czwartek, 17 września 2015

Rozdział 41



Od ostatnich wydarzeń minął już tydzień. Maj na dobre zagościł w kalendarzu i coraz mocniej przypominał o szybko mijającym czasie.
Do OWTM-ów zostało tylko 17 dni!!
Panikowałam. Czasami łapały mnie okropne ataki paniki. Spazmatycznie oddychałam i wmawiałam sobie, że na pewno obleję. Chociaż wszystkim wydawało się, że moja amnezja powinna powoli ustępować, wcale nie było lepiej. Przerażało mnie to, choć próbowałam nie dawać tego po sobie poznać. Nie chciałam martwic przyjaciół i Jamesa.
A propos Jamesa… Teraz, przypominając sobie nasze spotkanie po złapaniu Avery’ego tylko się uśmiecham, ale wtedy wcale nie było mi do śmiechu.


Parę dni wcześniej

Schodziłam za Remusem po schodach, prowadzących z gabinetu Dumbledore’a na korytarz. Nadal w głowie odbijały mi się słowa Avery’ego i jego okrutny śmiech.
Spojrzałam na Jamesa. Stał z zachmurzoną miną. Właściwie, wyglądał na zdrowo wkurzonego.
Poczułam mocny uchwyt na ramieniu i nawet nie zdążyłam wyrazić swojego sprzeciwu – zostałam gdzieś zaciągnięta siłą.
            - Na Merlina, James, puść moje ramię, będę miała kolejne siniaki – wyburczałam, próbując wyrwać się z jego mocnego uścisku.
Chyba zrozumiał, że robi mi krzywdę, bo zwolnił nacisk na moje ramię, ale nadal mnie gdzieś ciągnął.
            - Wchodź – rozkazał.
Spojrzałam na jego poważną twarz i nawet nie próbowałam go przekonywać, że jedyne o czym teraz marzę, to moje łóżko i może szklaneczka Ognistej. Albo dwie.
            - Słuchaj James, nie rozumiem czemu się tak zachowujesz, przecież… - zaczęłam, ale przerwałam, widząc furię malującą się na jego twarzy. Właściwie, patrzyłam na niego zafascynowana. Wydaje mi się, że nigdy aż tak się na mnie nie zdenerwował. Chociaż, może? Przecież nic nie pamiętałam…
            - Dumbledore nam powiedział – odparł, patrząc mi prosto w oczy. – Jak mogłaś stać spokojnie z Remusem pod niewidką i czekać, aż ten szaleniec wykryje waszą obecność?!
            - Ja…
            - Gdzie ten Remus miał głowę? Wydaje się być takim rozsądnym facetem, a w momencie zagrożenia robi coś takiego! Mogliście zginać, gdyby nie Regulus i Dumbledore… Nie żyłabyś, Lily.
Otworzyłam szeroko oczy. Tak, chęć na przespanie co najmniej dziesięciu godzin zupełnie mi minęła.
            - Wiem – odparłam, czując drżącą wargę. – Dokładnie powiedział co chciałby mi zrobić… Nam, zrobić – poprawiłam się.
James zacisnął usta. Widziałam, jak bardzo był zdenerwowany.
            - A ty tam stałaś i tylko na to czekałaś – wyszeptał.
            - Wcale nie! – zawołałam. – Chociaż… Nie, nie mogłam się wycofać, nie przekonując się o co chodzi w tej sprawie.
James pokręcił głową.
            - Postąpiliście z Remusem strasznie głupio, nie podejrzewałbym was o coś takiego, raczej Syriusza, lub siebie… - odparł, po czym przyciągnął mnie do siebie. – Musisz zrozumieć Lily. Jestem wściekły, bo mogło się zdarzyć coś okropnego. Co ja bym bez ciebie zrobił?
I w tym momencie uruchomiła się we mnie fontanna. Inaczej tego nie mogę nazwać – opadł cały stres i strach, i po prostu wybuchłam okropnym płaczem.
            - Nie, nie płacz, nie chciałem na ciebie krzyczeć – wyszeptał James, gładząc mnie po plecach.
            - Chyba jestem zmęczona – odparłam, żałośnie pochlipując. – Przepraszam, że zachowałam się tak głupio, to się już nie zdarzy.
James cicho się zaśmiał.
            - Muszę pogodzić się z faktem, że czasem postępujesz zupełnie nielogicznie – powiedział, opierając brodę na mojej głowie.


