazdozbi%C3%B3r_Kila ), a jeżeli chłopiec – Leo (http://pl.wikipedia.org/wiki/Gwiazdozbi%C3%B3r_Lwa ) – powiedziałem.
- Blackowie i ich przywiązanie do tradycji – wyszeptała Dor – Carina i Leo, pasuje – dodała i uśmiechnęła się słodko.
Pocałowałem żonę w usta.
- Dziękuję, za te dwie gwiazdki – wyszeptałem usypiającej brunetce do ucha.
Uśmiechnęła się słodko przez sen i jak to Dor, zaczęła donośnie chrapać.
Popatrzyłem na swoją powiększoną rodzinę i cicho się zaśmiałem. Kto by pomyślał, że Syriusz Black kiedyś się ustatkuje?


***

No i co, spodziewał się ktoś bliźniaków? Ktoś tu chyba się naoglądał za dużo "Ciąży z zaskoczenia", stąd to drugie, nieprzewidziane dziecko :) Taa, myślałam, że w tym tygodniu będę miała mnóstwo czasu, to nie, zaczęły mi się praktyki... Wychodziłam z domu przed 7 rano, a wracałam po 18, masakra! Więc nie napisałam ani słowa, dobrze, że mam jeszcze malutki zapas rozdziałów. No, ale właśnie, jest on mały, muszę ponadrabiac. Dlatego nie wiem kiedy następny rozdział. Jutro mam dzień wolny, więc jeżeli uda mi się coś skrobnąć dodam w weekend, po zajęciach. Czyli zapewne wieczorem. I witam po długiej nieobecności Avadę, cześć! Pytałaś w komentarzu gdzie można czytać nowe opowiadanie, odpowiadam - jeszcze nigdzie, dopiero się pisze. Zacznę je publikować po zakończeniu aktualnego, na tym blogu. Jestem leniwa, więc nawet nie chce mi się adresu zmieniać. Dzięki za komentarze i do następnego! 
* Blackowie mają imiona związane z nazwami gwiazd i konstelacji, więc tutaj też to zastosowałam.

niedziela, 1 lutego 2015

Rozdział 72 Powrót do domu



5 sierpnia wróciliśmy we trójkę do domu. Oczywiście, zupełnie nie było potrzeby spędzania ponad pięciu dni w szpitalu - zarówno ja, jak i dziecko czuliśmy się dobrze. Ale James, jako straszny panikarz (kiedy mu się to stało?) uprosił personel Munga, abyśmy zostali dłużej pod jego opieką.
Szczerze? Aż wstyd będzie tam teraz chodzić na wizyty!
- Uważaj Lily! Na pewno nic cię nie boli? Nadal nie mogę uwierzyć, że wypchnęłaś z siebie takie całkiem spore dziecko! Oj, Harry nie krzyw się tak, tatuś żartował! Uważaj, na Merlina, Lily! No i nie patrz tak na mnie! – James popadł w okropny monolog, który zaczął się już w szpitalu przy wypisie.
Co chwilę prosił mnie lub raczej rozkazywał, żebym uważała na siebie, na Harry’ego oraz nas asekurował. Strasznie mnie irytował, ale niestety zupełnie go rozumiałam. Przecież sama się bałam, że mogłabym zrobić maluszkowi krzywdę! Był taki malutki i chudziutki. Nie to co Neville, którego pokazał nam dumny Frank. Ten był grubiutki i wyglądał dosyć mocarnie.
- James, po prostu przestań, błagam cię – wysyczałam, gdy już znaleźliśmy się w naszym salonie – Uważam na Harry’ego, zapewniam cię – dodałam zasiadając na sofie.
Brunet spojrzał na nas i głośno wzdychając usiadł obok mnie.
- Przepraszam, chyba rzeczywiście przesadzam – powiedział i poprawił Harry’emu kocyk.
- Stanowczo, mój drogi – odparłam i spojrzałam na spokojną twarzyczkę synka – Teraz się wszystko zmieni, prawda? Już nic nie będzie takie, jak dawniej – dodałam melancholijnie.
James zmarszczył brwi.
- Och, no chodzi mi o to, że teraz całe nasze życie będzie kręciło się wokół niego – wytłumaczyłam.
- Myślę, że to wielce prawdopodobne – stwierdził J – Ale jak tylko wrócisz do formy, zostawimy Harry’ego pod czułą opieką dziadków i zaszalejemy! – dodał, czym podniósł mnie na duchu. Bo nie myślcie, że nie jestem szczęśliwa z posiadania dziecka, ale ono wszystko zmienia!
A ja byłam całkiem zadowolona z mojego dotychczasowego życia.


