wtorek, 6 stycznia 2015

Rozdział 63 Przygotowania do Świąt



Grudzień nadszedł zdecydowanie szybko. Zima nie była dla nikogo wielkim zaskoczeniem – już od jakiegoś czasu śnieg obficie obsypywał każdy zakamarek, każde drzewo i przechodnia, który z jakiegoś dziwnego powodu znajdował się na dworze przy tej paskudnej pogodzie. Chyba powtórzę to po raz któryś, ale naprawdę nie lubię śniegu. Zdecydowanie wolę cieplejsze klimaty.
Ale to nie jest istotne, w tym momencie ważne było to, że mieliśmy weekend i na obiad mieli przyjść rodzice Jamesa. Więc dwoiłam się i troiłam w kuchni, żeby wszystko było idealne i smaczne. Chyba naczytałam się za dużo książek z serii „Perfekcyjna Czarownica”…
- Ładnie pachnie – powiedział James, wchodząc do domu i zdejmując zaśnieżone buty. Brrr, aż mi się zimno zrobiło, jak tylko spojrzałam na jego zaczerwienione od mrozu policzki. My z maleństwem – jak to zaczęłam w myślach nazywać nasze dziecko, siedzieliśmy sobie w ciepełku i przyjemnie pichciliśmy.
Rogacz rzucił kawałki suchego drewna z komórki za domem, obok kominka i zdjął kurtkę.
- Brrr, ale masz zimne ręce! Mówiłam, żebyś założył rękawiczki – powiedziałam, gdy J specjalnie dotknął mnie lodowatymi dłońmi. Pacan.
- Lil, już zaczynasz matkować – zauważył Rogacz i zaśmiał się z mojej wrogiej miny – Zaraz się ogrzeję – dodał i poszedł układać drewno w kominku.
- O której będą twoi rodzice? – zapytałam wchodząc do salonu za Jamesem, przy okazji zdejmując zabrudzony fartuszek w którym gotowałam.
- Będą za godzinę – odparł J spoglądając na zegar – To co, szybki rozgrzewający prysznic? – zapytał i właściwie zaciągnął mnie na piętro.


- Lily, doskonale gotujesz – pochwalił mnie Charlus, klepiąc się po brzuchu. Zupełnie jak James!
Faceci szybko uporali się z obiadem, a my z Doreą głównie rozmawiałyśmy, oraz oczywiście jadłyśmy. Ale nie w tak ekspresowym tempie jak J i tata Ch.
- Dziękuję – odparłam. I w tym momencie nastąpiło to, co bardzo nie chciałam, żeby się stało. Poczułam mdłości. Cholera! Akurat w tym momencie…
- Przepraszam – wyszeptałam, zrywając się od stołu i szybko biegnąc do łazienki.
Przynajmniej zdążyłam… Nie to co ostatnio, wolę nie wspominać, bo bleh i fujka!
- Lily i jak? – zadał idiotyczne pytanie James zza drzwi.
- Słabo – odparłam usuwając sobie różdżką plamę po wodzie, którą sobie zrobiłam na przedzie sukienki przy okazji przepłukiwania ust – Wracaj do rodziców, pewnie nie wiedzą o co chodzi – dodałam, nakładając pastę do zębów na szczoteczkę. W życiu tyle nie wymiotowałam co przez te niespełna dwa miesiące!
- Rodzice – srodzice – usłyszałam i po sekundzie J otworzył drzwi zaklęciem – Na pewno dobrze się czujesz? Może chcesz się położyć? – zapytał brunet, lustrując mnie uważnym spojrzeniem.
- Już mi lepiej, zaraz podam wam ciasto i napiję się herbaty. Ta z kopru jest świetna, po niej nie czuję mdłości – powiedziałam i wyciągnęłam Jamesa z łazienki.
Zeszliśmy na parter i wróciliśmy do naszych gości, których to tak niegrzecznie James  zostawił samych sobie.
- Przepraszam, to była mała… awaria – powiedziałam i jednym zaklęciem sprzątnęłam wszystkie niepotrzebne naczynia stojące na stole – Czego się napijecie, kawa, herbata? – zapytałam, ustawiając czajnik na ogniu. Dobra, wiem że mogłam podgrzać wodę za pomocą magii w sekundę, ale chciałam sobie dać tą chwilkę na odsapnięcie. Wymiotowanie jest męczące.
- Kochani, czy wy chcecie nam może coś powiedzieć? – zapytała Dorea, patrząc a to na mnie, a to na Jamesa. Spojrzałam na teściową i ciężko westchnęłam.
No miała tę minę – taką jak robi James gdy czegoś bardzo chce…
- Jestem w ciąży – te słowa wypłynęły ze mnie. Nawet ich nie przemyślałam, ani nic. Spojrzałam na uśmiechniętego Jamesa, a później na rodziców.
Dorei stanęły łzy w oczach i mocno ściskała serwetkę, a Charlus zaczął chrząkać i chyba też się wzruszył.
- To cudowne – wyszeptała mama D i delikatnie mnie uściskała – Tak się cieszę.
- Świetne wiadomości. Lily, synu, gratulacje! – dodał tata Ch i przytulił nas. Wow, no byłam w szoku. Tata Ch nie jest zbyt wylewny – lata służby jako Auror, zahartowały go na poważnego i silnego człowieka, a tu takie wzruszenia.
Coś czuję, że maleństwo jest powoli najbardziej wyczekiwanym dzieckiem!