***


            - Nie rozumiem… - powiedział Syriusz, rozglądając się po Pokoju Wspólnym. – Czemu wy cały czas się uczycie?
Przewróciłam oczami. Syriusz i jego głupie pytania…
Ale tak, siedzieliśmy w Pokoju Wspólnym i ostro zakuwaliśmy. Chyba każdy z nas, chciał skończyć edukację z całkiem niezłymi wynikami. Każdy, oprócz Syriusza, który leżał na podłodze, z książką pod głową i głupkowatym uśmiechem na ustach.
            - Może dlatego, że do egzaminów zostało już tylko szesnaście dni? – zapytała Dorcas, wskazując na kalendarz, odliczający dni do egzaminów, który to wczoraj zawiesiłyśmy.
            - No i? – zapytał, wpychając sobie do ust kolejne ciastko, z talerza leżącego na niskim stoliku. – I tak już wszystko umiecie, to po co cały czas powtarzacie?
            - Dla rozrywki – odparła znudzona pytaniami Syriusza, Marlena. Odłożyła książkę od Zielarstwa na stolik i złapała za notatnik, w którym zaczęła coś bardzo szybko pisać.
            - Rozrywki, powiadasz? – zapytał Syriusz, drapiąc się po brodzie. – Znam lepsze rodzaje rozrywki, prawda Rogaczu?
            - Uhm – wymruczał James i podniósł głowę, aby spojrzeć na Blacka. – Masz jakiś pomysł, Łapo?
Widząc uśmiech Syriusza, wiedziałam, że coś wymyślił. Ale nie byłabym sobą, gdybym zaprotestowała.
            - My z Jamesem mamy inne plany – odparłam, pociągając bruneta za rękę.
            - Mamy…? – zapytał, ręką przeczesując włosy.
Grzecznie ruszył za mną i uśmiechnął się, gdy puściłam mu oko.
            - Zawsze chciałam coś zrobić, i możesz się śmiać, pozwalam – powiedziałam.
            - Ale z czego mam się śmiać? – zapytał James, rozglądając się po korytarzu, którym szliśmy.
            - Przekonasz się – odparłam.


***


            - Chciałaś popływać?
Uśmiechnęłam się i skinęłam głową.
            - Ale nie tak normalnie, w jeziorze są trytony – odparłam i wyciągnęłam różdżkę. – Najpierw przygotuję nas do tego, dobrze?
James skinął głową.
            - Zamknij oczy – poprosiłam i skierowałam na niego różdżkę, gdy tylko zrobił to, o co prosiłam.
W myślach wymawiając inkantację zaklęć, zmieniałam wygląd chłopaka i swój. Następnie zaklęciem przywołałam łódkę, która stała na środku jeziora.
            - Możesz otworzyć oczy – powiedziałam.


***


Otworzyłem oczy i nie mogłem uwierzyć w to, co widziałem.
            - Wow, Lily – powiedziałem i głośno wciągnąłem powietrze, spoglądając na swój strój. – Dobrze, wytłumacz wszystko – poprosiłem, gdy zobaczyłem, że moje ciuchy zostały zastąpione czymś eleganckim i niezbyt wygodnym.
            - Nie wiem czy ci mówiłam – zaczęła, rumieniąc się lekko. – Ale uwielbiam Jane Austen. Taka mugolska autorka książek. W gruncie rzeczy, może nie o to chodzi, a o czasy. Gdy wszyscy byli tacy eleganccy, mężczyźni zalecali się do kobiet i istniały te wszystkie, teraz zabawne reguły. Chciałabym, żebyśmy odegrali taką scenę. Jak z książki.
Zamrugałem i siłą woli powstrzymałem uśmiech. Lily była zakłopotana i przez to taka słodka.
            - Więc chcesz, abym zabrał swoją damę na łódkę i pożeglował z nią, rozmawiając o błahostkach?
            - Dokładnie tego chcę – odparła, uśmiechając się lekko.
Spojrzałem z podziwem, na sukienkę, którą Lily przetransmutowała ze swojego mundurka szkolnego, na parasolkę chroniącą od słońca, wiszącą na jej nadgarstku i wszedłem w swoją rolę.
Zalotnika? O Merlinie, znowu to samo?
            - Pani Potter… - zacząłem, ale poczułem na nadgarstku dosyć mocne pacnięcie wachlarzem.
Skąd ona wzięła wachlarz?!
            - Panno Evans – odparła wyniośle.
Błysnąłem uśmiechem i od razu się poprawiłem.
            - Panno Evans, czy uczyni mi pani ten zaszczyt i uda się ze mną na krótką wyprawę łódką? – powiedziałem, wskazując dłonią dwuosobową łódkę.
            - Panie Potter, ale czy to wypada? – zapytała, robiąc zniesmaczoną minę. – Tak bez przyzwoitki?
Delikatnie złapałem ją za dłoń, ubraną w białą rękawiczkę.
            - Obiecuję, panno Evans, że pani cnota nie jest zagrożona – powiedziałem, szczerząc zęby.
            - Panie Potter! – westchnęła, rumieniąc się. – Dam się zaprosić, w końcu mój ojciec już dał ogłoszenie w gazecie o naszych zaręczynach.
Zaśmiałem się cicho i trzymając ją za łokieć, poprowadziłem na pomost, do łódki.
            - Panno Evans, cóż za wyszukane obuwie – zauważyłem, spoglądając na jej trampki.
            - Panie Potter, proszę nie patrzeć na moje kostki! – zawołała, z trudem powstrzymując uśmiech. – Dopiero w noc poślubną, łaskawie je panu pokażę.
            - Łaskawie, panno Evans? – zapytałem, i zacząłem wiosłować.
Lily rozłożyła parasolkę, chroniącą od słońca i spojrzała na mnie z psotnym uśmiechem.
            - Bardzo łaskawie, panie Potter – odparła i rozejrzała się dookoła. – Ależ pan jest silny! Już prawie jesteśmy na środku jeziora – zauważyła.
            - Być może, przekona się pani o tym podczas nocy poślubnej – odparłem, zahaczając wiosłami o boki łódki. Dryfowaliśmy. – Panno Evans…
            - Słucham?
            - A może nie będziemy czekać do nocy poślubnej? – zapytałem, pochylając się w stronę dziewczyny.
            - Panie Potter! – powiedziała, udając oburzenie. – Jestem cnotliwą panną z dobrego domu, żadną aktoreczką lub baletnicą.
            - Szkoda – westchnąłem. – Ale na pannę, panno Evans, mógłbym czekać latami.
            - Panie Potter… - wyszeptała, nachylając się do mnie. – Naprawdę, czekałby pan? – zapytała.
            - Zawsze – odparłem, czując, że wypadam z roli. – Zawsze, Lily.
            - James – westchnęła, uderzając mnie po dłoni wachlarzem. – Merlinie, jaki ty jesteś niecierpliwy – dodała, gdy zacząłem sunąc dłonią od jej kostki, wzwyż.
            - Jeszcze tego nie zauważyłaś? – zapytałem, wciągając dziewczynę na kolana.


