Nigdy
nie zastanawiałam się nad tym, jak będzie wyglądał koniec mojego życia. Hej, w
końcu byłam młoda, zdrowa i przestrzegałam wszelkich zasad! Dlaczego więc
miałabym przeznaczać czas, który mogłam poświecić nauce, rozmyśleniom o
śmierci? Żadne ze mnie EMO, zapewniam…
Dlatego
teraz, patrząc śmierci w oczy, które tak btw, były całkiem przerażające,
zastanawiałam się czemu? Co prawda te oczy może nie były tak przerażające, jak
paszcza tej śmierci, ale wiecie, kurczę, umrzeć z rąk potwora? Prędzej
pomyślałabym, że moja śmierć nastąpi w skutek źle zmieszanych ingrediencji
podczas eliksirów, ale nie tak.
Powoli
przełykając ślinę, szykowałam się na najgorsze. Na śmiertelne ugodzenie. Na
bolesny koniec. Żałosny. Straszny.
Ostatni
raz, spoglądając w oczy bestii, godziłam się z przykrą rzeczywistością i
żegnałam z moim monotonnym życiem…
***
Szeroko
otworzyłam oczy i głośno wciągnęłam powietrze. Rozejrzałam się po
pomieszczeniu. Przez chwilę, byłam pewna, że poszłam dalej. Gdziekolwiek to
dalej miałoby być. Ale po bliższym przyjrzeniu się stojącym dookoła łóżkom i
rozstawionym parawanom, zrozumiałam, że jestem w Skrzydle Szpitalnym.
Spojrzałam
na swoje przeraźliwie blade, podrapane ręce i przygryzłam wargę. Ugryzłam ją
jeszcze mocniej, jak to miałam w zwyczaju i z głośnym westchnięciem, padłam na
łóżko.
Nie
umarłam. Tak, wiem. Jestem świetna w dedukcji. Żyłam i z tego co widziałam,
miałam się całkiem nieźle. Pomijając te podrapania. Ale wiecie, mając kota,
człowiek przestaje się przejmować czymś takim. Chociaż mój zmęczony umysł, podpowiadał
mi, że te ranki, nie są dziełem mojej kotki. Tylko czegoś o wiele gorszego.
Czegoś, co prawie doprowadziło do mojej śmierci…
Jednego
byłam ciekawa. Tego, kto mnie uratował.
-
Doprawdy, Rogaczu – westchnął Syriusz Black, obserwując swojego przyjaciela. –
Przestałbyś już zwracać na nią uwagę. To zwykły, przeciętny człowiek.
Jednak
James nie oderwał spojrzenia od siedzącej parę miejsc dalej, dziewczyny.
Obserwował ją już od tygodnia, od chwili, gdy wyrwał ją z rąk śmierci.
- A
co sprawia, że ty jesteś tak niezwykły, hm? – zapytał James, nadal, uparcie
wpatrując się w dziewczynę, która całkiem rozkosznie przygryzła wargi.
O i
znowu to zrobiła!
Jak
tak dalej pójdzie, w końcu je sobie odgryzie – pomyślał.
- Ty już wiesz co – odparł Syriusz. – Daj sobie z nią
spokój. Chcesz, żeby odkryła naszą tajemnicę?
James pokręcił głową,
odrywając wzrok od pogryzionych ust dziewczyny i jej nienaturalnie bladej cery.
- Nie martw się – powiedział. – Nic takiego się nie
stanie.
***
Uparcie
przygryzałam wargę i nakręcałam lok na palec. Nadal gryzło mnie to, jak to się
stało, że wylądowałam w Skrzydle Szpitalnym, zamiast na, cóż, stole, jako
potrawka z człowieka, jakiegoś wielkiego potwora. Ktoś musiał mi w tym pomóc,
to była jedyna możliwość!
A
kto jest największym ryzykantem w szkole? Cholerny Potter. Och, to nie tak, że
mnie nie kręci. Kręci, i to jak! Te jego blade oblicze, te nieruchome oczy,
często mnie obserwujące. Coś w nim jest.
Właśnie.
Tylko, co to jest to coś? Od pewnego czasu, bałam się jednego. Tak naprawdę,
nie wpadłam na to sama. Pomogły mi niezawodne książki, oczywiście.
Więc,
zastanawiając się, kto jest nienaturalnie blady, sztywny i czasami
nadpobudliwy, wpadłam na trop. Trop, jakże przerażający zwykłych śmiertelników…
Ale ja byłam inna. Mama zawsze twierdziła, że nadawałam na jakiś dziwnych
falach. Pewnie miała rację, bo kto spędza całe dnie nad książkami i na
wszystkich prycha? Jakiś totalny odludek. Czyli, wypisz wymaluj – ja.
Przechodząc
do mojej hipotezy, miałam dwa tropy. Albo był kimś w rodzaju Supermena, tylko
bez tego obcisłego wdzianka, eksponującego hm, klejnoty, szeroką klatę i
oczywiście, zgrabny tyłeczek. Nie, nie. To chyba było niemożliwe. Bo, hellołł,
Superman bez peleryny? Pfff.
Istniała
druga możliwość. O wiele bardziej podniecająca. Chociaż nadal uważam, że jest
coś w tym obcisłym wdzianku, jednak istnieje coś lepszego. Coś, co sprawia, że
przeciętni ludzie uciekają, ale niee, nie tacy nadający na innych falach, jak
ja.
Moi
drodzy. Moi najmilsi. To wampiry. James cholerny Potter, jest cholernym
krwiopijcą! I ja to udowodnię!
