poniedziałek, 26 października 2015

Rozdział 45




Październik 1978



            - Synu, jesteśmy z ciebie dumni.
Spojrzałem na matkę i wykrzywiłem usta. To, że matka oraz ojciec będą ze mnie zadowoleni było wiadome. Wiedział o tym każdy, kto znał rasistowskie przekonania mojej rodzicielki, oraz ten, kto czytał bzdury, wypisywane przez ojca w przejętym przez Śmierciożerców Proroku Codziennym. Jeżeli mogę zaryzykować takim stwierdzeniem – to był najradośniejszy dzień w ich życiu.
            Gdy Syriusz trafił do Gryffindoru, w domu przez co najmniej cztery miesiące panowała żałoba. Matka wyrzucała sobie złe wychowanie „niewdzięcznej żmii”, a ojciec opracowywał plan powitania syna. Bolesny plan, o ile sobie przypominam. Czasami, nocami nie mogę spać, gdy przypominam sobie spazmatyczne oddechy Syriusza, gdy rodzice traktowali go wymyślnymi urokami, wymyślonymi przez takich samych arystokratycznych dupków, jak oni. Syriusz nigdy nie krzyczał. Chociaż miałem wtedy tylko dziesięć lat, czułem dumę, wiedząc, że mój brat jest tak odważny. Nie do złamania. Jedynie, żałuję tego, że ja okazałem się tchórzem. Tchórzem, który obrał łatwiejszą drogę.
            Przekonanie Tiary Przydziału, do tego, abym nie trafił do Gryffindoru było banalnie proste. Myślę, że jeżeli każdy poprosiłby tiarę, ona z radością przydzieliłaby ucznia, do domu, do jakiego chciał trafić. Ja ją błagałem. Nie chciałem przeżywać tego, co doświadczył Syriusz, przez dwa miesiące wakacji.
            Dlatego teraz, gdy miałem możliwość odkupienia swojego tchórzostwa, postąpiłem słusznie. Nareszcie mogłem spojrzeć sobie w oczy, bez żalu i obrzydzenia.
            - Jestem zadowolony – skomentował ojciec, oglądając moje przedramię, naznaczone Mrocznym Znakiem.


***


            - Snape – skinąłem głową, witając się z byłym Ślizgonem.
            - Black – odparł, lekko wykrzywiając usta, przy moim nazwisku.
Zupełnie mu się nie dziwiłem. Od tego, co robili mu Syriusz z Potterem, cóż, mógł być wściekły, nawet na mnie, chociaż z Syriuszem mieliśmy wspólne tylko jedno - nazwisko.
            - Nowi? – zapytał zakapturzony Śmierciożerca, podchodząc do nas.
Skinąłem głową i spojrzałem na znajomą twarz.
            - Malfoy – westchnąłem, patrząc na męża kuzynki. – Spotkanie rodzinne… Narcyza też tutaj jest? - zapytałem, rzucając mu kpiące spojrzenie.
Lucjusz prychnął.
            - Myślisz, że pozwolę żonie brudzić sobie ręce tak paskudną robotą? – zapytał, wykrzywiając wąskie wargi. – Narcyza jest w dworku, z moją matką – dodał i spojrzał na Snape’a. – Kto przydzielił dwóch nowych, do tego zadania?
Wzruszyłem ramionami i rozejrzałem się po okolicy. Byliśmy w jakiejś małej mieścinie, na zachód od Londynu. Wokół stałe niskie domy, wyglądające na co najmniej sto lat. Urokliwa okolica, w której mieszkało wielu czarodziei.
            - Czekamy na Travers’a, który powinien tu być za… - zaczął Lucjusz, spoglądając na elegancki, złoty zegarek, zapewne roboty Goblinów. – 30 sekund – dodał.
            Rzuciłem okiem na Snape’a i czekałem. Po chwili dało się słyszeć ciche pyknięcie, oznaczające teleportację.
            - Obserwowaliśmy dom, jest w nim tylko jedna osoba, nasz cel – zaśmiał się zimno Lucjusz, zwracając się do Travers’a. – Edgar, waleczny członek Zakonu Feniksa.
            Przez chwilę, nie zrozumiałem tego, co powiedział Malfoy. A potem do mnie dotarło. Przybyliśmy do tej mieściny, tylko w jednym celu. Mieliśmy zamordować czarodzieja, który stawiał opór Czarnemu Panu. Tylko, że do tej pory nie wiedziałem, kto to ma być.
            - Idziemy – rozkazał Travers, wyczarowując sobie na twarzy maskę. – Ku chwale Czarnego Pana – dodał, zaklęciem wyważając drzwi.



