Maj
1976
Wycieczka szkolna,
wyobrażacie to sobie? Wiem, wiem – w mugolskich szkołach to nic nadzwyczajnego.
Ale nie w Hogwarcie. W Hogwarcie, gdy mówimy o wycieczce, najczęściej mamy na
myśli co miesięczne wypady do Hogsmeade.
Jednak nie w tym roku.
Dumbledore podczas śniadania
oznajmił tę jakże ekscytującą wieść – w tym miesiącu piąte i szóste roczniki
Gryffindoru oraz Ravenclawu wybierały się w kierunku Orkady – archipelagu
należącego do Wielkiej Brytanii. Natomiast w czerwcu miała być kolej Slytherinu
i Hufflepuffu.
Oczywiście wszyscy byli
podekscytowani. Szóstoroczni ponieważ będą mieli wytchnienie przed SUM-ami, a
my, piątoroczni, cóż, my jako nastolatkowie wszystkim się ekscytujemy.
- Ale będzie super! – oznajmiła Dorcas. Uśmiechnęła się
szeroko i zaczęła wyliczać na palcach: - Plaże, ocean, imprezy, faceci!
Spojrzałam na nią kpiąco.
-
Dorcas, Orkady to nie Kalifornia, nie masz co liczyć na opalonego surfera, czy
nawet atletycznego barmana... Tam są głównie wrzosowiska, jeziora, owce i chłodny
klimat – powiedziałam i patrzyłam na coraz smutniejszą minę przyjaciółki.
- Meadowes, nie martw się, Evans rujnuje nie tylko twoje
marzenia… - usłyszałam, i obejrzałam się za siebie.
Kogo innego mogłabym
zobaczyć, hm? Oczywiście, że był to Potter z Blackiem.
- Och, więc twoje zdążyłam już zrujnować? – zapytałam
głosem przesyconym słodyczą. – Super!
Rzuciłam Potterowi ostatnie
spojrzenie, i pociągnęłam Dorcas czym prędzej do Wieży Gryffindoru.
***
Po tygodniu nadszedł czas
wyjazdu. Mieliśmy spędzić dwa tygodnie na jednej z wysp należącej do
archipelagu.
- Tak się cieszę! – zawołała Dorcas, poprawiając sobie
zsuwający się plecak.
Zapowiadał się biwak. Ale
biwak w wykonaniu czarodziei, to coś zupełnie innego, niż te mugolskie wyprawy
z namiotem. Nasze wyposażone są w łazienki, całkiem wygodne łóżka i mają
malutkie aneksy kuchenne. Także, na wypasie.
- Ustawcie się czwórkami! – zarządziła profesor McGonagall.
Wcale nie była zadowolona z tego, że dyrektor wyznaczył ją osobą,
odpowiedzialną za losy wycieczki. – Na każdą czwórkę uczniów przypada jeden
świstoklik, który zabierze was na miejsce!
Stanęłyśmy z Dorcas obok
najbliższego, czyli starego trampka. Z niechęcią spojrzałam na ustawiającego
się przy naszym świstokliku Pottera i Blacka.
- Witaj, Evans. To co, będziemy dzielić namiot, nie? –
zapytał Potter, czochrając tą swoją szczotę.
- Nie – wyburczałam, niezadowolona.
Dzielić namiot z Potterem? Przecież
dla mnie, to by oznaczało trafienie do Azkabanu na resztę życia… Za morderstwo,
kumacie?
Więc, gdy profesor
McGonagall dała znak, dotknęliśmy rozświetlony trampek.
Gdybyśmy tylko wiedzieli…
***
Otworzyłam zamknięte powieki
(podróżowanie świstoklikiem nie jest przyjemne) i rozejrzałam się dookoła.
- No dobra… - zaczęłam, rozglądając się. – Gdzie są
wrzosy, owce i deszcz? – zapytałam, widząc palmy, lazurową wodę i prawie, że
biały piasek na plaży.
- Ale to Szkocja, nie? – zapytał idiotycznie Black,
gapiąc się na palmę.
Dorcas parsknęła śmiechem, a
Potter pokręcił tym poczochranym łbem.
- Myślę, że jesteśmy dosyć daleko od Szkocji –
powiedział.
Po raz pierwszy musiałam się
w czymś zgodzić z Potterem. Od Szkocji dzieliła nas całkiem spora odległość.
***
- Jestem już zmęczona! – zawołała Dorcas.
