Owinięta w ciepły koc,
siedziałam na huśtawce i z uśmiechem patrzyłam na tatę tłumaczącego Jamesowi
obsługę samochodu.
Obrazek całkiem idylliczny,
ale jak to mówią – nie od razu Rzym zbudowano. Taa, tydzień temu, wcale nie
było tak milutko i rodzinnie jak teraz.
Było raczej, hm… Cóż,
przekonajcie się, jak było.
Tydzień
wcześniej
Przytulałam się do mamy, i
naprawdę starałam się wyglądać jak najnaturalniej, i na jak najmniej
zestresowaną. Ale co zrobić? Aktorka ze mnie żadna.
- Coś się stało? – zapytał tata, gdy mnie objął i lekko
poklepał po plecach.
- Nie, no coś ty! – odparłam, histerycznie się śmiejąc. –
Tylko się cieszę, że was widzę! James, przywitaj się!
Czemu w Hogwarcie nie było
kółka teatralnego, jak w każdej mugolskiej szkole? Czemu?
- Wyrośliście. Lily wypiękniałaś, James zmężniałeś! –
rzuciła komplementem mama, obejmując mnie ramieniem.
Wchodząc do salonu,
zastanawiałam się, kiedy powinnam zrzucić bombę. A właściwie, kiedy powinniśmy,
w końcu sama za siebie nie wyszłam za mąż…
Merlinie, rodzice mnie
wydziedziczą!
Obrażą się!
Albo będą mną rozczarowani.
Tak, musiałam wreszcie przyznać się sama przed sobą. To tego najbardziej się
obawiałam. Bałam się, że ich rozczaruję. Że z grzecznej, dobrze uczącej się
córeczki, zamienię się w jakąś, no nie wiem, buntowniczkę. Wychodzącą za mąż, w
wieku osiemnastu lat.
Albo co gorsza, posądzą mnie
o ciążę! Bo kto wychodzi za mąż w wieku zaledwie osiemnastu lat? Dziewczyny
które zaciążyły!
No, albo takie, które bardzo
kochają swoich chłopaków.
Morgano, niech rodzice nie
myślą o mnie źle, proszę, proszę, proooszę!
- Herbatki, Lily? – zapytała mama.
Szybko zamrugałam, i
zarejestrowałam fakt, że siedzę na kanapie i bez przerwy wpatruję się w
siedzącego na fotelu Jamesa.
Kontrola. Oddech. Zen.
- Chętnie – odparłam, rzucając mamie lekki uśmiech.
- Opowiadajcie, co u was? Jak się czujecie po zakończeniu
edukacji? – zapytał tata, przyjmując od mamy filiżankę.
O matko, mają w rękach broń!
Na pewno nic im nie powiem, gdy w dłoniach trzymają wrzątek. Jeszcze kogoś przypadkowo obleją…
No, czemu? Czemu czytałam
książki Dorcas?! I czemu one zawsze są tak dramatycznie-głupie? Ludzie oblewają
się w nich wrzątkiem, mszczą się, obgadują, doprowadzają do wypadków. Paranoja.
- Ja się czuję świetnie, chociaż Lily pewnie chętnie
kontynuowałaby naukę – odparł gładko James, puszczając mi oko.
Czemu on zawsze jest
wyluzowany?
Czemu ja, nigdy nie mogę
wyluzować?
- Tak, chętnie wróciłabym do Hogwartu – mruknęłam, wolno
pijąc herbatę.
Na przykład, chętnie
wróciłabym w tym momencie...
- Lily zawsze lubiła się uczyć – powiedziała zadowolona
mama. – Zawsze myślałam, że pójdzie na studia i może, zrobi karierę naukową…
Oho, chyba już rozczarowałam
mamę. Ale hej, mamo, nie martw się! Zaraz wbiję ci sztylet w twe mamine serce i
pokręcę nim parę razy!
- Mary – westchnął tata, po czym spojrzał na Jamesa. – A
może macie jakieś czarodziejskie uniwersytety?
James uniósł brwi w
zamyśleniu.
- Mamy coś przypominającego mugo… eee, wasze uniwersytety
– odparł. – Tylko, że raczej są to paru letnie, lub kilku miesięczne kursy, nie
przypominają szkoły.
Mama spojrzała na mnie z
nadzieją, po czym posłała Jamesowi promienny uśmiech.
