czwartek, 16 lipca 2015

Rozdział 33



Uchyliłam powieki i lekko się przeciągnęłam. Poczułam ból mięśni, których chyba jeszcze nigdy tak naprawdę nie używałam.
Podniosłam głowę z torsu Jamesa i rozejrzałam się po pokoju. Właściwie wszędzie leżały porozrzucane ubrania. Jakimś cudem, mój stanik wylądował na żyrandolu…
Zastanawiając się, jak to mogło się stać, poczułam, że jestem obserwowana.
            - Dzień dobry – wyszeptałam, lekko się rumieniąc.
Chociaż, po tym co robiliśmy tej nocy, nie powinnam się rumienić jak pensjonarka. Ale rudzi tak mają, ok? Ciągle się rumienią, i niestety bardzo często nie uroczo, a tak, że mają takie czerwone placki na policzkach, a nawet szyi.
            - Dzień dobry – odpowiedział James, patrząc na mnie takim słodkim, rozespanym wzrokiem, że aż miałam ochotę go zjeść.
No, może nie zjeść, ale chociaż podgryźć…
Oho, chyba ktoś tu się zamienia w maniaka seksualnego.
Uśmiechnęłam się i wtuliłam twarz w lekko drapiącą szyję Jamesa.
            - Było cudownie – powiedziałam przechodząc pocałunkami z szyi na żuchwę.
            - Tak cudownie, że chcesz to powtórzyć? – zapytał z niebezpiecznym błyskiem w oku.
Z uśmiechem skinęłam głową.


***


Było już nieźle po południu, gdy w końcu wyszliśmy z łóżka.
            - Lily? – zapytał jakimś dziwnym głosem James. – Chyba mamy problem – dodał zduszonym głosem.
Podeszłam do niego i spojrzałam na to, co trzyma w ręku.
            - Pęknięta – wyszeptałam i szybko podniosłam wzrok z prezerwatywy na twarz bruneta.
Wyrażała jedno: strach.


***


Próbowałam się tym nie martwic. Naprawdę próbowałam. Myślałam o wypracowaniach, o przygotowaniu się na następną Transmutację, o tym, że można by skoczyć odwiedzić Hagrida, oraz, że muszę ustalić nowy grafik patroli.
Ale ta dręcząca mnie myśl, ciągle gdzieś tam była.
I brzmiała: A co, jeżeli zaszłam w ciążę?!
Co prawda nie wiem, kiedy ta prezerwatywa pękła. Ale cholera, nie chcę kończyć szkoły jako przyszła matka! Z brzuchem. 
O matko, ja z ciążowym brzuchem na zakończeniu szkoły?!
Jednak najgorsze w tym wszystkim było to, że nie wiedziałam co James o tym sądzi…


***


            - James! – krzyknęłam, przedzierając się przez zatłoczony korytarz.
Mogłabym przysiądź, ze mnie unika. Od dwóch dni właściwie nie rozmawialiśmy. Ba, nawet nie przebywaliśmy w swoim towarzystwie.
            - Lily – powiedział, gdy zrównałam krok z nim i milczącym Syriuszem.
            - Tak, Lily – odburknęłam. Boże, jak on mnie czasami wkurza! – Musimy porozmawiać – powiedziałam kategorycznie.
Zrobił lekko przestraszoną minę, ale ruszył za mną, uprzednio machając Syriuszowi.
Skierowaliśmy się na drugie piętro, do starej klasy od Zaklęć.
            - Unikasz mnie, James – powiedziałam. Z pretensją. No bo jak mogłabym bez? To nie było miłe, do cholery.
            - Nie unikam – odparł, opierając się o zakurzoną ławkę. – Tylko…
            - Tylko? – pogoniłam go.
James oblizał wargi i przelotnie na mnie spojrzał.
            - Zawiodłem cię – powiedział.
Zamrugałam oczami, zdziwiona. Obawiałam się, że raczej powie: „Zrywam z tobą”, albo „Nie jestem jeszcze gotowy na dziecko”, albo „Jesteś beznadziejna w te klocki”.
            - Jak to, zawiodłeś? – zapytałam, przybliżając się do niego. 
            - Jeszcze pytasz jak? – odparł oburzony. – Zawaliłem, Lily. Ta pęknięta prezerwatywa…
            - To nie twoja wina – przerwałam mu od razu. – One często pękają… No, może nie tak często, ale naprawdę, nie martw się na zapas. Za parę dni powinnam dostać okres. Będziemy się martwic jeżeli nie dostanę – dodałam, przytulając się do niego.
Oo tak, właśnie tego mi brakowało przez te dwa dni. Jego ciepłych ramion. No i całej reszty. W sensie, nawet nie chodził mi o ciało, ale o całą resztę. Hm, brzmi to beznadziejnie. Brakowało mi po prostu Jamesa.
            - To będę stresujące dni – stwierdził, na co się zaśmiałam.
Nie chciałam tej myśli do siebie dopuszczać, ale chwilowa myśl o takim miniaturowym Jamesie, wprawiała mnie w dziwnie dobry nastrój.


