środa, 14 października 2015

Rozdział 43



     Owinięta w ciepły koc, siedziałam na huśtawce i z uśmiechem patrzyłam na tatę tłumaczącego Jamesowi obsługę samochodu.
Obrazek całkiem idylliczny, ale jak to mówią – nie od razu Rzym zbudowano. Taa, tydzień temu, wcale nie było tak milutko i rodzinnie jak teraz.
Było raczej, hm… Cóż, przekonajcie się, jak było.


Tydzień wcześniej


Przytulałam się do mamy, i naprawdę starałam się wyglądać jak najnaturalniej, i na jak najmniej zestresowaną. Ale co zrobić? Aktorka ze mnie żadna.
            - Coś się stało? – zapytał tata, gdy mnie objął i lekko poklepał po plecach.
            - Nie, no coś ty! – odparłam, histerycznie się śmiejąc. – Tylko się cieszę, że was widzę! James, przywitaj się!
Czemu w Hogwarcie nie było kółka teatralnego, jak w każdej mugolskiej szkole? Czemu?
            - Wyrośliście. Lily wypiękniałaś, James zmężniałeś! – rzuciła komplementem mama, obejmując mnie ramieniem.
Wchodząc do salonu, zastanawiałam się, kiedy powinnam zrzucić bombę. A właściwie, kiedy powinniśmy, w końcu sama za siebie nie wyszłam za mąż…
Merlinie, rodzice mnie wydziedziczą!
Obrażą się!
Albo będą mną rozczarowani. Tak, musiałam wreszcie przyznać się sama przed sobą. To tego najbardziej się obawiałam. Bałam się, że ich rozczaruję. Że z grzecznej, dobrze uczącej się córeczki, zamienię się w jakąś, no nie wiem, buntowniczkę. Wychodzącą za mąż, w wieku osiemnastu lat.
Albo co gorsza, posądzą mnie o ciążę! Bo kto wychodzi za mąż w wieku zaledwie osiemnastu lat? Dziewczyny które zaciążyły!
No, albo takie, które bardzo kochają swoich chłopaków.
Morgano, niech rodzice nie myślą o mnie źle, proszę, proszę, proooszę!
            - Herbatki, Lily? – zapytała mama.
Szybko zamrugałam, i zarejestrowałam fakt, że siedzę na kanapie i bez przerwy wpatruję się w siedzącego na fotelu Jamesa.
Kontrola. Oddech. Zen.
            - Chętnie – odparłam, rzucając mamie lekki uśmiech.
            - Opowiadajcie, co u was? Jak się czujecie po zakończeniu edukacji? – zapytał tata, przyjmując od mamy filiżankę.
O matko, mają w rękach broń! Na pewno nic im nie powiem, gdy w dłoniach trzymają wrzątek. Jeszcze kogoś przypadkowo obleją…
No, czemu? Czemu czytałam książki Dorcas?! I czemu one zawsze są tak dramatycznie-głupie? Ludzie oblewają się w nich wrzątkiem, mszczą się, obgadują, doprowadzają do wypadków. Paranoja.
            - Ja się czuję świetnie, chociaż Lily pewnie chętnie kontynuowałaby naukę – odparł gładko James, puszczając mi oko.
Czemu on zawsze jest wyluzowany?
Czemu ja, nigdy nie mogę wyluzować?
            - Tak, chętnie wróciłabym do Hogwartu – mruknęłam, wolno pijąc herbatę.
Na przykład, chętnie wróciłabym w tym momencie...
            - Lily zawsze lubiła się uczyć – powiedziała zadowolona mama. – Zawsze myślałam, że pójdzie na studia i może, zrobi karierę naukową…
Oho, chyba już rozczarowałam mamę. Ale hej, mamo, nie martw się! Zaraz wbiję ci sztylet w twe mamine serce i pokręcę nim parę razy!
            - Mary – westchnął tata, po czym spojrzał na Jamesa. – A może macie jakieś czarodziejskie uniwersytety?
James uniósł brwi w zamyśleniu.
            - Mamy coś przypominającego mugo… eee, wasze uniwersytety – odparł. – Tylko, że raczej są to paru letnie, lub kilku miesięczne kursy, nie przypominają szkoły.
Mama spojrzała na mnie z nadzieją, po czym posłała Jamesowi promienny uśmiech.
            - Myślicie o takich kursach? Musicie zdobyć jakieś zawody, prawda? – zapytała, i nie czekając na odpowiedz, kontynuowała: - Gdy skończycie takie kursy, zorganizujemy wam piękny ślub, dołożymy się do domu i… Lily, coś nie tak? – zapytała.
No jak? Jak mogłam powiedzieć mamie, że nic nie będzie takie jak sobie wymyśliła? Że ślub już wzięliśmy, dom mamy, a kursy, cóż, raczej się na nie, nie wybierzemy, bo czarodziejski świat stoi na progu wojny?
            - Nic mi nie jest – odparłam, wstając z kanapy. – Jesteśmy zmęczeni, podróż pociągiem jest wyczerpująca – dodałam. – Pójdziemy spać, prawda James?
            - Co? Tak, tak, uch, jesteśmy wykończeni – powiedział James, udając ziewanie.
No, jemu przyznałabym Oscara. Serio. Nie dość, że przystojny, to utalentowany na miarę Jamesa Deana.
            - Przygotowałam Jamesowi gościnną sypialnię – powiedziała mama.
No tak, bądźmy pruderyjni. Mama chyba myśli, że Hogwart to jakaś Walhalla, gdzie radośnie machamy różdżkami, i w ogóle nie myślimy o niczym innym. A już szczególnie o seksie. Szczęśliwi mali czarodzieje, w swojej krainie uciechy. Niczym mnisi Szaolin, całe dnie trenujemy i nic innego nie robimy.
Kolejne rozczarowanie. Dopiszę je do listy.
            - Świetnie – wykrztusiłam, ciągnąc Jamesa za sobą. – Pokażę ci pokój! – zawołałam, może odrobinę zbyt nerwowo.
Zawał mnie czeka, jak nic.