***
Raczej
nigdy nie miałam zbyt dobrej orientacji w terenie. Co jest dosyć przykre, bo
przez dwa lata byłam skautem. Więc, powinnam chociaż umieć wrócić z powrotem z
punktu B do punktu A!
Oczywiście,
zgubiłam się. Zgubiłam się, śledząc wampira. Kogoś, kto ma nadnaturalne
zdolności. O ja tępa!
Przygryzając
wargę, przewróciłam się o korzeń. Cholerny korzeń, cholerny las!
-
Ałłaa – jęknęłam, oglądając swoje podrapane dłonie. – Cholerny wampir.
Słysząc
szuranie butów, na suchym listowiu, spojrzałam za siebie. Byłam sama, w coraz
ciemniejszym lesie, śledząc kogoś, kto może się okazać wampirem.
Stanowczo,
moja mamcia miała rację, mówiąc, że coś ze mną nie tak…
- Evans? – zapytał, rzeczony być może wampir, stając nade
mną.
Cholera!
- Lily – poprawiłam go.
Po nazwisku, to po pysku,
nie?
- Co tu robisz? – zapytał, oglądając się za siebie.
Na gacie Merlina, a jeżeli
jest tu więcej wampirów?! Mogą mnie zjeść. O Morgano, mogę zostać kolacją dla
zgrai zimnokrwistych!
- Śle… Ekhm, wyszłam na spacer – poprawiłam się szybko, o
mało co się nie zdradzając.
Pewnie
moje fale, znowu straciły połączenie z moim mózgiem.
- Wstawaj – powiedział, łapiąc mnie za łokieć. Przelotem
spojrzał na moje krwawiące ranki, spowodowane podrapaniem przez cholerny konar.
I znowu mogłam spojrzeć śmierci w oczy. W końcu taki
wampir nie oprze się świeżej krwi, prawda?
- Masz, wytrzyj – powiedział, podając mi chusteczkę.
Trochę
zdziwiona, przytknęłam chustkę do nadal krwawiącej ranki. Bo, czy taki wampir,
nie powinien się już do mnie przyssać? Nie powinien rozerwać mi gardła? Albo,
no czy ja wiem, chociażby zlizać tej krwi, która ciekła mi po dłoni?
- Dzięki – mruknęłam, przyglądając się chłopakowi.
Patrząc w jego orzechowe oczy, powiedziałam: - Znam twoją tajemnicę – ja to się
zawszę z czymś wyrwę!
Uniósł brew i spojrzał mi w
oczy.
- Znasz? – zapytał zdziwiony.
Skinęłam głową, ciesząc się
jego zainteresowaniem.
- Wiem, kim jesteś – dodałam.
Głośno przełknął ślinę i
skinął, abym kontynuowała.
- Jesteś szybki – powiedziałam, na co bez wahania skinął
głową. – Jesteś też blady i masz chłodną skórę – dodałam, dotykając jego dłoni.
Co prawda, mogło to być spowodowane tym, że nie miał
rękawiczek, ale hej, przecież wiadomo, że to nie może być prawda! To zbyt
oczywiste!
- Masz takie nieruchome spojrzenie… Jesteś… - zaczęłam,
ale to słowo nie chciało mi przejść przez usta.
Spojrzał na mnie i
powiedział:
- Powiedz to.
Przełknęłam ślinę.
- Jesteś wampirem.
Przez chwilę, na ślicznej
polance, na której się znajdowaliśmy, zapadła zupełna cisza. Na upartego, było słychać
tylko szum mych nienormalnych fal i odgłos ssania mojej wargi. Cholerne
przyzwyczajenie!
- Jestem kim?! – zawołał falsetem.
Nie
wiedziałam, że wampiry umiały takie sztuczki! Gadanie kobiecymi głosami, wow,
to lepsze niż laser w oczach!
- Wampirem – powtórzyłam. – Jesteś szybki, masz chłoną
skórę i dziwne, nieruchome spojrzenie.
Patrzył
na mnie jeszcze przez chwilę, po czym wybuchnął szaleńczym śmiechem. Śmiechem,
obłąkanego wampira, jeżeli mamy być dokładni. Tak mi mówiły moje fale.
- Na Merlina, Lily! – zawołał, gdy się uspokoił.
Spoglądając na mnie z
uśmiechem, pokręcił głową.
- Nie jestem wampirem – powiedział, wyciągając różdżkę. –
Jeżeli już i tak próbujesz dojść prawdy, cóż, pokażę ci ją – dodał,
nakierowując na siebie różdżkę.
Dokonując przemiany na moich
oczach, głośno krzyknęłam.
- Ty nie jesteś wampirem! – zawołałam jakże odkrywczo.
Nadal spodziewałam się, że
zamieni się w jakiegoś cholernego nietoperza!
- Jesteś jeleniem – powiedziałam nieco rozczarowana.
Przygryzłam usta i
popatrzyłam zwierzęciu w oczy.
- A tak liczyłam na małe ugryzienie – westchnęłam, czując
olbrzymie rozczarowanie ogarniające moje nienormalne fale.
- To się da ogarnąć – odparł, znowu powracając do swojej
ludzkiej postaci.
Można
powiedzieć, że w pewnej części moje marzenie się spełniło. Co prawda, nie
całował mnie wampir, tylko hm, jelenio- człowiek(?), ale to zawsze jakaś
dodatkowa podnieta, nie?
***
Całkiem możliwe, że już to coś publikowałam, ale nawet nie chce mi się sprawdzac.
Pomyślałam, że aby nie było takiej posuchy na blogu, czasem dodam jakieś dawno temu napisane głupoty, inaczej zwane miniaturkami ;)