- Myślicie o takich kursach? Musicie zdobyć jakieś
zawody, prawda? – zapytała, i nie czekając na odpowiedz, kontynuowała: - Gdy
skończycie takie kursy, zorganizujemy wam piękny ślub, dołożymy się do domu i…
Lily, coś nie tak? – zapytała.
No jak? Jak mogłam powiedzieć
mamie, że nic nie będzie takie jak sobie wymyśliła? Że ślub już wzięliśmy, dom
mamy, a kursy, cóż, raczej się na nie, nie wybierzemy, bo czarodziejski świat
stoi na progu wojny?
- Nic mi nie jest – odparłam, wstając z kanapy. –
Jesteśmy zmęczeni, podróż pociągiem jest wyczerpująca – dodałam. – Pójdziemy spać,
prawda James?
- Co? Tak, tak, uch, jesteśmy wykończeni – powiedział
James, udając ziewanie.
No, jemu przyznałabym
Oscara. Serio. Nie dość, że przystojny, to utalentowany na miarę Jamesa Deana.
- Przygotowałam Jamesowi gościnną sypialnię – powiedziała
mama.
No tak, bądźmy pruderyjni.
Mama chyba myśli, że Hogwart to jakaś Walhalla, gdzie radośnie machamy
różdżkami, i w ogóle nie myślimy o niczym innym. A już szczególnie o seksie. Szczęśliwi
mali czarodzieje, w swojej krainie uciechy. Niczym mnisi Szaolin, całe dnie
trenujemy i nic innego nie robimy.
Kolejne rozczarowanie.
Dopiszę je do listy.
- Świetnie – wykrztusiłam, ciągnąc Jamesa za sobą. –
Pokażę ci pokój! – zawołałam, może odrobinę zbyt nerwowo.
Zawał mnie czeka, jak nic.
***
Leżałam z szeroko otwartymi
oczami i próbowałam liczyć koty. Wiem, powinny to być barany, ale nie uważacie,
że koty są fajniejsze od baranów? Koty mruczą, są miłe i można się z nich
pośmiać. A taki baran? Jaki z niego pożytek? No, oprócz tego, że skacze przez
płotki i można to liczyć, jak się cierpi na bezsenność. Ale, zaskoczę was – kot
też przeskoczy przez płot.
Wiem, geniusz ze mnie. Kot
przeskoczy przez płot… Genialne.
Cicho śmiejąc się z siebie (coś
za często mi się to zdarza), usłyszałam skrzypnięcie drzwi. I raczej, dla
nikogo nie powinno być zaskoczeniem, kogo ujrzałam w drzwiach.
- Mogę? – szepnął James, cicho zamykając za sobą drzwi.
Biorąc pod uwagę fakt, że
była już druga nad ranem i rodzice powinni już dawno spać, skinęłam głową i odchyliłam
kołdrę.
- Chodź do mnie – mruknął, wpychając mi się do łóżka i
zajmując większość miejsca.
Ja nie wiem, czy to łóżko
było kupione z premedytacją tak, aby tylko jedna osoba się w nim mieściła, czy
co, ale spoko. Jak się czegoś chce, to jakoś się da.
- To trochę niewygodne – wyszeptałam, próbując jakoś ulokować
się na Jamesie i trochę na łóżku.
Albo jestem za gruba. To też
może być przyczyna.
- Ciasno, ale miło – powiedział James, przyciskając mój
policzek do swojego torsu. – Cały czas zamartwiasz się reakcją rodziców na nasz
ślub?
- Uhm – mruknęłam, z przyjemnością wsłuchując się w
miarowe bicie serca Jamesa. To mnie zawsze uspokaja. – Słyszałeś co mówiła
mama? Zaplanowała mi cztery lata do przodu… I to w całkiem innej kolejności.
Studia, ślub, dom.
- A my jesteśmy niekonwencjonalni i zaczęliśmy od końca –
odpowiedział James, wodząc ręką po moich plecach. – Żałujesz? – zapytał po
chwili ciszy.
Uniosłam głowę i spojrzałam
mu w oczy. Co z tego, że w pokoju było ciemno. Uliczna lampa, rzucała dość
światła, żebym zobaczyła wyraz troski, malującej się w oczach bruneta.