***


          Leżałam z szeroko otwartymi oczami i próbowałam liczyć koty. Wiem, powinny to być barany, ale nie uważacie, że koty są fajniejsze od baranów? Koty mruczą, są miłe i można się z nich pośmiać. A taki baran? Jaki z niego pożytek? No, oprócz tego, że skacze przez płotki i można to liczyć, jak się cierpi na bezsenność. Ale, zaskoczę was – kot też przeskoczy przez płot.
Wiem, geniusz ze mnie. Kot przeskoczy przez płot… Genialne.
Cicho śmiejąc się z siebie (coś za często mi się to zdarza), usłyszałam skrzypnięcie drzwi. I raczej, dla nikogo nie powinno być zaskoczeniem, kogo ujrzałam w drzwiach.
            - Mogę? – szepnął James, cicho zamykając za sobą drzwi.
Biorąc pod uwagę fakt, że była już druga nad ranem i rodzice powinni już dawno spać, skinęłam głową i odchyliłam kołdrę.
            - Chodź do mnie – mruknął, wpychając mi się do łóżka i zajmując większość miejsca.
Ja nie wiem, czy to łóżko było kupione z premedytacją tak, aby tylko jedna osoba się w nim mieściła, czy co, ale spoko. Jak się czegoś chce, to jakoś się da.
            - To trochę niewygodne – wyszeptałam, próbując jakoś ulokować się na Jamesie i trochę na łóżku.
Albo jestem za gruba. To też może być przyczyna.
            - Ciasno, ale miło – powiedział James, przyciskając mój policzek do swojego torsu. – Cały czas zamartwiasz się reakcją rodziców na nasz ślub?
            - Uhm – mruknęłam, z przyjemnością wsłuchując się w miarowe bicie serca Jamesa. To mnie zawsze uspokaja. – Słyszałeś co mówiła mama? Zaplanowała mi cztery lata do przodu… I to w całkiem innej kolejności. Studia, ślub, dom.
            - A my jesteśmy niekonwencjonalni i zaczęliśmy od końca – odpowiedział James, wodząc ręką po moich plecach. – Żałujesz? – zapytał po chwili ciszy.
Uniosłam głowę i spojrzałam mu w oczy. Co z tego, że w pokoju było ciemno. Uliczna lampa, rzucała dość światła, żebym zobaczyła wyraz troski, malującej się w oczach bruneta.
            - Nie zadawaj głupich pytań – powiedziałam poważnie. – Nie żałuję tego. Nawet, jeżeli tego nie pamiętam…
Dobra, co jest ze mną nie tak? Nie pamiętam czegoś, ale mam stu procentową pewność, że tego nie żałuje. Właściwie, skąd ją mam?
            - Jeżeli nie chcesz im mówić, możemy zrobić tak, jak to zaplanowała twoja mama – odparł. – Możemy udawać, że nadal ze sobą chodzimy, iść na jakiś szybki kurs i wziąć mugolski ślub.
Uśmiechnęłam się. I co się głupio dziwię, że mam tę pewność?
            - Nie wstydzę się naszego ślubu. I wcale nie chcę żyć pod dyktando rodziców – odparłam, przytulając się mocno do chłopaka. – Powiemy im jutro. A jak to przyjmą… Jakoś to przetrwam, w końcu mam najlepszego męża pod słońcem.
Pogładził mnie po włosach i nagle jego ręka znieruchomiała.
            - Myślisz, że powinienem sobie zrobić taką koszulkę? „Najlepszy mąż pod słońcem”? – zapytał, powracając do przerwanego zajęcia.
            - Tylko, jeżeli dostanę z wersją o żonie – odparłam z uśmiechem.
Czasem jesteśmy tak słodcy, że nawet mnie mdli.