***


Poprawiłam mundurek, do jako takiego porządku i z rumieńcem patrzyłam na nagi tors Jamesa, widoczny zza niedopiętej koszuli.
            - Jest pan niepoprawny, panie Potter – zażartowałam. – W książkach nie było takich scen.
Widząc błyszczące oczy Jamesa, poczułam miłe dreszcze.
            - Więc dobrze się stało, że je dopisaliśmy – odparł, zapinając koszulę.
Uśmiechnęłam się i zaraz spoważniałam.
            - James…
            - Tak?
            - A co będzie, jeżeli nigdy nie odzyskam pamięci? – zapytałam.
            - Stworzymy nowe wspomnienia, Lily – odparł, przypatrując mi się. – Chociaż… mam pewien pomysł.


***


            - Co tu robimy? – zapytałam, rozglądając się po pomieszczeniu.
Wydawało mi się, że nigdy w nim nie byłam. Znajdowało się w nim dosłownie wszystko. Połamane krzesła, zniszczone miotły, książki, gry, meble, klatki. Jakiś składzik?
            - Podejdźmy tutaj – powiedział, jakby czegoś szukał. – Jest!
Podeszłam do sporego, marmurowego naczynia.
            - Myślodsiewnia? – zapytałam.
James skinął głową.
            - Jeżeli nie możesz odzyskać swoich wspomnień, pokażę ci moje.


***


Wracaliśmy do wieży trzymając się za ręce. Czułam się, jakbym płynęła nad ziemią.
James pokazał mi wszystko. To znaczy, wydaje mi się, że wszystko.
Nasze pierwsze spotkanie. Jego zatargi ze Snapem. Nasze, hm, przekomarzanie. I te najcudowniejsze wspomnienia, których chyba najbardziej mi brakuje.
Pierwsza randka. Początki naszego związku.
Wiedziałam, że sporo mi brakuje. Brakowało mi tego, co czułam. Wyglądało to tak, jakbym na początku szczerze go nie znosiła. Co prawda, mogłam zrozumieć, czemu się w nim zakochałam, ale tak bardzo mi brakowało tych chwil, widzianych z mojej perspektywy.
Avery tak wiele mi zabrał. Ukradł to, co było tak cenne. Bez wspomnień, nie wiedziałam, kim tak naprawdę byłam. Co czułam, co myślałam.
            - Kocham cię – powiedział James, przystając niedaleko obrazu.
            - Też cię kocham – odparłam.
I czułam to. Może to brzmi niewiarygodnie, bo cholera, nie miałam żadnych wspomnień związanych z jego osobą. Ale wspomnienia, to nie było coś, co ściśle wiązało się z uczuciami.
            - Nie mogę się doczekać powrotu do domu – powiedział, przepuszczając mnie przodem.
            - Ja też – odparłam.
I była to najprawdziwsza prawda. Co prawda, nie wiedziałam gdzie ten dom się znajduje i jak wygląda, ale to nie o to chodziło. James był moim domem, moim pragnieniem i wszystkim czego mogłam oczekiwać od życia.