***


Przez dobrych parę sekund, byłem pewien, że Bones poradzi sobie z naszą czwórką. Miałem nadzieję, że mu się uda. Albo ktoś przybędzie mu na pomoc, ktoś z Zakonu. Przeliczyłem się. Zresztą, nie miałem się czemu dziwić, to nie była uczciwa walka. Nawet, jeżeli dwójka z nas była niedoświadczona w walce różdżka w różdżkę, mieliśmy znaczną przewagę.
- Cudownie – wydyszał Lucjusz, patrząc na wijącego się i krzyczącego pod Cruciatusem, mężczyznę. – Hola, Travers, nie tak szybko! – zawołał, gdy Śmierciożerca wycelował w Bones’a różdżką. – Daj się wykazać młodszym – dodał z kpiącym uśmiechem.
Spojrzałem na niego, próbując ukryć targające mną emocje. Złość, strach, wściekłość, aż w końcu żal i smutek.
- Regulusie, wykaż się chłopcze – mruknął z wyraźną uciechą.
Ściskając mocno różdżkę, zbliżyłem się do spokojnego mężczyzny. Leżał bezwładnie na podłodze, z dziwnie powykrzywianymi kończynami. Poczułem mdłości na ten widok.
            - Zrób to! – warknął Travers, spoglądając na drzwi. – Chcesz nas narazić na walkę z Zakonem? Nie mamy czasu! – krzyknął.
Kucnąłem przy ofierze i poruszyłem ustami. Wiem, że nie mógł tego zobaczyć, chociaż wpatrywał się uważnie w moją maskę.
            - Przepraszam – powtarzałem w myślach jak mantrę.
            - Avada Kedavra! – krzyknąłem, wymierzając różdżkę w serce Edgara Bones’a.


***


            Nie pamiętam chwil po moim pierwszym morderstwie. Jedyne, co stawało mi przed oczami, to wyraz twarzy mojej ofiary. Chciałbym móc kiedyś o tym zapomnieć… Ale takich rzeczy się nie zapomina. To będzie prześladować mnie do końca mojego marnego życia – fakt, że zabiłem niewinną osobę.
            Oczywiście, były osoby z tego zadowolone. Już drugi raz stawałem przed obliczem Czarnego Pana. Pierwszy raz był dosyć bolesny – była to chwila, gdy moje przedramię zostało naznaczone Mrocznym Znakiem. Teraz, była to chwila jego małego triumfu nad Zakonem i Dumbledorem. Poprzez ręce swoich sług, zabił wielkiego poplecznika swojego największego wroga.
            Najgorsze było to, że nas nagrodził. Nagrodził nas za to, że kogoś zabiliśmy. Że ja, kogoś zabiłem. I to, chyba było w tym najgorsze. Ledwo udawałem radość, z tak „wielkiego zaszczytu”. Miałem ochotę wyciągnąć różdżkę i pozabijać oraz zranić jak najwięcej jego popleczników. I wreszcie, jego samego. Ponieważ nagrodził mnie za coś, co będzie mnie prześladowało do końca moich dni. Za coś niewybaczalnego.