***


W wyśmienitym humorze zeszłam na śniadanie. Na patelni skwierczał bekon, z tostera wyskoczyły gorące tosty, a kawa w ekspresie bulgotała.
            - Dzień dobry – powiedziałam, siadając za stołem. – Zapowiada się piękny dzień – dodałam, widząc przez otwarte okno nieskazitelnie błękitne niebo.
            - Cudowna pogoda – odparła mama, zsuwając Jamesowi na talerz mnóstwo mięsa.
Gdybym nie wiedziała, że po prostu chce być gościnna, pomyślałabym, że szykuje na niego zamach, poprzez zatkanie mu tętnic tym całym tłustym mięsem.
            - Tata już poszedł do pracy? – zagaiłam, gdy zajęliśmy się jedzeniem.
            - Tak, ale wróci dzisiaj wcześniej – odparła mama, odstawiając patelnię na kuchenkę. – Wpadnie Petunia z Vernonem i zrobimy rodzinny obiad – dodała z uśmiechem.
Skinęłam głową i znad kubka z kawą zrobiłam do Jamesa przerażoną minę.
Jeszcze do tego wszystkiego brakuje mojej kochanej siostrzyczki.
I w tym momencie, chciałabym mojemu mózgowi zadać jedno pytanie: Mózgu, wtf?
No dobra, dwa. Mózgu, czemu zapomniałeś o kochanym Jamesie, a o tej harpii Petunii, nie?
            - Zapowiada się cudowny dzień – mruknęłam żałośnie.


***


        Niby zachowywaliśmy się jak zwyczajna rodzina. Może nie taka z reklamy płatków śniadaniowych (w ogóle kto o poranku jest taki szczęśliwy i rześki?!), ani nie ci z reklamy popularnego kremu czekoladowego. Bardziej jak z reklamy środka na hemoroidy, bo każdy tylko wiercił się na krześle i odliczał minuty do odejścia od stołu.
         I po co ludzie stawali się coraz bardziej ucywilizowani? W starych, dobrych czasach neandertalczyków, przyłożyłabym takiej Petunii w łeb maczugą i było by po sprawie.
         A tak, musiałam z miłym uśmiechem, wysłuchiwać tego, że jakiś fachowiec, położył krzywo kafelki w ich mieszkaniu, i że jest z tego powodu wielce niezadowolona, i najchętniej by je zerwała.
          Kogo to obchodzi?! Świat, chociaż zupełnie o tym nie wie, stoi w obliczu wojny. Ten, Którego Imienia Nie Wolno Wymawiać, ma gdzieś krzywo położone kafelki mojej siostry. On chce kogoś takiego jak ona, najzwyczajniej w świecie się pozbyć. Bo dla kogoś takiego jak on, jest ona zwykłym, nikomu nie potrzebnym mugolem.
A ktoś taki jak ja, jest dla niego jeszcze gorszy i jeszcze bardziej chce się go pozbyć.
Więc, kogo obchodzą jej krzywe kafelki, jeżeli może to ostatnie, tak spokojne chwile?
            - … i powiedziałam temu panu, co myślę o jego pracy, a wiesz mamo co on odparł? Powiedział: „To niech pani zrobi to lepiej”! A ja na to, że chwila moment, zapłaciłam za to! I to nie małe pieniądze – mówiła, znacząco patrząc na Jamesa.
I co z tego, że James, jakby chciał, mógłby sobie tysiące takich mugolskich ekip wezwać, tylko po to, żeby mu krzywo kładli kafelki? Moja siostra nadal myśli, razem ze swoim jeszcze grubszym i głupszym mężem, że James jest ulicznym magikiem, wyciągającym króliki z kapelusza. Kretyni.
            - Dlatego, powiedziałam: „Ma to pan poprawić, albo wytoczę panu sprawę w sądzie”! I wtedy powiedział, że za miesiąc poprawi – zakończyła z uśmiechem, swoją jakże ekscytującą opowieść.
Przesuwając groszek po talerzu, ze znudzeniem patrzyłam na trzęsący się podbródek Vernona. I to nie jeden.
            - A teraz remontujemy kuchnię… - zaczęła.
Miałam tego dosyć. Pewnie chciała sobie ponarzekać na niedokręcony kran, albo na grzyba na suficie. A w pupie gnoma, z czymś takim!
            - A my z Jamesem wzięliśmy ślub – oznajmiłam, jak gdyby nigdy nic.
I przez chwilę, wydawało mi się, że przeszli dalej z tematami. Gdyby mama jednak nie ogarnęła tego, co powiedziałam.
            - Co zrobiłaś z Jamesem? – zapytała głośno.
Uśmiechnęłam się lekko. Co innego mi pozostało?
            - Wzięłam z nim ślub – odparłam i na potwierdzenie tego, wyjęłam z kieszeni spódnicy obrączkę i założyłam ją na palec.
            - Kiedy? – zapytał tata, gdy mama zaniemówiła, patrząc na mój palec.
            - Pod koniec marca – odparł James, mężnie znosząc spojrzenie mojego ojca. 
Bo mama nadal wpatrywała się w obrączkę.
            - I przez trzy miesiące nie znaleźliście czasu, aby nas zawiadomić? – zapytał tata, niezbyt wesołym tonem.
          I był ktoś, kto ucieszył się z tej wiadomości… Dobra, nie z wiadomości. Z tego, jak rodzice na mnie patrzyli i jakim tonem się zwracali. I była to Petunia.
Bo Vernon nadal jadł.
            - Nie chcieliśmy, tak listownie… - mruknęłam, chowając rękę pod stół. – Wszystko wydarzyło się tak spontanicznie, nie planowaliśmy tego.
            - Ale nie ma innego powodu, prawda? – zapytała mama, rzucając co jakiś czas okiem na mój brzuch.
Znam moją mamę jak własną kieszeń, to jest pewne.
            - Nie – powiedziałam, kategorycznie zaprzeczając ciąży. – Nic i nikt nas do tego nie zmuszał, zrobiliśmy to z własnej woli, i z miłości.
Uśmiechnęłam się do Jamesa, dając mu znać, że wszystko jest dobrze. Właściwie, czułam się zadziwiająco dobrze. Jakby kamień spadł mi z serca.
            - To… Czas na deser? – zapytała mama, zrywając się od stołu.
I tak, widziałam, że było jej przykro. Ale w tym momencie zupełnie się nie przejmowałam. Czułam tylko ulgę.