***


Czekaliśmy. Każdego poranka James pytał czy już dostałam, ale cóż, było zupełnie inaczej.
            - Spóźnia mi się dwa dni – wyszeptałam, gdy wracaliśmy całą paczką z kolacji.
James cicho westchnął, ale objął mnie i pocieszająco pogładził po plecach.
            - Co by się nie działo, poradzimy sobie – powiedział.
Tak bardzo chciałam w to wierzyć.


***


            - Lily, ile można siedzieć w łazience?! – zawołała Dorcas, waląc pięścią w drzwi.
Cóż, po prostu byłam w tym momencie, to dziwne co napiszę, ale trochę nieszczęśliwa.
Albo może inaczej, z jednej strony byłam naprawdę zadowolona, a z drugiej, czułam lekki żal…
Tak, dostałam okres. Nie, nie byłam w ciąży. Jeszcze. Hm, na razie.
            - Zaraz wychodzę! – odkrzyknęłam.
Był 14 lutego. Walentynki. Wszyscy szykowali się na wypad do wioski, a my z Jamesem uznaliśmy, że zostaniemy w zamku.
            - Już wolne – powiedziałam, trzaskając drzwiami od łazienki. – Zobaczymy się wieczorem! – zawołałam do dziewczyn, wychodząc z dormitorium.
Skierowałam się w stronę męskich sypialni. Cóż, miałam Jamesowi do przekazania naprawdę ważną wiadomość.
            - Cześć – powiedziałam do mijającego mnie w drzwiach Syriusza, wychodzącego w chmurze piżmowych perfum. – Ale się zlałeś, weź się przewietrz, bo Dorcas tchu nie złapie! – zawołałam za nim, gdy minął mnie wołając „Hello, Wiewióro!”.
            - Uu, Remusie – mruknęłam, patrząc na blondyna, odzianego od stóp do głów w czerń. – Świetnie wyglądasz… Amy będzie zadowolona – puściłam mu oczko.
            - Tak myślisz? – zapytał, niepewny. Co jest z tym Remusem, że jest tak niepewny siebie? Przecież taki z niego świetny facet! – Dzięki, Lily – mruknął zakłopotany, wymijając mnie w drzwiach.
Zaraz za Remusem, pokój opuścił Frank oraz Thomas. Wszyscy odstawieni jak stróże w Boże Ciało, czy jak to tam się mówi.
A my z Jamesem, jak to stare małżeństwo z trzydziestoletnim stażem, zasiedliśmy na jego łóżku.
            - I co? – zapytał.
Poczułam się trochę urażona. Ej, żadnego „ładnie wyglądasz”, „kocham cię”, albo „wiem, że lubisz poezję, to może poczytajmy jakieś miłosne liryki, w te walentynki”?
Także, zemsta. No dobra, może nie zemsta, to za duże słowo. Małe wkręcenie. Zawsze można poćwiczyć swoje umiejętności aktorskie. Jeżeli nie znajdzie się pracy po szkole, i będzie się musiało zarabiać pieniądze jeżdżąc z trupą aktorską po małych miasteczkach. Albo co gorsza, z cyrkiem. Straszne wizje.
            - James – zaczęłam poważnym tonem. Trochę płaczliwym. – Ja nie wiem jak ja sobie poradzę, rodzice wyrzucą mnie z domu! T-to będzie okropne…
