Uchyliłam powieki i lekko
się przeciągnęłam. Poczułam ból mięśni, których chyba jeszcze nigdy tak
naprawdę nie używałam.
Podniosłam głowę z torsu
Jamesa i rozejrzałam się po pokoju. Właściwie wszędzie leżały porozrzucane
ubrania. Jakimś cudem, mój stanik wylądował na żyrandolu…
Zastanawiając się, jak to
mogło się stać, poczułam, że jestem obserwowana.
- Dzień dobry – wyszeptałam, lekko się rumieniąc.
Chociaż, po tym co robiliśmy
tej nocy, nie powinnam się rumienić jak pensjonarka. Ale rudzi tak mają, ok?
Ciągle się rumienią, i niestety bardzo często nie uroczo, a tak, że mają takie
czerwone placki na policzkach, a nawet szyi.
- Dzień dobry – odpowiedział James, patrząc na mnie takim
słodkim, rozespanym wzrokiem, że aż miałam ochotę go zjeść.
No, może nie zjeść, ale
chociaż podgryźć…
Oho, chyba ktoś tu się
zamienia w maniaka seksualnego.
Uśmiechnęłam się i wtuliłam
twarz w lekko drapiącą szyję Jamesa.
- Było cudownie – powiedziałam przechodząc pocałunkami z
szyi na żuchwę.
- Tak cudownie, że chcesz to powtórzyć? – zapytał z
niebezpiecznym błyskiem w oku.
Z uśmiechem skinęłam głową.
***
Było już nieźle po południu,
gdy w końcu wyszliśmy z łóżka.
- Lily? – zapytał jakimś dziwnym głosem James. – Chyba
mamy problem – dodał zduszonym głosem.
Podeszłam do niego i
spojrzałam na to, co trzyma w ręku.
- Pęknięta – wyszeptałam i szybko podniosłam wzrok z
prezerwatywy na twarz bruneta.
Wyrażała jedno: strach.
***
Próbowałam się tym nie
martwic. Naprawdę próbowałam. Myślałam o wypracowaniach, o przygotowaniu się na
następną Transmutację, o tym, że można by skoczyć odwiedzić Hagrida, oraz, że
muszę ustalić nowy grafik patroli.
Ale ta dręcząca mnie myśl,
ciągle gdzieś tam była.
I brzmiała: A co, jeżeli zaszłam
w ciążę?!
Co prawda nie wiem, kiedy ta
prezerwatywa pękła. Ale cholera, nie chcę kończyć szkoły jako przyszła matka! Z
brzuchem.
O matko, ja z ciążowym brzuchem na zakończeniu szkoły?!
Jednak najgorsze w tym wszystkim
było to, że nie wiedziałam co James o tym sądzi…
***
- James! – krzyknęłam, przedzierając się przez zatłoczony
korytarz.
Mogłabym przysiądź, ze mnie
unika. Od dwóch dni właściwie nie rozmawialiśmy. Ba, nawet nie przebywaliśmy w
swoim towarzystwie.
- Lily – powiedział, gdy zrównałam krok z nim i milczącym
Syriuszem.
- Tak, Lily – odburknęłam. Boże, jak on mnie czasami
wkurza! – Musimy porozmawiać – powiedziałam kategorycznie.
Zrobił lekko przestraszoną
minę, ale ruszył za mną, uprzednio machając Syriuszowi.
Skierowaliśmy się na drugie
piętro, do starej klasy od Zaklęć.
- Unikasz mnie, James – powiedziałam. Z pretensją. No bo
jak mogłabym bez? To nie było miłe, do cholery.
- Nie unikam – odparł, opierając się o zakurzoną ławkę. –
Tylko…
- Tylko? – pogoniłam go.
James oblizał wargi i
przelotnie na mnie spojrzał.
- Zawiodłem cię – powiedział.
Zamrugałam oczami,
zdziwiona. Obawiałam się, że raczej powie: „Zrywam z tobą”, albo „Nie jestem
jeszcze gotowy na dziecko”, albo „Jesteś beznadziejna w te klocki”.
