wtorek, 20 października 2015

Rozdział 44




            - To całkiem ekscytujące – powiedziałam, gromadząc w salonie krzesła z całego domu.
          - To będzie zwykłe zebranie, nic ekscytującego – odparł James, studząc moje rozbuchane emocje. – Brałem udział w wielu takich spotkaniach, nic szczególnego. Ciągłe gadanie, a akcji brak.
            Przewróciłam oczami i machnęłam różdżką. Krzesła stanęły w różnych miejscach w pokoju, a ja odwróciłam się do męża.
            - Może ty, jesteś do tego przyzwyczajony, ale ja nie bardzo – powiedziałam. – Zresztą, to w pewnym sensie zaszczyt, że Dumbledore wybrał właśnie nasz dom, na pierwsze zebranie Zakonu Feniksa po tak długiej przerwie.
            Widząc minę Jamesa, mówiącą: „żaden-zaszczyt-kolejne-nudne-zebranie”, skierowałam się do kuchni.
Ja wiem, że dla niego to coś normalnego. Pan Potter był uznanym Aurorem, w tym domu zapewne odbywały się już nie raz tego typu spotkania. Jedynym wytłumaczeniem tego, że tak bardzo się z tego cieszyłam, był fakt, że w końcu mogłam wziąć w nim udział. Jako pełnoletnia osoba, w końcu mogłam dołączyć do Zakonu Feniksa – i mam nadzieję, zostać jego aktywną działaczką.
            - Zobaczysz, jak zwykle będą nas straszyć Voldemortem, opowiadać, jakie sieje spustoszenie ze swoimi kolesiami, a jak przyjdzie co do czego, czyli do reakcji, buntu, jakiegokolwiek sprzeciwu, będziemy siedzieć i nic nie robić. Pisać raporty ze zdarzeń – powiedział James, siadając na jednym z krzeseł, przelewitowanych z jadalni.
Przewróciłam oczami i udałam się do kuchni.
            - Nie trać wiary w Dumbledore’a, mam wrażenie, że jeżeli po tak długiej przerwie wznawia działanie Zakonu, to szykuje coś wielkiego. Opór – odparłam, lewitując przed sobą tacę z napojami.
            - Mam nadzieję, bo powinniśmy działać – powiedział, podnosząc do góry dzisiejsze wydanie Proroka. – Pokątna znowu została zaatakowana. Śmierciożercy zrujnowali ponad dziesięć sklepów, ranili przypadkowe osoby i porwali właściciela sklepu z antykami. Zaczyna się, Lily.
Nie będę udawać, przeszedł mnie lekki dreszcz. Co z tego, że Dolinę Godryka od Londynu dzieli całkiem spora odległość? Dla czarodzieja odległość, to żadna przeszkoda! Każdy może się znaleźć na ich celowniku. Naprawdę każdy. No, może oprócz czystokrwistego Ślizgona. Albo kogoś zastraszonego. Lub przeklętego.
Cholera, całkiem spore możliwości.
            - Ktoś przyszedł, otwórz! – zawołałam z kuchni, przenosząc do salonu przekąski.


***


Patrzyłam po poważnych twarzach swoich przyjaciół, znajomych, lub zupełnie obcych ludzi. Każda twarz, wyrażała podobne uczucie – zatroskanie.
I w większości mogli to być tak wielcy czarodzieje, jak Szalonooki – najlepszy Auror Ministerstwa Magii, Fabian i Gideon Prewett – najzacieklejsi przeciwnicy czarnej magii, jakich w życiu spotkałam. Profesor McGonagall – jak ją opisać? Najlepsza nauczycielka, jaka mogła się trafić takiej szkole jak Hogwart? To i tak za mało. Caradoc Dearborn – tajniak w coraz bardziej inwigilowanym Oddziale Magicznych Wypadków i Katastrof, Marlena z Thomasem, Remus, Syriusz, Dorcas, Alicja, Frank i wielu, wielu innych ochotników, przeciwstawiających się tyranii Tego Którego Imienia Nie Wolno Wymawiać.
            Owszem, była nas całkiem spora grupa. Ba, byłam zaskoczona tym, że aż tak liczna. Jednak pytanie brzmiało: czy mieliśmy szanse?
            Cały czas, będę twierdzić, że tak. Nawet jeden człowiek, może zmienić świat. Tak my, nasza grupa, zakon, mogliśmy dokonać czegoś wielkiego. Pokonać Lorda Voldemorta, wraz z jego zgrają sługusów, i wysłać ich tam, gdzie ich miejsce. Do piekła.
            No, lub do Azkabanu. Chociaż z tego co słyszałam, Azkaban to piekło na ziemi.
            - Będziemy walczyć, Lily – mruknęła do mnie podekscytowana Marlena, słuchając przemowy Dumbledore. – Nie mogę w to uwierzyć.
            Widziałam, że Jamesowi też ciężko było w to uwierzyć. W ostatnich dniach, gdy wydarzył się atak na Pokątną, gdy były niszczone coraz to kolejne domy czarodziejów pochodzenia mugolskiego, oraz porywani i mordowani ludzie; czarodzieje, czy też mugole, widziałam, że entuzjazm Jamesa i jego dotąd niezachwiana wiara w Dumbledore’a, coraz bardziej się kurczą. Coraz częściej słyszałam argument, że dyrektor jest już coraz starszy, słabszy, ale dzisiejszym przemówieniem, widziałam, że znowu James jest pod wpływem niewiarygodnej charyzmy Dumbledore’a.
            - A ja mogę – szepnęłam.