***


Do OWTM’ów zostało tylko siedem dni. Tydzień. Cholerny tydzień.
            - Alicja, zastrzel mnie – poprosiłam, gdy wracałyśmy z biblioteki.
            - Co? – zapytała.
No tak, Alicja jako czystokrwista czarownica nie bardzo się znała na mugolskiej broni.
            - Wydaje mi się, że nic nie umiem. Nic nie pamiętam! – wyjęczałam, poprawiając opadającą torbę, pełną książek i przeróżnych pomocy naukowych.
            - Lil, wszystko umiesz i wszystko pamiętasz – odparła, spoglądając mi w oczy. – Jesteś przygotowana na co najmniej Powyżej Oczekiwań, jak nie na same Wybitne.
            - Wątpię – odparłam i obejrzałam się, słysząc głośny gwizd.
            - Witajcie, śliczne niewiasty – przywitał się Syriusz, wpychając się pomiędzy nas i objął nas mocno. – Czyżbyście znowu się uczyły? Merlinie, z kim ja się zadaję?! – zawołał, spoglądając w niebo.
            - Gdzie zgubiłeś Dorcas? – zapytałam, ignorując pytanie Blacka.
            - Szlaja się gdzieś – odparł, odwracając wzrok.
            - Szlaja? – powtórzyłam. – Jest z… Hm, Al., my z Syriuszem mamy do pogadania – powiedziałam i złapałam Łapę za kołnierz koszulki.
            - Idziemy – powiedziałam, machając zaskoczonej Alicji.
            - Cholera, Ruda, nie tak agresywnie! Rozumiem, że pragniesz małego sam-na-sam z kimś tak seksownym jak ja, bo bądźmy szczerzy, Rogacz, chociaż naprawdę przemiły, nie jest tak przystojny i mądry jak ja – odparł skromnie.
Parsknęłam śmiechem i wskazałam Syriuszowi schody do Sowiarni.
            - Naprawdę chcesz tutaj gadać? – zapytał, z niesmakiem spoglądając pod nogi.
Cała podłoga była usiana odchodami sów. Wiem, niezbyt przyjemne, ale przynajmniej mieliśmy pewność, że będziemy tu sami.
            - Gdzie jest Dorcas? – zapytałam, bacznie obserwując Syriusza.
            - Ruda, jesteś na tyle inteligentna, żeby zgadnąć z kim jest – odparł gorzko.
            - Z Regiem?
            - Cholera, nawet ty?! Reg, Lily, serio? – zawołał.
Hm, ktoś tu jest zazdrosny.
            - Wiesz, że Regulus nam pomaga – odparłam. – Myślę, że nie wiemy o nim wszystkiego… - dodałam po chwili zastanowienia.
Syriusz parsknął.
            - Regulus zachował się całkiem dobrze, to muszę przyznać – powiedział. – Ale czemu musi spędzać tyle czasu z Dorcas? To podejrzane!
            - Przyjaźnią się – zaryzykowałam stwierdzenie. – I jeżeli to robią, to się spotykają.
            - My też się przyjaźnimy, a nie spędzamy czasu sami – powiedział i lekko się uśmiechnął. – No, oprócz tej chwili teraz… No, albo tego momentu, gdy mnie pocałowałaś. Ale wtedy nie byliśmy sami, bo gapiła się na nas cała szkoła.
Otworzyłam szeroko oczy. Co zrobiłam?
            - Co? – zapytałam zszokowana.
Syriusz puścił mi oko, a następnie zacmokał. Co z kretyn…
            - Właściwie, rzuciłaś się wtedy na mnie, Ruda. To było całkiem miłe, chociaż moje lico uważało inaczej. Zostało wtedy paskudnie potraktowane przez Jamesa. Boleśnie, Ruda – odparł, śmiejąc się z mojej miny.
            - Fuj, naprawdę się całowaliśmy? James mi tego nie pokazał – powiedziałam, spoglądając na Syriusza z niedowierzaniem.
            - Phi, jaki facet pokazywałby takie wspomnienie swojej dziewczynie? To jest, żonie. Wiesz, całuję najlepiej w szkole – pochwalił się.
Zmarszczyłam czoło.
            - Syriuszu? – zapytałam szeptem.
            - Tak?
            - Jeżeli twierdzisz, że całujesz najlepiej w całej szkole, czy to znaczy, że całowałeś wszystkich uczniów, nauczycieli i pana FILTCHA? – zapytałam i głośno się zaśmiałam z oburzonej miny Syriusza.
            - Lilyyy – wyjęczał. – Jesteś okropna! – zawołał, gdy skierowałam się do wyjścia.
            - Chodź, wracamy do wieży – powiedziałam, łapiąc go za rękę. – A Dorcas i Regiem się nie przejmuj. Pogadam z nią.
            - Dobra – wyburczał, nadal oburzony moimi insynuacjami.
Czekała mnie poważna rozmowa z Dorcas, której trochę się obawiałam.