- James… James… Harry płacze, wstań – powiedziałam, gdzieś koło trzeciej w nocy.
Już po raz trzeci tej nocy Harry budził się i niewiarygodnie głośno płakał. Po kim odziedziczył takie mocne płuca?
- Juuż – wyjęczał James i zsunął się z łóżka.
Dla ułatwienia ustawiliśmy łóżeczko w naszej sypialni – po pierwsze nie musieliśmy biegać z pokoju do pokoju, a po drugie nie martwiliśmy się, że w czasie snu Harry’emu coś się stanie – będzie miał bezdech senny, albo zaplącze się w kocyk i udusi… To straszne, ale na takie małe dziecko czyha tak wiele niebezpieczeństw!
- Ma sucho w pieluszce – stwierdził J kładąc się obok mnie z dzieckiem na rękach – Może jest głodny? – zapytał, patrząc na wykrzywioną od płaczu twarz malucha.
- Sprawdźmy – powiedziałam i rozpięłam bluzkę. Kurczę, chyba będę musiała sobie kupić mnóstwo rozpinanych bluzek, koszul i innych takich, będzie to o wiele sprawniejsze.
- Stanowczo, był głodny – powiedział James, obserwując ssące pierś dziecko – Pięknie razem wyglądacie – dodał i uśmiechnął się.
Odpowiedziałam szybkim uśmiechem i mocniej przytuliłam Harry’ego.


- Och, Dorcas, mówię ci, dzisiejszej nocy Harry budził się cztery razy! W ogóle nie chciał spać… James co chwilę musiał mu wyczarowywać ptaszki, bo tylko wtedy przestawał płakać – żaliłam się brunetce do słuchawki.
Nie myślałam, że macierzyństwo będzie takie trudne! Właściwie cały czas przeznaczałam na pilnowanie, zabawianie, mycie, przewijanie, podawanie jedzenia, wycieranie… To nie jest tak, że byłam niezadowolona lub nieszczęśliwa, zupełnie nie! Ale to była już trzecia nieprzespana noc. Było ciężko.
- Lily, twoje opowieści mnie przerażają. Pomyśl, zrobiłam sobie dziecko z Syriuszem, a doskonale obie wiemy jaki on jest… Jeżeli kruszynka odziedziczy więcej z niego, to chyba nie będę spała przez co najmniej 11 lat! – zawołała Dorcas, czym mnie rozbawiła.
- Już ci współczuję… - powiedziałam i spojrzałam na śpiącego Harry’ego. Właśnie obwąchiwał go nasz kocur, Jim – Hm, Dor, chyba muszę kończyć, właśnie następuje zapoznanie Harry’ego z kotem. Do usłyszenia!
- Trzymaj się, mamuśko! – zawołała Dorcas i rozłączyła się.
- Hej Jim, poznaj Harry’ego – powiedziałam do kota – Musisz na niego uważać i nie możesz go drapać! Nie patrz tak na mnie kocie, jak chcesz, to możesz czasem podrapać Jamesa…

Harry był dziwnym dzieckiem – zupełnie nie spał w nocy, za to w dzień spał jak zabity. Dla mnie nie był to zły układ, od zawsze byłam nocnym Markiem, ale bardzo współczułam Jamesowi. W końcu on chodził do pracy, nie mógł sobie pozwalać, tak jak ja, na spanie w dzień.
- James, odpocznij, masz bardzo podkrążone oczy – powiedziałam do męża, gdy wrócił z pracy i zjadł obiad.
- Chcesz, żebym przegapił najfajniejsze momenty z życia syna? – odparł J.
Pokręciłam głową i zostawiłam facetów samych.


Następne dni upływały mi bardzo szybko. Spędzałam je głównie na spełnianiu zachcianek Harry’ego oraz przekonywaniu Jamesa do spania.
- Wyglądasz jak zombie – powiedziałam, gdy wrócił w piątek po pracy – Masz się w ten weekend porządnie wyspać, inaczej wyjadę z Harrym do matki! – zagroziłam.
James spojrzał na mnie z niedowierzaniem.
- Chcesz się wyprowadzić do rodziców, bo się nie wysypiam? – zapytał, tak jakby mnie nie zrozumiał od razu.
Kiwnęłam głową.
- Dokładnie to zrobię. Harry nie chce stracić tatusia, bo ten jest głupkiem i się nie wysypia przed niebezpieczną pracą! Pamiętasz co zawsze mówi Moody? Oczy dookoła głowy i ciągła czujność! – odparłam wkurzona.
James spojrzał na mnie przenikliwie.
- Masz rację – powiedział po chwili – To może utniemy sobie poobiednią drzemkę? Harry właśnie zasnął – dodał.
Wzięłam śpiące dziecko na ręce i skierowałam się do sypialni.


