Perspektywa
Jamesa Pottera
Severus Snape. Cholerny
ślizgon, były przyjaciel mojej dziewczyny. Mój największy wróg, już od
pierwszego roku spędzonego w szkole… Ba! Od pierwszej podróży pociągiem do
Hogwartu.
Wszyscy myślą, że nie lubię
go tylko z jednego powodu. Ponieważ jest ślizgonem i interesuje się czarną
magią.
Jednak prawda była zawsze
całkiem inna…
On mógł przebywać w jej
towarzystwie, bez wzbudzania na jej twarzy tego szczególnego wyrazu
niezadowolenia, gdy tylko mnie widziała.
Mógł z nią rozmawiać, spędzać
czas, rozśmieszać, a nawet uczyć się.
Dobra, to nie było tak, że
gdy tylko zobaczyłem Lily Evans, doznałem olśnienia i zakochałem się. Nie,
jedenastolatkowie raczej się nie zakochują.
Jednak coś w niej było. Może
ten zabawny ton, którym zawsze przemawiała do mnie? Tak, do nikogo innego!
Długi czas zazdrościłem
Snape’owi. Na piątym roku, gdy w końcu sobie uświadomiłem, że to co czuję do
rudowłosej to nie przelewki, przepadłem.
Całkowicie.
I znienawidziłem go jeszcze
bardziej. Pewnie dlatego byłem takim dupkiem w stosunku do niego – to zawsze
była zazdrość o nią.
Gdy w iście dramatyczny
sposób zakończyła się ich przyjaźń, odczułem ulgę. I wyczułem swoją szansę.
Którą w stu procentach wykorzystałem.
W końcu to ja jestem górą.
- Skończyłam – oznajmiła z uśmiechem Lily, odkładając na
stolik drobno zapisany pergamin. – Hej, co to za poważna mina? Znowu myślisz o
strategii na mecz? Przecież masz tyle czasu, sezon zaczyna się dopiero w lutym…
- dodała, przytulając się mocno.
- Nie myślę o quidditchu – odparłem, całując dziewczynę w
pachnące truskawkami włosy.
Myślałem o moim tak długo
wyczekiwanym triumfie nad Severusem Snapem.
***
To, że w grudniu i styczniu
nie rozgrywamy meczy, wcale nie oznacza, że próżnujemy. Chociaż, jakby tak na
to popatrzeć, to reszta drużyny nic nie robi. Całą robotę odwala kapitan.
- Znowu?! – wyjęczał Syriusz, gdy pomachałem mu przed
nosem zeszytem podpisanym jako „Strategia uzyskania przewagi nad ślizgonami i
całą resztą, aby zdobyć puchar”.
- Znowu, przyjacielu – odparłem, wygodnie usadzając się
na zarzuconym gratami łóżku Syriusza. – Słuchaj, bo nie będę powtarzać…
***
Życie Huncwota jest pełne
niebezpieczeństw i z każdego miejsca czai się na niego pewna znienawidzona postać.
Osoba jakże żałosna i niepotrzebna. Mianowicie – woźny.
- Łapo, widzisz gdzieś Filtcha? – zapytał Remus,
oświetlając różdżką wąskie przejście, w którym się zamelinowaliśmy.
Aby dowcip nie był zwykłym
niewypałem, nie można dopuścić do tego, że:
a) Przyłapie nas Filtch
b) Przyłapie nas Lily
c c) Przyłapie nas kotka Filtcha.
Co prawda niedużo czynników
się na to składa, ale te trzy istoty, gdy chcą potrafią człowiekowi popsuć
nawet najgenialniejszy pomysł na psotę.
- Ani Filtcha, ani Evans – odparł Syriusz, otwierając
wejście. – Nic nie mów – dodał, widząc moją minę.
