piątek, 4 września 2015

Rozdział 40



            - Powinienem iść z wami! – powiedział Jamesa.
Spojrzałam na niego spod byka i pokręciłam głową.
            - Ale, Lily…
            - Żadne „ale, Lily” – odparłam, zakładając ręce na piersi i robiąc swoją najpoważniejszą minę prefekta. – W rozpisce mam patrol z Remusem i to z nim pójdę, ty nie musisz nam towarzyszyć.
Tak, jak zazwyczaj troska Jamesa o mnie była naprawdę miła, tak w tym momencie zwyczajnie mnie irytowała.
Spojrzałam na zegarek, który wskazywał już piętnaście po 23. Najwyższa pora, aby wyjść z Pokoju Wspólnego i udać się na obchód zamku.
            - To chociaż weźcie to – powiedział, wpychając mi w ręce przyjemną w dotyku pelerynę.
            - James, ale po co mi peleryna? – zapytałam, oglądając jej śliczny materiał. – Jest ciepło, lato idzie.
James przewrócił oczami i zarzucił ją sobie na ramiona.
            - Oo – wyjąkałam, patrząc na lewitującą w powietrzu głowę bruneta.
            - Peleryna niewidka – wytłumaczył szybko Remus, odbierając ją od chłopaka. – Musimy iść. I nawet nie myśl, żeby podglądać na mapie, poradzimy sobie, Rogaczu.
James kiwnął głową i pocałował mnie w policzek.
            - Do zobaczenia jutro rano – powiedziałam z uśmiechem.
Gdybym podejrzewała co się stanie, błagałabym go o to, żeby poszedł z nami…


***


              Śledziłem go od dobrej godziny. Na początku zupełnie go nie podejrzewałem, ot, zwykły uczeń, zawodnik drużyny quidditcha, niezbyt pilny uczeń, ale też nie należący do najgorszych. Co niezwykłe, prawie nie powiązany z Czarnym Panem.
Ale coś mnie zastanowiło w jego zachowaniu po meczu.
Jego wzrok…
Wyglądał niepokojąco.
Wtapiając się w otoczenie, dzięki zaklęciu Kameleona, zbliżałem się do starszej części lochów.


***


            - Zostały nam już tylko lochy – powiedział Remus, pomagając mi przeskoczyć przez schodek- pułapkę, o którym oczywiście zapomniałam.
            - Lochy i spać – powiedziałam, przecierając oczy.
Było już dobrze po pierwszej w nocy. Obchód całego zamku trochę zajmuje, więc bolały mnie nogi i byłam śpiąca.
Już mieliśmy wyjść z korytarza, prowadzącego do lochów, gdy Remus złapał mnie za rękę.
            - Cii – wyszeptał, przytrzymując mnie przy ścianie.
I wtedy to usłyszałam. Kroki. Ktoś oświetlał sobie drogę i kierował się do… kanciapy Slughorna?
            - Znowu ktoś chce mu coś podwędzić? – zapytałam, przypominając sobie jeden taki przypadek, gdy na piątym roku złapaliśmy z Remusem złodzieja eliksirów.
            - Założymy to i cicho podejdziemy – wyszeptał Remus. – Mógł to być Slughorn, nie chciałbym go zaskoczyć.
Skinęłam głową i poczułam delikatny materiał, opadający na nasze głowy. Patrząc przez tę zadziwiającą pelerynę, cicho podeszliśmy do niedużego pomieszczenia.
Spojrzałam na zamek od drzwi – został otwarty zaklęciem, tego byłam pewna.
            - Gdzie to jest? – usłyszałam zniecierpliwiony głos, po czym dało się słyszeć zimny śmiech.
Złodziej wyszedł z pokoiku, zamykając go zaklęciem i oświetlając sobie drogę różdżką, zaczął się kierować ku schodom.
            - Eliksir Wielosokowy – wyszeptałam, a Remus skinął głową.
            - Idziemy – zadecydował.