Niedziela miała być dniem tylko dla naszej dwójki. Chociaż, już chyba nie mogę myśleć o nas w kategorii dwóch osób, jeżeli o sobie myślę jako o dwójce. Więc to miał być dzień naszej trójki.
Na szczęście nie zaczął się od wymiotów – z tego byłam jak najbardziej zadowolona.
Zaczął się od śniadania do łóżka, podanego przez mojego przystojnego męża. Czyż nie jestem szczęściarą?
Wiem, to pytanie retoryczne.
- Czym sobie zasłużyłam na takie rozpieszczanie? – zapytałam zajadając się naleśnikami. Swoją drogą, gdzie on się nauczył je smażyć? I kiedy?
- Zacznijmy od tego, że jesteś najpiękniejszą kobietą jaką znam – powiedział J. Pochlebca… - Dołóżmy do tego fakt, że czekałem na ciebie mnóstwo czasu. Oczywiście, nie wypominam ci tego, nie rób takiej miny! – dodał, śmiejąc się z mojej oburzonej miny.
- W dodatku, jesteś teraz odpowiedzialna za siebie i nasze dziecko, więc ja, jako mąż doskonały i świetny ojciec, musiałem zadbać o moje dwa skarby – dodał.
W tym momencie rozpuściłam się jak masło na patelni, jak czekolada na słońcu, jak ser na toście… Ekhm. Dość tych kulinarnych porównań.
Byłam wzruszona. Ciąża. Hormony szaleją. To dobre wyjaśnienie. Na wszystko.
- Co ty, płaczesz? – zapytał James i uśmiechnął się gdy kiwnęłam głową – Lil, no co ty…
- Mówisz mi takie piękne rzeczy i myślisz, że się nie wzruszę? – zapytałam, pochlipując – W dodatku hormony mi szaleją i chyba chce mi się siusiu – dodałam. Dziecko zaczyna naciskać na pęcherz, czy co? Nie no, jeszcze nie jest tak duże…
Wygrzebałam się z pościeli, poprawiłam spadające spodnie od piżamy i ruszyłam do łazienki. Zatrzymałam się przy drzwiach.
- Zaraz sobie udowodnimy nasze uczucia, co ty na to? – zapytałam i zatrzasnęłam za sobą drzwi. Uśmiechnęłam się, przypominając sobie minę Jamesa (pewnie myślał, że ciąża = brak seksu). A mi ciąża chyba wspomaga libido, serio. Bo miałam niewiarygodną wręcz ochotę na mego przystojniaka.

Resztę niedzieli spędziliśmy na słodkim leniuchowaniu. Zrobiliśmy sobie seans filmowy – przygotowaliśmy popcorn, trzy filmy oraz kołdrę.
Obejrzeliśmy film o Draculi – James stwierdził, że jest on bardzo nieprawdopodobny, powiedział, że jego tata zna wampira i wcale nie osusza on swoich ofiar do cna. A poza tym pyta, czy może napić się prosto z ich szyi - proszę jaki kulturalny!
Był też film z serii Rocky – o trochę głupim, ale jakże dzielnym bokserze – James stwierdził, że taki trening powinien przejść – łącznie z tym ciągłym bieganiem po schodach. Jednak ja uznałam, że to Łapie prędzej coś takiego by się przydało, na co J się obśmiał i uznał, że mam rację.
Miasteczko Salem – niby horror, ale głównie śmialiśmy się. Nie wiem czemu, w końcu to horror. A ja się boję horrorów, jednak przy Jamesie nic nie jest mi straszne.
Po zjedzeniu sporej ilości niesolonego popcornu i popiciu tego hektolitrami zielonej herbaty, myślałam, że znowu będę wymiotować, ale nie! Alleluja!
- Oglądamy coś jeszcze, czy już jesteś zmęczona? – zapytał James. Szczerze mówiąc, to już przysypiałam mu na kolanach, a jeżeli dodamy do tego to, że przeczesywał mi palcami włosy, co po prostu uwielbiam, prawie odleciałam.
- Jestem zmęczona – wyszeptałam, lekko się podnosząc i pokładając się na jamesowym torsie – Ale mi tutaj wygodnie – stwierdziłam, objęłam go mocno ramionami i zamknęłam oczy.
- Hm, tylko, że trochę mnie przygniatasz – powiedział James. Szybko otworzyłam oczy. No nie!
- Sugerujesz, że jestem gruba?! – zawołałam całkowicie rozbudzona. No cham!
- Nie sugeruję. Naciskasz na pewną część ciała i… - zaczął J, ale szybko skumałam.
- Przepraszam – powiedziałam, śmiejąc się z jego miny – Idziemy spać?
- Jasne – odparł brunet i poszedł za mną. 