Już od tylu lat poprawiam
Łapę, żeby nie mówił na Lily „Evans”(co prawda, sam dłuży czas zwracałem się do
niej po nazwisku, ale może to przemilczę; każdy doskonale zna pojęcie: „końskie
zaloty”), że aż nie mogłem się powstrzymać.
- Nie potrafisz zapamiętać jednego, prostego imienia –
wyburczałem, zarzucając na naszą trójkę pelerynę – niewidkę, spod której
wystawały nasze stopy i znaczna część łydek.
Gdy byliśmy młodsi, nie
mieliśmy tego problemu…
- Evans jest wyjątkiem – odparł Syriusz, szczerząc zęby.
– Lunatyku, wszystko gotowe?
- Gotowe – wyszeptał Remus, wyciągając z kieszeni spodni
trzy fiolki z połyskującym eliksirem.
Wzięliśmy z Syriuszem po
fiolce i stanęliśmy przed kamienną ścianą.
- Już się nie mogę doczekać jutra – zarechotał Łapa,
wylewając eliksir na ścianę.
- Ja też brachu, ja też – odparłem.
***
Po raz pierwszy już od
dłuższego czasu, byliśmy pierwsi na śniadaniu. Chcieliśmy zobaczyć efekty
naszego dowcipu.
I to bardzo!
- Coś długo nie przychodzą – zauważyłem, spoglądając na
stół Ślizgonów.
- Kto nie przychodzi? – zapytała Lily, wpychając się
pomiędzy mnie, a Syriusza.
- Nikt ważny – odparłem szybko, uśmiechając się na widok
dziewczyny.
Zmarszczyła nosek i
spojrzała na mnie bystro.
- Znowu coś zmalowaliście, prawda? – zapytała, wzdychając
ciężko.
- Dobrze powiedziane, Evans – odparł Syriusz, uśmiechając
się. – Zmalowaliśmy – dodał, wskazując głową na pierwszego śmiałka z domu węża.
- Może mi ktoś powiedzieć, czemu ten dzieciak ze
Slytherinu jest niebieski? – zapytała Marlena, przecierając oczy.
Uśmiechnąłem się szeroko. I
jeszcze szerzej, gdy zobaczyłem niebieskoskórego Snape’a. Widok warty nawet
najgorszego szlabanu u Filtcha, lub co gorsza u profesor McGonagall!
- Lily uwielbia Smerfy – wyjaśniłem.
Oczywiście reszta nic nie
załapała. W końcu wątpię, żeby Lily z każdym się dzieliła tym, co lubiła robić
w dzieciństwie. A jak się okazało, lubiła oglądać bajki o jakiś niebieskich ludzikach. Co mnie zainspirowało
do kolejnego dowcipu.
- Jesteście niemożliwi – skomentowała to rudowłosa, i
uśmiechnęła się radośnie na widok wściekłego Mulcibera zmierzającego na
śniadanie.
***
- Nie rozumiem – wymruczałem, zaglądając do kociołka
pełnego czegoś, co wyglądało i pachniało, cóż, niezbyt przyjemnie.
- Za dużo ikry jesiotra i pyłu z bławatka – oceniła Lily,
zaglądając mi przez ramię.
- Da się z tym coś jeszcze zrobić? – zapytałem, wyjmując
z kociołka chochlę, i odwróciłem głowę, aby nie czuć tego okropnego zapachu.
- Dodaj szczyptę zmielonych oczu żuków i grzej na dużym ogniu,
powinieneś dostać chociaż Powyżej Oczekiwań – odparła, przelewając swój jak
zwykle idealny, podręcznikowy wywar do fiolki.
Wzruszyłem ramionami i
zdałem się na ukochaną.
***
- Czegoś nie rozumiem… - powiedział Syriusz, patrząc na
wychodzącą z pokoju wspólnego, Lily. – Tak spokojnie dajesz jej iść na patrol
ze Smarkiem?
Przewróciłem oczami i
dyskretnie wskazałem na widoczne pod swetrem wybrzuszenie.