***


            - Ustawcie się do zdjęcia! – krzyknął roześmiany Syriusz, machnięciem ręki odganiając od siebie Dorcas.
Po wyjściu Dumbledore’a, zebranie Zakonu przeobraziło się w miłą, hm, nazwijmy to, nasiadówkę. Impreza to za duże słowo.
            - Szybciej – ponaglił Syriusz, gdy rozchichotana Dorcas stanęła koło mnie i mocno objęła mnie za szyję.
            - Merlinie, Dor, dusisz – wycharczałam.
Taka mała osóbka, a taka silna.
            - Dorcas, nie duś mi żony – powiedział James, uwalniając mnie z objęć przyjaciółki. – Tylko ja ją mogę dusić – dodał, obejmując mnie.
            - Dzięki – parsknęłam, stając bliżej Jamesa. – To co, wszyscy mówią „ser”?! – zawołałam.
            - Wszyscy mówią „wygrana”! – poprawił mnie Frank.
Błysk flesza na moment wszystkich oślepił.


***


Od ostatniego zebrania Zakonu, minął już miesiąc. Zaczynał się sierpień, a czarodziejski świat, coraz mniej przypominał to, co poznałam na początku mojej przygody z magią.
Wypad na Pokątną? Teraz było to najniebezpieczniejsze miejsce w Londynie. Przejęte przez Śmierciożerców, szmalcowników i niebezpieczny element ze Śmiertelnego Nokturnu. Aby w miarę bezpiecznie udać się na Pokątną, taką eskapadę trzeba było bardzo dokładnie zaplanować. Co, prawie nigdy się nie udawało, chociaż członkowie Zakonu zaciekle próbowali. W pewnym sensie, Pokątna stała się takim ostatnim bastionem, który chcieli uratować od przejęcia przez zwolenników Sami-Wiecie-Kogo.
Niestety, było to zadanie niewykonalne.
Jedynym miejscem, wolnym od Śmierciożerców, w magicznym świecie, pozostało Hogsmeade. Ale czego się spodziewać po miejscu, nad którym pieczę trzymał Dumbledore? Hogsmeade i Hogwart – jedyne miejsca we wszechświecie, w których można było się ukryć przed Voldemortem.
Co do ukrywania… Coraz więcej rodzin próbowało chronić się za pomocą starej magii. Dumbledore poradził wszystkim członkom Zakonu, aby rzucili na swoje domy zaklęcie Fideliusa.
            Niedługo zastanawialiśmy się kto, mógłby zostać naszym Strażnikiem Tajemnicy. Była jedna osoba, która zasługiwała na miano przyjaciela na śmierć i życie. Kto by niegdyś przypuszczał, że będzie to właśnie Syriusz Black?
Kiedyś, nawet nie dopuściłabym takiej kandydatury do rozpatrzenia. No bo, Black? Ten nieznośny kumpel Pottera?
A teraz, miałam pewność, że Syriusz to odpowiednia osoba. Nigdy nie zdradziłby naszej tajemnicy. Tak jak my, nie zdradzilibyśmy jego.
            - Jakie to uczucie? – zapytałam, gdy nasz sekret został ulokowany w duszy przyjaciela.
            - To takie ciepło, o tutaj – mruknął, wskazując na okolice mostka.
Skinęłam głową. Teraz nasze bezpieczeństwo zależało od Syriusza. Żart miesiąca.