Była już połowa grudnia, czyli najwyższy czas rozpocząć przygotowania do świąt! A przynajmniej zaplanować gdzie je spędzamy, oraz zrobić listę prezentów.
- Już jestem, przepraszam za spóźnienie ale przeciągnęło się nam zebranie – wydyszał James wpadając do sekretariatu, za nim wszedł Syriusz. O ludzie!
- Witaj Wiewióro, co słychać u osób z rodziny gryzoni? O, widzę że już sobie ząbki ostrzysz – tak oto przywitał mnie Idiota. Ugh.
- Gryzonie mają się dobrze – odparłam, pakując rzeczy do torebki i zakładając płaszcz – Co u Dorcas, odbierze w końcu ode mnie telefon? To dziwne, nie odpowiada na listy, nie odbiera telefonu – zaczęłam wyliczać.
- Sporo pracuje i ostatnio gorzej się czuje – odparł zmartwiony Łapa – Chyba muszę ją wysłać do Munga, pewnie się przepracowuje.
- A co jej jest? – zapytałam zakładając sobie torebkę na ramię i owijając się szalikiem. Wiecie, że jest -15ºC? Brrrr!
- Ciągle jej słabo – odparł Syriusz i spojrzał na zegarek – Cholera, zaraz się spóźnię na spotkanie! Spadam, widzimy się jutro! – zawołał jeszcze i gdzieś pobiegł. Spojrzałam na Jamesa, lecz ten tylko wzruszył ramionami.
- To co, wracamy do domu? – zapytałam kierując się za Jamesem do wyjścia.
- Może zjemy obiad na mieście? Lodówka jest pusta… - powiedział James na co z chęcią przystałam. Jakoś nie chciało mi się stać przy garach. Tak, czasem nawet ja robię sobie wolne od gotowania.

- James, myślałeś już o świętach? – zapytałam męża. Wróciliśmy wieczorem do domu. Po późnym obiedzie skoczyliśmy jeszcze na zakupy na Pokątną i spotkaliśmy Remusa. Wyglądał już całkiem nieźle. I chyba już otrząsnął się po zerwaniu (czas najwyższy!).
- Mama nas zaprosiła na pierwszy dzień Świąt – odparł James wycierając sobie mokrą głowę ręcznikiem – A na drugi pojedziemy do twoich, co ty na to? – zapytał.
- Dobry pomysł, przynajmniej nie będę musiała wszystkiego szykować – powiedziałam, wklepując sobie krem w skórę twarzy – Musimy się zastanowić nad prezentami, nadal nie rozgryzłam twojego taty, zupełnie nie wiem co on lubi.
- Och, dobre książki, szybkie miotły – zaczął wyliczać James – Tak właściwie, ze wszystkiego będzie zadowolony – dodał po chwili zastanowienia. Czyli jak zwykle niczego się nie dowiedziałam…
Wklepałam sobie krem pod oczy (tak jak mnie uczyła Dorcas – od zewnętrznych kącików oczu do wewnętrznych – aby nie mieć zmarszczek) i spojrzałam na bruneta.
- A co ty byś chciał dostać od świętego Mikołaja? – zapytałam wychodząc z łazienki. James chwilę się zastanowił.
- Zdrowe, śliczne dziecko – odparł czym mnie nie zaskoczył, ale troszkę zdziwił. Kiedyś był zwykłym rozrabiaką, huncwotem – a teraz stał się dojrzałym, mądrym mężczyzną. Bardzo wydoroślał. To było widać, słychać i czuć – cytując słowa pewnej piosenki.
- Kocham cię – wyszeptałam, mocno się do niego przytulając.
- Ja ciebie też, Lil.


