Grudzień nadszedł
zdecydowanie szybko. Zima nie była dla nikogo wielkim zaskoczeniem – już od
jakiegoś czasu śnieg obficie obsypywał każdy zakamarek, każde drzewo i
przechodnia, który z jakiegoś dziwnego powodu znajdował się na dworze przy tej
paskudnej pogodzie. Chyba powtórzę to po raz któryś, ale naprawdę nie lubię
śniegu. Zdecydowanie wolę cieplejsze klimaty.
Ale to nie jest istotne, w
tym momencie ważne było to, że mieliśmy weekend i na obiad mieli przyjść rodzice
Jamesa. Więc dwoiłam się i troiłam w kuchni, żeby wszystko było idealne i
smaczne. Chyba naczytałam się za dużo książek z serii „Perfekcyjna Czarownica”…
- Ładnie pachnie –
powiedział James, wchodząc do domu i zdejmując zaśnieżone buty. Brrr, aż mi się
zimno zrobiło, jak tylko spojrzałam na jego zaczerwienione od mrozu policzki.
My z maleństwem – jak to zaczęłam w myślach nazywać nasze dziecko, siedzieliśmy
sobie w ciepełku i przyjemnie pichciliśmy.
Rogacz rzucił kawałki
suchego drewna z komórki za domem, obok kominka i zdjął kurtkę.
- Brrr, ale masz zimne ręce!
Mówiłam, żebyś założył rękawiczki – powiedziałam, gdy J specjalnie dotknął mnie
lodowatymi dłońmi. Pacan.
- Lil, już zaczynasz matkować – zauważył Rogacz i zaśmiał się z mojej wrogiej miny – Zaraz się
ogrzeję – dodał i poszedł układać drewno w kominku.
- O której będą twoi
rodzice? – zapytałam wchodząc do salonu za Jamesem, przy okazji zdejmując zabrudzony
fartuszek w którym gotowałam.
- Będą za godzinę – odparł J
spoglądając na zegar – To co, szybki rozgrzewający prysznic? – zapytał i
właściwie zaciągnął mnie na piętro.
- Lily, doskonale gotujesz –
pochwalił mnie Charlus, klepiąc się po brzuchu. Zupełnie jak James!
Faceci szybko uporali się z
obiadem, a my z Doreą głównie rozmawiałyśmy, oraz oczywiście jadłyśmy. Ale nie
w tak ekspresowym tempie jak J i tata Ch.
- Dziękuję – odparłam. I w
tym momencie nastąpiło to, co bardzo nie chciałam, żeby się stało. Poczułam
mdłości. Cholera! Akurat w tym momencie…
- Przepraszam – wyszeptałam,
zrywając się od stołu i szybko biegnąc do łazienki.
Przynajmniej zdążyłam… Nie
to co ostatnio, wolę nie wspominać, bo bleh i fujka!
- Lily i jak? – zadał
idiotyczne pytanie James zza drzwi.
- Słabo – odparłam usuwając
sobie różdżką plamę po wodzie, którą sobie zrobiłam na przedzie sukienki przy
okazji przepłukiwania ust – Wracaj do rodziców, pewnie nie wiedzą o co chodzi –
dodałam, nakładając pastę do zębów na szczoteczkę. W życiu tyle nie
wymiotowałam co przez te niespełna dwa miesiące!
- Rodzice – srodzice –
usłyszałam i po sekundzie J otworzył drzwi zaklęciem – Na pewno dobrze się
czujesz? Może chcesz się położyć? – zapytał brunet, lustrując mnie uważnym
spojrzeniem.
- Już mi lepiej, zaraz podam
wam ciasto i napiję się herbaty. Ta z kopru jest świetna, po niej nie czuję
mdłości – powiedziałam i wyciągnęłam Jamesa z łazienki.
Zeszliśmy na parter i
wróciliśmy do naszych gości, których to tak niegrzecznie James zostawił samych sobie.
- Przepraszam, to była mała…
awaria – powiedziałam i jednym zaklęciem sprzątnęłam wszystkie niepotrzebne
naczynia stojące na stole – Czego się napijecie, kawa, herbata? – zapytałam,
ustawiając czajnik na ogniu. Dobra, wiem że mogłam podgrzać wodę za pomocą
magii w sekundę, ale chciałam sobie dać tą chwilkę na odsapnięcie. Wymiotowanie
jest męczące.
