Od ostatnich wydarzeń minął
już tydzień. Maj na dobre zagościł w kalendarzu i coraz mocniej przypominał o
szybko mijającym czasie.
Do OWTM-ów zostało tylko 17
dni!!
Panikowałam. Czasami łapały
mnie okropne ataki paniki. Spazmatycznie oddychałam i wmawiałam sobie, że na
pewno obleję. Chociaż wszystkim wydawało się, że moja amnezja powinna powoli ustępować,
wcale nie było lepiej. Przerażało mnie to, choć próbowałam nie dawać tego po
sobie poznać. Nie chciałam martwic przyjaciół i Jamesa.
A propos Jamesa… Teraz,
przypominając sobie nasze spotkanie po złapaniu Avery’ego tylko się uśmiecham,
ale wtedy wcale nie było mi do śmiechu.
Parę
dni wcześniej
Schodziłam za Remusem po
schodach, prowadzących z gabinetu Dumbledore’a na korytarz. Nadal w głowie
odbijały mi się słowa Avery’ego i jego okrutny śmiech.
Spojrzałam na Jamesa. Stał z
zachmurzoną miną. Właściwie, wyglądał na zdrowo wkurzonego.
Poczułam mocny uchwyt na
ramieniu i nawet nie zdążyłam wyrazić swojego sprzeciwu – zostałam gdzieś zaciągnięta
siłą.
- Na Merlina, James, puść moje ramię, będę miała kolejne
siniaki – wyburczałam, próbując wyrwać się z jego mocnego uścisku.
Chyba zrozumiał, że robi mi
krzywdę, bo zwolnił nacisk na moje ramię, ale nadal mnie gdzieś ciągnął.
- Wchodź – rozkazał.
Spojrzałam na jego poważną
twarz i nawet nie próbowałam go przekonywać, że jedyne o czym teraz marzę, to
moje łóżko i może szklaneczka Ognistej. Albo dwie.
- Słuchaj James, nie rozumiem czemu się tak zachowujesz,
przecież… - zaczęłam, ale przerwałam, widząc furię malującą się na jego twarzy.
Właściwie, patrzyłam na niego zafascynowana. Wydaje mi się, że nigdy aż tak się
na mnie nie zdenerwował. Chociaż, może? Przecież nic nie pamiętałam…
- Dumbledore nam powiedział – odparł, patrząc mi prosto w
oczy. – Jak mogłaś stać spokojnie z Remusem pod niewidką i czekać, aż ten
szaleniec wykryje waszą obecność?!
- Ja…
- Gdzie ten Remus miał głowę? Wydaje się być takim
rozsądnym facetem, a w momencie zagrożenia robi coś takiego! Mogliście zginać,
gdyby nie Regulus i Dumbledore… Nie żyłabyś, Lily.
Otworzyłam szeroko oczy.
Tak, chęć na przespanie co najmniej dziesięciu godzin zupełnie mi minęła.
- Wiem – odparłam, czując drżącą wargę. – Dokładnie
powiedział co chciałby mi zrobić… Nam, zrobić – poprawiłam się.
James zacisnął usta.
Widziałam, jak bardzo był zdenerwowany.
- A ty tam stałaś i tylko na to czekałaś – wyszeptał.
- Wcale nie! – zawołałam. – Chociaż… Nie, nie mogłam się
wycofać, nie przekonując się o co chodzi w tej sprawie.
James pokręcił głową.
- Postąpiliście z Remusem strasznie głupio, nie
podejrzewałbym was o coś takiego, raczej Syriusza, lub siebie… - odparł, po
czym przyciągnął mnie do siebie. – Musisz zrozumieć Lily. Jestem wściekły, bo
mogło się zdarzyć coś okropnego. Co ja bym bez ciebie zrobił?
I w tym momencie uruchomiła
się we mnie fontanna. Inaczej tego nie mogę nazwać – opadł cały stres i strach,
i po prostu wybuchłam okropnym płaczem.
- Nie, nie płacz, nie chciałem na ciebie krzyczeć –
wyszeptał James, gładząc mnie po plecach.
- Chyba jestem zmęczona – odparłam, żałośnie pochlipując.
– Przepraszam, że zachowałam się tak głupio, to się już nie zdarzy.