***


Przez całe dwa dni, byliśmy traktowani jak osoby niepożądane. Śniadania już nie były takie miłe i skrupulatnie przyrządzane przez mamę, tata już nie był taki uśmiechnięty i wyluzowany. Panowała atmosfera ochłodzenia relacji.
Jednak, piątego dnia pobytu w domu, wszystko się zmieniło.
            - James, pomożesz mi przy samochodzie? – zapytał późnym popołudniem tata, lekko uśmiechając się z przerażonej miny J. – Nie martw się, będziesz tylko zapalał silnik, a ja się poprzyglądam jego pracy.
James z niepewną miną ruszył za tatą do garażu, a ja zostałam sama z mamą.
            - Mamo? – mruknęłam, siadając obok rodzicielki. – Jesteś na nas zła?
            - Nie, Lily.
            - Zawiedziona?
            - Lily, nie – odparła mama, kręcąc głową. – Raczej jestem w szoku.
            - W szoku? – powtórzyłam.
To ja się bałam, że będzie zawiedziona moim zachowaniem, a ona sobie po prostu jest zszokowana?
            - Zawsze byłaś taka poważna, pilna… Myślałam, że zależy ci bardziej na innych sprawach, a związek z Jamesem traktujesz, hm…
            - Niepoważnie? – podsunęłam słowo, patrząc uważnie na mamę.
            - Tak – odparła, lekko się rumieniąc. – Chociaż powinnam wiedzieć, że jesteś stała w uczuciach, i że jak już się zakochasz, to na zabój.
            - Jeżeli chcecie, to James zaproponował, że możemy też wziąć ślub mugolski. To jest cywilny, lub kościelny – poprawiłam się szybko.
Mama uśmiechnęła się.
            - Kochanie, to była wasza uroczystość, nie moja, czy taty. Była taka, jaką chcieliście. Nie musicie robić nic, żeby nas zadowolić – odparła.
I za to kocham mamę. Jest cudowna.