Weekend tydzień przed Świętami przywitał nas wielkimi zwałami śniegu. Dobrze, że jesteśmy czarodziejami – nie musieliśmy się męczyć z odśnieżaniem chodnika prowadzącego do domu – machnięcie różdżką załatwiło dobre dwie godziny pracy. Współczuję ludziom nie magicznym, serio!
- Halo? – usłyszałam głos Dorcas w słuchawce.
- Cześć Dor, co słychać? – zapytałam siadając przy stole w kuchni i wsadzając nos w „bukiet” koperkowy – dzięki temu drobnemu zabiegowi, czyli wąchaniu świeżego koperku odchodziły mi mdłości.
- Hej Lily, wzięłam sobie tydzień wolnego i pichcę – odparła Dor – Ostatnio naszła mnie straszna ochota na gotowanie i o dziwo, wszystko co ugotuję smakuje Syriuszowi i Regulusowi – dodała, zdziwionym głosem.
- Kiedy idziemy na zakupy świąteczne? – zapytałam – Nie mam jeszcze prezentu dla Jamesa, zupełnie nie wiem co mu kupić w tym roku – dodałam, zaciągając się zapachem kopru. Achhh!
- Może krawat? – zapytała Dorcas, wyraźnie mnie olewając – Lily, zupa mi się przypala, nie wiem jakim cudem… Muszę kończyć. Zadzwonię do ciebie, ok? Trzymaj się!
Ech. I tak oto zostałam olana. Wiem, zadzwonię do Mary!
- Halo? – powiedział głos. Aha, mama Mary.
- Dzień dobry pani McDonald, mówi Lily Potter. Czy zastałam Mary? – zapytałam.
- Witaj, Lily! Niestety, Mary właśnie wyszła z Regulusem na zakupy. Mogę jej coś przekazać?
- Och, nie dziękuję. Zadzwonię wieczorem – odparłam i pożegnałam się.
I tak oto zostałam olana po raz drugi. Do kogo by tu… Do Megan!
- Halo? – zapytał głos. Hm.
- Severus? – upewniłam się.
- Tak. To ty Lily? – zapytał zdziwiony. Tak właściwie nie wiem czym, czy obsługą telefonu, czy może tym, że to mnie słyszy po drugiej stronie kabla.
- Taak, to ja. Słuchaj, jest Megan? Chciałam ją wyciągnąć na zakupy – odparłam spoglądając na swój zrujnowany manicure. Ech, muszę przestać obskubywać paznokcie z lakieru. Wstrętny nawyk!
- Niestety, ma zajęcia na uczelni. Możesz zadzwonić po 18, wtedy będzie w domu – powiedział Severus.
- To świetnie, zadzwonię – powiedziałam i szybko się pożegnałam.
Znowu olana! Ugh. Nie pójdę sama na zakupy. No nic, trzeba je przełożyć. Gorzej, że mam już mało czasu.
- Co robisz? – zapytałam Jamesa. Leżał w sypialni na podłodze i grzebał pod łóżkiem.
- Ja? Nic – odparł. Aha, jasneee – Co tam masz? – zapytałam, pochylając się.
- Zupełnie nic. Obejrzymy jakiś film? – zapytał i pociągnął mnie na parter. Dobra, to było podejrzane. Później sprawdzę.

James usnął podczas oglądania filmu. Był to świetny moment na sprawdzenie tego, co ukrywał pod łóżkiem. Chociaż nie była to zbyt dobra skrytka, sprzątając często zaglądam pod ten mebel, bo to tam najczęściej lądują jego skarpetki…
- Co my tu mamy? – zapytałam, rozpłaszczając się na podłodze i różdżką oświetlając sobie ciemne rejony pod łóżkowe – No nie – wyszeptałam i wyciągnęłam sporej wielkości karton.
Dla uściślenia – miauczący karton.
- Cztery kociaki – wyszeptałam licząc słodkie, puchate kulki – Jest i mama – zauważyłam widząc wychodzącą z łazienki nieznaną mi kotkę.
- Już je znalazłaś? – zapytał J wchodząc do sypialni. Spojrzałam na niego jak na kretyna.
- Zbyt dobrze to ich nie schowałeś – odparłam ironicznie – Co to za koty i czemu siedzą pod łóżkiem? – zapytałam.
- To są kociaki twojego kocura Jima i tej przybłędy – odparł brunet. Spojrzałam na niego z niedowierzaniem.
- A gdzie jest Jim? – zapytałam. Dłuższy czas go nie widziałam w domu, ciągle gdzieś znikał. Jak to niewykastrowany kocur, ale nie miałam sumienia odcinać mu pewnej części ciała.
- Nie mam pojęcia, znowu gdzieś polazł – odparł J – Co z nimi zrobimy? – zapytał wskazując na kociaki i wrogo nastawioną kocią mamuśkę. Na prychała na mnie!
- Wychowamy i porozdajemy – powiedziałam po chwili zastanowienia – Można powiedzieć, że zostaliśmy kocimi rodzicami – zażartowałam i poszłam umieścić koci karton z kocią zawartością koło łazienkowego kaloryfera. Będzie im cieplutko.
- Ale to ty się nimi zajmujesz! – zapowiedziałam.