***

Przepraszam, że ten rozdział jest tak okropnie zły, ale nie miałam czasu tego czegoś poprawiac. Ostatnie tygodnie były szalone - spędzałam poza domem całe dnie, byłam wykończona i zupełnie nie chciało mi się wymyślac czegoś lepszego.
 Podjęłam decyzję a propos opowiadania - na początku, myślałam, że po prostu zakończę je w tym momencie i tyle. Ale później pomyślałam, że nie lubię zostawiać takich niezakończonych spraw. Więc, jak najszybciej się da, skończę to opowiadanie i tak, będzie następne(chyba). Chciałabym, żeby trzecie opowiadanie w końcu było tym, z czego mogłabym być dumna. Żeby akcja nie działa się tak szybko, aby było więcej dowcipów Huncwotów, lepiej dopracowane postacie oraz niezmienione zakończenie. Innymi słowy - ma być idealnie, a nie na odpierdziel, tak jak jest teraz. 

piątek, 4 września 2015

Rozdział 40



            - Powinienem iść z wami! – powiedział Jamesa.
Spojrzałam na niego spod byka i pokręciłam głową.
            - Ale, Lily…
            - Żadne „ale, Lily” – odparłam, zakładając ręce na piersi i robiąc swoją najpoważniejszą minę prefekta. – W rozpisce mam patrol z Remusem i to z nim pójdę, ty nie musisz nam towarzyszyć.
Tak, jak zazwyczaj troska Jamesa o mnie była naprawdę miła, tak w tym momencie zwyczajnie mnie irytowała.
Spojrzałam na zegarek, który wskazywał już piętnaście po 23. Najwyższa pora, aby wyjść z Pokoju Wspólnego i udać się na obchód zamku.
            - To chociaż weźcie to – powiedział, wpychając mi w ręce przyjemną w dotyku pelerynę.
            - James, ale po co mi peleryna? – zapytałam, oglądając jej śliczny materiał. – Jest ciepło, lato idzie.
James przewrócił oczami i zarzucił ją sobie na ramiona.
            - Oo – wyjąkałam, patrząc na lewitującą w powietrzu głowę bruneta.
            - Peleryna niewidka – wytłumaczył szybko Remus, odbierając ją od chłopaka. – Musimy iść. I nawet nie myśl, żeby podglądać na mapie, poradzimy sobie, Rogaczu.
James kiwnął głową i pocałował mnie w policzek.
            - Do zobaczenia jutro rano – powiedziałam z uśmiechem.
Gdybym podejrzewała co się stanie, błagałabym go o to, żeby poszedł z nami…


***


              Śledziłem go od dobrej godziny. Na początku zupełnie go nie podejrzewałem, ot, zwykły uczeń, zawodnik drużyny quidditcha, niezbyt pilny uczeń, ale też nie należący do najgorszych. Co niezwykłe, prawie nie powiązany z Czarnym Panem.
Ale coś mnie zastanowiło w jego zachowaniu po meczu.
Jego wzrok…
Wyglądał niepokojąco.
Wtapiając się w otoczenie, dzięki zaklęciu Kameleona, zbliżałem się do starszej części lochów.


***


            - Zostały nam już tylko lochy – powiedział Remus, pomagając mi przeskoczyć przez schodek- pułapkę, o którym oczywiście zapomniałam.
            - Lochy i spać – powiedziałam, przecierając oczy.
Było już dobrze po pierwszej w nocy. Obchód całego zamku trochę zajmuje, więc bolały mnie nogi i byłam śpiąca.
Już mieliśmy wyjść z korytarza, prowadzącego do lochów, gdy Remus złapał mnie za rękę.
            - Cii – wyszeptał, przytrzymując mnie przy ścianie.
I wtedy to usłyszałam. Kroki. Ktoś oświetlał sobie drogę i kierował się do… kanciapy Slughorna?
            - Znowu ktoś chce mu coś podwędzić? – zapytałam, przypominając sobie jeden taki przypadek, gdy na piątym roku złapaliśmy z Remusem złodzieja eliksirów.
            - Założymy to i cicho podejdziemy – wyszeptał Remus. – Mógł to być Slughorn, nie chciałbym go zaskoczyć.
Skinęłam głową i poczułam delikatny materiał, opadający na nasze głowy. Patrząc przez tę zadziwiającą pelerynę, cicho podeszliśmy do niedużego pomieszczenia.
Spojrzałam na zamek od drzwi – został otwarty zaklęciem, tego byłam pewna.
            - Gdzie to jest? – usłyszałam zniecierpliwiony głos, po czym dało się słyszeć zimny śmiech.
Złodziej wyszedł z pokoiku, zamykając go zaklęciem i oświetlając sobie drogę różdżką, zaczął się kierować ku schodom.
            - Eliksir Wielosokowy – wyszeptałam, a Remus skinął głową.
            - Idziemy – zadecydował.