***


          Z niedowierzaniem patrzyłem, jak Evans oraz Lupin nikną pod jakąś peleryną. Co prawda, słyszałem opowieści o pelerynach niewidkach, ale były one tak rzadkie, że w życiu bym nie pomyślał, że zobaczę jedną z nich, na własne oczy.
Słysząc kroki na schodach, ruszyłem za osobą, której śledziłem, bojąc się, aby nie wpaść na niewidoczne osoby.
         Trzymając różdżkę w pogotowiu, szedłem jakieś trzy metry za Ślizgonem. W pewnym momencie skręcił i po prostu zniknął.
            - Cholera – westchnąłem, dotykając ściany.
Musiało istnieć jakieś wyjaśnienie! Przecież nie rozpłynął się w powietrzu!
Szukając jakiejś ukrytej dźwigni, usłyszałem za sobą kroki.
Obejrzałem się, ale nikogo nie zobaczyłem. Za to usłyszałem.
            - Zgubiliśmy go, Remusie – powiedziała Evans.
W tym samym momencie dotknąłem ciepłej cegły, zupełnie różniącej się temperaturą od pozostałych.
Patrząc na otwierające się tajemne przejście, usłyszałem westchnięcie dziewczyny.
Z triumfalnym uśmiechem, wkroczyłem do ciemnego korytarza.


***


            - Co jest…? – wyszeptałam, gdy w pewnym momencie na coś wpadłam. Albo na kogoś.
Pod peleryną niewidką, weszliśmy z Remusem do tajemniczego korytarza, który w niewytłumaczalny sposób nam się ukazał.
            - Evans, uważaj – usłyszałam czyjś głos.
            - Syriusz? – zapytałam, patrząc przed siebie.
Dałabym sobie różdżkę złamać, że to głos Blacka!
            - Regulus – odparł głos, na co Remus głośno wciągnął powietrze.
            - Jesteś pod Kameleonem? – zapytał Remus.
            - Tak – odparł głos. – Śledzę go, a wy niepotrzebnie kręcicie mi się pod nogami. Możecie wrócić do swojego ciepłego pokoiku w wysokiej wieży i łaskawie nie przeszkadzać?
Żachnęłam się. Ciepły pokoik na wieży?
            - Idziemy razem – zadecydowałam, na co usłyszałam prychnięcie niewidocznego chłopaka.
Co prawda, nie ufałam mu. Ba, nawet nie wiedziałam kim on jest! To imię nic mi nie mówiło, i nawet jego znajomość z Remusem mnie nie uspokajała.
            - Jeżeli będziemy się kłócić, do niczego nie dojdziemy – powiedział Remus, nasz głos rozsądku. – Idziemy do przodu, i z łaski swojej, zachowajcie ciszę – wyburczał, pociągając mnie naprzód.
Ruszyliśmy przed siebie, ledwo co widząc. Dookoła panowała cisza, przerywana tłumionymi krokami.
Jakieś dziesięć metrów, dzieliło nas od coraz jaśniejszego punktu. Podchodząc do otwartych drzwi, prowadzących do jakiegoś pomieszczenia nie tego się spodziewałam.
Zupełnie.


***


            Z niedowierzaniem patrzyłem na scenę, rozgrywającą się na moich oczach.
Josh Smith, leżał na jakimś starym, poplamionym materacu i niewidzącym wzrokiem patrzył na ścianę. Postać, nachylająca się nad nim… Ta osoba, to był Smith!
Rzucę fajki i Ognistą, mam od nich halucynacje, obiecałem sobie. Spojrzałem jeszcze raz na „drugiego Smitha”, jak go zacząłem nazywać w myślach i po chwili zrozumiałem.
Trzymał w lewej ręce buteleczkę z Eliksirem Wielosokowym. Jego ręka wyglądała dziwnie. Jakby się… przeobrażał.
            - Dawaj włosy, Smith! – rozkazał leżącej postaci, która posłusznie uniosła rękę do przerzedzonej czupryny i wyrwała kolejną kępkę. – Grzeczny – zaśmiał się.
Wrzucił włosy do buteleczki i nią zamieszał.
Spojrzałem na jego twarz i zamarłem. To nie była twarz Smith’a. O nie. To była twarz o wiele gorszej osoby.
Osoby, która już od jakiegoś czasu, zajmowała jedną z cel w Azkabanie.