- Więc mówisz, że to jest u chłopców normalne? – zapytał James odklejając sobie od torsu mokrą koszulkę.
Ale może zacznijmy od początku.
Po śniadaniu dorosłych oraz dzieci (normalnie, chyba mi cycki oklapną, Harry jest ciągle nienajedzony!), nastał czas na zmienienie brudnej pieluszki. Jako, że głównym specem od tego ciężkiego zadania, zostałam ja, zmusiłam męża do praktyki.
- Oo i teraz odchyl pieluszkę, przetrzyj mu pupę chusteczkami nawilżanymi, posmaruj kremem, potraktuj talkiem i zawiń w nową pieluszkę – mówiłam i patrzyłam na wyważone ruchy rąk męża.
Tylko w momencie odchylania pieluszki, nastąpiło coś, co jeszcze u nas w domu nie miało miejsca.
Pieluszka była sucha, ale cóż, że to tak nazwę „armata” była gotowa…
I po prostu Harry zsikał się prosto na Jamesa!
- …
- Hahahahaha, przepraszam, ale twoja mina…! – zawołałam, krztusząc się ze śmiechu.
Mina Jamesa podczas tego niecodziennego czynu naszego syna, była bezbłędna!
Zdziwienie pomieszane z lekkim obrzydzeniem.
- Lily, czy możesz przestać się śmiać? – zapytał James, trzymając koszulkę w ręku i patrząc na zadowolonego Harry’ego – Synu, zupełnie nie rozumiem, czym sobie na to zasłużyłem – dodał, robiąc do Harry’ego zabawną minę.
- Może zdziwił się, że to nie mamusia zmienia pieluszkę i postanowił się zemścić na tatusiu? – zapytałam dziecko, patrząc na męża.
- To całkiem możliwe – odparł James, czochrając sobie włosy – Skończysz zmienianie pieluszki? Chyba muszę wziąć prysznic – dodał, czym znowu wywołał u mnie napad śmiechu.
- Harry, musimy się umówić, że zrobisz tak jeszcze raz, ale jak mamusia będzie miała aparat fotograficzny pod ręką, ok?


Następne dni okupowały w jeszcze wiele zabawnych wydarzeń. I nie wiem czemu, ale zazwyczaj miały one związek z Harry'm i Jamesem.
- Lily! Lily! Weź ode mnie Harry’ego! – zawołał J i właściwie wrzucił mi dziecko do łóżka.
- Co się stało? – zapytałam, przeciągając się i ziewając.
Sprawa się wyjaśniła, gdy tylko brunet odwrócił się do mnie tyłem – po całej długości koszulki oraz nogawki spodni, wiodła cienka, biała plama. Harry’emu po prostu ulało się śniadanie…


- Kąpiemy się – powiedział James – Woda jest przyjemna, prawda? – zapytał i lekko poruszył nieruchomą taflę wody.
Staliśmy przy wanience Harry’ego i dokonywaliśmy wieczornych ablucji.
- A co mamusia trzyma w ręce? – zapytał James – Popatrz Harry, to kaczuszka! – zawołał i wydał z siebie zabawne – Kwa! Kwa! Tak robi kaczuszka!
I pewnie tak by sobie dalej gadał z synem, gdyby nie nastąpiła głośna „eksplozja”.
- Czemu to zawsze przy mnie dzieją się takie rzeczy? – zapytał nieszczęśliwym głosem James i wskazał na zabarwioną na brązowo wodę.
Pokręciłam głową i szybko wyłowiłam dziecko z brudnej wanienki,  zaśmiewając się przy tym szaleńczo.