- Jasne, że nie. Jeszcze nie zgłupiałem – odparłem,
kierując się do wyjścia.
Wątpiłem, żeby Snape był na
tyle głupi, żeby próbował jej zrobić krzywdę. To, że dołączył do zwolenników
Voldemorta było wiadome, ale nadal czułem, że darzy Lily jakimś uczuciem. Z
pewnością nic by jej nie zrobił.
Jednak nigdy nie wątpiłem w
to, że jego „przyjaciele” chętnie skrzywdziliby kogoś pochodzenia mugolskiego.
Lepiej chuchać na zimne, jak to zawsze powtarzała moja matka i nawet zostać
śledzącym psycholem, niż później cierpieć.
Zarzuciłem pelerynę na głowę
i stąpając najciszej jak umiałem, udałem się za rudowłosą.
- Witaj, Lily – usłyszałem i po chwili go zobaczyłem.
Tłustowłosego ślizgona, w
przykrótkich spodniach i z głupią miną. Cały Smark… Można powiedzieć, że od
pierwszego roku niewiele się zmienił.
- Cześć – odparła Lily. – Zaczniemy od siódmego piętra i
będziemy kierować się ku lochom – zdecydowała.
Większość czasu szli w
ciszy. Słychać było tylko stukanie niewysokich obcasów Lily i głośne szuranie Smarka. Tylko
co chwilę widziałem, jak Snape zaciska dłonie w pięści i chyba otwiera usta.
Tak, jakby się do czegoś
przymierzał… No, chyba że po prostu tracił dech, co by nie było takie złe.
- Więc… Potter, tak? – zagaił, gdzieś na piątym piętrze,
okropnie wykrzywiając twarz gdy wymawiał moje nazwisko.
- Tak – odparła cicho Lily i uśmiechnęła się. – Potter.
Snape sapnął. Zapewne
zobaczył to samo co ja – uczucie malujące się na twarzy dziewczyny.
- Każdy byłby lepszy – powiedział, spoglądając na nią
ostro. – Każdy, byle nie Potter – dodał.
Lily zagryzał wargi i pokręciła
głową.
- Nic ci do tego – odpowiedziała, zadzierając głowę. –
Już dawno straciłeś szansę, żeby komentować moje wybory. Zresztą, moje są
dobre, a twoje po prostu… okropne.
Snape się skrzywił.
- Potter nie jest dobry, Lily – powiedział, nerwowo rozglądając
się na boki. – Zapytaj go, zapytaj go o to, co tak chętnie robi raz w miesiącu,
z resztą tej swojej bandy. Co ukrywa!
- Severusie, myślę, że to jest odpowiedni czas, żebyśmy
resztę patrolu spędzili osobno – odparła sucho Lily, patrząc na zdenerwowanego
Smarka.
- Zapytaj go! – zawołał, zbliżając się do niej.
- Ja idę w stronę północnego skrzydła – odparła, szybko
oddalając się od chłopaka.
Ostatni raz rzuciłem okiem
na zdenerwowanego Snape’a, i ruszyłem za wzburzoną Lily.
- Ogarnięty obsesją maniak – wymruczała Lily pod nosem,
na co cicho się roześmiałem. – Jest tutaj ktoś? – zapytała, wyciągając przed
siebie różdżkę.
Zdjąłem pelerynę - niewidkę.
- Merlinie, James, nie strasz mnie! – zawołała,
przykładając sobie rękę do gardła. – To było podłe, serio… Ale, chwila. Co ty
tu robisz? – zapytała, patrząc na mnie badawczo.
- Stoję – odparłem uśmiechając się.
Lily pokręciła głową i z
powrotem ruszyła przed siebie.
- Wracaj do wieży, nie powinieneś przebywać na korytarzu
po dwudziestej pierwszej – powiedziała.
Przewróciłem oczami i
złapałem Lily za rękę.