***


Dorcas Meadowes z zamyśloną miną obserwowała próby wyremontowania motocykla, przez swojego chłopaka.
            - Wiesz Syriuszu, Lily wspominała mi, że mugole mają kogoś takiego jak mechanik – powiedziała, podchodząc do zardzewiałych części, rozłożonych na podłodze garażu.
Już od tygodnia przebywali w domu Syriusza, który to, całe dnie spędzał na naprawie swojego cudu mugolskiej myśli motoryzacyjnej.
            - Poradzę sobie, Dor – odparł Syriusz, drapiąc się brudną od smaru ręką, w czoło. – Ruda nauczyła się mnóstwa rzeczy z książek, to ja poradzę sobie z naprawą motoru z książki.
Dorcas przewróciła oczami, i wróciła na miejsce które zajmowała już od tygodnia – zasiadła na starym krzesełku wędkarskim.
            - Syriuszu – mruknęła, gdy minęła godzina, podczas której to, Syriusz oskrobał dwie sprężyny z rdzy. – Może ci pomogę, hm?
            - Chcesz coś robić przy moim motocyklu? – zapytał z niedowierzaniem.
            - Tak, chcę – odparła Dorcas, chociaż na końcu języka miała: „Wcale nie chcę, chcę pojechać gdzieś na wakacje, a nie siedzieć w tym śmierdzącym benzyną garażu i chcę, żebyś zwrócił na mnie chociaż trochę uwagi”.
            - Super, masz ten śrubokręt, możesz nim pozdzierać trochę rdzy z tych tarcz – powiedział ucieszony. – Jesteś kochana.
Dorcas uśmiechnęła się lekko i wzięła do ręki wykrzywione narzędzie. Z ciężkim westchnięciem, wzięła się do pracy.


***


            - Na pewno nie chcecie dłużej zostać? – zapytała mama.
Dobra, może i zostalibyśmy dłużej, niż półtora tygodnia. Po pogodzeniu się rodziców z myślą o tym, że jestem już mężatką, było naprawdę fajnie. James nauczył się jeździć samochodem (co prawda, tylko w linii prostej, ale to znaczący postęp, jak na kogoś nie zainteresowanego mugolskimi pojazdami), a ja nagadałam się z mamą za wszystkie czasy.
Jednak musieliśmy jechać do Doliny Godryka. Z czarodziejskiego świata docierały do nas coraz gorsze pogłoski. Musieliśmy przerwać naszą utopijną przerwę od rzeczywistości, i wrócić do codzienności.
            - Było cudownie, ale musimy wracać do domu – powiedziałam.



***

Takie lekkie rozdziały, zdecydowanie pisze mi się najprzyjemniej. Niestety, to ostatni taki rozdział, a co za tym idzie, następne będą mi szły jak krew z du... Z nosa.
Nie wiem, kiedy będzie następny rozdział, ale i tak chyba nikogo to nie interesuje, skoro komentuje tylko jedna osoba. BTW, Aki Aki wielkie dzięki ;)

piątek, 9 października 2015

Rozdział 42




            - Zaraz zwymiotuję – wymamrotałam.
Patrzyłam tępo w dębowe drzwi, oddzielające siódmorocznych od ich przeznaczenia. Pierwszego egzaminu.
Pierwszego z wielu.
O Morgano.
            - Tylko nie na mnie, to nowe spodnie – zastrzegł Syriusz, puszczając mi oko.
            - Okej, postaram się celować w koszulę – odparłam, uśmiechając się krzywo.
Próbując zachować zawartość żołądka na swoim miejscu, zaczęłam nerwowo stukać obcasem.
            - Lily, spokojnie – powiedział James, delikatnie mnie obejmując. Z dystansem. 
Cóż, pewnie bał się, że jednak mogę spełnić swoją groźbę i po prostu puścić jakże uroczego pawia.
            - To najgorsze co mogłeś powiedzieć – stwierdziłam.
To coś w stylu, gdy do osoby niesamowicie wkurzonej mówisz: „Wyluzuj, człowieku”. A wtedy ta osoba, wkurza się jeszcze bardziej. Tak, tak, znam to z autopsji.
            - Wszystko umiesz – powiedział, odciągając mnie od drzwi. Lawirowaliśmy między zestresowanymi uczniami, aż w końcu dotarliśmy do wolnej ławki. – Powtórzyliśmy cały materiał, wszystko potrafisz.
            - Nie wszystko – odparłam, przypominając sobie o tym, że nadal nie potrafiłam wyczarować patronusa. Ale do tego, brakowało najważniejszego – tego najszczęśliwszego wspomnienia.
            - Dobrze – westchnął, nakrywając swoją ciepłą dłonią, moje lodowate dłonie. – Umiesz prawie wszystko. I tak poradzisz sobie lepiej niż co najmniej siedemdziesiąt procent tutaj zgromadzonych uczniów.
Prychnęłam kpiąco i wyprostowałam się, słysząc głos profesor McGonagall.
            - O Merlinie, zawalę jak nic – wyszeptałam, idąc za Jamesem do Wielkiej Sali, na nasz pierwszy egzamin.