Brunet zrobił przerażoną minę, a ja zaśmiewałam się w duchu. Merlinie, jestem okrutna!
            - Tak, James – wyszeptałam, próbując powstrzymać wybuch śmiechu. – Noszę pod sercem twe dziecię – tu już zupełnie poleciałam.
            - Lily… - westchnął, prawie zgniatając mnie w niedźwiedzim uścisku. – Niczym się nie martw, wszystko przemyślałem! Od razu wprowadzisz się do Doliny Godryka, dziecko nie może dorastać bez ojca… Zburzymy ścianę, między moim pokojem, a gościnnym i powstanie cudowna, ogromna sypialnia, którą przez pierwszy rok będziemy dzielić z naszym synem…
Zmarszczyłam brwi.
            - A co, jeżeli to będzie córka?! – zawołałam z udawaną pretensją.
            - Merlinie, córka? – zapytał. Chyba nie myślał, że już znam płeć wyimaginowanego dziecka?! Co za kretyn… - Córeczka… Będę jej pilnował przed chłopakami. Jeżeli trafi się taki jak Syriusz, to zamorduję.
Trochę się zdziwiłam. Syriusz nie był taki zły. To znaczy, jeżeli pominiemy jego obsesję na punkcie włosów, motorów, robienia dowcipów i… A no tak. Dziewczyn.
James zaczął planować coraz więcej rzeczy, a ja poczułam się naprawdę dziwnie.
On to wszystko zdążył przemyśleć! Co oznaczało, że naprawdę wydoroślał! No, albo chociaż raz w życiu coś zaplanował.
Za to ja, zachowałam się jak idiotka. Totalna kretynka.
            - … kremowy zdecydowanie bije na głowę beżowy. Jest taki neutralny, w sam raz do dziecięcej sypialni – powiedział zadowolony, kończąc opisywać kolory ścian.
            - James – przerwałam mu, żeby jeszcze bardziej się nie nakręcił. – Ja… hm, ja żartowałam. Dostałam okres, nie ma żadnego dziecka.
Spojrzałam na jego twarz. W jednej sekundzie promieniowała radością, która w następnej chwili została zastąpiona przez szok. I chyba gniew. O cholera, i urazę. To się wkopałam.
            - Lily – jęknął, łapiąc się za głowę. – Mówię o kolorze ścian, do sypialni dziecka które nie istnieje? I wysłuchujesz tego, z taką zadowoloną miną? Oszalałaś?
Dobra, rozumiem czemu się wkurzył. Postąpiłam głupio.
            - Chciałam cię tylko wkręcić – powiedziałam i od razu zaatakowałam. Pamiętajcie dziewczyny – gdy facet ma pretensje, przypominajcie mu o jakiś starych, nieważnych sprawach! – Ty mnie od pierwszego roku wkręcałeś w jakieś głupie historyjki! Pamiętasz trzeci rok? – zapytałam.
            - Li… Oo tak – westchnął. Spojrzał mi w oczy. – Pamiętam, i rozumiem co chcesz powiedzieć. Tak a propos, to naprawdę ładnie dzisiaj wyglądasz – dodał z łobuzerskim uśmiechem.
            - Na to czekałam – stwierdziłam i pocałowałam go w usta. – Ty też nie wyglądasz najgorzej – rzuciłam komplementem, na co James głośno się roześmiał i powrócił do przerwanego całowania.