***


          Z niedowierzaniem patrzyłem, jak Evans oraz Lupin nikną pod jakąś peleryną. Co prawda, słyszałem opowieści o pelerynach niewidkach, ale były one tak rzadkie, że w życiu bym nie pomyślał, że zobaczę jedną z nich, na własne oczy.
Słysząc kroki na schodach, ruszyłem za osobą, której śledziłem, bojąc się, aby nie wpaść na niewidoczne osoby.
         Trzymając różdżkę w pogotowiu, szedłem jakieś trzy metry za Ślizgonem. W pewnym momencie skręcił i po prostu zniknął.
            - Cholera – westchnąłem, dotykając ściany.
Musiało istnieć jakieś wyjaśnienie! Przecież nie rozpłynął się w powietrzu!
Szukając jakiejś ukrytej dźwigni, usłyszałem za sobą kroki.
Obejrzałem się, ale nikogo nie zobaczyłem. Za to usłyszałem.
            - Zgubiliśmy go, Remusie – powiedziała Evans.
W tym samym momencie dotknąłem ciepłej cegły, zupełnie różniącej się temperaturą od pozostałych.
Patrząc na otwierające się tajemne przejście, usłyszałem westchnięcie dziewczyny.
Z triumfalnym uśmiechem, wkroczyłem do ciemnego korytarza.


***


            - Co jest…? – wyszeptałam, gdy w pewnym momencie na coś wpadłam. Albo na kogoś.
Pod peleryną niewidką, weszliśmy z Remusem do tajemniczego korytarza, który w niewytłumaczalny sposób nam się ukazał.
            - Evans, uważaj – usłyszałam czyjś głos.
            - Syriusz? – zapytałam, patrząc przed siebie.
Dałabym sobie różdżkę złamać, że to głos Blacka!
            - Regulus – odparł głos, na co Remus głośno wciągnął powietrze.
            - Jesteś pod Kameleonem? – zapytał Remus.
            - Tak – odparł głos. – Śledzę go, a wy niepotrzebnie kręcicie mi się pod nogami. Możecie wrócić do swojego ciepłego pokoiku w wysokiej wieży i łaskawie nie przeszkadzać?
Żachnęłam się. Ciepły pokoik na wieży?
            - Idziemy razem – zadecydowałam, na co usłyszałam prychnięcie niewidocznego chłopaka.
Co prawda, nie ufałam mu. Ba, nawet nie wiedziałam kim on jest! To imię nic mi nie mówiło, i nawet jego znajomość z Remusem mnie nie uspokajała.
            - Jeżeli będziemy się kłócić, do niczego nie dojdziemy – powiedział Remus, nasz głos rozsądku. – Idziemy do przodu, i z łaski swojej, zachowajcie ciszę – wyburczał, pociągając mnie naprzód.
Ruszyliśmy przed siebie, ledwo co widząc. Dookoła panowała cisza, przerywana tłumionymi krokami.
Jakieś dziesięć metrów, dzieliło nas od coraz jaśniejszego punktu. Podchodząc do otwartych drzwi, prowadzących do jakiegoś pomieszczenia nie tego się spodziewałam.
Zupełnie.


***


            Z niedowierzaniem patrzyłem na scenę, rozgrywającą się na moich oczach.
Josh Smith, leżał na jakimś starym, poplamionym materacu i niewidzącym wzrokiem patrzył na ścianę. Postać, nachylająca się nad nim… Ta osoba, to był Smith!
Rzucę fajki i Ognistą, mam od nich halucynacje, obiecałem sobie. Spojrzałem jeszcze raz na „drugiego Smitha”, jak go zacząłem nazywać w myślach i po chwili zrozumiałem.
Trzymał w lewej ręce buteleczkę z Eliksirem Wielosokowym. Jego ręka wyglądała dziwnie. Jakby się… przeobrażał.
            - Dawaj włosy, Smith! – rozkazał leżącej postaci, która posłusznie uniosła rękę do przerzedzonej czupryny i wyrwała kolejną kępkę. – Grzeczny – zaśmiał się.
Wrzucił włosy do buteleczki i nią zamieszał.
Spojrzałem na jego twarz i zamarłem. To nie była twarz Smith’a. O nie. To była twarz o wiele gorszej osoby.
Osoby, która już od jakiegoś czasu, zajmowała jedną z cel w Azkabanie.