- Ojejku, on jest taki słodki! Taki rozkoszny! Harry, tu ciocia Dorcas! Twoja ulubiona! Dam ci przyszłą narzeczoną, oraz zapewne dużo czekolady! – mówiła Dorcas, trzymając na rękach dziwnie struchlałego Harry’ego. Pewnie to wspomnienie o narzeczonej tak go przeraziło…
- Dorcas, daj mi na moment Harry’ego… Cześć szkrabie, tu wujcio Łapa! Ależ masz śliczne oczy, chyba po swojej mamie, Rudej Wiewiórze! Och, przecież ty myślisz, że ona nazywa się Lily! Ale wcale tak nie jest, nie daj się oszukać! To już zawsze będzie Ruda Wiewióra… Ciesz się chłopie, że nie jesteś rudy jak mama, rudzi są wredni. O widzisz, właśnie dostałem cios w moją idealnie ufryzowaną głowę! Ach, ta mama. Ale za to tatuś! To jest gość, Harry! Wiesz, że umie przemienić się w jelenia? Taaak, razem z wujkiem grasował po lasach Hogwartu… Ale zaraz, ty nie wiesz co to jest Hogwart! Hogwart to… Ej, nie zabieraj mi dziecka! Mary!
- Witaj Harry, tu ciocia Mary! Och Harry, nawet nie wiesz jakim byłeś wyczekiwanym dzieckiem! Twoja mamusia już się nam, czyli ciotkom żaliła, że może tatuś nie może… Cholera, to chyba miała być tajemnica, przepraszam! Więc, zaraz gdzie ja to… Aaa, no więc, mamusia i tatuś czekali na ciebie długo, ale teraz są tacy szczęśliwi, że z nimi jesteś! Ciocie i wujkowie też się cieszą, żeby nie było. Ależ masz śliczne włoski, to akurat masz po tacie. Tylko ciocia cię prosi, nie czochraj w przyszłości włosów! To może irytować, szczególnie dziewczyny! Reg, co ty robisz?
- Cześć Harry, tu jedyna normalna osoba w twoim otoczeniu. Harry, jeżeli trafisz w przyszłości do Slytherinu – nie przejmuj się, nie wszyscy którzy tam trafią są źli… Chociaż, patrząc na twoich rodziców, będziesz stuprocentowym Gryfonem, z czerwono – złotym szalikiem i odwagą wypisaną w czynach… Jest w tym coś przykrego, ale, ała, czemu? Odejdź, Syriuszu, nie skończyłem! Ała! Merlinie, ci Gryfoni to psychole, mówię ci Harry, nie chcesz zostać Gryfonem! Nie wyrywaj mi dziecka, dupku!
- Harry, mówi tata! Nie słuchaj tych głupków, wszyscy wszystko przekręcają! Masz słuchać tylko tatusia… Ałaaa, mamusi też, bo mamusia bije… To znaczy wyje! Nie, ałaa, nie to chciałem powiedzieć, mamusia ma zawsze racje! Tak, chłopie. No nic, kto chce jeszcze potrzymać mojego syna? Nikt? Aa, bo zrobił kupę. No dobra, to zmienię mu pieluszkę. Sam… Jak palec, albo coś tam… Widzisz Harry, tak to jest, jak jesteś słodki i pachnący to sobie wyrywają ciebie z rąk, a jak już narobisz do pieluszki to nie… Ale wtedy wkracza tatuś i niczym czarodziej, którym tak naprawdę jest, zmienia brudną pieluchę na czyściutką! Ojej, Harry, ciocia Dorcas znowu chce cię wziąć na ręce! Ale się jej nie damy, uciekniemy do sypialni i popatrzymy na miotły w książeczce! Wiedziałem, że spodoba ci się ten plan… To idziemy, pa ciotki, pa wujkowie! – zawołał na koniec James i pomachał rączką dziecka.
Uśmiechnęłam się do znajomych.
- Przepraszam, ale James powoli zamienia się w kwokę, nikomu nie udostępnia Harry’ego na dłużej niż dziesięć minut – wytłumaczyłam zachowanie męża – To co, napijecie się czegoś?
Idąc do kuchni po napoje spojrzałam w stronę schodów i z uśmiechem pokręciłam głową. James jako tata spisywał się doskonale.


***

Witam, w tą słoneczną niedzielę! Rozdział miał być wcześniej, ale oglądałam mecz piłki ręcznej, uhu, mamy brązowy medal!! Emocje do ostatnich sekund :) Więc, chciałam tu coś napisać, ale zapomniałam co... Hm, no nic. Skończyły mi się egzaminy, więc z czystym sumieniem będę mogła zasiąść do pisania rozdziałów :) co tak swoją drogą naprawdę muszę zrobić, bo zostały mi tylko niecałe 4 rozdziały w zapasie.