***


Dorcas Meadowes nie była typem zazdrośnicy. Nigdy jej się nie zdarzyło, aby musiała okazywać facetowi swoją zazdrość.
Nigdy do tej pory.
            - Syriusz – wyszeptała, uderzając chłopaka łokciem w żebra. – Może mnie przedstawisz, hm? – zapytała, patrząc na śliczną blondynkę, rozmawiającą z jej chłopakiem. W Walentynki. Na ich kolacji.
            - Och, przepraszam Dorcas – mruknął czarnowłosy, rzucając zarumienionej blondynce olśniewający uśmiech. – Dorcas to Leah, moja pierwsza dziewczyna i wielka miłość – zaśmiał się.
Każda dziewczyna na taki tekst się spina. No, chyba, że nie zależy jej na chłopaku. A Dorcas, z całą pewnością zależało na Syriuszu.
            - Cześć, Dorcas – przedstawiła się, z niedowierzaniem patrząc, jak jej chłopak, dostawia krzesło do ich dwuosobowego stolika i zaprasza dziewczynę na kolację.
            - Przyszłam tu z chłopakiem, także dosiądę się tylko na chwilkę – stwierdziła blondynka, zarzucając gęste włosy na plecy. – Mam nadzieję, że nie przeszkadzam? – zapytała, patrząc prosto na wkurzoną Dorcas.
            - Oczywiście, że nie! – zawołał Syriusz, zupełnie nie widząc oburzonego spojrzenia brunetki. – Więc, jak ci się powiodło? Dostałaś pracę w Ministerstwie?
            - Tak, pracuję w biurze zastępcy Ministra Magii… Płacą nieźle, mogłam wyprowadzić się od rodziców. Wynajmuję z chłopakiem mieszkanie w mugolskiej części Londynu… - rozgadała się.
Dorcas ze wściekłą miną patrzyła na blondwłosą piękność. Wbiła widelec w spaghetti i zaczęła nakręcać makaron, rzucając gadającej dwójce jadowite spojrzenia.
Patrząc na klopsiki w swoim makaronie, wyobrażała sobie, że nabija na widelec głowę tej „wielkiej miłości”. Tak ją olać! Dla jakiejś byłej dziewczyny!
            - Twój chłopak to chyba zatwardzenia dostał – wymruczała pod nosem, nie spodziewając się, że zostanie usłyszana.
            - Dorcas! – zawołał zduszonym głosem Syriusz. Leah spojrzała na nią ze zdziwieniem.
            - Co? – wyburczała. – Wiesz co, Syriuszu? Pozwolę ci pogadać z byłą. Zobaczymy się w zamku. O ile nie spotkam jakiegoś swojego byłego, dupku – dodała, odsuwając krzesło od stołu.
Łapiąc kurtkę z wieszaka, wyszła na ciemną ulicę.
Łzy cisnęły się jej do oczu, ale nie obejrzała się za siebie.


***


Syriusz Black miał wiele dziewczyn. Młodszych, w tym samym wieku, a nawet starszych. I z żadną nie miał problemów. Gdy chciał, to jednym słowem kończył znajomość, lub jeszcze ją pogłębiał. Tak, pogłębiał – pogłębiał.
Jednak Meadowes... Tak, ona stanowczo była problematyczna.
            - Wpadłeś, co, Syriuszu? – zapytała Leah, patrząc na oniemiałego chłopaka. – Ładna, spełnia twoje standardy. I ma charakter, nie każda odważyłaby się zostawić samego Syriusza Blacka, podczas romantycznej kolacji…
            - Nie każda – potwierdził i uniósł wzrok, spoglądając kto rzuca cień na stolik.
            - Zbieramy się kotku? – zapytał wysoki brunet, na co Leah skinęła głową.
            - Idź za nią – szepnęła, wstając od stolika.
I chociaż Syriusz Black, z zasady, nigdy nikogo nie słuchał, tym razem szybko wybiegł z restauracji, i po raz pierwszy w życiu, gonił dziewczynę na której mu zależało.