***


           Patrzyłam z niedowierzaniem na tę scenę. Ale to, co mnie w niej najbardziej przeraziło, to twarz osoby, której myślałam, że już więcej nie zobaczę.
Avery.
Nie zapomniałam go. Niestety. Tak bardzo, chciałabym go nie pamiętać…
Westchnęłam cicho i spięłam się, gdy Avery spojrzał w kierunku drzwi w których staliśmy.
            - Jest tu ktoś? – zapytał. – Homenum Revelio – wyszeptał i zachichotał. – Wyłaź, wiem, że tu jesteś!
Spojrzałam na Remusa, ale pokręcił głową.
            - Avery – usłyszałam i spojrzałam na Regulusa.
Teraz byłam pewna, że wcześniej go widziałam. I chyba domyślałam się, kim był.
            - Black? – zapytała Avery, podchodząc do Ślizgona. – Co tutaj robisz? – zapytał, jak gdyby nigdy nic.
            - Przechodziłem, stary, i postanowiłem wstąpić – sarknął Regulus, na co szatyn głośno się roześmiał.
            - Zawsze cię lubiłem, Black – odparł, po czym spoważniał. – Czarny Pan cię zawiadomił, prawda?
Regulus skinął głową.
Ścisnęłam rękę Remusa i pociągnęłam go w stronę wyjścia. Powinniśmy jak najszybciej zawiadomić Dumbledore’a!
            - Taak, Czarny Pan uwolnił nas z Azkabanu… - powiedział Avery, spoglądając na prawdziwego Smith’a, leżącego na materacu. – Ci z Ministerstwa to zatuszowali! Kretyni… Pan pozwolił mi wrócić, aby się zemścić.
            - Zemścić? – zapytał uprzejmie Regulus, z niepokojem spoglądając na korytarz, w którym nadal staliśmy.
            - Wiesz doskonale jak trafiłem do Azkabanu – odparł, opierając się o ścianę. – Szlama Pottera jest temu winna… Prawie ją dopadłem, wiesz? Tak, to ja ją torturowałem. Nawet nie wiesz, jaką radość sprawiały mi jej krzyki. Ale wiesz co było najgorsze? Ona nie błagała... A miała błagać! – zawołał niczym szaleniec.
            - Rozumiem – mruknął Regulus. – Czemu jej nie wykończyłeś, jak miałeś szansę? – zapytał tak, jakby prowadził rozmowę o najnowszej miotle. Z zainteresowaniem, ale bez przesadnego entuzjazmu.
            - Snape się napatoczył, byłem pod postacią Smith’a, nie mogłem sobie pozwolić na tak szybkie zdemaskowanie – powiedział, patrząc z czułością na eliksir. – Jedyną pociechą było to, że spędziła sporo czasu w Skrzydle Szpitalnym i straciła pamięć – zachichotał.
            - Tak, Potter nie był zadowolony – mruknął Regulus. – A co dla niego zaplanowałeś?
Avery uśmiechnął się obleśnie.
            - Wiesz, chciałem ich zwabić w pewne miejsce i pozwolić Greybackowi działać… Nie wiem czy wiesz, ale bardzo gustuje w takich gładkich szlamach. Co prawda, nie rozumiem czemu tak bardzo lubi gwałcić te ścierwa, ale wyobrażając sobie cierpienie Pottera, patrzącego na taką scenę, może sam bym znalazł w tym jakąś przyjemność?
Poczułam cofającą się kolację. Wbiłam paznokcie w ramię Remusa i całą siłą woli powstrzymywałam się aby nie zwymiotować.
            - Niezły plan – skomentował Regulus.
Spojrzałam na niego z nienawiścią. Syriusz dobrze robił, nie ufając swojemu bratu!
Cofnęłam się o krok i z przerażeniem spojrzałam pod nogi. Kawałek cegły, który musiał odpaść od ściany zachrzęścił mi pod nogami.
            - Homenum Revelio – powiedział Avery. – Wychodzić z ukrycia, albo poślę Avadę!
Spojrzałam na Remusa, a on z poważną miną ściągnął z naszych głów pelerynę niewidkę…