- Jak to, zawiodłeś? – zapytałam, przybliżając się do
niego.
- Jeszcze pytasz jak? – odparł oburzony. – Zawaliłem,
Lily. Ta pęknięta prezerwatywa…
- To nie twoja wina – przerwałam mu od razu. – One często
pękają… No, może nie tak często, ale naprawdę, nie martw się na zapas. Za parę
dni powinnam dostać okres. Będziemy się martwic jeżeli nie dostanę – dodałam,
przytulając się do niego.
Oo tak, właśnie tego mi
brakowało przez te dwa dni. Jego ciepłych ramion. No i całej reszty. W sensie,
nawet nie chodził mi o ciało, ale o całą resztę. Hm, brzmi to beznadziejnie.
Brakowało mi po prostu Jamesa.
- To będę stresujące dni – stwierdził, na co się
zaśmiałam.
Nie chciałam tej myśli do
siebie dopuszczać, ale chwilowa myśl o takim miniaturowym Jamesie, wprawiała
mnie w dziwnie dobry nastrój.
***
Czekaliśmy. Każdego poranka
James pytał czy już dostałam, ale cóż, było zupełnie inaczej.
- Spóźnia mi się dwa dni – wyszeptałam, gdy wracaliśmy
całą paczką z kolacji.
James cicho westchnął, ale
objął mnie i pocieszająco pogładził po plecach.
- Co by się nie działo, poradzimy sobie – powiedział.
Tak bardzo chciałam w to wierzyć.
***
- Lily, ile można siedzieć w łazience?! – zawołała
Dorcas, waląc pięścią w drzwi.
Cóż, po prostu byłam w tym
momencie, to dziwne co napiszę, ale trochę nieszczęśliwa.
Albo może inaczej, z jednej
strony byłam naprawdę zadowolona, a z drugiej, czułam lekki żal…
Tak, dostałam okres. Nie,
nie byłam w ciąży. Jeszcze. Hm, na razie.
- Zaraz wychodzę! – odkrzyknęłam.
Był 14 lutego. Walentynki.
Wszyscy szykowali się na wypad do wioski, a my z Jamesem uznaliśmy, że
zostaniemy w zamku.
- Już wolne – powiedziałam, trzaskając drzwiami od
łazienki. – Zobaczymy się wieczorem! – zawołałam do dziewczyn, wychodząc z
dormitorium.
Skierowałam się w stronę
męskich sypialni. Cóż, miałam Jamesowi do przekazania naprawdę ważną wiadomość.
- Cześć – powiedziałam do mijającego mnie w drzwiach
Syriusza, wychodzącego w chmurze piżmowych perfum. – Ale się zlałeś, weź się
przewietrz, bo Dorcas tchu nie złapie! – zawołałam za nim, gdy minął mnie
wołając „Hello, Wiewióro!”.
- Uu, Remusie – mruknęłam, patrząc na blondyna, odzianego
od stóp do głów w czerń. – Świetnie wyglądasz… Amy będzie zadowolona – puściłam
mu oczko.
- Tak myślisz? – zapytał, niepewny. Co jest z tym
Remusem, że jest tak niepewny siebie? Przecież taki z niego świetny facet! –
Dzięki, Lily – mruknął zakłopotany, wymijając mnie w drzwiach.
Zaraz za Remusem, pokój
opuścił Frank oraz Thomas. Wszyscy odstawieni jak stróże w Boże Ciało, czy jak to
tam się mówi.
A my z Jamesem, jak to stare
małżeństwo z trzydziestoletnim stażem, zasiedliśmy na jego łóżku.
- I co? – zapytał.
Poczułam się trochę urażona.
Ej, żadnego „ładnie wyglądasz”, „kocham cię”, albo „wiem, że lubisz poezję, to
może poczytajmy jakieś miłosne liryki, w te walentynki”?
Także, zemsta. No dobra,
może nie zemsta, to za duże słowo. Małe wkręcenie. Zawsze można poćwiczyć swoje
umiejętności aktorskie. Jeżeli nie znajdzie się pracy po szkole, i będzie się
musiało zarabiać pieniądze jeżdżąc z trupą aktorską po małych miasteczkach.