- Nie zadawaj głupich pytań – powiedziałam poważnie. –
Nie żałuję tego. Nawet, jeżeli tego nie pamiętam…
Dobra, co jest ze mną nie
tak? Nie pamiętam czegoś, ale mam stu procentową pewność, że tego nie żałuje.
Właściwie, skąd ją mam?
- Jeżeli nie chcesz im mówić, możemy zrobić tak, jak to
zaplanowała twoja mama – odparł. – Możemy udawać, że nadal ze sobą chodzimy, iść
na jakiś szybki kurs i wziąć mugolski ślub.
Uśmiechnęłam się. I co się
głupio dziwię, że mam tę pewność?
- Nie wstydzę się naszego ślubu. I wcale nie chcę żyć pod
dyktando rodziców – odparłam, przytulając się mocno do chłopaka. – Powiemy im
jutro. A jak to przyjmą… Jakoś to przetrwam, w końcu mam najlepszego męża pod słońcem.
Pogładził mnie po włosach i
nagle jego ręka znieruchomiała.
- Myślisz, że powinienem sobie zrobić taką koszulkę?
„Najlepszy mąż pod słońcem”? – zapytał, powracając do przerwanego zajęcia.
- Tylko, jeżeli dostanę z wersją o żonie – odparłam z uśmiechem.
Czasem jesteśmy tak słodcy,
że nawet mnie mdli.
***
W wyśmienitym humorze
zeszłam na śniadanie. Na patelni skwierczał bekon, z tostera wyskoczyły gorące
tosty, a kawa w ekspresie bulgotała.
- Dzień dobry – powiedziałam, siadając za stołem. – Zapowiada
się piękny dzień – dodałam, widząc przez otwarte okno nieskazitelnie błękitne
niebo.
- Cudowna pogoda – odparła mama, zsuwając Jamesowi na
talerz mnóstwo mięsa.
Gdybym nie wiedziała, że po
prostu chce być gościnna, pomyślałabym, że szykuje na niego zamach, poprzez
zatkanie mu tętnic tym całym tłustym mięsem.
- Tata już poszedł do pracy? – zagaiłam, gdy zajęliśmy
się jedzeniem.
- Tak, ale wróci dzisiaj wcześniej – odparła mama,
odstawiając patelnię na kuchenkę. – Wpadnie Petunia z Vernonem i zrobimy
rodzinny obiad – dodała z uśmiechem.
Skinęłam głową i znad kubka
z kawą zrobiłam do Jamesa przerażoną minę.
Jeszcze do tego wszystkiego
brakuje mojej kochanej siostrzyczki.
I w tym momencie, chciałabym
mojemu mózgowi zadać jedno pytanie: Mózgu, wtf?
No dobra, dwa. Mózgu, czemu
zapomniałeś o kochanym Jamesie, a o tej harpii Petunii, nie?
- Zapowiada się cudowny dzień – mruknęłam żałośnie.
***
Niby zachowywaliśmy się jak
zwyczajna rodzina. Może nie taka z reklamy płatków śniadaniowych (w ogóle kto o
poranku jest taki szczęśliwy i rześki?!), ani nie ci z reklamy popularnego
kremu czekoladowego. Bardziej jak z reklamy środka na hemoroidy, bo każdy tylko
wiercił się na krześle i odliczał minuty do odejścia od stołu.
I po co ludzie stawali się
coraz bardziej ucywilizowani? W starych, dobrych czasach neandertalczyków,
przyłożyłabym takiej Petunii w łeb maczugą i było by po sprawie.
A tak, musiałam z miłym
uśmiechem, wysłuchiwać tego, że jakiś fachowiec, położył krzywo kafelki w ich
mieszkaniu, i że jest z tego powodu wielce niezadowolona, i najchętniej by je
zerwała.
Kogo to obchodzi?! Świat,
chociaż zupełnie o tym nie wie, stoi w obliczu wojny. Ten, Którego Imienia Nie
Wolno Wymawiać, ma gdzieś krzywo położone kafelki mojej siostry. On chce kogoś
takiego jak ona, najzwyczajniej w świecie się pozbyć. Bo dla kogoś takiego jak
on, jest ona zwykłym, nikomu nie potrzebnym mugolem.
A ktoś taki jak ja, jest dla
niego jeszcze gorszy i jeszcze bardziej chce się go pozbyć.