James cicho się zaśmiał.
- Muszę pogodzić się z faktem, że czasem postępujesz
zupełnie nielogicznie – powiedział, opierając brodę na mojej głowie.
***
- Nie rozumiem… - powiedział Syriusz, rozglądając się po
Pokoju Wspólnym. – Czemu wy cały czas się uczycie?
Przewróciłam oczami. Syriusz
i jego głupie pytania…
Ale tak, siedzieliśmy w
Pokoju Wspólnym i ostro zakuwaliśmy. Chyba każdy z nas, chciał skończyć
edukację z całkiem niezłymi wynikami. Każdy, oprócz Syriusza, który leżał na
podłodze, z książką pod głową i głupkowatym uśmiechem na ustach.
- Może dlatego, że do egzaminów zostało już tylko szesnaście
dni? – zapytała Dorcas, wskazując na kalendarz, odliczający dni do egzaminów,
który to wczoraj zawiesiłyśmy.
- No i? – zapytał, wpychając sobie do ust kolejne ciastko,
z talerza leżącego na niskim stoliku. – I tak już wszystko umiecie, to po co
cały czas powtarzacie?
- Dla rozrywki – odparła znudzona pytaniami Syriusza,
Marlena. Odłożyła książkę od Zielarstwa na stolik i złapała za notatnik, w
którym zaczęła coś bardzo szybko pisać.
- Rozrywki, powiadasz? – zapytał Syriusz, drapiąc się po
brodzie. – Znam lepsze rodzaje rozrywki, prawda Rogaczu?
- Uhm – wymruczał James i podniósł głowę, aby spojrzeć na
Blacka. – Masz jakiś pomysł, Łapo?
Widząc uśmiech Syriusza,
wiedziałam, że coś wymyślił. Ale nie byłabym sobą, gdybym zaprotestowała.
- My z Jamesem mamy inne plany – odparłam, pociągając
bruneta za rękę.
- Mamy…? – zapytał, ręką przeczesując włosy.
Grzecznie ruszył za mną i
uśmiechnął się, gdy puściłam mu oko.
- Zawsze chciałam coś zrobić, i możesz się śmiać,
pozwalam – powiedziałam.
- Ale z czego mam się śmiać? – zapytał James, rozglądając
się po korytarzu, którym szliśmy.
- Przekonasz się – odparłam.
***
- Chciałaś popływać?
Uśmiechnęłam się i skinęłam
głową.
- Ale nie tak normalnie, w jeziorze są trytony – odparłam
i wyciągnęłam różdżkę. – Najpierw przygotuję nas do tego, dobrze?
James skinął głową.
- Zamknij oczy – poprosiłam i skierowałam na niego
różdżkę, gdy tylko zrobił to, o co prosiłam.
W myślach wymawiając
inkantację zaklęć, zmieniałam wygląd chłopaka i swój. Następnie zaklęciem
przywołałam łódkę, która stała na środku jeziora.
- Możesz otworzyć oczy – powiedziałam.
***
Otworzyłem oczy i nie mogłem
uwierzyć w to, co widziałem.
- Wow, Lily – powiedziałem i głośno wciągnąłem powietrze,
spoglądając na swój strój. – Dobrze, wytłumacz wszystko – poprosiłem, gdy
zobaczyłem, że moje ciuchy zostały zastąpione czymś eleganckim i niezbyt
wygodnym.
- Nie wiem czy ci mówiłam – zaczęła, rumieniąc się lekko.
– Ale uwielbiam Jane Austen. Taka mugolska autorka książek. W gruncie rzeczy,
może nie o to chodzi, a o czasy. Gdy wszyscy byli tacy eleganccy, mężczyźni
zalecali się do kobiet i istniały te wszystkie, teraz zabawne reguły.
Chciałabym, żebyśmy odegrali taką scenę. Jak z książki.
Zamrugałem i siłą woli
powstrzymałem uśmiech. Lily była zakłopotana i przez to taka słodka.
- Więc chcesz, abym zabrał swoją damę na łódkę i
pożeglował z nią, rozmawiając o błahostkach?
- Dokładnie tego chcę – odparła, uśmiechając się lekko.