Ponieważ Święta mieliśmy spędzić u jednych i drugich rodziców, zupełnie nie miałam co robić – moimi jedynymi przygotowaniami był zakup prezentów dla rodziny i przyjaciół.
- Naprawdę myślisz, że Syriusz ucieszy się z „Poradnika dla PlayWizard’a”? – zapytałam z lekka zniesmaczona, pakując w ozdobny papier prezent. Dosyć dziwny.
- Będzie zachwycony, zawsze chciał wyglądać jak ci faceci z okładek – odparł James, koślawo pakując prezent dla Mary – stare wydanie książki o roślinach leczniczych. Wiem że bardzo długo go szukała.
- James, koty są głodne – powiedziałam gdy mała ruda kulka lekko podgryzała mi palec – Gdzie jest ich matka? – zapytałam lekko zirytowana, gdy biały Kocurek zaczął mi się wspinać po moich nowych dżinsach. W dodatku – ałaaa!
- Nie mam pojęcia, wypuściłem dzisiaj rano Jima i tą kotkę – odparł J nadal zajęty pakowaniem jakiś zabawnych prezentów dla jego licznych kuzynów. Tak apropo tych kuzynów – nie dość, że jest to bardzo liczna grupa, to jeszcze bardzo do siebie podobna, ciągle mylę ich imiona co mnie strasznie irytuje.
- Może dać im mleka? – dodał brunet ściągając wczepionego w mój tyłek kota i zaczął go pouczać, że ma się nie zapuszczać w te rejony. No, spoko.
- Nie wiem, ale chyba oszaleję jak będę musiała nadal dzielić łazienkę z czterema kociakami i ich psychopatycznymi rodzicami – wyburczałam, oglądając straty wyrządzone przez kociaka – Patrz, porobił mi dziurki w spodniach – powiedziałam do Jamesa i prawie mu się wypięłam w twarz. Ok, nie było to zbyt fajne, ale chciałam, żeby zobaczył, co te koty robią. Ostatnio urządziły sobie legowisko w moim ulubionym szarym swetrze – gdy go znalazłam był pozadzierany i chyba pogryziony… W każdym razie był mokry. Wolę nie wiedzieć, z jakiego powodu…
- Po Sylwestrze je porozdajemy – zapewnił mnie J – A spodniami się nie przejmuj i tak pewnie niedługo się w nie, nie zmieścisz – dodał z wrednym uśmieszkiem.
Oczywiście oburzyłam się i mocno walnęłam go pięścią w ramię. James udał, że go to powaliło, rozpłaszczył się na podłodze, co od razu wykorzystały kociaki – weszły mu na tors i się wygodnie ułożyły. Ha, ma za swoje! 

***
Długi rozdział o niczym. Ech.

piątek, 2 stycznia 2015

Rozdział 62 Akcja „zróbmy sobie dziecko” – jej wyniki



Dwie kreski.
Dwie kreski!
O MERLINIE, DWIE KRESKI!!
Siedziałam w damskiej łazience, w biurze Aurorów i nie mogłam uwierzyć w to co widzę. A były to dwie, cienkie kreseczki na kawałku niepozornego plastiku. Ale jak ważnego!!
- Uspokój się – wyszeptałam, patrząc na siebie w lustrze i przemywając sobie twarz chłodną wodą. Trzeba myśleć rozsądnie, nie mogę biec na poszukiwania Jamesa w Ministerstwie – najpierw muszę się upewnić. Stu procentowa pewność, to jest to!
- Ooo Merlinie – powiedziałam, przeglądając swój kalendarz. Jak mogłam nie zauważyć, że okres mi się spóźnia o trzy tygodnie?!
- Myśl, Potter, myśl – wymamrotałam do siebie i spakowałam cały wywalony z torebki majdan z powrotem do niej. Poprawiłam z lekka rozmazany makijaż (wzruszyłam się), uczesałam potargane włosy (przejęłam ten nawyk od Jamesa – zaczęłam sobie czochrać włosy) i wyszłam z łazienki.
- Potter wychodzę, jeżeli chcesz to możesz dzisiaj wcześniej skończyć – powiedział Moody, zatrzaskując za sobą drzwi.
Pomyślałam, że chyba mam dzisiaj szczęście i prawie, że wybiegłam w stronę kominków, znajdujących się w Atrium. Do Munga!