Albo co gorsza, z cyrkiem. Straszne wizje.
- James – zaczęłam poważnym tonem. Trochę płaczliwym. –
Ja nie wiem jak ja sobie poradzę, rodzice wyrzucą mnie z domu! T-to będzie
okropne…
Brunet zrobił przerażoną
minę, a ja zaśmiewałam się w duchu. Merlinie, jestem okrutna!
- Tak, James – wyszeptałam, próbując powstrzymać wybuch
śmiechu. – Noszę pod sercem twe dziecię – tu już zupełnie poleciałam.
- Lily… - westchnął, prawie zgniatając mnie w
niedźwiedzim uścisku. – Niczym się nie martw, wszystko przemyślałem! Od razu
wprowadzisz się do Doliny Godryka, dziecko nie może dorastać bez ojca… Zburzymy
ścianę, między moim pokojem, a gościnnym i powstanie cudowna, ogromna
sypialnia, którą przez pierwszy rok będziemy dzielić z naszym synem…
Zmarszczyłam brwi.
- A co, jeżeli to będzie córka?! – zawołałam z udawaną
pretensją.
- Merlinie, córka? – zapytał. Chyba nie myślał, że już
znam płeć wyimaginowanego dziecka?! Co za kretyn… - Córeczka… Będę jej pilnował
przed chłopakami. Jeżeli trafi się taki jak Syriusz, to zamorduję.
Trochę się zdziwiłam.
Syriusz nie był taki zły. To znaczy, jeżeli pominiemy jego obsesję na punkcie
włosów, motorów, robienia dowcipów i… A no tak. Dziewczyn.
James zaczął planować coraz
więcej rzeczy, a ja poczułam się naprawdę dziwnie.
On to wszystko zdążył
przemyśleć! Co oznaczało, że naprawdę wydoroślał! No, albo chociaż raz w życiu
coś zaplanował.
Za to ja, zachowałam się jak
idiotka. Totalna kretynka.
- … kremowy zdecydowanie bije na głowę beżowy. Jest taki
neutralny, w sam raz do dziecięcej sypialni – powiedział zadowolony, kończąc
opisywać kolory ścian.
- James – przerwałam mu, żeby jeszcze bardziej się nie
nakręcił. – Ja… hm, ja żartowałam. Dostałam okres, nie ma żadnego dziecka.
Spojrzałam na jego twarz. W
jednej sekundzie promieniowała radością, która w następnej chwili została
zastąpiona przez szok. I chyba gniew. O cholera, i urazę. To się wkopałam.
- Lily – jęknął, łapiąc się za głowę. – Mówię o kolorze
ścian, do sypialni dziecka które nie istnieje? I wysłuchujesz tego, z taką
zadowoloną miną? Oszalałaś?
Dobra, rozumiem czemu się
wkurzył. Postąpiłam głupio.
- Chciałam cię tylko wkręcić – powiedziałam i od razu
zaatakowałam. Pamiętajcie dziewczyny – gdy facet ma pretensje, przypominajcie mu
o jakiś starych, nieważnych sprawach! – Ty mnie od pierwszego roku wkręcałeś w
jakieś głupie historyjki! Pamiętasz trzeci rok? – zapytałam.
- Li… Oo tak – westchnął. Spojrzał mi w oczy. – Pamiętam,
i rozumiem co chcesz powiedzieć. Tak a propos, to naprawdę ładnie dzisiaj
wyglądasz – dodał z łobuzerskim uśmiechem.
- Na to czekałam – stwierdziłam i pocałowałam go w usta.
– Ty też nie wyglądasz najgorzej – rzuciłam komplementem, na co James głośno
się roześmiał i powrócił do przerwanego całowania.
***
Dorcas Meadowes nie była
typem zazdrośnicy. Nigdy jej się nie zdarzyło, aby musiała okazywać facetowi
swoją zazdrość.
Nigdy do tej pory.