Spojrzałem z podziwem, na
sukienkę, którą Lily przetransmutowała ze swojego mundurka szkolnego, na
parasolkę chroniącą od słońca, wiszącą na jej nadgarstku i wszedłem w swoją
rolę.
Zalotnika? O Merlinie, znowu
to samo?
- Pani Potter… - zacząłem, ale poczułem na nadgarstku dosyć
mocne pacnięcie wachlarzem.
Skąd ona wzięła wachlarz?!
- Panno Evans – odparła wyniośle.
Błysnąłem uśmiechem i od
razu się poprawiłem.
- Panno Evans, czy uczyni mi pani ten zaszczyt i uda się
ze mną na krótką wyprawę łódką? – powiedziałem, wskazując dłonią dwuosobową
łódkę.
- Panie Potter, ale czy to wypada? – zapytała, robiąc
zniesmaczoną minę. – Tak bez przyzwoitki?
Delikatnie złapałem ją za
dłoń, ubraną w białą rękawiczkę.
- Obiecuję, panno Evans, że pani cnota nie jest zagrożona
– powiedziałem, szczerząc zęby.
- Panie Potter! – westchnęła, rumieniąc się. – Dam się zaprosić,
w końcu mój ojciec już dał ogłoszenie w gazecie o naszych zaręczynach.
Zaśmiałem się cicho i
trzymając ją za łokieć, poprowadziłem na pomost, do łódki.
- Panno Evans, cóż za wyszukane obuwie – zauważyłem,
spoglądając na jej trampki.
- Panie Potter, proszę nie patrzeć na moje kostki! –
zawołała, z trudem powstrzymując uśmiech. – Dopiero w noc poślubną, łaskawie je
panu pokażę.
- Łaskawie, panno Evans? – zapytałem, i zacząłem
wiosłować.
Lily rozłożyła parasolkę,
chroniącą od słońca i spojrzała na mnie z psotnym uśmiechem.
- Bardzo łaskawie, panie Potter – odparła i rozejrzała
się dookoła. – Ależ pan jest silny! Już prawie jesteśmy na środku jeziora –
zauważyła.
- Być może, przekona się pani o tym podczas nocy
poślubnej – odparłem, zahaczając wiosłami o boki łódki. Dryfowaliśmy. – Panno
Evans…
- Słucham?
- A może nie będziemy czekać do nocy poślubnej? –
zapytałem, pochylając się w stronę dziewczyny.
- Panie Potter! – powiedziała, udając oburzenie. – Jestem
cnotliwą panną z dobrego domu, żadną aktoreczką lub baletnicą.
- Szkoda – westchnąłem. – Ale na pannę, panno Evans,
mógłbym czekać latami.
- Panie Potter… - wyszeptała, nachylając się do mnie. –
Naprawdę, czekałby pan? – zapytała.
- Zawsze – odparłem, czując, że wypadam z roli. – Zawsze,
Lily.
- James – westchnęła, uderzając mnie po dłoni wachlarzem.
– Merlinie, jaki ty jesteś niecierpliwy – dodała, gdy zacząłem sunąc dłonią od
jej kostki, wzwyż.
- Jeszcze tego nie zauważyłaś? – zapytałem, wciągając
dziewczynę na kolana.
***
Poprawiłam mundurek, do jako
takiego porządku i z rumieńcem patrzyłam na nagi tors Jamesa, widoczny zza
niedopiętej koszuli.
- Jest pan niepoprawny, panie Potter – zażartowałam. – W książkach
nie było takich scen.
Widząc błyszczące oczy
Jamesa, poczułam miłe dreszcze.
- Więc dobrze się stało, że je dopisaliśmy – odparł, zapinając
koszulę.
Uśmiechnęłam się i zaraz
spoważniałam.
- James…
- Tak?
- A co będzie, jeżeli nigdy nie odzyskam pamięci? –
zapytałam.
- Stworzymy nowe wspomnienia, Lily – odparł, przypatrując
mi się. – Chociaż… mam pewien pomysł.
***
- Co tu robimy? – zapytałam, rozglądając się po
pomieszczeniu.
Wydawało mi się, że nigdy w
nim nie byłam. Znajdowało się w nim dosłownie wszystko. Połamane krzesła,
zniszczone miotły, książki, gry, meble, klatki. Jakiś składzik?