***


            - Skończony kretyn, bubek, palant, idiota… - wyliczała Dorcas, wracając z wioski.
Wściekła, szybko maszerowała, dookoła rozpryskując rozpuszczający się śnieg, zmieszany z błotem.
            - Black, zakała męskości, idiota skretyniały – gderała, czując, że robi się jej lżej na duszy, gdy sobie tak narzekała.
            - Ej, nie za ostro? – usłyszała głos za sobą.
            - Black, nie odzywaj się do m… Oo – powiedziała, spoglądając na uśmiechającego się cynicznie chłopaka. – Myślałam, że to Syriusz.
            - Zawiodłem cię? – zapytał chłopak. – Wolałbym, żeby moje nazwisko nie było tak szargane, szczególnie w ustach Gryfonki – dodał.
Dorcas po raz pierwszy w życiu, stała naprzeciwko brata Syriusza. Oczywiście, widywała go czasami w zamku, czy to podczas posiłków, czy też na korytarzu, na przerwach, ale nigdy z nim nie rozmawiała. Nie wiedziała czego się spodziewać po Ślizgonie.
            - Walentynki – westchnął Regulus, szczerząc zęby. – Mój brat uwielbia rzucać dziewczyny w to święto… Potrzebujesz pocieszenia? Co prawda nigdy nie lubiłem resztek po Syriuszu, ale dla ciebie mógłbym zrobić wyjątek.
Dorcas skrzywiła się i ruszyła w stronę rozświetlonego zamku.
            - Nikt mnie nie rzucił. Sama wyszłam – odparła.
            - Ty go rzuciłaś? – zapytał, próbując ukryć zdziwienie. – No, no. Okrutnie. Już cię lubię.
            - Nikogo nie rzuciłam! – zawołała oburzona. – Po prostu wyszłam. Nie smakowała mi kolacja.
Regulus uśmiechnął się i wyciągnął paczkę papierosów.
            - Chcesz? – zapytał, podsuwając brunetce pudełko.
            - Chce – wyburczała. – To taki kretyn! – zawołała, gdy się zaciągnęła. – Jego była przysiadła się do stolika, i sobie gadała, rozumiesz? A on nawet nie zwracał na mnie uwagi! Gapił się na tę blondynę z wywalonym jęzorem – dodała rozgoryczonym tonem.
            - Ta, Syriusz zawsze szybko zmieniał obiekty zainteresowania – odparł Regulus. – Wystarczy spojrzeć na mnie i Pottera. Gdy tylko go poznał, zapomniał, że ma brata.
Dorcas spojrzała na niego ze współczuciem. Nigdy nie zastanawiała się nad tym, co się stało, że bracia przestali utrzymywać ze sobą kontakt. Myślała, że chodzi o podział – Syriusz uważał brata za paskudnego Ślizgona. A jednak, kryło się za tym coś więcej…
            - Syriusz i James są jak bracia – powiedziała. – Ale to nie zmienia faktu, że w waszych żyłach płynie ta sama krew… Brakuje ci go?
Regulus rzucił jej szybkie spojrzenie, zgasił papierosa obcasem buta i wzruszył ramionami.
            - Czasami – odparł, wchodząc do zamku.


***


Amy przyglądała się swojej dzisiejszej randce, spod kruczoczarnej grzywki.
            - … i zastanawiałem się, czy ty, w sensie, czy my… Czy może chciałabyś… Hm, tak myślałem, czy ty… - męczył się Remus, pod jej bacznym spojrzeniem.
            - Chciałabym – przerwała mu, czując co chłopak chce jej przekazać, w ten słodki, fajtłapowaty sposób.
            - Naprawdę?! – zapytał zdziwiony.
            - Przecież nie żartowałabym – odparła poważnie. – Ja nie żartuję. W ogóle nie mam poczucia humoru – dodała zakłopotana.
Remus uśmiechnął się lekko i dotknął leżącą na stoliku dłoń dziewczyny.
            - Dobrze, że ja mam – powiedział. – Będziemy się uzupełniać.
Amy uśmiechnęła się lekko.


***


            - … Hogwart to super miejsce. Co prawda jest tu zimniej niż we Francji i jedzenie jest dziwne, bo takie haggis, co to w ogóle jest?! – mówił Thomas.
Marlena patrzyła z uśmiechem na chłopaka i słuchała jego nieprzerwanej paplaniny.
            - Tęsknię za porannymi croissantami z gorącą czekoladą, bo naprawdę, jeść od rana fasolę? Albo śledzie? Jednak przetrwam to, żebyśmy mogli być razem… Tęskniłem za tobą, Marleno – dodał cichym tonem.
Blondynka poczuła jak się rozpuszcza. Co milszego może usłyszeć dziewczyna od ukochanego? 
            - Też za tobą tęskniłam – odparła, nachylając się nad filiżanką kawy. – Je t'aime.
            - Cherie, ja ciebie też – mruknął niczym amant ze starego filmu i nachylił się nad stolikiem, aby utonąć w namiętnym pocałunku.