- Gratuluję pani Potter, jest pani w ciąży – powiedziała magomedyczka, wpisując coś do mojej karty – Wszystkie wyniki ma pani w normie, jest to pierwszy miesiąc ciąży, może pani odczuwać lekkie mdłości, może być pani słabo. Zalecam umiarkowany wysiłek fizyczny, spacery, lekkie ćwiczenia rozciągające, proszę się zdrowo odżywiać. Widzimy się za miesiąc – dodała. Z wielkim uśmiechem na ustach, wylewnie jej podziękowałam.
Dopiero to do mnie docierało. Jestem w ciąży! 
To niewiarygodne. I z tego co powiedziała magomedyczka, do zapłodnienia musiało dojść na delegacji…
Ależ wtedy wyluzowałam!
Wyszłam ze szpitala i mocniej owinęłam się szalikiem. Trzeba teraz o siebie bardziej dbać, w końcu dziecko jest najważniejsze. Szłam ponurą, londyńską ulicą i wszystkich obdarzałam radosnym uśmiechem.
Przeszłam na drugą stronę ulicy i zobaczyłam cel mojego krótkiego spaceru. Sklep z akcesoriami dziecięcymi.
 
Po szybkich zakupach, wróciłam do biura – ostatnio zawsze wracaliśmy do domu razem. Siedziałam w fotelu ze świadomością, że obdaruję dzisiaj męża cudowną wiadomością. Można powiedzieć, że prawie podskakiwałam na fotelu i co chwilę sprawdzałam godzinę. Morgano, już dwadzieścia po szesnastej, gdzie on jest?!
- Przepraszam, za spóźnienie! – zawołał James, wchodząc przez drzwi. Pokręciłam głową i mocno się do niego przytuliłam. Można powiedzieć, że nie tylko ja – teraz myślałam o sobie w kategorii dwóch osób.
- Nic się nie stało – odparłam wtulając się w jego chłodny płaszcz – Stęskniłam się za tobą – dodałam, patrząc w jego orzechowe tęczówki, teraz przysłonięte przez zaparowane okulary.
- Ja za tobą bardziej – powiedział i przetarł sobie szkła skrajem szalika – Idziemy do domu?
- Tak.


- Stało się dzisiaj coś dobrego? Ciągle się uśmiechasz – powiedział James. Chciałam coś powiedzieć, gdy mi przerwał – Czekaj, dostałaś podwyżkę?!
- Co? – zapytałam. Z kasy bym się tak cieszyła? Kretyn… - Nie, oczywiście, że nie. Poczekaj, mam coś dla ciebie – zaczęłam grzebać w torebce i szukać małej paczuszki – Otwórz.
Wręczyłam mężowi kolorowy kartonik i z niecierpliwością czekałam na jego reakcję.
James zważył w rękach prezent i zdjął pokrywkę.
Otworzył szeroko oczy i wyjął parę, maleńkich bucików (ależ banał...).
- To…? Jesteś…? – wyszeptał, patrząc mi prosto w oczy.
- Tak! – zawołałam i rzuciłam się w ramiona bruneta – To dopiero pierwszy miesiąc, byłam już w szpitalu, musiałam mieć pewność – zaczęłam z siebie wyrzucać – I uzdrowicielka powiedziała, że mam dużo spacerować, zdrowo się odżywiać i… - jednak J przerwał mi czułym pocałunkiem.
- Musisz o siebie dbać Lily, obiecaj mi to – powiedział, jakimś takim poważnym tonem. Merlinie, oczy mu błyszczały jakby miał się rozpłakać! Serio. Chociaż wiem, że J z zasady nie płacze. W końcu jest „prawdziwym facetem”, jak to lubi siebie określać, a nie żadną beksą.
- Oczywiście, że będę o nas dbać – odparłam i mocno przylgnęłam do jamesowego torsu – Powiedz, że nas kochasz – wymruczałam w jego sweter.
- Kocham was najbardziej na świecie – wyszeptał James i delikatnie objął mnie ramionami. Uśmiechnęłam się. 
Ten moment był najszczęśliwszą chwilą ostatnich miesięcy.