- Wybacz, musiałem sprawdzić, czy dasz sobie radę ze
Snapem – odparłem, przyciągając dziewczynę do siebie.
- James, to jest głupie – powiedziała, gdy objęci
ruszyliśmy korytarzem. – Dawałam sobie radę ze Snapem odkąd skończyłam dziesięć
lat, więc czemu teraz miałoby być inaczej?
- Ponieważ kiedyś Snape nie był sługusem Voldemorta –
odparłem.
Lily spojrzała mi prosto w
oczy.
- Nie ma żadnych dowodów, że Snape dołączył do
Śmierciożerców – wyszeptała.
- No tak, musiałabyś tylko podciągnąć mu rękaw szaty i
voilà! Dowiedziałabyś się prawdy… - odparłem, wierząc w to.
To było pewne. Byłem tego
tak samo pewien, jak tego, że Zjednoczeni z Puddlemere wygrają z Pustułkami.
- Serio? – westchnęła. – Naprawdę myślisz, że Voldemort
jest taki głupi, żeby znaczyć dzieciaki tym swoim znakiem?
Skinąłem głową.
- Szaleńcy nie myślą tak jak reszta – odparłem, wzruszając ramionami. – Jestem
pewien, że taki znak nie znajduje się tylko na przedramieniu Smarka, ale też
paru jego koleżków…
Lily pokręciła głową.
- Nie uwierzę w to… Tak swoją drogą, to o czym on mówił?
Przecież wiem, że coś z chłopakami ukrywacie – odparła, patrząc mi prosto w
oczy.
- Nic takiego, co powinno zaprzątać twoją śliczną główkę
– odparłem, przyciągając ją do siebie bliżej.
- James, pocałunkami wcale nie…
A właśnie, że tak.
***
- Możesz mi wytłumaczy, co robimy o tej porze w Pokoju
Życzeń? – zapytała Lily, gdy zaciągnąłem ją po patrolu do tego świetnego
miejsca.
- Będziemy spać – odparłem, wskazując na wielkie łóżko,
które zmaterializowało się, gdy tylko o nim pomyślałem.
- Co?! – zawołała. – Ja nie…
- O Merlinie, będziemy spać, nic więcej, wyluzuj –
odparłem, przeczuwając, że zapewne wyobraziła już sobie niewiadomo co. –
Oczywiście, przyjdzie taki moment, że będziemy robić coś więcej, ale z
pewnością nie dzisiaj – dodałem, z uśmiechem witając jej zaczerwienione
policzki.
- Dobra, ale nic nie próbuj, rozumiesz? – zapytała, zdejmując
gruby sweter, aby pozostać w cienkiej koszulce.
- Oczywiście, za kogo ty mnie masz?! – odparłem, udając
oburzenie.
- Pozwolisz, że zostawię to pytanie bez odpowiedzi? –
zapytała, uśmiechając się.
Pokręciłem głową i
popchnąłem ją na łóżko.
- To było bardzo niemiłe – odparłem, nachylając się nad
leżącą dziewczyną. – A wiesz, co robię, gdy ktoś jest dla mnie niemiły?
Lily pokręciła głową.
- Stosuję tortury – odparłem, przypuszczając łaskotkowy
atak na dziewczynę.
Słysząc perlisty śmiech
ukochanej, czułem się najszczęśliwszym facetem na ziemi.
***
- Gdzieś ty przepadł, Rogaczu?! – zawołał Syriusz, gdy
rano wślizgnąłem się do naszego dormitorium.
- Nie mogłeś sprawdzić na mapie? – odparłem, siadając na
łóżku.
- Kretynie, wziąłeś mapę ze sobą! – odparł Łapa, patrząc
na mnie ze złością.
- Uch, no tak – powiedziałem, wyciągając z tylnej kieszeni
spodni wygniecioną mapę. – Przepraszam, byliśmy w Pokoju Życzeń…
Syriusz spojrzał na mnie
bystro.