Więc, kogo obchodzą jej
krzywe kafelki, jeżeli może to ostatnie, tak spokojne chwile?
- … i powiedziałam temu panu, co myślę o jego pracy, a wiesz mamo co on odparł? Powiedział:
„To niech pani zrobi to lepiej”! A ja na to, że chwila moment, zapłaciłam za
to! I to nie małe pieniądze – mówiła, znacząco patrząc na Jamesa.
I co z tego, że James, jakby
chciał, mógłby sobie tysiące takich mugolskich ekip wezwać, tylko po to, żeby
mu krzywo kładli kafelki? Moja siostra nadal myśli, razem ze swoim jeszcze
grubszym i głupszym mężem, że James jest ulicznym magikiem, wyciągającym
króliki z kapelusza. Kretyni.
- Dlatego, powiedziałam: „Ma to pan poprawić, albo
wytoczę panu sprawę w sądzie”! I wtedy powiedział, że za miesiąc poprawi –
zakończyła z uśmiechem, swoją jakże ekscytującą opowieść.
Przesuwając groszek po
talerzu, ze znudzeniem patrzyłam na trzęsący się podbródek Vernona. I to nie jeden.
- A teraz remontujemy kuchnię… - zaczęła.
Miałam tego dosyć. Pewnie
chciała sobie ponarzekać na niedokręcony kran, albo na grzyba na suficie. A w
pupie gnoma, z czymś takim!
- A my z Jamesem wzięliśmy ślub – oznajmiłam, jak gdyby
nigdy nic.
I przez chwilę, wydawało mi
się, że przeszli dalej z tematami. Gdyby mama jednak nie ogarnęła tego, co
powiedziałam.
- Co zrobiłaś z Jamesem? – zapytała głośno.
Uśmiechnęłam się lekko. Co
innego mi pozostało?
- Wzięłam z nim ślub – odparłam i na potwierdzenie tego,
wyjęłam z kieszeni spódnicy obrączkę i założyłam ją na palec.
- Kiedy? – zapytał tata, gdy mama zaniemówiła, patrząc na
mój palec.
- Pod koniec marca – odparł James, mężnie znosząc
spojrzenie mojego ojca.
Bo mama nadal wpatrywała się w obrączkę.
- I przez trzy miesiące nie znaleźliście czasu, aby nas zawiadomić?
– zapytał tata, niezbyt wesołym tonem.
I był ktoś, kto ucieszył się
z tej wiadomości… Dobra, nie z wiadomości. Z tego, jak rodzice na mnie patrzyli
i jakim tonem się zwracali. I była to Petunia.
Bo Vernon nadal jadł.
- Nie chcieliśmy, tak listownie… - mruknęłam, chowając
rękę pod stół. – Wszystko wydarzyło się tak spontanicznie, nie planowaliśmy
tego.
- Ale nie ma innego powodu, prawda? – zapytała mama,
rzucając co jakiś czas okiem na mój brzuch.
Znam moją mamę jak własną
kieszeń, to jest pewne.
- Nie – powiedziałam, kategorycznie zaprzeczając ciąży. –
Nic i nikt nas do tego nie zmuszał, zrobiliśmy to z własnej woli, i z miłości.
Uśmiechnęłam się do Jamesa,
dając mu znać, że wszystko jest dobrze. Właściwie, czułam się zadziwiająco
dobrze. Jakby kamień spadł mi z serca.
- To… Czas na deser? – zapytała mama, zrywając się od
stołu.
I tak, widziałam, że było
jej przykro. Ale w tym momencie zupełnie się nie przejmowałam. Czułam tylko
ulgę.
***
Przez całe dwa dni, byliśmy
traktowani jak osoby niepożądane. Śniadania już nie były takie miłe i
skrupulatnie przyrządzane przez mamę, tata już nie był taki uśmiechnięty i
wyluzowany. Panowała atmosfera ochłodzenia relacji.
Jednak, piątego dnia pobytu
w domu, wszystko się zmieniło.
- James, pomożesz mi przy samochodzie? – zapytał późnym
popołudniem tata, lekko uśmiechając się z przerażonej miny J. – Nie martw się,
będziesz tylko zapalał silnik, a ja się poprzyglądam jego pracy.
James z niepewną miną ruszył
za tatą do garażu, a ja zostałam sama z mamą.