***


            - … z ostatniej chwili – usłyszałam. Oderwałam się od krojenia warzyw i spojrzałam na radio, nastawione na stację podającą prawdę, a nie półprawdę, jak reszta. – Śmierciożercy przypuścili atak na czarodziejskie rodziny, mieszkające w hrabstwie Kent. Mieszkańcy, proszeni są o pomoc poszkodowanym. Są ofiary śmiertelne. Prosimy o jak najszybsze wsparcie… Nad dwoma domami, rozpoznany Mroczny Znak! Radzimy, przed wejściem, upewnić się, że to nie jest pułapka…
Wróciłam do szykowania obiadu. Takie komunikaty były coraz częstsze, i co zabrzmi okrutnie, nikogo już nie szokowały. Jeżeli ktoś znajdował się w pobliżu, próbował pomóc. Gdy nad domem wisiał Mroczny Znak, prawie nikt się nie zbliżał. Tylko dobrze wyszkoleni Aurorzy.
            Zdecydowanie nie był to świat, w którym człowiek chciałby planować swoją przyszłość. Tak jak wcześniej myślałam, nie było możliwości, abyśmy poszli na jakieś kursy. Kariera musiała zostać odłożona. Właściwie, wszystko musieliśmy odłożyć na „bezpieczniejsze czasy”. Życie towarzyskie, planowanie powiększenia rodziny, jakiekolwiek odwiedziny moich rodziców, kształcenie, czy pracę.
            Wielkim plusem było to, że James odziedziczył naprawdę sporą ilość pieniędzy. To, pozwalało nam w miarę spokojnie patrzeć w przyszłość. Oraz pomagać tym, którym powiodło się pod tym względem gorzej.
Pomagaliśmy Remusowi, który jako zdemaskowany wilkołak, nie mógł znaleźć pracy. Jedyną korzyścią, z powszechnego odkrycia prawdy o Lunatyku, było to, że nawiązał kontakty z innymi wilkołakami. Dumbledore próbował przekabacić ich na naszą stronę. Z mizernym skutkiem.
            - Obiad gotowy – powiedziałam, kładąc talerze z parującym jedzeniem na stole.
            - Dzięki – mruknął James.
Od jakiegoś tygodnia, właśnie tak, wyglądały nasze rozmowy. A zaczęło się dosyć niewinnie. Od prośby Dumbledore’a, na którą nie mogłam przystać...
            - Nie – powiedziałam kategorycznie. – James nie weźmie w tym udziału. To misja samobójcza!
            - Lily, nie przesadzaj – zaśmiał się nerwowo James, patrząc na lustrującego mnie poważnym spojrzeniem Dumbledore’a. – Nic mi się nie stanie, pomogę…
            - Nie – przerwałam mu i spojrzałam w krystalicznie niebieskie oczy dyrektora. – James nie będzie ryzykował. To zadanie dla doświadczonego Aurora.
            - Rozumiem – powiedział starzec. – Lily ma rację, James. Nie powinienem się z tym zwracać do was, przepraszam.
            - Proszę nie przepraszać – odparłam, widząc urażone spojrzenie męża. – Rozumiem, że potrzebuje pan ochotników, ale to misja samobójcza… Dołączenie do Voldemorta?
Jak? Jak mogłabym mu pozwolić, na coś takiego? Przecież, gdyby do Sami-Wiecie-Kogo, doszła wiadomość o tym, kto jest żoną Jamesa, po prostu by go zabili. Czystokrwisty od pokoleń czarodziej ze szlamą? Nie taki świat, chce stworzyć Voldemort…
            - Długo będziesz na mnie zły? – zapytałam, gdy James skończył jeść.
            - Nie jestem zły – odparł, odchodząc od stołu.
            - To może obrażony? – zapytałam, idąc za nim do salonu.
            - Większej głupoty nie mogłaś wymyślić – stwierdził, siadając w fotelu.
Usiadłam na oparciu fotela i łapiąc za drapiącą brodę J, skierowałam jego spojrzenie tak, aby patrzył mi prosto w oczy.
            - Jesteś wściekły? – zapytałam, i lekkie przymrużenie powiek, dało mi znak, że tak było. – Bo nie pozwoliłam ci dołączyć do Voldemorta? – dodałam szeptem.
            - Nie do Voldemorta, tylko do ochotników z Zakonu, którzy to zrobili. Inwigilują jego najbliższe środowisko, i być może, dzięki temu, przyczynią się do naszego zwycięstwa – odparł poważnie.
Uśmiechnęłam się smutno.
            - Wybacz, zapomniałam, że ty zawsze musisz być zwycięzcą – powiedziałam, czując zbierające się w kącikach oczu łzy. – Że to jest dla ciebie najważniejsze, a nie to, żeby po prostu to wszystko przetrwać.
Wyszłam z pokoju, żeby nie zauważył łez, płynących mi ciurkiem po policzkach.
            - Lily!
W tym momencie, miałam go serdecznie dość.