Z dziennika Jamesa Pottera
Lily spała już od dobrych dwóch godzin, a ja siedziałem w salonie z butelką Ognistej. W myślach błagałem Boga lub inne bóstwo – chociaż nie jestem zbyt wierzący, ale błagałem go, by ta ciąża doprowadziła do narodzin zdrowego, ślicznego dziecka.
Nawet nie chciałem myśleć, co by było, gdyby Lily znowu poroniła...
Usłyszałem ciche pukanie do drzwi.
- Już jestem – powiedział Syriusz i wszedł do salonu – Co się stało? – zapytał i spojrzał na opróżnioną do połowy butelkę whisky – Wiewióra wyrzuciła cię z sypialni? – zażartował. Uśmiechnąłem się lekko.
- Mnie żona nie wyrzuca z łóżka – odparłem, drocząc się z Łapą – Lily jest w ciąży – wyjaśniłem, widząc jego pytający wzrok.
- Wow! Gratulacje, stary! – powiedział Syriusz, poklepując mnie po ramieniu. Chwilę na mnie popatrzył – Boisz się! – stwierdził z pewnością brzmiącą w głosie.
Spojrzałem na niego spode łba i ciężko westchnąłem.
- Dziwisz mi się? – zapytałem, nalewając bursztynowego płynu do dwóch szklanek – Ostatnia ciąża o mało co nie skończyła się naszym rozstaniem i głęboką depresją – dodałem, na raz wypijając alkohol.
- Rzeczywiście – powiedział Syriusz – Ale cholera, James, ty się nie boisz! Jesteś najodważniejszy z nas wszystkich, pokonałeś tamten problem… Musisz wierzyć, że tym razem się uda. Będziemy dbać o Rudą, zobaczysz urodzi się wam zdrowy brzdąc, ja to mówię, przyszły ojciec chrzestny – dodał z pewnością w głosie.
- Taa, muszę wierzyć. Żyć nadzieją. Chrzanie takie farmazony! – podniosłem lekko głos i od razu się opanowałem – Zrobię wszystko, żeby to dziecko się urodziło i żeby było zdrowe – zapowiedziałem.
- I to jest James, którego znam! Nie, nie nalewaj mi więcej, muszę spadać, Dorcas zaraz wróci z salonu. Widzisz do której tam przesiaduje? – odparł Syriusz kręcąc głową.
- Proszę, nie mów jeszcze nikomu o ciąży. Lily powiedziała, że chce poczekać z tą wiadomością – poprosiłem przyjaciela.
- Nie ma sprawy, Rogaczu. Do zobaczenia w pracy, tak właściwie za… 7 godzin – powiedział, spoglądając na zegar wiszący w salonie – I jeszcze raz, gratulacje.
Kiwnąłem głową i zamknąłem drzwi za kumplem. Sprzątnąłem butelkę po alkoholu i poszedłem do sypialni.


Kolejne dni przechodziłam z głową w chmurach. Cały czas byłam rozkojarzona, aż do pewnego poranka, który nie zaczął się najlepiej.
- Fuu – wyszeptałam, spuszczając wodę. Poranne mdłości zaczęły mi się wraz z nadejściem końcówki pierwszego miesiąca ciąży – Znowu? Ughh – wyjęczałam i pochyliłam się nad muszlą. Masakra. Nie myślałam, że będę rzygać jak kot.
- Lily, dobrze się czujesz? – usłyszałam głos Jamesa spod drzwi.
- Doskonale – odparłam ironicznie, znowu spuszczając wodę i nakładając sobie pastę na szczoteczkę do zębów – To tylko poranne mdłości – dodałam, otwierając drzwi do łazienki i szybko szorując zęby.
- Jesteś pewna? Może powinnaś zostać dzisiaj w domu? – zapytał, siadając na krawędzi wanny.
- Nie ma mowy, czuję się świetnie – odparłam przepłukując usta i zaczęłam czesać włosy – To co, herbatka gotowa? – zapytałam. James stwierdził, że tak i poszliśmy do kuchni.


Poranne mdłości odeszły jak ręką odjął, gdy dotarliśmy do biura. James stwierdził, że dzisiaj nadrobi pisanie protokołów, więc został ze mną w biurze. Trochę było męczące to jego „trzęsienie” się o mnie, ale w zupełności to rozumiałam.
- Nie nieś tego! – zawołał zza swojego biurka, jak tylko zauważył, że chcę podnieść trzy spore segregatory.
- James, no weź… - zaczęłam mówić, ale jak zwykle mi przerwał.
- Kobiety w ciąży nie mogą nosić ciężkich przedmiotów – odparł i zabrał mi te „ciężary” – Gdzie to zanieść? – zapytał.
- Odłóż na tą półkę koło drzwi do gabinetu Szalonookiego – powiedziałam i usiadłam za biurkiem – Czy to oznacza, że teraz nic nie będę mogła robić? – zapytałam. Bo serio, byłam ciekawa!
- Nic, co mogłoby wam zaszkodzić – odparł J i usiadł na moim biurku – Już nie jest ci niedobrze? – zapytał zmartwiony.
- Herbatka pomogła – powiedziałam i zajęłam się pracą. James jeszcze chwilę na mnie popatrzył i wrócił do pracy.