***


Dni mijały wypełnione egzaminami i ostatnimi, nerwowymi powtórkami. Prawie zapomniałam o tym, co już jakiś czas temu obiecałam Syriuszowi. Prawie.
            - Dorcas – zagaiłam, gdy pewnego poranka zostałyśmy same w dormitorium.
            - Hmm? – wymruczała brunetka, przeglądając notatki z Historii Magii.
            - Tak się zastanawiam – zaczęłam, spoglądając na przyjaciółkę. – Może powinnyśmy znaleźć Regulusowi dziewczynę?
Morgano, ale jestem głupia!
            - Co? – zaśmiała się Dorcas, patrząc na mnie uważnie. – Co cię napadło, Lily? Nigdy nikogo nie chciałaś swatać, bo mówiłaś, że sama nie chciałabyś tego przechodzić.
            - Och, no wiesz, zawsze jest ten pierwszy raz – odparłam z idiotycznym śmiechem.
            - No niby – mruknęła, zamyślając się. – Masz kogoś na myśli?
Zamrugałam nerwowo. Cholera.
            - Może ta mała Krukonka z piątego roku? Wiesz, ta z tym zabawnym kokiem, jak ona ma na imię?
            - A skąd ja mam wiedzieć? – odparła Dorcas, wzruszając ramionami. – Zaraz, chodzi ci o tą dziwaczkę, co zawsze nosi widelec za uchem?! – zawołała zdziwiona.
            - No – wyjąkałam, rumieniąc się.
Kretynka ze mnie!
            - Nie no, do Rega nie pasuje – odparła Dorcas, uśmiechając się z pobłażaniem. – Zresztą, myślę, że żadna do niego nie pasuje.
            - Oo – westchnęłam. – A to dlaczego?
No, dobra. Spodziewałam się, że powie coś w stylu: „Bo do niego pasuję tylko JA!”. I przeliczyłam się. 
Na szczęście…
            - Myślę, że Reg ma teraz inne sprawy na głowie… Nic mi nie mówi, ale wiem, że często spotyka się z Dumbledorem – odparła, zamyślona. – Boję się o niego, Lil.
Usiadłam obok Dorcas.
            - Czego się boisz? – zapytałam, bacznie obserwując przyjaciółkę.
            - Boję się, że mój najlepszy przyjaciel próbuje zrobić coś, przez co może zginąć.
            - Co? – odparłam, klasycznie krztusząc się śliną.
            - Och, no wiesz, coś w stylu tego, no, jak on się nazywa? Batman? Ten co walczy ze złoczyńcami. Nie chciałabym, żeby Regulusowi stała się krzywda. Jest bratem Syriusza…
            - Syriusz za bardzo się tym faktem nie przejmuje – wtrąciłam.
            - Bo Syriusz, w pewnych sprawach jest głupi i niewiarygodnie uparty – odparła wojowniczo Dorcas. – Cały czas próbuję namówić tych dwóch głąbów, do szczerej rozmowy. I co? Nie słuchają!
            - Osły – skomentowałam, ciesząc się z tego, co wyczytałam między słowami.
            - Merlinie, Lily, wyjęłaś mi to z ust – odparła Dorcas. – Dwa, uparte osły. Ciesz się, że James nie jest taki! – dodała.
Uniosłam brew, patrząc Dorcas w oczy.
            - No, dobra – westchnęła, pokonana. – Znamy trzy, uparte osły…
Zaśmiałam się i położyłam na dorcasowym łóżku.
            - Więc, mówisz, że dziewczyna dla Regulusa to zły pomysł? – zapytałam.
            - Może nie zły – odparła zamyślona. – Ale poczekajmy. I co najważniejsze, znajdźmy odpowiednią kandydatkę!
Z uśmiechem skinęłam głową.


***


            - Al, to moja kiecka! – zawołała Marlena.
Był wieczór, 20 czerwca. Nasz ostatni wieczór w Hogwarcie.
            - Twoja? – zapytała Alicja, mrużąc oczy. – Ona jest moja! Kupiłam ją w Hogsmeade, bo ty się nie zdecydowałaś, kretynko!
            - Kretynko? – odparła Marlena, wrzucając do kufra kłąb ubrań. – Uważaj na to, co mówisz, wiedźmo paskudna.
            - Pfff – parsknęła Alicja. – A co mi zrobisz?
Stanęły naprzeciwko siebie z wyciągniętymi różdżkami.
            - Dziewczyny, serio? – zapytała Dorcas, wychodząc z łazienki. – Odłóżcie różdżki. I tak się składa, że to moja kiecka, sklerotyczki.
            - Naprawdę chcecie się na koniec pokłócić? – zapytałam, chowając do kufra ostatnie rzeczy.
Alicja lekko się skrzywiła, a Marlena wyraźnie posmutniała.
            - Tak łatwiej się rozstać… - wyszeptała blondynka.
            - Nie rozstajemy się na wieki – odparła Dorcas, patrząc na nie z pobłażaniem. – Tylko kończymy szkołę. Będziemy się spotykać… Będziemy, prawda?
Przewróciłam oczami. Merlinie, czy one właśnie próbują się nie rozkleić?
            - Będziemy się często spotykać – zapewniłam. – A teraz kończcie pakowanie, czeka nas Uczta Pożegnalna – dodałam.