Od dobrych paru godzin
przemierzaliśmy wyspę wzdłuż i wszerz. Nie spotkaliśmy nikogo, oprócz paru
egzotycznych zwierząt, które z pewnością nie zamieszkują Orkady.
- Nie chcę zostać osobą przekazującą złe wiadomości –
zaczął Potter. – Ale chyba musimy pogodzić się z faktem, że znajdujemy się na
bezludnej wyspie…
Przez moje lekko rozchylone
usta nie wychodził żaden dźwięk. Jednak wewnętrznie krzyczałam. Było to bardzo
dramatyczne: „Nieeeeee!!!!”
Było tak, jakby właśnie spełniał się mój
najgorszy koszmar.
***
Siedzieliśmy pod sporą palmą
i gapiliśmy się na ocean. Robiło się coraz ciemniej, a co za tym szło – coraz
chłodniej.
- Merlinie, czemu byliśmy tacy głupi? – zapytał po raz
któryś Black. – Czemu Dumbledore zarządził, że mamy nie brać różdżek?!
Dokładnie. Mieliśmy
prze-sra-ne.
- Żeby asymilować się z mugolami i charłakami… Przez wasz
głupi dowcip na panu Filtchu! – zawołałam, przypominając sobie skutki okrutnego
żartu Huncwotów (odjęcie 50 punktów i miesięczny szlaban, oraz wyjec do
rodziców) który doprowadził woźnego na oddział intensywnej terapii w Świętym
Mungu.
- Mugole mają przechlapane – westchnęła Dorcas, wyjmując
z plecaka kolejny sweter.
Skinęłam głową.
- Gdybyśmy mieli chociaż ogień… - powiedziałam, czując
coraz chłodniejszy wiatr.
Potter spojrzał na mnie i na
raz pacnął się dłonią w czoło.
- Mam zapalniczkę! – obwieścił, wyciągając z kieszeni
spodni paczkę mugolskich papierosów i ją – nasz mały cud. Zapalniczkę, która
miała uratować nas przed zamarznięciem.
- W innej sytuacji, zapytałabym komu próbujesz
zaimponować paląc te cuchnące pety, ale w tej sytuacji ratujesz nam tyłki –
powiedziałam, wpatrując się w nikły płomień.
***
Po rozpaleniu niedużego
ogniska, wpadliśmy na pomysł aby przeszukać nasze plecaki. Wiem, geniusze z
nas! Siedzieliśmy parę godzin, i nie wpadliśmy na to, żeby przeszukać
plecaki...
Głównie szukaliśmy jedzenia.
- Teraz wracalibyśmy z kolacji… - powiedział Black,
przełykając dwa herbatniki.
To był cały nasz zapas. Po
dwa herbatniki na osobę.
- Chciałabym, żeby był tutaj Peter – westchnęłam
żałośnie. Peter zawsze miał przy sobie mały zapas słodyczy.
- Już ci nie wystarczam, Evans?! – zapytał Potter.
Merlinie, co za kretyn! – Nie martw się, jutro upoluję dla ciebie zwierzynę, a
ty ją dla mnie upichcisz, kobieto.
Z głodu Potter zaczął
zamieniać się w jaskiniowca… Marny los nas czeka, moi mili.
***
Spałyśmy z Dorcas pomiędzy
chłopakami. Normalnie nie zbliżyłabym się do Pottera na tak skandalicznie
bliską odległość, lecz zimno skutecznie mnie do tego zmusiło.
- Evans – wyszeptał Potter, przerywając idealną ciszę, od
czasu do czasu przerywaną przez chrapanie Blacka. Albo Dorcas, ciężko określić.
- C-coo? – zapytałam, próbując powstrzymać drganie
żuchwy.
- Przez twoje szczękanie zębami nie mogę usnąć –
poskarżył się. Odchylił sweter, którym był przykryty. – Przybliż się, ogrzejesz
te skostniałe łapy.
Próbowałam prychnąć, ale
zziębnięte usta mi na to nie pozwoliły.
- Tylko nic nie p-próbuj, Po-potter – wyszeptałam,
przybliżając się do ciepłego ramienia chłopaka.
***
Obudziło mnie rażące słońce
i czyjaś dłoń, gładząca moje włosy.
- Potter! – fuknęłam, odsuwając się maksymalnie od
bruneta. – Łapy przy sobie, zboku!
- Evans od rana w bojowym nastroju… Lubię to! – obwieścił
i szybko wstał z posłania. – Dorcas i Syriusz ruszyli na polowanie.