Po powrocie do domu i zjedzeniu obiadu ugotowanego przez Jamesa (jestem w szoku!), znowu dopadły mnie mdłości.
- Morgano, miały być poranne – wyjęczałam, siadając na podłodze obok muszli klozetowej. Czytałam już wiele poradników dla przyszłych mam i doskonale wiedziałam, że pojęcie „poranne mdłości” jest względne. Często to są mdłości popołudniowe lub wieczorne.
- Twoja herbata – powiedział James, wchodząc do łazienki i podając mi kubek z parującym napojem – Jesteś pewna, że nie musimy teleportować się do Munga? – zapytał, siadając obok mnie na podłodze i wciągając mnie na swoje kolana.
- Absolutnie pewna – odparłam i napiłam się – Za godzinę coś przegryzę i na pewno mi się poprawi – dodałam, próbując się napić i przy okazji nie poparzyć sobie ust.
- Kiedy powiemy rodzinie i przyjaciołom, że spodziewamy się dziecka? – zapytał James, delikatnie kładąc dłonie na moim jeszcze płaskim (już niedługo…) brzuchu.
- Myślałam, że święta to będzie najodpowiedniejszy czas. Będę już prawie na początku trzeciego miesiąca ciąży, a to będzie fajny prezent dla przyszłych dziadków, co ty na to? A przyjaciołom, hmm, może w Sylwestra? – odparłam, kładąc dłonie na obejmujących mnie rękach Rogacza.
- Dobry pomysł. Nasze mamy oszaleją, gdy dowiedzą się o ciąży – powiedział James – A teraz wstańmy z tej podłogi, jest strasznie zimna.


Następne dni mijały dosyć przyjemnie. Mdłości ograniczyły mi się tylko do tych porannych, w pracy nastąpił mały przestój – zajmowałam się głównie przekładaniem papierów oraz noszeniem ich Moody’emu do podpisu. Można powiedzieć ze się nudziłam.
Ostatnio zrobiłyśmy sobie z dziewczynami babski dzień w salonie Dorcas.
- Mary, opowiadaj co u ciebie? – zapytała Dor, sprawnie robiąc mi manicure. Spojrzałam na blondynkę, której aż oczy się zaświeciły!
- Z Regulusem jest tak dobrze… - wyszeptała zamyślona – Jest niewiarygodny.
- A mówimy o sprawach łóżkowych, czy innych? – zapytałam cicho się śmiejąc z zaczerwienionej blondynki.
- W każdej strefie życia jest niesamowity – odparła rozmarzona.
- Ja tam nadal nie mogę uwierzyć, że spotykasz się z bratem mojego męża… Ale słuchajcie, jeżeli Reg ożeni się z Mary, to zostaniemy rodziną! – zawołała Dorcas, odkrywając Amerykę.
- Nawet nie myślę o ślubie, chcę najpierw skończyć kurs na Uzdrowiciela – wybąkała Mary, widocznie zażenowana tym tematem.
- Wydaje mi się, że do siebie świetnie pasujecie – wtrąciłam – Najpierw myślałam, że źle postępujesz zostawiając Remusa, ale paradoksalnie, masz chyba więcej wspólnego z Regulusem – dodałam po chwili zastanowienia.
Mary uśmiechnęła się i zmieniła temat.
- A jak wasze sprawy małżeńskie? Dzieci jeszcze z tego nie ma? – zapytała Mar, śmiejąc się z miny Dorcas.
- Nic się nie dzieje – odparła brunetka, urywając temat.
- U mnie też nic – odparłam, dyskretnie kładąc rękę na brzuchu. Od razu pomyślałam o moim maluszku i się uśmiechnęłam. 
Mary ma niezłą intuicję.
- To szkoda, mogłabym zostać ciocią. Lubię dzieci – dodała, a ja spojrzałam na nią z zainteresowaniem.
- A może sama spraw sobie bobasa? – zaproponowałam. Dorcas kiwnęła głową i spojrzała na Mary, czekając na odpowiedz.
- Weeźcie, nasz związek jest zbyt świeży. A wy mi tu mówicie o małżeństwie i dzieciach… Nawet nie mielibyśmy ich gdzie umieścić, chyba że kątem u moich rodziców – odparła. No tak, Mar ani Reg nie mieli takiego szczęścia jak James lub Syriusz ze spadkami. Ci dwaj to są chyba w czepku urodzeni…
- Skończyłam! – powiedziała Dor i spojrzała z satysfakcją na moje paznokcie – To co, skoczymy na miasto coś zjeść? – zapytała. Zgodziłyśmy się i po chwili wylądowałyśmy w jednej z naszych ulubionych knajp na Pokątnej.


 ***

Tam tarra - ram! I jest! W końcu - rozdział przełomowy - Harry istnieje, yeah :) Gorzej, że jestem już na etapie pisania rozdziałów o jego narodzinach/życiu - masakra. Co można pisać o takich małych dzieciach? W kółko się ślinią i robią inne obrzydliwości...  Cóż, coś się wymyśli :) Chyba. Raczej. Uch, będzie ciężko.