***


            Najmłodsi stażem, oraz wiekiem Śmierciożercy, mieszkali w rodowej siedzibie Lestrange’ów. Zajmowaliśmy całe pierwsze piętro. Gdyby nie fakt, że wszyscy mieli wielkie ambicje wykazania się przed uwielbianym Panem, mogłoby być całkiem jak w Hogwarcie.
            Dzieliłem pokój ze Snapem. Przystąpiliśmy do zwolenników Czarnego Pana w tym samym momencie, zapewne dlatego przydzielili nas razem do pokoju. Patrząc na ponurego Severusa, zastanawiałem się, co Evans z nim robiła. Oraz jak wytrzymywała widok jego przetłuszczonych włosów.
            - Wychodzę – mruknął Snape, podchodząc do drzwi, prowadzących na długi korytarz, pełen drzwi do kwater młodych Śmierciożerców. – Malfoy ma do mnie sprawę – dodał, jakby musiał mi się wytłumaczyć.
            A ja miałem to gdzieś. Leżałem na łóżku i wpatrywałem się w nieskazitelnie biały sufit. Próbowałem sobie przypomnieć słowa rymowanki, nauczonej mnie przez Syriusza, gdy byliśmy mali. Beztroscy i szczęśliwi, na tyle, na ile mogliśmy być przy naszych oschłych rodzicach i ich wszystkich nakazach i zakazach.
            - Nie pamiętam – powiedziałem, gapiąc się w sufit, na którym dojrzałem niedużego pająka. – Nie pamiętam cholernej rymowanki – westchnąłem.
            Zazwyczaj, z pamięci wypiera się te złe wspomnienia. Jednak ja, pamiętałem zupełnie coś innego. Wszystko to, co było niedobre, niszczące, oburzające.
            - Regulusie – usłyszałem głos, którego się nie spodziewałem.
Spojrzałem na nocną szafkę i z pierwszej szuflady, wyciągnąłem lusterko dwukierunkowe.
            - Profesor Dumbledore – westchnąłem, spoglądając starcowi w oczy. – Już wiecie, prawda?
            - Wiemy, Regulusie – odparł dyrektor, ze smutkiem kiwając głową. – To straszne. Ciało biednego Edgara, spoczywało pod szczątkami jego domu, z trudem je wydobyliśmy.
Wykrzywiłem usta. Nie dość, że doprowadziliśmy do śmierci człowieka, to jeszcze musieliśmy zniszczyć jego dom.
            - Panie profesorze… - zacząłem, zacinając się. – To moja wina – dodałem.
Dumbledore pokręcił głową.
            - Pamiętasz Regulusie, o czym rozmawialiśmy przed twoim wyjazdem z Hogwartu? – zapytał, a gdy skinąłem głową, kontynuował: - Każda zła rzecz, którą będziesz musiał uczynić, udając oddanego zwolennika Toma Riddle’a, zostanie ci wybaczona. Walczysz dla większego dobra, pamiętaj o tym, chłopcze.
Jeszcze raz skinąłem głową, patrząc na poważną twarz dyrektora.
            - Czy dowiedziałeś się czegoś? Planują kolejny zamach? – zapytał.
            - Nic nie wiem – odparłem, kręcąc głową.
Dumbledore już miał coś powiedzieć, gdy zobaczyłem gwałtownie otwierające się drzwi. Upuściłem lusterko na kolana i zaskoczony, spojrzałem na zdenerwowanego Snape’a.
            - Rozmawiałeś z kimś? – zapytał podejrzliwie, spoglądając na lusterko.
            - Tylko ci się wydawało – odparłem, z ulgą rejestrując fakt, że Dumbledore zniknął z tafli.
            - Słyszałem rozmowę – odparł zimno, skupiając na mnie wzrok.
I wtedy to poczułem. Trochę jak ból głowy. Czułem to często w dzieciństwie. To była oznaka, że chciał trochę pogrzebać w moich myślach, jak nieodzowna mamusia.
            - Nawet, kurwa, nie próbuj – warknąłem, patrząc mu prosto w oczy. Zastosowałem oklumencję, do ochrony swoich myśli i wspomnień. – Nie próbuj włamywać się do mojej głowy, Snape.
Wykrzywił usta w niemiłym uśmiechu.
            - Ukrywasz coś, Black – odparł, patrząc na mnie kpiąco. – Ja się dowiem co – dodał.
Uniosłem brew.
            - Tak myślisz, Snape? – zapytałem. – Nie uda ci się. Tak samo, jak nie udało ci się zdobyć Evans... Powiedz, co to za uczucie, gdy wiesz, że jest ona z twoim największym wrogiem? Gdy wiesz, że to jego bezgranicznie kocha, a nie ciebie? Wiadomo, może zrobi sobie z nim dziecko? Co powiesz na małego Pottera? – pytałem.
Z każdym kolejnym pytaniem, czułem większą radość, sprawiając mu ból. Zdawałem sobie sprawę z tego, że robię źle, ale musiałem odwrócić jego uwagę. Musiałem sprawić, żeby zapomniał o rozmowie z dyrektorem.
            - Zamknij się – warknął, lekko się trzęsąc.
            - Ale czemu? – zapytałem, stając naprzeciwko niego. – Co, nadal cię to boli? Przecież, powinna być dla ciebie szlamą, prawda? Zwykłą, nic nie wartą szmatą, którą trzeba zlikwidować, aby zbudować „lepszy” świat. Zdradziła twoją przyjaźń, właśnie z nim. Zabawne, prawa?
            - Nie nazywaj jej tak! – krzyknął, wyciągając różdżkę. – To się jeszcze zmieni, rozumiesz?! Jeszcze będzie moja! Moja!
Spojrzałem na niego zdziwiony.
            - Nie pierdol, Snape – odparłem, udając znudzenie. – Jakim sposobem?
            - Nie twój problem – powiedział, jakby zdając sobie sprawę z tego, że się z czymś zdradził. – I ja tak łatwo nie zapominam, Black. Dowiem się, co kombinujesz – dodał, szybko wychodząc z pokoju.
Usiadłem na łóżku, analizując to, czego się dowiedziałem. Najgorsze było to, że nie mogłem wyciągnąć z tego żadnych wniosków – za mało danych.