Zrobiłam sceptyczną minę.
- Taa, też nie wierzę w pozytywne zakończenie ich misji –
powiedział chłopak. – W każdym razie, gdy tak słodko spałaś, znalazłem prysznic.
Rzuciłam mu spojrzenie pod
tytułem: „WTF, ty idioto?!”.
- Sama zobacz – zaproponował, ciągnąc mnie w stronę jakiś
zalesionych głazów. Przez chwilę obawiałam się najgorszego… - Ta- dam! –
zaintonował, pokazując mi małe oczko wodne, z ledwo ciurkającym wodospadem.
Normalnie jak z reklamy
szamponu do włosów. Czad!
- Doskonale, Potter – odparłam, odklejając lepiącą mi się
do ciała szkolną koszulę. – A teraz spadają stąd małpy straszyć.
Potter chyba się obraził,
ale miałam to totalnie gdzieś.
***
Po „prysznicu” wróciłam do
naszego obozu.
- … tylko czemu tu trafiliśmy? – zapytał Syriusz,
zakreślając ręką ten bajkowy krajobraz, który nas otaczał.
- Lepsze pytanie brzmi: „Jak się stąd wydostaniemy?” –
wtrąciłam do rozmowy.
Cała trójka zamyśliła się.
Prawda była taka, że bez różdżek, czy łodzi, nie mieliśmy żadnych szans, na
powrót do cywilizacji.
- Znaleźliśmy banany i kokosy – powiedziała Dorcas, gdy
faceci zaczęli się kłócić o to, czy lepiej budować szałas, czy tratwę. –
Częstuj się.
Po wczorajszych dwóch herbatnikach,
z przyjemnością wbiłam zęby w dojrzałego banana. Zaczęłam przysłuchiwać się
rozmowie.
- Szałas – poparłam Pottera.
Spojrzeli na mnie ze
zdziwieniem.
- Nie wiadomo kiedy nauczyciele, odkryją to, że
zaginęliśmy i kiedy trafią na nasz ślad – wytłumaczyłam się od razu. Nie
chciałam, żeby Potter się napuszył i pomyślał, że jest mądry, czy coś. – Do
tego czasu musimy mieć lepsze miejsce do noclegów, niż ten barłóg – dodałam,
wskazując na porozwalane na plaży swetry i inne części garderoby, które nam
służyły za posłanie i przykrycie.
- To co nam potrzeba do wybudowania szałasu? – zapytała
Dorcas, nacierając sobie ramiona kremem z filtrem.
Taa, chłody nocy dawno dały
o sobie zapomnieć. Teraz było chyba z trzydzieści parę stopni, a ja grzałam się
w długich spodniach i koszulce. Ale rozebrać się do kostiumu przy tych dwóch
zbokach? Dziękuję bardzo, ale nie.
- Dużo drewna. Sznury – odparłam.
Black spojrzał na mnie
kpiąco.
- No tak, zapomniałem, że sznury rosną na drzewach, Evans
– odparł ironicznie.
- Łapo, sznury może nie, ale liany tak – odparł Potter.
Spojrzałam na niego z
podziwem. No kto by pomyślał, że ta kupa rozczochranych kłaków ma działającą chociaż część mózgu.
- To budujemy – zarządziła Dorcas.
***
- Lily, zdejmij te ciuchy, bo dostaniesz udaru cieplnego,
czy czegoś takiego! – powiedziała Dorcas, gdy poszłyśmy do źródełka po wodę.
- Ale oni będą się gapić – odparłam. Może i jestem
nienormalna. Normalna dziewczyna zrzuciłaby to z siebie, a ja się
zastanawiałam, czy Potter będzie się gapić.
- Masz jednoczęściowy strój, ja mam gorzej – odparła,
wskazując na swoje bikini.
Taak, to cała Dorcas.
Najpierw jara się „seksownym” kostiumem, a później na niego narzeka.
- No dobra – westchnęłam, zdejmując koszulkę przez głowę.
– Ale gdybyś zobaczyła, że Potter rozstawia namiot, wiesz gdzie, to masz mnie
zawiadomić!
Dorcas przewróciła oczami,
ale skinęła głową
***
Do obozu wróciłyśmy z wodą,
nabraną w jakiś gigantyczny liść, oraz kolejnym kokosem.
- Fiu, fiu, blade nóżki! – zawołał Black, przytrzymując
Potterowi jakąś część szałasu.