- I co tam robiliście?
Przewróciłem oczami.
- Spaliśmy – odparłem, zdejmując sweter.
- Ach, spaliście – powtórzył. – Tylko spaliście? –
zapytał, robiąc zawiedzioną minę.
- Tylko, erotomanie – odparłem, wchodząc do łazienki. –
Nie martw się, kiedyś to zrobimy, i na pewno się o tym dowiesz.
- Trzymam cię za słowo, stary!
Ze śmiechem wszedłem pod
gorący prysznic.
***
Święta zbliżały się coraz
szybciej, a ja nadal nie miałem prezentu dla Lily. Miał być on wyjątkowy,
niezapomniany i zdecydowanie lepszy niż rok temu (z braku laku kupiłem jej
wtedy gigantyczny zestaw słodyczy z Miodowego Królestwa).
- Co przeglądasz? – zapytał Remus, zaglądając mi przez
ramię.
- Katalog z biżuterią – odparłem, zakreślając kolejny
naszyjnik.
- Dwa tysiące galeonów za naszyjnik? Oszalałeś? – zapytał
Lunatyk, wskazując to, co zakreśliłem. Czyli przepiękny wyrób goblinów –
naszyjnik z rubinami.
- Takie ceny, stary. Co poradzić… - powiedziałem i
spojrzałem w stronę otwierających się drzwi: - Łapo, czy dwa tysiące galeonów
to dużo za wyrób goblinów?
- Jasne, że nie – odparł Syriusz, wyrywając mi z ręki
katalog. – Ulala, myślisz, że jak sprawisz Evans takie cacko, to w końcu
wskoczy ci do łóżka? – zapytał, susząc zęby.
- Nie, kretynie – powiedziałem, zabierając mu magazyn. –
Chcę, żeby dostała coś szczególnego. To nasze pierwsze święta…
- Co nie oznacza, że musi dostać coś, co kosztuje tyle co
wszystkie miotły, znajdujące się w schowku pani Hooch – odpowiedział Łapa,
wrzucając sobie do buzi garść fasolek. – Ja kupiłem Dorcas nowe rękawice do
quidditch’a, ostatnio narzekała, że poprzednie się jej zużyły…
- Jak romantycznie – zakpiłem. – Pastę do polerowania
miotły też dostanie?
Syriusz przewrócił oczami i
zapchał się kolejną porcją fasolek.
- Może powinieneś to jeszcze przemyśleć? – zapytał Remus,
przeglądając katalog. – Myślę, że Lily wolałaby coś… skromniejszego.
Westchnąłem.
- Zastanowię się jeszcze – odparłem, chowając katalog pod łóżko.
- Widzisz Lunatyku, jak się ma dzianych rodziców, to
można wydawać dwa tysie na błyskotki dla dziewczyny… - powiedział Syriusz,
ukazując światu oblepione cukierkami zęby.
- Powiedział biedak – skomentowałem, przypominając sobie
opowieści Łapy o odziedziczonej skrytce.
- Ja i tak obstawiałbym coś innego. Lily nie chodzi
obwieszona biżuterią, gdzie coś takiego założy? – zapytał Remus.
Co prawda, wyobrażałem sobie
gdzie to założy (i tylko to), ale hm, może rzeczywiście nie do końca to
przemyślałem…
- A co tak właściwie Evans lubi? – zapytał Syriusz, rozpakowując
kolejną paczkę fasolek ze starych zapasów, które zostały jeszcze po Peterze.
- Mnie – odparłem, na co Remus głośno westchnął.
- No tak, to mamy sprawę załatwioną! Po prostu obwiąż się
Rogaczu różową wstążeczką, i oddaj się Evans na wieki – zakpił Syriusz.