- Kochani, czy wy chcecie
nam może coś powiedzieć? – zapytała Dorea, patrząc a to na mnie, a to na
Jamesa. Spojrzałam na teściową i ciężko westchnęłam.
No miała tę minę – taką jak
robi James gdy czegoś bardzo chce…
- Jestem w ciąży – te słowa
wypłynęły ze mnie. Nawet ich nie przemyślałam, ani nic. Spojrzałam na
uśmiechniętego Jamesa, a później na rodziców.
Dorei stanęły łzy w oczach i
mocno ściskała serwetkę, a Charlus zaczął chrząkać i chyba też się wzruszył.
- To cudowne – wyszeptała
mama D i delikatnie mnie uściskała – Tak się cieszę.
- Świetne wiadomości. Lily,
synu, gratulacje! – dodał tata Ch i przytulił nas. Wow, no byłam w szoku. Tata
Ch nie jest zbyt wylewny – lata służby jako Auror, zahartowały go na poważnego
i silnego człowieka, a tu takie wzruszenia.
Coś czuję, że maleństwo jest
powoli najbardziej wyczekiwanym dzieckiem!
Niedziela miała być dniem
tylko dla naszej dwójki. Chociaż, już chyba nie mogę myśleć o nas w kategorii
dwóch osób, jeżeli o sobie myślę jako o dwójce. Więc to miał być dzień naszej
trójki.
Na szczęście nie zaczął się
od wymiotów – z tego byłam jak najbardziej zadowolona.
Zaczął się od śniadania do
łóżka, podanego przez mojego przystojnego męża. Czyż nie jestem szczęściarą?
Wiem, to pytanie retoryczne.
- Czym sobie zasłużyłam na
takie rozpieszczanie? – zapytałam zajadając się naleśnikami. Swoją drogą, gdzie
on się nauczył je smażyć? I kiedy?
- Zacznijmy od tego, że
jesteś najpiękniejszą kobietą jaką znam – powiedział J. Pochlebca… - Dołóżmy do
tego fakt, że czekałem na ciebie mnóstwo czasu. Oczywiście, nie wypominam ci
tego, nie rób takiej miny! – dodał, śmiejąc się z mojej oburzonej miny.
- W dodatku, jesteś teraz
odpowiedzialna za siebie i nasze dziecko, więc ja, jako mąż doskonały i świetny
ojciec, musiałem zadbać o moje dwa skarby – dodał.
W tym momencie rozpuściłam
się jak masło na patelni, jak czekolada na słońcu, jak ser na toście… Ekhm. Dość
tych kulinarnych porównań.
Byłam wzruszona. Ciąża.
Hormony szaleją. To dobre wyjaśnienie. Na wszystko.
- Co ty, płaczesz? – zapytał
James i uśmiechnął się gdy kiwnęłam głową – Lil, no co ty…
- Mówisz mi takie piękne
rzeczy i myślisz, że się nie wzruszę? – zapytałam, pochlipując – W dodatku
hormony mi szaleją i chyba chce mi się siusiu – dodałam. Dziecko zaczyna
naciskać na pęcherz, czy co? Nie no, jeszcze nie jest tak duże…
Wygrzebałam się z pościeli,
poprawiłam spadające spodnie od piżamy i ruszyłam do łazienki. Zatrzymałam się
przy drzwiach.
- Zaraz sobie udowodnimy
nasze uczucia, co ty na to? – zapytałam i zatrzasnęłam za sobą drzwi.
Uśmiechnęłam się, przypominając sobie minę Jamesa (pewnie myślał, że ciąża = brak seksu). A mi ciąża chyba wspomaga libido, serio. Bo miałam
niewiarygodną wręcz ochotę na mego przystojniaka.
Resztę niedzieli spędziliśmy
na słodkim leniuchowaniu. Zrobiliśmy sobie seans filmowy – przygotowaliśmy
popcorn, trzy filmy oraz kołdrę.
Obejrzeliśmy film o Draculi
– James stwierdził, że jest on bardzo nieprawdopodobny, powiedział, że jego
tata zna wampira i wcale nie osusza on swoich ofiar do cna. A poza tym pyta,
czy może napić się prosto z ich szyi - proszę jaki kulturalny!
Był też film z serii Rocky –
o trochę głupim, ale jakże dzielnym bokserze – James stwierdził, że taki
trening powinien przejść – łącznie z tym ciągłym bieganiem po schodach. Jednak
ja uznałam, że to Łapie prędzej coś takiego by się przydało, na co J się
obśmiał i uznał, że mam rację.