- Syriusz – wyszeptała, uderzając chłopaka łokciem w
żebra. – Może mnie przedstawisz, hm? – zapytała, patrząc na śliczną blondynkę,
rozmawiającą z jej chłopakiem. W Walentynki. Na ich kolacji.
- Och, przepraszam Dorcas – mruknął czarnowłosy, rzucając
zarumienionej blondynce olśniewający uśmiech. – Dorcas to Leah, moja pierwsza
dziewczyna i wielka miłość – zaśmiał się.
Każda dziewczyna na taki
tekst się spina. No, chyba, że nie zależy jej na chłopaku. A Dorcas, z całą
pewnością zależało na Syriuszu.
- Cześć, Dorcas – przedstawiła się, z niedowierzaniem
patrząc, jak jej chłopak, dostawia krzesło do ich dwuosobowego stolika i
zaprasza dziewczynę na kolację.
- Przyszłam tu z chłopakiem, także dosiądę się tylko na
chwilkę – stwierdziła blondynka, zarzucając gęste włosy na plecy. – Mam
nadzieję, że nie przeszkadzam? – zapytała, patrząc prosto na wkurzoną Dorcas.
- Oczywiście, że nie! – zawołał Syriusz, zupełnie nie
widząc oburzonego spojrzenia brunetki. – Więc, jak ci się powiodło? Dostałaś
pracę w Ministerstwie?
- Tak, pracuję w biurze zastępcy Ministra Magii… Płacą nieźle,
mogłam wyprowadzić się od rodziców. Wynajmuję z chłopakiem mieszkanie w
mugolskiej części Londynu… - rozgadała się.
Dorcas ze wściekłą miną
patrzyła na blondwłosą piękność. Wbiła widelec w spaghetti i zaczęła nakręcać
makaron, rzucając gadającej dwójce jadowite spojrzenia.
Patrząc na klopsiki w swoim
makaronie, wyobrażała sobie, że nabija na widelec głowę tej „wielkiej miłości”.
Tak ją olać! Dla jakiejś byłej dziewczyny!
- Twój chłopak to chyba zatwardzenia dostał – wymruczała
pod nosem, nie spodziewając się, że zostanie usłyszana.
- Dorcas! – zawołał zduszonym głosem Syriusz. Leah
spojrzała na nią ze zdziwieniem.
- Co? – wyburczała. – Wiesz co, Syriuszu? Pozwolę ci pogadać
z byłą. Zobaczymy się w zamku. O ile nie spotkam jakiegoś swojego byłego, dupku
– dodała, odsuwając krzesło od stołu.
Łapiąc kurtkę z wieszaka,
wyszła na ciemną ulicę.
Łzy cisnęły się jej do oczu,
ale nie obejrzała się za siebie.
***
Syriusz Black miał wiele
dziewczyn. Młodszych, w tym samym wieku, a nawet starszych. I z żadną nie miał
problemów. Gdy chciał, to jednym słowem kończył znajomość, lub jeszcze ją
pogłębiał. Tak, pogłębiał – pogłębiał.
Jednak Meadowes... Tak, ona
stanowczo była problematyczna.
- Wpadłeś, co, Syriuszu? – zapytała Leah, patrząc na
oniemiałego chłopaka. – Ładna, spełnia twoje standardy. I ma charakter, nie każda
odważyłaby się zostawić samego Syriusza Blacka, podczas romantycznej kolacji…
- Nie każda – potwierdził i uniósł wzrok, spoglądając kto
rzuca cień na stolik.
- Zbieramy się kotku? – zapytał wysoki brunet, na co Leah
skinęła głową.
- Idź za nią – szepnęła, wstając od stolika.
I chociaż Syriusz Black, z
zasady, nigdy nikogo nie słuchał, tym razem szybko wybiegł z restauracji, i po
raz pierwszy w życiu, gonił dziewczynę na której mu zależało.
***
- Skończony kretyn, bubek, palant, idiota… - wyliczała
Dorcas, wracając z wioski.
Wściekła, szybko
maszerowała, dookoła rozpryskując rozpuszczający się śnieg, zmieszany z błotem.