***


Kolejne spotkania Zakonu Feniksa przebiegały w miarę podobnie. Odczytywane były raporty z misji, ustalane kolejne kroki, czy też strategie w walce ze zwolennikami Sami-Wiecie-Kogo. Których, z każdym dniem przybywało.
Czasami miałam wrażenie, że to była rozgrywka my kontra reszta świata. Jednak z każdym kolejnym zebraniem, moja wiara powracała. Do Zakonu dołączało coraz więcej czarodziei i czarownic. Z każdą udaną akcją, mieliśmy coraz lepsze humory. Czuliśmy, że jeszcze jest szansa, aby wszystko wróciło do normy, aby było tak, jak przed tyranią Voldemorta.
Opór rósł z każdym dniem. Wtedy jeszcze nie wiedzieliśmy, jak to się skończy. Czy wygramy, czy może poniesiemy sromotną porażkę. Ważna była walka i nadzieja na lepsze jutro.


 ***


Krótko i nudno, ale trzeba było zarysowac sytuację. Przed nami, o ile nie wpadnę na jakiś "genialny" pomysł, już tylko 5-6 rozdziałów. Szczerze mówiąc, cieszę się, że to opowiadanie się kończy. Od paru rozdziałów, po prostu męczę się pisząc.
Opowiadanie numer 3, którego plany już snuję (mam nadzieję) w końcu będzie tym, co chciałam osiągnąć. Jak to mówią, do trzech razy sztuka ;) Mam już prolog i sporą część pierwszego rozdziału, także, będę Was nudzić dalej. Przykro mi ;))
Za błędy w tekście, albo niezrozumiałe zdania przepraszam, dopadło mnie przeziębienie - a ja chorobę przeżywam jak taki typowy facet - stan podgorączkowy = umieranie.

4 komentarze:

  1. Wcale nie było nudne!
    Strasznie się wciągnęłam w to opowiadanie, chociaż "znalazłam" je parę dni temu(tak zgubiłam linka, bo wiem, że kiedyś czytałam, niestety jak kupiłam nowy tel. to zgubiłam wiele linków, w tym twój. Ale cieszę się, że znowu mogę czytać to cudo :*) (dzięki jednej z twoich czytelniczek, która dodała twój blog na swoim blogu do blogów które czyta, mówię oczywiście o Aki, kocham ją za to!) i dopiero co doczytałam.
    Śmiem twierdzić, że warto było ;)
    Potrafisz przenieść czytelnika w tamten świat, cudownie opisujesz odczucia bohaterów. Wymyślasz ciekawe sytuacje. Kiedy czytałam poprzednie rozdziały, śmiałam się razem z huncwotami i dziewczynami, płakałam razem z nimi i wstrzymywałam oddech gdy działo się coś strasznego. Także wielki + dla ciebie, bo stworzyłaś wspaniałe opowiadanie!
    Pozdrawiam i życzę weny... Dużo weny ;)
    Zaczarowana ❤

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wow. Ależ słodzisz dziewczyno, szaleństwo! Rumienię się ;) Dziękuję za wszystkie pochwały, jestem w stosunku do siebie krytyczna, i doskonale wiem, że to opowiadanie to żaden cud, ale jeżeli Ci się podoba, to jestem przeszczęśliwa.
      To ja się dopiero dowiaduję, że Aki ma opowiadanie? Boże, dziewczyny, jeżeli coś piszecie, to mi podawajcie linki, ja chętnie poczytam :)
      Dziękuję, dziękuję, dziękuję za tak długi komentarz i cieszę się, że znowu czytasz ;)
      Pozdrawiam.

      Usuń
  2. Hahahha... teraz wiem, skąd wiesz, że mam bloga :')
    Trochę dziwnie to zabrzmiało, ale hymmm... prawdę mówiąc to jestem bardzo szczęśliwa, że zajrzałaś do mnie... i... dzięki.
    No ale wracając...
    Rozdział mnie zaskoczył. Zaczyna się akcja... jupi ! Jestem taka ciekawa jak to opiszesz ;)))
    James zwątpił ? I to w Dumbledora ? Ufff jak dobrze że się przekonał.
    Syriusz strażnikiem tajemnicy... żart miesiąca <-- to było dobre ;)
    Dlaczego James dlaczego? Biedna Lily ... :'(
    Czekam na next
    Weny ❤
    Aki Aki

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja też jestem ciekawa, jak to opiszę ;) Właśnie zaczęłam rozdział 45, i mam nadzieję, że go nie zepsuję, bo będzie dosyć istotny.
      Każdy przeżywa chwile zwątpienia, nawet ci najbardziej wierzący.
      Chciałam w miarę wiarygodnie przedstawić J - on jest z tych, co lubią wygrywać i ryzykować, dlatego chciałam jakoś pokazać tę jego chęć do walki.
      Wena się przyda :) Tobie również, czekam na następny rozdział u Ciebie ;)

      Usuń

Uwaga: tylko uczestnik tego bloga może przesyłać komentarze.