Miasteczko Salem – niby
horror, ale głównie śmialiśmy się. Nie wiem czemu, w końcu to horror. A ja się
boję horrorów, jednak przy Jamesie nic nie jest mi straszne.
Po zjedzeniu sporej ilości
niesolonego popcornu i popiciu tego hektolitrami zielonej herbaty, myślałam, że
znowu będę wymiotować, ale nie! Alleluja!
- Oglądamy coś jeszcze, czy
już jesteś zmęczona? – zapytał James. Szczerze mówiąc, to już przysypiałam mu
na kolanach, a jeżeli dodamy do tego to, że przeczesywał mi palcami włosy, co
po prostu uwielbiam, prawie odleciałam.
- Jestem zmęczona –
wyszeptałam, lekko się podnosząc i pokładając się na jamesowym torsie – Ale mi
tutaj wygodnie – stwierdziłam, objęłam go mocno ramionami i zamknęłam oczy.
- Hm, tylko, że trochę mnie
przygniatasz – powiedział James. Szybko otworzyłam oczy. No nie!
- Sugerujesz, że jestem
gruba?! – zawołałam całkowicie rozbudzona. No cham!
- Nie sugeruję. Naciskasz na
pewną część ciała i… - zaczął J, ale szybko skumałam.
- Przepraszam –
powiedziałam, śmiejąc się z jego miny – Idziemy spać?
- Jasne – odparł brunet i
poszedł za mną.
Była już połowa grudnia,
czyli najwyższy czas rozpocząć przygotowania do świąt! A przynajmniej
zaplanować gdzie je spędzamy, oraz zrobić listę prezentów.
- Już jestem, przepraszam za
spóźnienie ale przeciągnęło się nam zebranie – wydyszał James wpadając do
sekretariatu, za nim wszedł Syriusz. O ludzie!
- Witaj Wiewióro, co słychać
u osób z rodziny gryzoni? O, widzę że już sobie ząbki ostrzysz – tak oto
przywitał mnie Idiota. Ugh.
- Gryzonie mają się dobrze –
odparłam, pakując rzeczy do torebki i zakładając płaszcz – Co u Dorcas,
odbierze w końcu ode mnie telefon? To dziwne, nie odpowiada na listy, nie
odbiera telefonu – zaczęłam wyliczać.
- Sporo pracuje i ostatnio
gorzej się czuje – odparł zmartwiony Łapa – Chyba muszę ją wysłać do
Munga, pewnie się przepracowuje.
- A co jej jest? – zapytałam
zakładając sobie torebkę na ramię i owijając się szalikiem. Wiecie, że jest
-15ºC? Brrrr!
- Ciągle jej słabo – odparł
Syriusz i spojrzał na zegarek – Cholera, zaraz się spóźnię na spotkanie!
Spadam, widzimy się jutro! – zawołał jeszcze i gdzieś pobiegł. Spojrzałam na
Jamesa, lecz ten tylko wzruszył ramionami.
- To co, wracamy do domu? –
zapytałam kierując się za Jamesem do wyjścia.
- Może zjemy obiad na
mieście? Lodówka jest pusta… - powiedział James na co z chęcią przystałam.
Jakoś nie chciało mi się stać przy garach. Tak, czasem nawet ja robię sobie
wolne od gotowania.
- James, myślałeś już o świętach? – zapytałam męża. Wróciliśmy wieczorem do domu. Po późnym obiedzie skoczyliśmy
jeszcze na zakupy na Pokątną i spotkaliśmy Remusa. Wyglądał już całkiem nieźle.
I chyba już otrząsnął się po zerwaniu (czas najwyższy!).
- Mama nas zaprosiła na
pierwszy dzień Świąt – odparł James wycierając sobie mokrą głowę ręcznikiem – A
na drugi pojedziemy do twoich, co ty na to? – zapytał.
- Dobry pomysł, przynajmniej
nie będę musiała wszystkiego szykować – powiedziałam, wklepując sobie krem w
skórę twarzy – Musimy się zastanowić nad prezentami, nadal nie rozgryzłam
twojego taty, zupełnie nie wiem co on lubi.
- Och, dobre książki,
szybkie miotły – zaczął wyliczać James – Tak właściwie, ze wszystkiego będzie
zadowolony – dodał po chwili zastanowienia. Czyli jak zwykle niczego się nie
dowiedziałam…
Wklepałam sobie krem pod
oczy (tak jak mnie uczyła Dorcas – od zewnętrznych kącików oczu do wewnętrznych
– aby nie mieć zmarszczek) i spojrzałam na bruneta.