***


            - Gdzie idziemy? – zapytałam, gdy całą grupą skierowaliśmy się na błonia.
            - Ostatni spacer, Ruda – odparł Syriusz, łapiąc Dorcas za rękę.
Uśmiechnęłam się smutno. Już tylko jeden wieczór, dzielił nas od ostatecznego opuszczenia Hogwartu. Już nigdy więcej mieliśmy tutaj nie wrócić… No, chyba, że ktoś chciałby zostać nauczycielem. Hm, może to nie taki głupi pomysł?
            - Zawsze zastanawiałam się po co ktoś zasadził Bijącą Wierzbę – powiedziałam, gdy w bezpiecznej odległości minęliśmy dziwnie spokojne drzewo.
            - Żeby pewien wilkołak miał łatwiejszą drogę do wioski – odparł James, puszczając Remusowi oko.
            - Dobra, to było głupie pytanie – mruknęłam.
Wynikało to z tego, że mój mózg padł. Egzaminy go zajechały i teraz ledwo zipiał. Przydałyby mu się wakacje w jakimś ciepłym, miłym miejscu… Ale to były tylko marzenia, czekała mnie wielce nieprzyjemna rozmowa z rodzicami.
            - Chodźmy jeszcze na boisko i wracamy do zamku, uczta zacznie się za pół godziny – powiedział Remus, spoglądając na zegarek.


***


Otworzyłam oczy i z głośnym jękiem, zamknęłam je z powrotem. Słońce świeciło mi prosto w oczy, wywołując moje głośne złorzeczenie na swoje lenistwo, objawiające się, nie zaciągnięciem kotar dookoła łóżka.
            - Oślepłam, no – mruknęłam, przecierając oczy.
Widząc różnokolorowe kształty, od mocnego przetarcia oczu, wstałam z łóżka i skierowałam się do łazienki. Myjąc zęby, spojrzałam w lustro i załamałam się swoim wyglądem.
            - Dzika wiewiórka, albo chupacabra – westchnęłam, przemywając twarz zimną wodą.
Weszłam do cichego dormitorium, którego bezwzględną ciszę, mąciły pochrapywania moich przyjaciółek. Spojrzałam na zegar.
            - Dziewczyny już prawie 10 – powiedziałam z uśmiechem.
Otworzyłam szerzej oczy i jeszcze raz spojrzałam na zegarek.
            - Na gacie Merlina, została nam godzina do odjazdu pociągu! – wydarłam się, nerwowo podbiegając do szafy. – Wstawajcie! – zawołałam i głośno przeklęłam, gdy przycięłam sobie palec wskazujący drzwiami szafy.
I gdy dziewczyny usłyszały, że została godzina czasu na ostateczne pakowanie, szykowanie się i żegnanie ze szkołą i nauczycielami, cóż, nastał chaos.


***


            - Ład… hm, ciekawie dzisiaj wyglądasz – powiedział James, całując mnie na przywitanie w policzek.
Zdążyłyśmy! Co prawda, już wcześniej byłyśmy spakowane, a nawet zjadłyśmy przelotem śniadanie i ostatni raz przeszłyśmy się zamkowymi korytarzami, ale na jedno nie starczyło czasu. Na ogarnięcie się.
            - Masz może grzebień? – zapytałam chłopaka, gdy szukaliśmy wolnego przedziału.
            - Czy ja wyglądam, jakbym używał grzebienia? – zapytał z uśmiechem, jeszcze bardziej czochrając włosy.
            - Uch – westchnęłam, żałując, że wszystko wsadzałam do kufra, jak leciało.
            - Ale od czego jest magia? – zapytał, transmutując monetę w zgrabny, srebrny grzebień.
            - Cudowny – westchnęłam, wchodząc do pustego przedziału. – Gdzie jest reszta? – zapytałam, próbując rozczesać gigantyczny kołtun, którym to teraz były moje włosy.
            - Dorcas zaciągnęła gdzieś Syriusza, chyba wolę nie wiedzieć gdzie i po co – odparł, puszczając mi oko, na co tylko prychnęłam. – Remus siedzi z Amy u Krukonów, Marlena z Thomasem poszli po słodycze, a Alicja z Frankiem hm, nie mam pojęcia.
Rozsiadłam się wygodniej, spoglądając na siedzącego naprzeciw mnie Jamesa.
            - Obawiam się rozmowy z rodzicami – powiedziałam, wyrzucając z siebie to, co dręczyło mnie od dłuższego czasu. – To był błąd, że nie zawiadomiłam ich wcześniej o ślubie i amnezji… W skali od jednego do dziesięciu, gdybyś był na ich miejscu, jak bardzo byłbyś na mnie zły?
James zastanowił się chwilę i odparł:
            - Co najmniej jedenaście.
Zamrugałam nerwowo i głośno westchnęłam.
            - Dzięki za wsparcie, jesteś dla mnie prawdziwą opoką i pociechą w złych chwilach – mruknęłam, na co brunet wesoło się roześmiał.
            - Nie martw się, na początku będą źli, a później wszystko zrozumieją – powiedział, przytulając mnie. – W końcu to rodzice…