***


     Popatrzyłem na Gryfonów i się załamałem. Czy nie usłyszeli dość, aby iść po Dumbledore’a? Albo się ulotnić? Kretyni!
            - Evans – usłyszałem syk Avery’ego i spojrzałem na przerażoną rudowłosą. – Cieszę się, że cię widzę, szlamo.
            - Nie mogę powiedzieć tego samego o tobie – odparła odważnie.
Uniosłem brew i kiwnąłem do Remusa. Chyba nie podejrzewał, że trzymam z tym szaleńcem, prawda? Musiałem grac! Śmierciożercę, cholernego Śmierciożercę…
            - Szkoda, że nie ma Pottera – wyszeptał Avery, w palcach obracając różdżkę. – Ale jest jego przyjaciel! Pewnie i tak mu wszystko przekaże. Byle dokładnie – dodał, celując różdżką w rudowłosą.
            - Avada… - zaczął, ale stały się dwie rzeczy.
Po pierwsze, posłałem zaklęcie tarczy, które ulokowało się przed Lily i Remusem.
Po drugie, Dumbledore oszołomił Avery’ego…


***


Siedzieliśmy we trójkę przed biurkiem Dumbledore’a i czekaliśmy, aż wróci do gabinetu.
            - Dzięki, Black – powiedziałam, przerywając ciszę, panującą w pomieszczeniu. – Do ostatniej chwili, myślałam, że z nim trzymasz.
            - Zaskoczenie, co Evans? – zapytał i uśmiechnął się. – Ślizgon, poplecznik Czarnego Pana, a nie dał zabić szlamy.
Skrzywiłam się i spojrzałam na chłopaka. W jego oczach zobaczyłam jedno – ból.
            - Wcale taki nie jesteś, Black – odparłam. – I ty dobrze o tym wiesz, chociaż próbujesz udawać.
Wzruszył ramionami i spojrzał na feniksa Dumbledore’a.
            - Feniksy, gdy umierają, spalają się i odradzają – powiedziałam. – To niezwykłe ptaki, Black. Niedoceniane.
            - Nie wiem o co ci chodzi – odparł. – Każdy by to zrobił.
Zaśmiałam się.
            - Nie, Śmierciożerca by tego nie zrobił – odparłam i nim zdążył zareagować podciągnęłam lewy rękaw jego szaty. – A ty nie jesteś Śmierciożercą.
Drzwi otworzyły się z cichym szurnięciem. Całą trójką obejrzeliśmy się na Dumbledore’a.
            - Panno Evans, panie Lupin, czekają na was przyjaciele – powiedział, wskazując nam drzwi. – Pan Potter jest bardzo niecierpliwy – dodał z lekkim uśmiechem.