- Twoje nie lepsze, Black – odgryzłam się, i sypnęłam
piachem na jego odsłonięte, obrośnięte czarnymi kłakami łydki.
- Evans ma spoko nogi – wtrącił Potter, lustrując mnie
wzrokiem. Na szczęście normalnym, a nie takim psychopatycznego zboczeńca, który
ma wielki plan dorwania swojej ofiary, aby zapędzić ją w jakiś kącik, i tam
dokonać czynu. Ekhm. Czynu karalnego.
- Nie wygląda tak źle – mruknęłam do Dorcas.
Stałyśmy przed szałasem i
oceniałyśmy pracę chłopaków. Szałas, posiadał już ściany, jakąś część dachu,
oraz podłogę z liści palmowych.
- A pomyślałaś, co będzie jeżeli nigdy nas nie odnajdą? –
zapytałam nagle.
Doprawdy, straszne myśli mnie
nachodziły.
- Do końca życia będziemy jeść banany? – zażartowała
Dorcas.
- Nie, Dor – westchnęłam. Jak ona coś powie... – Będziemy skazane na życie z
nimi – dodałam, wskazując brodą na chwiejącego się na nogach Blacka (było
widać, że nigdy nie pracował fizycznie) i związującego bambusy Pottera.
- Merlinie… - wyszeptała Dorcas. – A ja chciałam mieć
dzieci! – zawołała tak, że usłyszał ją Black.
- Meadowes, jeżeli chcesz, to możemy coś zdziałać, w tym
kierunku… - zaproponował Syriusz.
- Fu, nie z tobą, Black! – odparła od razu oburzona Dorcas.
- Na mnie nie patrz, ja zaklepuję Evans – wtrącił Potter.
- Spadaj, obleśny dziadzie – odgryzłam się jakże
cudownie.
Obrzucaliśmy się całą
czwórką obrażonymi spojrzeniami.
- Łapo, budujmy dalej – powiedział w końcu Potter.
***
Właśnie mijał trzeci dzień
na wyspie. Gdyby nie to, że utknęłyśmy tutaj z Potterem i Blackiem, mogłoby być
całkiem miło.
Opalałyśmy się, pływałyśmy,
popijałyśmy mleczko kokosowe, z rozbijanych przez Blacka kokosów. Normalnie jak
wakacje. Tyle, że na bezludnej wyspie, a nie All Inclusive w jakimś egipskim
hotelu.
- Przewrót – powiedziała Dorcas, i od razu przewróciłyśmy
się na plecy.
Pracowałyśmy nad idealną
opalenizną od godziny, a połowa składu Huncwotów, próbowała łowić ryby.
- Black jest żałosny – westchnęłam, gdy usłyszałam głośny
pisk.
Syriusz podskakiwał w wodzie
i wskazywał na coś palcem.
- Chyba jednak nie… - odparła Dorcas, podnosząc się z
ręcznika. – Złapali rybę!
Usiadłam i spojrzałam na
biegnących w naszą stronę chłopaków, z wielkim kijem, na który mieli nabitą
malutką rybkę.
- Prawdziwi myśliwi – skomentowałam ich zdobycz i
wróciłam do opalania.
***
I tak mijał dzień za dniem.
Z trzech zrobiło się siedem. Chociaż udawałam całkiem wyluzowaną, obawiałam się
coraz bardziej tego, że nauczyciele nas nie znajdą.
Merlinie, pozostać na
bezludnej wyspie, na zawsze z Potterem?!
I tak było kiepsko, bo Black
przepadał gdzieś z Dorcas na całe dnie (co z niej za przyjaciółka!) i byłam
skazana na jego towarzystwo.
- Evans – usłyszałam, gdy obierałam kolejnego banana.
Banany. W kółko banany.
Rano, po południu, wieczorem. Ciągle jedliśmy banany.
- Co? – wyburczałam.
Może dziczałam, czy coś, ale
nie lubiłam, gdy ktoś przerywał mi jedzenie tych żółtych cudowności.
- Przyniosłem ci coś – oznajmił ze zwycięskim uśmiechem.
Przez chwilę myślałam, że
kolejnego banana. Ale było to coś o wiele lepszego…
- Skąd to masz?! – zapytałam, patrząc na różdżkę.
- Z tamtej jaskini – odparł, wskazując palcem za siebie.
- Merlinie, Potter, gdybyś nie był Potterem, to normalnie
bym cię ucałowała! – zawołałam, próbując mu wyrwać różdżkę.