***


            - Dorcas! – zawołał Syriusz, doganiając dziewczynę na schodach. – Poczekaj – wysapał.
Bieganie w kurtce zimowej i ciężkich butach nie jest proste, ale jemu zależało. Ależ poświęcenie…
            - Czego chcesz? – zapytała Dorcas, nie zwalniając kroku. – Leah musiała już iść i przypomniałeś sobie o moim istnieniu? – dodała zjadliwie.
            - Nigdy nie zapominałem o twoim istnieniu – mruknął, łapiąc ją za rękę. – Nie musisz martwic się Leą, ona ma faceta, a poza tym…
            - Czekam – powiedziała, gdy Syriusz zrobił minę, jakby uświadomił sobie coś niewiarygodnego.
            - To ciebie kocham – odparł.
Dorcas szybko zamrugała.
            - Słucham?
Syriusz przewrócił oczami.
            - Kocham cię, Dorcas. Jesteś wyjątkowa… Która inna dziewczyna tak chętnie przesiadywałaby ze mną w schowkach na miotły, pomagała w dowcipach, albo kryła przed Rudą?
            - Hm, no raczej żadna… Ale w takim momencie przypominać o seksie w schowku na miotły? – wyszeptała, rumieniąc się wdzięcznie. – Też cię kocham, głupku – dodała szybko, widząc wzrok chłopaka.


***


            - Mam coś dla ciebie – powiedział James, spoglądając na usypiającą rudowłosą.
            - Prezent? – zapytała, od razu rozbudzona.
Brunet uśmiechnął się i skinął głową.
            - W końcu to Walentynki, prawda? – zapytał, podając jej małą paczuszkę, zgrabnie przewiązaną czerwoną wstążeczką.
            - Klucz? – zapytała Lily, wyciągając z kartonika srebrny klucz.
            - Mógłbym powiedzieć, że to klucz do mojego serca, ale przecież to już od dawna masz… To klucz do domu. Naszego domu – odparł, z satysfakcją patrząc na zszokowane oblicze dziewczyny.
            - Dajesz mi na Walentynki dom? – zapytała i zmarszczyła brwi. – W takim razie co dostanę na pierwszą rocznicę ślubu?
James roześmiał się i pocałował rozchylone usta ukochanej.
            - Wolałbym, żebyś to ty mi coś dała na pierwszą rocznicę ślubu – odparł.
Lily szeroko otworzyła oczy.
            - Naprawdę? – zapytała.
            - Tak, to byłby całkiem miły prezent.
O ile dziecko można nazwać prezentem...


***

Pisząc koniec rzygałam tęczą. Tak obrzydliwie słodkie. Fu. I ta ich chęć posiadania dziecka w wieku 18 lat, Boże, co ja tu tworze?! No, ale muszę trzymać się jako takich faktów.  
Ostatnio mam sporo wejśc na bloga zza granicy, miłych wakacji ;)
Tak a propos, jak myślicie, który kraj nadaje się na emigrację? Coś czuję, że w Polsce czeka mnie marna przyszłość, no chyba, że wygram w lotto.
Myślę nad czasowym zawieszeniem bloga. Ostatnio nie mam ani chęci, ani czasu do pisania :| 

niedziela, 12 lipca 2015

Miniaturka numer 13 – „Eliksir miłości”


Pisane przy: https://www.youtube.com/watch?v=pNYFpTLazvA


Z perspektywy Jamesa Pottera

Styczeń 1978 roku


Witchcraft, voodoo
Love experiments, and paint books
Potions, lotion
Perfume to find you