***


Siedziałem na krześle i czułem się bacznie obserwowany.
            - Co się stało z Avery’m? – zapytałem, aby przerwać krępującą ciszę.
            - Dementorzy przeszli na stronę Voldemorta – odparł dyrektor, siadając za biurkiem. – Więc nie trafi do Azkabanu. Na razie jest przetrzymywany w lochach, pilnowany przez najbardziej zaufanych nauczycieli. Panie Black…
Spojrzałem w niebieskie oczy dyrektora.
            - Wie pan, co pan zrobił, prawda? – zapytał, na co pokręciłem przecząco głową.
Wiedziałem, że moja tarcza ochroniła Evans i Lupina od śmiercionośnego zaklęcia. Ale nie wiedziałem, do czego dąży dyrektor.
            - Opowiedział się pan po stronie dobra – skończył i uśmiechnął się. – Muszę przyznać, że nie spodziewałem się niczego innego, czułem, że jest w panu dobro. Co prawda, Walburgia stosowała przeróżne metody, aby je zniszczyć, ale jej się nie udało.
Skinąłem głową. Chciałem jak najszybciej wyjść z tego pełnego błyszczących instrumentów gabinetu. Czułem, jakbym się w nim dusił.
            - Ochronił pan przyjaciół.
Prychnąłem. Przyjaciele, dobre!
            - Sporo ryzykując. Czarny Pan nie wybacza.
Wykrzywiłem usta. Jakbym nie wiedział!
            - Dlatego, chciałem cię o coś poprosić, czy mogę?
Kiwnąłem głową i spojrzałem wyzywająco na dyrektora.
            - Zostań moim szpiegiem, a nikt się nie dowie o tym, że tak naprawdę powinieneś trafić do Gryffindoru.
Otworzyłem szeroko oczy i spojrzałem na śpiącą Tiarę Przydziału. Powiedziała mu?!
            - Ja… Nigdy nie prosiłem – odparłem. Chciałem, żeby wiedział. – Tylko raz, aby matka… Gdy Syriusz trafił do Gryffindoru, w domu było... ciężko.
            - Rozumiem – przerwał mi. – I ta rozmowa zostanie między nami.
Spojrzałem na starca. Według większości czarodziei, to on był największym magiem naszych czasów. Ale jak mogłem w to wierzyć, widząc jego szczupłe ciało, siwą brodę i włosy. Był stary! Mógł być już za słaby, aby walczyć z kimś tak silnym jak Voldemort.
            - Zostanę twoim szpiegiem – powiedziałem, nim cokolwiek przemyślałem. – Ale nikt nie może o tym wiedzieć… I tak, ktoś już wie – dodałem, przypominając sobie o Dorcas i moim bracie. Oraz Evans. Cholera.
Uśmiechnął się, tym swoim typowym uśmieszkiem.
            - Wieczorem omówimy twoje przyszłe wybory. A teraz wracaj do lochów, Regulusie – odparł.
Wychodząc z gabinetu dyrektora, czułem, że już nic nie będzie jak dawniej. W tym momencie, moja przyszłość była niepewna.
O ile ja mam jakąkolwiek przyszłość…


***


Wszystko się wyjaśniło, i co, ktoś podejrzewał Avery'ego? Znowu się pojawił, co za rzep, nie chce się odczepić ;)
Teraz, cóż, cholera, muszę to napisać. Robię to z ciężkim sercem i trochę mi smutno.
Zawieszam bloga.
Na czas nieokreślony. Może to będzie tydzień, może miesiąc, lub dłużej. Nie mam zielonego pojęcia. Ostatnimi czasy jestem zajęta - kurs, szukanie stażu/pracy(dobrze płatnej, a nie żałośnie płatnej), no i zwyczajne życie. Nie wyrabiam i coś musiałam wyeliminować. Padło na opowiadanie. Jednak obiecuję, że dokończę. Co prawda, już w ogóle nie mam żadnego planu i nie wiem co powinno dziać się dalej, bo zabrnęłam w jakieś dziwne rejony i dziwne zdarzenia, ale może mnie olśni.
Także, do szybkiego hm, czytania? 
 P.S Miniaturki mogą się pojawiać, ostrzegam ;)

2 komentarze:

  1. Doskonale rozumiem Twoje położenie i też zaczęłam myśleć nad zawieszeniem bloga, ale chyba tego nie zrobię. Rozdziały będą pojawiały się rzadko, ale będą.
    No ale czekam więc i życzę powodzenia!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Najśmieszniejsze jest to, że jak już napisałam, że zawieszam, od razu skończyłam rozdział 41 :)

      Usuń

Uwaga: tylko uczestnik tego bloga może przesyłać komentarze.