***


            - Wyobrażasz to sobie? Być może, jesteśmy tutaj po raz ostatni – powiedziała Marlena, rozglądając się po peronie 9 i ¾.
Skinęłam głową, rozglądając się po zatłoczonym peronie.
            - Jeżeli szybko zmajstrujecie dzieci, to nie po raz ostatni – wtrącił Syriusz, prowadząc przed sobą wózek, załadowany kuframi.
            - Całkiem niezły plan, Łapo – powiedział James, śmiechem kwitując moją minę. – Trzeba się do tego jak najszybciej zabrać.
            - James – jęknęłam, zażenowana.
Żadnego opanowania. Brak taktu. Kultury zero. Co ja z nim robię?
            - Zawsze możemy udawać, że kogoś odprowadzamy – podsunęła Dorcas, puszczając mi oko. – Chociaż ten pomysł z dziećmi, wydaje się mniej skomplikowany.
Dobra, z kim ja się zadaję? I co im odwaliło z dzieciakami? Żadnych dzieci! W sensie, w swoim czasie, owszem, dwójka, a może nawet trójka, ale nie od razu po zakończeniu szkoły! Ze ślubem się pośpieszyłam, ale z dzieckiem będzie inaczej. Poczekam na idealny moment. Nie wcześniej.
            - Chodźmy, trzeba przywołać Błędnego Rycerza – powiedział James, i pchając przed sobą wózek z naszymi kuframi, ruszył przodem.


***


            - Denerwuję się – powiedziałam, gdy w końcu stanęliśmy na chodniku przed moim domem.
Rozejrzałam się po okolicy, rejestrując zmiany, których się nie spodziewałam. Albo o których zapomniałam. 
Wciągnęłam głęboko powietrze i złapałam Jamesa za rękę.
            - Może jednak pojedziemy od razu do Doliny Godryka, a do rodziców napiszę list? – zapytałam z nadzieją.
            - Nie – odparł tylko James, ciągnąc mnie i nasze kufry w stronę domu.
Próbując skupić się na liczeniu oddechów i uspakajaniu przyśpieszonego pulsu, myślałam o tym, co rodzice zrobią, jak się dowiedzą.
Mama… Cóż, pewnie najpierw będzie w szoku. A później zacznie krzyczeć. Albo płakać. Nie wiem co gorsze. Chyba już bym wolała, żeby krzyczała, krzyk doskonale rozumiem.
A tata… Hm, myślę, że na dłuższą chwilę zamilknie, a później sięgnie do stojaka na pogrzebacze, który stoi przy kominku, i wyciągnie z niego swoją chlubę – strzelbę. Jednak, miejmy nadzieję, że ojciec nie jest niczym jakiś mafioso, czy Teksańczyk (co prawda, nie znam żadnego mieszkańca Teksasu, ale słyszałam, że to krewcy ludzie, a poza tym, cóż, tam każdy ma strzelbę, nie? To chyba ich używają, jak ktoś im wejdzie na ich pastwisko, czy coś) i bez przemyślenia, nie zacznie strzelać do Jamesa. Za ten ślub, oczywiście. 
Bo chyba tata liczył na to, że kiedyś zatańczy ze swoją „małą córeczką” na jej weselu. Na weselu, którego nota bene, nie było.
            - Będzie dobrze, przestań się martwic – powiedział James, głośno pukając do drzwi.
Łatwo powiedzieć! „Będzie dobrze”. Najbardziej wyświechtany slogan wszechświata!
Widząc otwierające się drzwi, mocno zacisnęłam powieki i zrobiłam coś, co w tym momencie było najlepszym wyjściem.
Promiennie się uśmiechnęłam, i z radosnym okrzykiem, przytuliłam się do mamy.



***


Hm, czy ktoś tu jeszcze wchodzi?
Przepraszam, że od tak dawna nic nie dodałam. I przepraszam za jakość, rozdział jest o niczym, nic ciekawego się nie dzieje, taka zapchaj- dziura. W dodatku, do napisania go, podchodziłam chyba z dziesięc razy, i myślę, że widac, że nie był pisany ciągiem.
Opowiadanie chyli się ku końcowi, myślę, że zamknę je w około 49 - 50 rozdziałach. 
Następny rozdział? Nie mam pojęcia kiedy, niby mam plan, ale cóż, nie wiem jak będzie z realizacją...