- Nie tak szybko, Evans – mruknął, wyciągając rękę wysoko
nad sobą, tak, że musiałam podskakiwać, próbując ją dorwać. – Skąd wiesz, że
nie ma nałożonego jakiegoś uroku? I skąd się wzięła w jakiejś jaskini na
bezludnej wyspie?
Podskoczyłam ostatni raz i
spojrzałam na chłopaka z rozdziawionymi ustami.
- Nie pomyślałam… - wyszeptałam.
Ta wyspa powodowała u mnie
jakąś chroniczną bezmyślność…
- No widzisz – powiedział. – Ja pomyślałem. Dlatego
umieszczę ją w miejscu, do którego się nie dotkniesz. Tu będzie bezpieczna –
dodał, wsadzając sobie różdżkę za gumkę spodenek kąpielowych.
Skrzywiłam się lekko. Miał
rację. Stamtąd na pewno jej nie wyjmę…
***
Siedzieliśmy we czwórkę i
wpatrywaliśmy się w różdżkę leżącą przed nami.
- A może jej użyć? – zapytał Syriusz.
- A jeżeli jest przeklęta? – odparła Dorcas, lekko przestraszonym głosem.
Black ciężko westchnął.
- Może spróbujmy? – zapytałam. – Tylko kto jest na tyle
bezmy… ekhm, odważny, aby to uczynić?!
Uwielbiam podpuszczać tego
kretyna. Od razu nadął się jak balon i wziął różdżkę do ręki.
- Ja to zrobię. Jeżeli ktoś ma zostać poszkodowany, to
niech to będę ja – powiedział, jakże dramatycznie i pompatycznie.
Spojrzeliśmy na niego z
podziwem mieszającym się z niedowierzaniem.
- Rogaczu… - powiedział żałośnie Syriusz, patrząc na
Pottera. – Tak młodo nas opuścisz…
- Taki młody, taki przystojny… – westchnęła Dorcas.
- Dobra, rób to! – zawołałam.
Co prawda, trochę polubiłam
Pottera. Może nawet było by mi przykro, gdyby zginął od jakiejś paskudnej
klątwy. No, ale kto miał się poświęcać? On był do tego najlepszy. Jak taka
owieczka, prowadzona na rzeź. Równie głupi.
Potter skinął głową i
chwycił różdżkę.
- Avis – mruknął.
Nagle pojawiły się przed
nami latające ptaszki.
- Co za kretyn, ma być może jedną jedyną szansę, a
wyczarowuje sobie ptaszki! – zawołałam, ale spojrzałam na chłopaka.
Co prawda wyglądał całkiem
głupio z poczochranymi włosami, ale był cały i zdrowy. Nic mu nie odpadło, ani
nie zgniło, czy coś takiego.
- Wracamy do domu! – zawołał.
Chwilę byliśmy cicho, aż
nagle zaczęliśmy szaleńczo krzyczeć, piszczeć i tańczyć na plaży.
***
Dwa
dni później
- Nie sądzisz, Albusie, że to było trochę okrutne z
naszej strony? – zapytała Minerwa McGonagall, patrząc na czwórkę „zaginionych”
uczniów.
- Wątpię, Minerwo – odparł Dumbledore, przyglądając się
zupełnie innym relacjom swoich uczniów. – Myślę, że właśnie to było im
potrzebne – dodał z delikatnym uśmiechem i skierował się z powrotem do swojego
gabinetu.
Profesor McGonagall,
patrzyła na swoich uczniów z psotnym uśmiechem. Kto by pomyślał, że to ona wraz
z Dumbledore’m powinni zostać okrzykniętymi największymi żartownisiami Hogwartu…
***
I jak, wszystkie pozdawały? :) Mam nadzieję, że tak! Z tejże, wakacyjnej okazji, lekka, letnia miniaturka (zobaczycie, ja ich w tych miniaturkach wpakuję we wszelkie możliwe sytuacje... Na to się chyba zanosi :p)
Rozdział w sobotę lub niedzielę ;)
No kto by pomyślał że Albus i Minerwa to tacy żartownisie. Biedne dziewczyny przez ten kawały Huncwotów wylądowały na bezludnej wyspie.
OdpowiedzUsuńCoś podejrzewałam McGonagall xDd świetny pomysł, ogólnie uwielbiam temat "bezludnej wyspy" :) skojarzyło mi się troche z filmem "Blue lagoon" który wprast uwielbiam :DD więcej takich genialnych miniatur xx
OdpowiedzUsuń