***


           Patrzyłam z niedowierzaniem na tę scenę. Ale to, co mnie w niej najbardziej przeraziło, to twarz osoby, której myślałam, że już więcej nie zobaczę.
Avery.
Nie zapomniałam go. Niestety. Tak bardzo, chciałabym go nie pamiętać…
Westchnęłam cicho i spięłam się, gdy Avery spojrzał w kierunku drzwi w których staliśmy.
            - Jest tu ktoś? – zapytał. – Homenum Revelio – wyszeptał i zachichotał. – Wyłaź, wiem, że tu jesteś!
Spojrzałam na Remusa, ale pokręcił głową.
            - Avery – usłyszałam i spojrzałam na Regulusa.
Teraz byłam pewna, że wcześniej go widziałam. I chyba domyślałam się, kim był.
            - Black? – zapytała Avery, podchodząc do Ślizgona. – Co tutaj robisz? – zapytał, jak gdyby nigdy nic.
            - Przechodziłem, stary, i postanowiłem wstąpić – sarknął Regulus, na co szatyn głośno się roześmiał.
            - Zawsze cię lubiłem, Black – odparł, po czym spoważniał. – Czarny Pan cię zawiadomił, prawda?
Regulus skinął głową.
Ścisnęłam rękę Remusa i pociągnęłam go w stronę wyjścia. Powinniśmy jak najszybciej zawiadomić Dumbledore’a!
            - Taak, Czarny Pan uwolnił nas z Azkabanu… - powiedział Avery, spoglądając na prawdziwego Smith’a, leżącego na materacu. – Ci z Ministerstwa to zatuszowali! Kretyni… Pan pozwolił mi wrócić, aby się zemścić.
            - Zemścić? – zapytał uprzejmie Regulus, z niepokojem spoglądając na korytarz, w którym nadal staliśmy.
            - Wiesz doskonale jak trafiłem do Azkabanu – odparł, opierając się o ścianę. – Szlama Pottera jest temu winna… Prawie ją dopadłem, wiesz? Tak, to ja ją torturowałem. Nawet nie wiesz, jaką radość sprawiały mi jej krzyki. Ale wiesz co było najgorsze? Ona nie błagała... A miała błagać! – zawołał niczym szaleniec.
            - Rozumiem – mruknął Regulus. – Czemu jej nie wykończyłeś, jak miałeś szansę? – zapytał tak, jakby prowadził rozmowę o najnowszej miotle. Z zainteresowaniem, ale bez przesadnego entuzjazmu.
            - Snape się napatoczył, byłem pod postacią Smith’a, nie mogłem sobie pozwolić na tak szybkie zdemaskowanie – powiedział, patrząc z czułością na eliksir. – Jedyną pociechą było to, że spędziła sporo czasu w Skrzydle Szpitalnym i straciła pamięć – zachichotał.
            - Tak, Potter nie był zadowolony – mruknął Regulus. – A co dla niego zaplanowałeś?
Avery uśmiechnął się obleśnie.
            - Wiesz, chciałem ich zwabić w pewne miejsce i pozwolić Greybackowi działać… Nie wiem czy wiesz, ale bardzo gustuje w takich gładkich szlamach. Co prawda, nie rozumiem czemu tak bardzo lubi gwałcić te ścierwa, ale wyobrażając sobie cierpienie Pottera, patrzącego na taką scenę, może sam bym znalazł w tym jakąś przyjemność?
Poczułam cofającą się kolację. Wbiłam paznokcie w ramię Remusa i całą siłą woli powstrzymywałam się aby nie zwymiotować.
            - Niezły plan – skomentował Regulus.
Spojrzałam na niego z nienawiścią. Syriusz dobrze robił, nie ufając swojemu bratu!
Cofnęłam się o krok i z przerażeniem spojrzałam pod nogi. Kawałek cegły, który musiał odpaść od ściany zachrzęścił mi pod nogami.
            - Homenum Revelio – powiedział Avery. – Wychodzić z ukrycia, albo poślę Avadę!
Spojrzałam na Remusa, a on z poważną miną ściągnął z naszych głów pelerynę niewidkę…


***


     Popatrzyłem na Gryfonów i się załamałem. Czy nie usłyszeli dość, aby iść po Dumbledore’a? Albo się ulotnić? Kretyni!
            - Evans – usłyszałem syk Avery’ego i spojrzałem na przerażoną rudowłosą. – Cieszę się, że cię widzę, szlamo.
            - Nie mogę powiedzieć tego samego o tobie – odparła odważnie.
Uniosłem brew i kiwnąłem do Remusa. Chyba nie podejrzewał, że trzymam z tym szaleńcem, prawda? Musiałem grac! Śmierciożercę, cholernego Śmierciożercę…
            - Szkoda, że nie ma Pottera – wyszeptał Avery, w palcach obracając różdżkę. – Ale jest jego przyjaciel! Pewnie i tak mu wszystko przekaże. Byle dokładnie – dodał, celując różdżką w rudowłosą.
            - Avada… - zaczął, ale stały się dwie rzeczy.
Po pierwsze, posłałem zaklęcie tarczy, które ulokowało się przed Lily i Remusem.
Po drugie, Dumbledore oszołomił Avery’ego…


***


Siedzieliśmy we trójkę przed biurkiem Dumbledore’a i czekaliśmy, aż wróci do gabinetu.
            - Dzięki, Black – powiedziałam, przerywając ciszę, panującą w pomieszczeniu. – Do ostatniej chwili, myślałam, że z nim trzymasz.
            - Zaskoczenie, co Evans? – zapytał i uśmiechnął się. – Ślizgon, poplecznik Czarnego Pana, a nie dał zabić szlamy.
Skrzywiłam się i spojrzałam na chłopaka. W jego oczach zobaczyłam jedno – ból.
            - Wcale taki nie jesteś, Black – odparłam. – I ty dobrze o tym wiesz, chociaż próbujesz udawać.
Wzruszył ramionami i spojrzał na feniksa Dumbledore’a.
            - Feniksy, gdy umierają, spalają się i odradzają – powiedziałam. – To niezwykłe ptaki, Black. Niedoceniane.
            - Nie wiem o co ci chodzi – odparł. – Każdy by to zrobił.
Zaśmiałam się.
            - Nie, Śmierciożerca by tego nie zrobił – odparłam i nim zdążył zareagować podciągnęłam lewy rękaw jego szaty. – A ty nie jesteś Śmierciożercą.
Drzwi otworzyły się z cichym szurnięciem. Całą trójką obejrzeliśmy się na Dumbledore’a.
            - Panno Evans, panie Lupin, czekają na was przyjaciele – powiedział, wskazując nam drzwi. – Pan Potter jest bardzo niecierpliwy – dodał z lekkim uśmiechem.