- A co ty byś chciał dostać
od świętego Mikołaja? – zapytałam wychodząc z łazienki. James chwilę się
zastanowił.
- Zdrowe, śliczne dziecko –
odparł czym mnie nie zaskoczył, ale troszkę zdziwił. Kiedyś był zwykłym
rozrabiaką, huncwotem – a teraz stał się dojrzałym, mądrym mężczyzną. Bardzo
wydoroślał. To było widać, słychać i czuć – cytując słowa pewnej piosenki.
- Kocham cię – wyszeptałam,
mocno się do niego przytulając.
- Ja ciebie też, Lil.
Weekend tydzień przed
Świętami przywitał nas wielkimi zwałami śniegu. Dobrze, że jesteśmy
czarodziejami – nie musieliśmy się męczyć z odśnieżaniem chodnika prowadzącego
do domu – machnięcie różdżką załatwiło dobre dwie godziny pracy. Współczuję
ludziom nie magicznym, serio!
- Halo? – usłyszałam głos
Dorcas w słuchawce.
- Cześć Dor, co słychać? –
zapytałam siadając przy stole w kuchni i wsadzając nos w „bukiet” koperkowy –
dzięki temu drobnemu zabiegowi, czyli wąchaniu świeżego koperku odchodziły mi
mdłości.
- Hej Lily, wzięłam sobie
tydzień wolnego i pichcę – odparła Dor – Ostatnio naszła mnie straszna ochota
na gotowanie i o dziwo, wszystko co ugotuję smakuje Syriuszowi i Regulusowi –
dodała, zdziwionym głosem.
- Kiedy idziemy na zakupy
świąteczne? – zapytałam – Nie mam jeszcze prezentu dla Jamesa, zupełnie nie
wiem co mu kupić w tym roku – dodałam, zaciągając się zapachem kopru. Achhh!
- Może krawat? – zapytała
Dorcas, wyraźnie mnie olewając – Lily, zupa mi się przypala, nie wiem jakim
cudem… Muszę kończyć. Zadzwonię do ciebie, ok? Trzymaj się!
Ech. I tak oto zostałam
olana. Wiem, zadzwonię do Mary!
- Halo? – powiedział głos.
Aha, mama Mary.
- Dzień dobry pani McDonald,
mówi Lily Potter. Czy zastałam Mary? – zapytałam.
- Witaj, Lily! Niestety,
Mary właśnie wyszła z Regulusem na zakupy. Mogę jej coś przekazać?
- Och, nie dziękuję.
Zadzwonię wieczorem – odparłam i pożegnałam się.
I tak oto zostałam olana po
raz drugi. Do kogo by tu… Do Megan!
- Halo? – zapytał głos. Hm.
- Severus? – upewniłam się.
- Tak. To ty Lily? – zapytał
zdziwiony. Tak właściwie nie wiem czym, czy obsługą telefonu, czy może tym, że
to mnie słyszy po drugiej stronie kabla.
- Taak, to ja. Słuchaj, jest
Megan? Chciałam ją wyciągnąć na zakupy – odparłam spoglądając na swój
zrujnowany manicure. Ech, muszę przestać obskubywać paznokcie z lakieru.
Wstrętny nawyk!
- Niestety, ma zajęcia na
uczelni. Możesz zadzwonić po 18, wtedy będzie w domu – powiedział Severus.
- To świetnie, zadzwonię –
powiedziałam i szybko się pożegnałam.
Znowu olana! Ugh. Nie pójdę
sama na zakupy. No nic, trzeba je przełożyć. Gorzej, że mam już mało czasu.
- Co robisz? – zapytałam
Jamesa. Leżał w sypialni na podłodze i grzebał pod łóżkiem.
- Ja? Nic – odparł. Aha,
jasneee – Co tam masz? – zapytałam, pochylając się.
- Zupełnie nic. Obejrzymy
jakiś film? – zapytał i pociągnął mnie na parter. Dobra, to było podejrzane.
Później sprawdzę.
James usnął podczas
oglądania filmu. Był to świetny moment na sprawdzenie tego, co ukrywał pod łóżkiem.
Chociaż nie była to zbyt dobra skrytka, sprzątając często zaglądam pod ten
mebel, bo to tam najczęściej lądują jego skarpetki…
- Co my tu mamy? –
zapytałam, rozpłaszczając się na podłodze i różdżką oświetlając sobie ciemne
rejony pod łóżkowe – No nie – wyszeptałam i wyciągnęłam sporej wielkości
karton.