- Black, zakała męskości, idiota skretyniały – gderała,
czując, że robi się jej lżej na duszy, gdy sobie tak narzekała.
- Ej, nie za ostro? – usłyszała głos za sobą.
- Black, nie odzywaj się do m… Oo – powiedziała,
spoglądając na uśmiechającego się cynicznie chłopaka. – Myślałam, że to
Syriusz.
- Zawiodłem cię? – zapytał chłopak. – Wolałbym, żeby moje
nazwisko nie było tak szargane, szczególnie w ustach Gryfonki – dodał.
Dorcas po raz pierwszy w
życiu, stała naprzeciwko brata Syriusza. Oczywiście, widywała go czasami w
zamku, czy to podczas posiłków, czy też na korytarzu, na przerwach, ale
nigdy z nim nie rozmawiała. Nie wiedziała czego się spodziewać po Ślizgonie.
- Walentynki – westchnął Regulus, szczerząc zęby. – Mój
brat uwielbia rzucać dziewczyny w to święto… Potrzebujesz pocieszenia? Co
prawda nigdy nie lubiłem resztek po Syriuszu, ale dla ciebie mógłbym zrobić
wyjątek.
Dorcas skrzywiła się i
ruszyła w stronę rozświetlonego zamku.
- Nikt mnie nie rzucił. Sama wyszłam – odparła.
- Ty go rzuciłaś? – zapytał, próbując ukryć zdziwienie. –
No, no. Okrutnie. Już cię lubię.
- Nikogo nie rzuciłam! – zawołała oburzona. – Po prostu
wyszłam. Nie smakowała mi kolacja.
Regulus uśmiechnął się i
wyciągnął paczkę papierosów.
- Chcesz? – zapytał, podsuwając brunetce pudełko.
- Chce – wyburczała. – To taki kretyn! – zawołała, gdy się
zaciągnęła. – Jego była przysiadła się do stolika, i sobie gadała, rozumiesz? A
on nawet nie zwracał na mnie uwagi! Gapił się na tę blondynę z wywalonym
jęzorem – dodała rozgoryczonym tonem.
- Ta, Syriusz zawsze szybko zmieniał obiekty zainteresowania
– odparł Regulus. – Wystarczy spojrzeć na mnie i Pottera. Gdy tylko go poznał, zapomniał, że ma brata.
Dorcas spojrzała na niego ze
współczuciem. Nigdy nie zastanawiała się nad tym, co się stało, że bracia
przestali utrzymywać ze sobą kontakt. Myślała, że chodzi o podział – Syriusz
uważał brata za paskudnego Ślizgona. A jednak, kryło się za tym coś więcej…
- Syriusz i James są jak bracia – powiedziała. – Ale to
nie zmienia faktu, że w waszych żyłach płynie ta sama krew… Brakuje ci go?
Regulus rzucił jej szybkie
spojrzenie, zgasił papierosa obcasem buta i wzruszył ramionami.
- Czasami – odparł, wchodząc do zamku.
***
Amy przyglądała się swojej
dzisiejszej randce, spod kruczoczarnej grzywki.
- … i zastanawiałem się, czy ty, w sensie, czy my… Czy
może chciałabyś… Hm, tak myślałem, czy ty… - męczył się Remus, pod jej bacznym
spojrzeniem.
- Chciałabym – przerwała mu, czując co chłopak chce jej przekazać,
w ten słodki, fajtłapowaty sposób.
- Naprawdę?! – zapytał zdziwiony.
- Przecież nie żartowałabym – odparła poważnie. – Ja nie
żartuję. W ogóle nie mam poczucia humoru – dodała zakłopotana.
Remus uśmiechnął się lekko i
dotknął leżącą na stoliku dłoń dziewczyny.
- Dobrze, że ja mam – powiedział. – Będziemy się
uzupełniać.
Amy uśmiechnęła się lekko.
***
- … Hogwart to super miejsce. Co prawda jest tu zimniej
niż we Francji i jedzenie jest dziwne, bo takie haggis, co to w ogóle jest?! –
mówił Thomas.