- Wolałbym, żeby to się stało w drugą stronę – odparłem,
wyobrażając sobie Lily obwiązaną wstążką. Oczywiście, najlepiej tylko wstążką…
- Lily lubi książki – powiedział oczywistą, oczywistość
Remus. – I lubi coś zapisywać. Często coś zapisuje na przypadkowych
pergaminach, wydaje mi się, że pisze coś w rodzaju dziennika, pamiętnika…
O. To nowość. Chyba byłem za
bardzo skupiony na czymś innym.
- W Hogsmeade jest taki sklepik, kiedyś zawędrowałem tam
z tą Sarą, pamiętacie ją? W zeszłym roku skończyła Hogwart… Te nogi… Uch, no
wracając do rzeczy, kawałek za kawiarnią jest sklep z różnymi pierdołami. Tam
na pewno znajdziesz jakiś pamiętnik – powiedział Syriusz, wyraźnie rozpływając
się nad walorami dawnej „dziewczyny”.
- Dzięki – mruknąłem i spojrzałem na zegarek. – Cholera,
spacer z Lily! Pogadamy później!
Mierzwiąc włosy i łapiąc
kurtkę, wypadłem z dormitorium.
***
- Zimno – westchnęła Lily, mocniej się przytulając.
Westchnąłem zadowolony.
- Mama zaprasza cię na świąteczny obiad –
zakomunikowałem, przypominając sobie o liście od matki.
- Dziękuję, na pewno przyjdę – mruknęła Lily, wspinając
się na palce. – Wyglądasz jak bałwan, Jamesie Potterze.
Zamrugałem szybko oczami.
- Chodzi mi o to, że masz taki czerwony nos, jak bałwan –
szybko wytłumaczyła, całując mnie w policzek. – Nigdy nie lepiłeś bałwana?
- Nie – odparłem, trochę obrażony tą insynuacją. Nawet
nie wiedziałem jak rzeczony bałwan wygląda…
- To ulepimy – zapowiedziała Lily, uśmiechając się
słodko. – Bałwany mają nosy z marchewek i oczy z węgielków. Oraz ręce z patyków
i garnki na głowach.
To się załamałem. Może i
moje nazwisko jest związane z garnkami, ale na pewno nie noszę ich na głowie!
- Ojej, ktoś tu się chyba obraził – westchnęła Lily,
patrząc mi w oczy z wesołym uśmiechem na ustach. – Co mam zrobić, żebyś
przestał uważać, że porównuję cię do bałwana?
Udałem, że się głęboko
zastanawiam i wskazałem na usta.
- Oczywiście, że tak – mruknęła uśmiechając się zalotnie,
i przybliżyła twarz do mojej. – Jesteś taki oczywisty…
Przewróciłem oczami, i
przyciągnąłem ją bliżej do siebie.
- To co, lepimy tego bałwana? – zapytałem, lekko
odpychając od siebie dziewczynę z opuchniętymi od pocałunków ustami.
- Jesteś też okrutny – dodała, spod wpółprzymkniętych
powiek.
Uśmiechnąłem się i
pocałowałem ją w czubek nosa.
- Też zaczynasz już przypominać bałwana, więc pośpieszmy
się!
***
Wszystkiego najlepszego z okazji Dnia Dziecka!! Długo wyczekiwany dzień, w którym można bezkarnie obżerać się lodami, nie przejmując się dietą :) W którym coś się dostaje, yeeey!! I co tam, że ma się już prawie 24 lata, gdy nadal w środku czai się to wewnętrzne dziecko? xD
Niestety, ale od 7 czerwca czekają mnie egzaminy. Także od 7 do 22 czerwca mogą się nie ukazywać kolejne rozdziały. Wszystko będzie zależało od tego, czy będę miała chociaż trochę czasu na pisanie.
O boże tak strasznie ich kocham <3 I poprosze więcej rozdziałów oczami James'a xDD bardzo fajny rozdział :) życzę powodzenia na egzaminach xx
OdpowiedzUsuń