Dla uściślenia – miauczący
karton.
- Cztery kociaki –
wyszeptałam licząc słodkie, puchate kulki – Jest i mama – zauważyłam widząc
wychodzącą z łazienki nieznaną mi kotkę.
- Już je znalazłaś? –
zapytał J wchodząc do sypialni. Spojrzałam na niego jak na kretyna.
- Zbyt dobrze to ich nie
schowałeś – odparłam ironicznie – Co to za koty i czemu siedzą pod łóżkiem? –
zapytałam.
- To są kociaki twojego
kocura Jima i tej przybłędy – odparł brunet. Spojrzałam na niego z
niedowierzaniem.
- A gdzie jest Jim? –
zapytałam. Dłuższy czas go nie widziałam w domu, ciągle gdzieś znikał. Jak to
niewykastrowany kocur, ale nie miałam sumienia odcinać mu pewnej części ciała.
- Nie mam pojęcia, znowu
gdzieś polazł – odparł J – Co z nimi zrobimy? – zapytał wskazując na kociaki i
wrogo nastawioną kocią mamuśkę. Na prychała na mnie!
- Wychowamy i porozdajemy –
powiedziałam po chwili zastanowienia – Można powiedzieć, że zostaliśmy kocimi
rodzicami – zażartowałam i poszłam umieścić koci karton z kocią zawartością
koło łazienkowego kaloryfera. Będzie im cieplutko.
- Ale to ty się nimi
zajmujesz! – zapowiedziałam.
Ponieważ Święta mieliśmy
spędzić u jednych i drugich rodziców, zupełnie nie miałam co robić – moimi
jedynymi przygotowaniami był zakup prezentów dla rodziny i przyjaciół.
- Naprawdę myślisz, że
Syriusz ucieszy się z „Poradnika dla PlayWizard’a”? – zapytałam z lekka
zniesmaczona, pakując w ozdobny papier prezent. Dosyć dziwny.
- Będzie zachwycony, zawsze
chciał wyglądać jak ci faceci z okładek – odparł James, koślawo pakując prezent
dla Mary – stare wydanie książki o roślinach leczniczych. Wiem że bardzo długo
go szukała.
- James, koty są głodne –
powiedziałam gdy mała ruda kulka lekko podgryzała mi palec – Gdzie jest ich matka?
– zapytałam lekko zirytowana, gdy biały Kocurek zaczął mi się wspinać po moich
nowych dżinsach. W dodatku – ałaaa!
- Nie mam pojęcia,
wypuściłem dzisiaj rano Jima i tą kotkę – odparł J nadal zajęty pakowaniem
jakiś zabawnych prezentów dla jego licznych kuzynów. Tak apropo tych kuzynów –
nie dość, że jest to bardzo liczna grupa, to jeszcze bardzo do siebie podobna,
ciągle mylę ich imiona co mnie strasznie irytuje.
- Może dać im mleka? – dodał
brunet ściągając wczepionego w mój tyłek kota i zaczął go pouczać, że ma się
nie zapuszczać w te rejony. No, spoko.
- Nie wiem, ale chyba
oszaleję jak będę musiała nadal dzielić łazienkę z czterema kociakami i ich
psychopatycznymi rodzicami – wyburczałam, oglądając straty wyrządzone przez
kociaka – Patrz, porobił mi dziurki w spodniach – powiedziałam do Jamesa i
prawie mu się wypięłam w twarz. Ok, nie było to zbyt fajne, ale chciałam, żeby
zobaczył, co te koty robią. Ostatnio urządziły sobie legowisko w moim ulubionym
szarym swetrze – gdy go znalazłam był pozadzierany i chyba pogryziony… W każdym
razie był mokry. Wolę nie wiedzieć, z jakiego powodu…
- Po Sylwestrze je
porozdajemy – zapewnił mnie J – A spodniami się nie przejmuj i tak pewnie
niedługo się w nie, nie zmieścisz – dodał z wrednym uśmieszkiem.
Oczywiście oburzyłam się i
mocno walnęłam go pięścią w ramię. James udał, że go to powaliło, rozpłaszczył
się na podłodze, co od razu wykorzystały kociaki – weszły mu na tors i
się wygodnie ułożyły. Ha, ma za swoje!
***
Długi rozdział o niczym. Ech.