- Mamo? – mruknęłam, siadając obok rodzicielki. – Jesteś
na nas zła?
- Nie, Lily.
- Zawiedziona?
- Lily, nie – odparła mama, kręcąc głową. – Raczej jestem
w szoku.
- W szoku? – powtórzyłam.
To ja się bałam, że będzie
zawiedziona moim zachowaniem, a ona sobie po prostu jest zszokowana?
- Zawsze byłaś taka poważna, pilna… Myślałam, że zależy
ci bardziej na innych sprawach, a związek z Jamesem traktujesz, hm…
- Niepoważnie? – podsunęłam słowo, patrząc uważnie na
mamę.
- Tak – odparła, lekko się rumieniąc. – Chociaż powinnam
wiedzieć, że jesteś stała w uczuciach, i że jak już się zakochasz, to na zabój.
- Jeżeli chcecie, to James zaproponował, że możemy też
wziąć ślub mugolski. To jest cywilny, lub kościelny – poprawiłam się szybko.
Mama uśmiechnęła się.
- Kochanie, to była wasza uroczystość, nie moja, czy
taty. Była taka, jaką chcieliście. Nie musicie robić nic, żeby nas zadowolić –
odparła.
I za to kocham mamę. Jest
cudowna.
***
Dorcas Meadowes z zamyśloną
miną obserwowała próby wyremontowania motocykla, przez swojego chłopaka.
- Wiesz Syriuszu, Lily wspominała mi, że mugole mają kogoś
takiego jak mechanik – powiedziała, podchodząc do zardzewiałych części,
rozłożonych na podłodze garażu.
Już od tygodnia przebywali w
domu Syriusza, który to, całe dnie spędzał na naprawie swojego cudu mugolskiej myśli
motoryzacyjnej.
- Poradzę sobie, Dor – odparł Syriusz, drapiąc się brudną
od smaru ręką, w czoło. – Ruda nauczyła się mnóstwa rzeczy z książek, to ja
poradzę sobie z naprawą motoru z książki.
Dorcas przewróciła oczami, i
wróciła na miejsce które zajmowała już od tygodnia – zasiadła na starym krzesełku
wędkarskim.
- Syriuszu – mruknęła, gdy minęła godzina, podczas której
to, Syriusz oskrobał dwie sprężyny z rdzy. – Może ci pomogę, hm?
- Chcesz coś robić przy moim motocyklu? – zapytał z
niedowierzaniem.
- Tak, chcę – odparła Dorcas, chociaż na końcu języka
miała: „Wcale nie chcę, chcę pojechać gdzieś na wakacje, a nie siedzieć w tym
śmierdzącym benzyną garażu i chcę, żebyś zwrócił na mnie chociaż trochę uwagi”.
- Super, masz ten śrubokręt, możesz nim pozdzierać trochę
rdzy z tych tarcz – powiedział ucieszony. – Jesteś kochana.
Dorcas uśmiechnęła się lekko
i wzięła do ręki wykrzywione narzędzie. Z ciężkim westchnięciem, wzięła się do
pracy.
***
- Na pewno nie chcecie dłużej zostać? – zapytała mama.
Dobra, może i zostalibyśmy
dłużej, niż półtora tygodnia. Po pogodzeniu się rodziców z myślą o tym, że
jestem już mężatką, było naprawdę fajnie. James nauczył się jeździć samochodem (co
prawda, tylko w linii prostej, ale to znaczący postęp, jak na kogoś nie
zainteresowanego mugolskimi pojazdami), a ja nagadałam się z mamą za wszystkie
czasy.
Jednak musieliśmy jechać do
Doliny Godryka. Z czarodziejskiego świata docierały do nas coraz gorsze
pogłoski. Musieliśmy przerwać naszą utopijną przerwę od rzeczywistości, i
wrócić do codzienności.
- Było cudownie, ale musimy wracać do domu – powiedziałam.
***
Takie lekkie rozdziały, zdecydowanie pisze mi się najprzyjemniej. Niestety, to ostatni taki rozdział, a co za tym idzie, następne będą mi szły jak krew z du... Z nosa.
Nie wiem, kiedy będzie następny rozdział, ale i tak chyba nikogo to nie interesuje, skoro komentuje tylko jedna osoba. BTW, Aki Aki wielkie dzięki ;)