***


Stanął przed lustrem.
            - To się uda – wyszeptał, patrząc na swoją kredowo białą twarz. – Uda się. Przekonam go, żeby jej nie zabijał. Będzie moja.
Uśmiechnął się lekko.
            - Zrobię dla niego wszystko, żeby jej nie zabił – powiedział, spoglądając sobie w oczy. – Zostanę najgorliwszym z jego sług. Tylko po to, by mi ją podarował. Aby była moja.
Ochlapał twarz zimną wodą.
            - A jego, z przyjemnością… - wyszeptał, patrząc na swoją różdżkę. – Zlikwiduję.


***


Uśmiechnęłam się, gdy tylko zobaczyłam Jamesa z tacą.
            - Śniadanie do łóżka – powiedział, stawiając mi na kolanach tacę, zapełnioną przysmakami.
            - Z jakiej okazji? – zapytałam, całując go w policzek. – Smakowicie wygląda.
            - Z takiej okazji, że mam najcudowniejszą, najpiękniejszą i najmądrzejszą żonę na świecie – odparł, wchodząc pod kołdrę, tylko po to, aby zacząć całować mnie po szyi.
            - Komplemenciarz – westchnęłam, smarując tosta dżemem. – Nie masz ochoty na śniadanie? – zapytałam, gdy poczułam jego usta na odkrytym ramieniu.
            - Mam ochotę na coś innego – odparł, zabierając mi tacę, co skwitowałam rozczarowanym jękiem. Miałam diabelną ochotę na tego tosta! – I mam nadzieję, że przekonam cię, że to, co mam na myśli, jest lepsze od jedzenia – dodał, całując mój dekolt.
            - Taak, chyba możesz mieć rację – wyszeptałam, gdy zszedł z ustami niżej. – Możesz mieć cholerną rację.


***


Zrobiłam ze Snape'a niezłego świra... Jak widzicie, przyśpieszam akcję o rok. Podobało mi się pisanie z perspektywy Regulusa, i mam nadzieję, że nie wyszło źle ;) 
Następny rozdział? Nie mam pojęcia kiedy, jeszcze nie zaczęłam pisać. Ale, jeżeli z resztą rozdziałów pójdzie mi tak dobrze jak z tym, to do końca roku na pewno skończę te opowiadanie.

2 komentarze:

  1. Biedny Regulus :'( oby Snape nie odkrył jego sekretu.
    Taaa Snape jest tutaj trochę świrnięty.

    Śniadanie do łóżka*.*
    Weny
    Aki Aki
    Sorka, że dopiero teraz, ale coś mi zjadło komentarz i dzisiaj yo zobaczyłam :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ześwirowanego Snape nie miałam w planie i teraz muszę przemyśleć, jak z tego wybrnąć :D No biedny ten Regulus. No, ale robi to dla większego dobra ;)
      Dziękuję za komentarz :)

      Usuń

Uwaga: tylko uczestnik tego bloga może przesyłać komentarze.