            - Jesteś tego pewien, stary? – zapytał Syriusz, patrząc uważnie jak wlewam połyskliwy płyn do kielicha wypełnionego sokiem dyniowym.
            - Tak – odparłem pewnie.
Może przybliżę sytuację?
Był poniedziałek, 15 stycznia 1978 roku. Siedziałem wraz z mym najlepszym przyjacielem, Łapą, szerzej znanym jako Syriusz Black i jadłem śniadanie. Był całkiem ładny poranek, Wielka Sala była zapełniona tylko w połowie, i zbliżały się Eliksiry.
Aa, no i zapomniałem o najważniejszym. Zaprawiałem sok dyniowy Amortencją, najsilniejszym eliksirem miłosnym, jaki czarodzieje wymyślili.
            - Nie wiem czemu, ale wydaje mi się, że to głupi pomysł – powiedział poważnie Syriusz.
Spojrzałem na niego zdziwiony.
            - Ty uznajesz, że coś jest głupie? Mam ci przypomnieć o tym, co wymyśliłeś na szóstym roku? – odparłem, obserwując kielich z sokiem.
            - Uch, no nie – odpowiedział Syriusz, krzywiąc się lekko. – Jeżeli myślimy o tym samym to nie musisz… Ale wracając do sprawy, nie uważasz, że Evans zasługuje na coś, hm, lepszego?
            - Lepszego, Łapo? – zapytałem. – Były kwiatki, czekoladki, błaganie i inne sprawy, które źle wpływały na moje ego. Mam dość czekania.
            - Ale nie uważasz, że w końcu zmieniła stosunek do ciebie? Wiesz, już tak nie wrzeszczy. A od kiedy zostałeś Prefektem Naczelnym, to już w ogóle! Zachowuje się zupełnie jak nie Evans. Jest dla ciebie miła, przyznaj – poprosił Syriusz.
            - Jest miła, ale ja chcę więcej – odparłem i spojrzałem na drzwi od Wielkiej Sali.
Nie wiem jak to się działo, ale zawsze wyczuwałem, kiedy się zbliża. Wiem, brzmi to niesamowicie, i może trochę niepokojąco, ale tak było.
Widziałem jak idzie w kierunku stołu, o dziwo sama, bez tych swoich przyjaciółek z którymi spędzała cały wolny czas… Tak, ten który mogłaby poświecić mi!
            - Zawołaj ją, Łapo – poprosiłem.
Pewnie mógłbym to sam zrobić, ale czy wtedy by podeszła? Być może. Ale pewnie nie.
            - Lily, tutaj! – zawołał Syriusz, machając do dziewczyny.
Zmarszczyła brwi, ale podeszła. Taak, stanowczo była za miła. Mogło się to na niej zemścić. Chociażby zaraz…
            - Cześć – mruknęła, spoglądając na nas. – Coś się stało?
            - A czy musiało się coś stać? Chcieliśmy z tobą zjeść śniadanie – odparł Syriusz, uśmiechając się szelmowsko. – Zawsze przyjemnie popatrzeć na ładną koleżankę.
Rudowłosa przewróciła oczami i usiadła naprzeciwko nas.
            - Potter – powiedziała. Od razu spojrzałem na nią. – Pamiętasz o dzisiejszym patrolu?
            - Jasne – odparłem i obserwowałem jej ruchy. Z precyzją godną magochirurga smarowała tosta masłem i go kroiła, a następnie dotknęła puchar z sokiem.
            - Słyszeliście o ataku na Bristol? – zapytała, jakby usilnie chciała podtrzymać rozmowę.
            - Taa, niezła jatka – odparł Syriusz, na co dziewczyna lekko się skrzywiła.
            - Jatka to mało powiedziane. Śmierciożercy zabili ponad dwadzieścia osób – powiedziała, i chwyciła w rękę kielich.
Z napięciem patrzyłem jak unosi go do ust i na chwilę go przy nich zatrzymuje. Spojrzała na mnie zamyślona, ale się napiła.
Poczułem kopniaka w goleń, zadanego mi przez Syriusza, ale zupełnie nie zwracałem na to uwagi.
Patrzyłem Lily prosto w oczy i widziałem jej zmieniające się spojrzenie.


***


Oh my heartache, but I know fate
Will send you my way
And when you came my heart was saved
I've known you for lifetime baby


Nie byłem pewien jak Lily będzie się zachowywać po zaaplikowanej jej Amortencji. Właściwie najbardziej bałem się tego, że ją po prostu wyczuje. No, ale gdy się człowiek czegoś nie spodziewa, nie zwraca uwagi na takie szczegóły, jak trochę inny zapach soku.
            - James – usłyszałem. Było to jak balsam na mą udręczoną duszę.
Cały czas, od pierwszego roku w szkole słyszałem tylko „Potter”. Lub co gorsza jakieś niemiłe wyzwiska. Usłyszenie swojego imienia, z tych pełnych, różowych ust, było czymś doprawdy ekscytującym.
            - Porozmawiamy? – zapytała.
Skinąłem głową. Wstałem od stołu.
Idąc, cały czas patrzyłem na nią i jej uśmiech. Nie wiedziałem, że Amortencja wywołuje też dobry nastrój…
            - Gdzie chcesz rozmawiać? – zapytałem, gdy w końcu spotkaliśmy się obok drzwi, prowadzących do Wielkiej Sali.
            - Gdziekolwiek – odparła, i pociągnęła mnie za rękę.