***


Siedziałem na krześle i czułem się bacznie obserwowany.
            - Co się stało z Avery’m? – zapytałem, aby przerwać krępującą ciszę.
            - Dementorzy przeszli na stronę Voldemorta – odparł dyrektor, siadając za biurkiem. – Więc nie trafi do Azkabanu. Na razie jest przetrzymywany w lochach, pilnowany przez najbardziej zaufanych nauczycieli. Panie Black…
Spojrzałem w niebieskie oczy dyrektora.
            - Wie pan, co pan zrobił, prawda? – zapytał, na co pokręciłem przecząco głową.
Wiedziałem, że moja tarcza ochroniła Evans i Lupina od śmiercionośnego zaklęcia. Ale nie wiedziałem, do czego dąży dyrektor.
            - Opowiedział się pan po stronie dobra – skończył i uśmiechnął się. – Muszę przyznać, że nie spodziewałem się niczego innego, czułem, że jest w panu dobro. Co prawda, Walburgia stosowała przeróżne metody, aby je zniszczyć, ale jej się nie udało.
Skinąłem głową. Chciałem jak najszybciej wyjść z tego pełnego błyszczących instrumentów gabinetu. Czułem, jakbym się w nim dusił.
            - Ochronił pan przyjaciół.
Prychnąłem. Przyjaciele, dobre!
            - Sporo ryzykując. Czarny Pan nie wybacza.
Wykrzywiłem usta. Jakbym nie wiedział!
            - Dlatego, chciałem cię o coś poprosić, czy mogę?
Kiwnąłem głową i spojrzałem wyzywająco na dyrektora.
            - Zostań moim szpiegiem, a nikt się nie dowie o tym, że tak naprawdę powinieneś trafić do Gryffindoru.
Otworzyłem szeroko oczy i spojrzałem na śpiącą Tiarę Przydziału. Powiedziała mu?!
            - Ja… Nigdy nie prosiłem – odparłem. Chciałem, żeby wiedział. – Tylko raz, aby matka… Gdy Syriusz trafił do Gryffindoru, w domu było... ciężko.
            - Rozumiem – przerwał mi. – I ta rozmowa zostanie między nami.
Spojrzałem na starca. Według większości czarodziei, to on był największym magiem naszych czasów. Ale jak mogłem w to wierzyć, widząc jego szczupłe ciało, siwą brodę i włosy. Był stary! Mógł być już za słaby, aby walczyć z kimś tak silnym jak Voldemort.
            - Zostanę twoim szpiegiem – powiedziałem, nim cokolwiek przemyślałem. – Ale nikt nie może o tym wiedzieć… I tak, ktoś już wie – dodałem, przypominając sobie o Dorcas i moim bracie. Oraz Evans. Cholera.
Uśmiechnął się, tym swoim typowym uśmieszkiem.
            - Wieczorem omówimy twoje przyszłe wybory. A teraz wracaj do lochów, Regulusie – odparł.
Wychodząc z gabinetu dyrektora, czułem, że już nic nie będzie jak dawniej. W tym momencie, moja przyszłość była niepewna.
O ile ja mam jakąkolwiek przyszłość…


***


Wszystko się wyjaśniło, i co, ktoś podejrzewał Avery'ego? Znowu się pojawił, co za rzep, nie chce się odczepić ;)
Teraz, cóż, cholera, muszę to napisać. Robię to z ciężkim sercem i trochę mi smutno.
Zawieszam bloga.
Na czas nieokreślony. Może to będzie tydzień, może miesiąc, lub dłużej. Nie mam zielonego pojęcia. Ostatnimi czasy jestem zajęta - kurs, szukanie stażu/pracy(dobrze płatnej, a nie żałośnie płatnej), no i zwyczajne życie. Nie wyrabiam i coś musiałam wyeliminować. Padło na opowiadanie. Jednak obiecuję, że dokończę. Co prawda, już w ogóle nie mam żadnego planu i nie wiem co powinno dziać się dalej, bo zabrnęłam w jakieś dziwne rejony i dziwne zdarzenia, ale może mnie olśni.
Także, do szybkiego hm, czytania? 
 P.S Miniaturki mogą się pojawiać, ostrzegam ;)