Marlena patrzyła z uśmiechem
na chłopaka i słuchała jego nieprzerwanej paplaniny.
- Tęsknię za porannymi croissantami z gorącą czekoladą,
bo naprawdę, jeść od rana fasolę? Albo śledzie? Jednak przetrwam to, żebyśmy
mogli być razem… Tęskniłem za tobą, Marleno – dodał cichym tonem.
Blondynka poczuła jak się
rozpuszcza. Co milszego może usłyszeć dziewczyna od ukochanego?
- Też za tobą tęskniłam – odparła, nachylając się nad
filiżanką kawy. – Je
t'aime.
- Cherie, ja ciebie też – mruknął niczym amant ze starego
filmu i nachylił się nad stolikiem, aby utonąć w namiętnym pocałunku.
***
- Dorcas! – zawołał Syriusz, doganiając dziewczynę na
schodach. – Poczekaj – wysapał.
Bieganie w kurtce zimowej i
ciężkich butach nie jest proste, ale jemu zależało. Ależ poświęcenie…
- Czego chcesz? – zapytała Dorcas, nie zwalniając kroku.
– Leah musiała już iść i przypomniałeś sobie o moim istnieniu? – dodała zjadliwie.
- Nigdy nie zapominałem o twoim istnieniu – mruknął,
łapiąc ją za rękę. – Nie musisz martwic się Leą, ona ma faceta, a poza tym…
- Czekam – powiedziała, gdy Syriusz zrobił minę, jakby
uświadomił sobie coś niewiarygodnego.
- To ciebie kocham – odparł.
Dorcas szybko zamrugała.
- Słucham?
Syriusz przewrócił oczami.
- Kocham cię, Dorcas. Jesteś wyjątkowa… Która inna
dziewczyna tak chętnie przesiadywałaby ze mną w schowkach na miotły, pomagała w
dowcipach, albo kryła przed Rudą?
- Hm, no raczej żadna… Ale w takim momencie przypominać o
seksie w schowku na miotły? – wyszeptała, rumieniąc się wdzięcznie. – Też cię
kocham, głupku – dodała szybko, widząc wzrok chłopaka.
***
- Mam coś dla ciebie – powiedział James, spoglądając na
usypiającą rudowłosą.
- Prezent? – zapytała, od razu rozbudzona.
Brunet uśmiechnął się i
skinął głową.
- W końcu to Walentynki, prawda? – zapytał, podając jej
małą paczuszkę, zgrabnie przewiązaną czerwoną wstążeczką.
- Klucz? – zapytała Lily, wyciągając z kartonika srebrny
klucz.
- Mógłbym powiedzieć, że to klucz do mojego serca, ale
przecież to już od dawna masz… To klucz do domu. Naszego domu – odparł, z
satysfakcją patrząc na zszokowane oblicze dziewczyny.
- Dajesz mi na Walentynki dom? – zapytała i zmarszczyła
brwi. – W takim razie co dostanę na pierwszą rocznicę ślubu?
James roześmiał się i
pocałował rozchylone usta ukochanej.
- Wolałbym, żebyś to ty mi coś dała na pierwszą rocznicę
ślubu – odparł.
Lily szeroko otworzyła oczy.
- Naprawdę? – zapytała.
- Tak, to byłby całkiem miły prezent.
O ile dziecko można nazwać
prezentem...
***
Pisząc koniec rzygałam tęczą. Tak obrzydliwie słodkie. Fu. I ta ich chęć posiadania dziecka w wieku 18 lat, Boże, co ja tu tworze?! No, ale muszę trzymać się jako takich faktów.
Ostatnio mam sporo wejśc na bloga zza granicy, miłych wakacji ;)
Tak a propos, jak myślicie, który kraj nadaje się na emigrację? Coś czuję, że w Polsce czeka mnie marna przyszłość, no chyba, że wygram w lotto.
Myślę nad czasowym zawieszeniem bloga. Ostatnio nie mam ani chęci, ani czasu do pisania :|