***


I've fallen for you
I'm feeling a deja vu
Deja vu
I've fallen for you
Now I've got nothing to do
Deja vu, deja vu



Gdy dotarliśmy do jednej z nieużywanych klas, na czwartym piętrze, puściła moją rękę i stanęła naprzeciwko mnie.
            - Nie wiem kiedy to się stało – wyszeptała. – Ale chyba się w tobie zakochałam – dodała.
Wpatrywałem się w jej zielone tęczówki, i czułem się coraz gorzej. Myślałem, że będę podskakiwać z radości, gdy wreszcie usłyszę takie wyznanie padające z jej ust, ale było zupełnie inaczej.
Wstyd i wyrzuty sumienia zupełnie mną zawładnęły. Merlinie, jak mogłem zrobić coś takiego, osobie którą naprawdę kocham?!
            - Lily – powiedziałem, kręcąc głową. – Ty mnie wcale nie kochasz – dodałem. – Tak ci się tylko wydaje, zrobiłem coś okropnego, za co mnie znienawidzisz do końca życia – wyznałem.
Rudowłosa zagryzła wargę.
            - Jak mogłabym cię znienawidzić, jeżeli cię kocham? – zapytała.
Pokręciłem głową.
            - Lily zrobiłem coś okropnego… - wyszeptałem. – Dolałem ci eliksir do soku, to była…
            - Amortencja – powiedziała za mnie, Lily.
Szeroko otworzyłem oczy.
            - Skąd…? – zapytałem zdziwiony.
            - Czasami mógłbyś słuchać co mówi Slughorn – odparła tym swoim mentorskim tonem. – Amortencja pachnie tym, co lubimy, zapomniałeś? Zapach soku tego nie zmienił, James...
            - Ale… – zacząłem, zupełnie skołowany. – Przecież wypiłaś!
Nagle dziewczyna się uśmiechnęła.
            - Powiedziałaś, że mnie kochasz! Wypiłaś, prawda? Wiedząc, że ci dolałem? Czemu? – zapytałem.
            - Nie wypiłam – odparła, nagle zawstydzona. – Udawałam… Nie musiałam.
Zamrugałem oczami i zacząłem się w nią wpatrywać.
            - Nie musiałaś?
            - Nie – odparła. – Bo ja już się czułam, jakbym to wypiła, rozumiesz?
Mój mózg zupełnie nie działał, bo nie rozumiałem. Jedynie myślałem o tym, że wiedziała o moim podstępie, a i tak powiedziała, że mnie kocha. Czy była by aż tak okrutna?! Żeby tak zadrwić z moich uczuć?
            - James, nie musiałam tego wypijać, bo cię kocham. To spadło na mnie nie wiadomo kiedy. Może zdałam sobie z tego sprawę wtedy, gdy pomogłeś temu chłopcu zaatakowanemu przez Goyla, albo wtedy gdy był ten atak na Hogsmeade, i tak strasznie się bałam gdy nie wracałeś do zamku… Ja… Wcale tego nie chciałam, zawsze tak bardzo mnie irytowałeś, ale od jakiegoś czasu, wszystko się zmieniło! Szkoła, świat czarodziei, nawet ja – powiedziała, dotykając dłonią mojej ręki. – Już nie jesteś tym nieznośnym Potterem, tylko Jamesem, mężczyzną, w którym się zakochałam.
Patrzyłem na nią i nie mogłem w to uwierzyć.
            - Co prawda, chcąc napoić mnie Amortencją, trochę zaprzeczyłeś temu co myślałam, że już wydoroślałeś i jesteś odpowiedzialny, ale ciesz się, że masz tak dobrych przyjaciół – dodała, uśmiechając się łagodnie.
            - Syriusz? – wykrztusiłem. Powiedział jej?
            - Kto by pomyślał, prawda? – odparła, przysuwając się bliżej. – Kocham cię – powiedziała zupełnie poważnie.
            - Nawet nie wiesz, jak bardzo pragnąłem to usłyszeć – powiedziałem, przytulając ją. – Kocham cię, Lily Evans.
Spojrzałem jej w oczy i widząc w nich przyzwolenie, utonęliśmy w tak długo wyczekiwanym pocałunku.


Moments in time
I'm yours and you're mine
Two souls, one heart
Two souls, one heart
(Giorgio Moroder & Sia – Deja vu)