- Podejdźmy tutaj – powiedział, jakby czegoś szukał. –
Jest!
Podeszłam do sporego,
marmurowego naczynia.
- Myślodsiewnia? – zapytałam.
James skinął głową.
- Jeżeli nie możesz odzyskać swoich wspomnień, pokażę ci
moje.
***
Wracaliśmy do wieży
trzymając się za ręce. Czułam się, jakbym płynęła nad ziemią.
James pokazał mi wszystko.
To znaczy, wydaje mi się, że wszystko.
Nasze pierwsze spotkanie.
Jego zatargi ze Snapem. Nasze, hm, przekomarzanie. I te najcudowniejsze
wspomnienia, których chyba najbardziej mi brakuje.
Pierwsza randka. Początki
naszego związku.
Wiedziałam, że sporo mi
brakuje. Brakowało mi tego, co czułam. Wyglądało to tak, jakbym na początku
szczerze go nie znosiła. Co prawda, mogłam zrozumieć, czemu się w nim
zakochałam, ale tak bardzo mi brakowało tych chwil, widzianych z mojej
perspektywy.
Avery tak wiele mi zabrał.
Ukradł to, co było tak cenne. Bez wspomnień, nie wiedziałam, kim tak naprawdę
byłam. Co czułam, co myślałam.
- Kocham cię – powiedział James, przystając niedaleko
obrazu.
- Też cię kocham – odparłam.
I czułam to. Może to brzmi
niewiarygodnie, bo cholera, nie miałam żadnych wspomnień związanych z jego
osobą. Ale wspomnienia, to nie było coś, co ściśle wiązało się z uczuciami.
- Nie mogę się doczekać powrotu do domu – powiedział,
przepuszczając mnie przodem.
- Ja też – odparłam.
I była to najprawdziwsza
prawda. Co prawda, nie wiedziałam gdzie ten dom się znajduje i jak wygląda, ale
to nie o to chodziło. James był moim domem, moim pragnieniem i wszystkim czego
mogłam oczekiwać od życia.
***
Do OWTM’ów zostało tylko
siedem dni. Tydzień. Cholerny tydzień.
- Alicja, zastrzel mnie – poprosiłam, gdy wracałyśmy z
biblioteki.
- Co? – zapytała.
No tak, Alicja jako czystokrwista
czarownica nie bardzo się znała na mugolskiej broni.
- Wydaje mi się, że nic nie umiem. Nic nie pamiętam! –
wyjęczałam, poprawiając opadającą torbę, pełną książek i przeróżnych pomocy
naukowych.
- Lil, wszystko umiesz i wszystko pamiętasz – odparła,
spoglądając mi w oczy. – Jesteś przygotowana na co najmniej Powyżej Oczekiwań,
jak nie na same Wybitne.
- Wątpię – odparłam i obejrzałam się, słysząc głośny
gwizd.
- Witajcie, śliczne niewiasty – przywitał się Syriusz,
wpychając się pomiędzy nas i objął nas mocno. – Czyżbyście znowu się uczyły?
Merlinie, z kim ja się zadaję?! – zawołał, spoglądając w niebo.
- Gdzie zgubiłeś Dorcas? – zapytałam, ignorując pytanie
Blacka.
- Szlaja się gdzieś – odparł, odwracając wzrok.
- Szlaja? – powtórzyłam. – Jest z… Hm, Al., my z
Syriuszem mamy do pogadania – powiedziałam i złapałam Łapę za kołnierz
koszulki.
- Idziemy – powiedziałam, machając zaskoczonej Alicji.
- Cholera, Ruda, nie tak agresywnie! Rozumiem, że
pragniesz małego sam-na-sam z kimś tak seksownym jak ja, bo bądźmy szczerzy,
Rogacz, chociaż naprawdę przemiły, nie jest tak przystojny i mądry jak ja –
odparł skromnie.
Parsknęłam śmiechem i
wskazałam Syriuszowi schody do Sowiarni.
- Naprawdę chcesz tutaj gadać? – zapytał, z niesmakiem
spoglądając pod nogi.
Cała podłoga była usiana
odchodami sów. Wiem, niezbyt przyjemne, ale przynajmniej mieliśmy pewność, że
będziemy tu sami.
- Gdzie jest Dorcas? – zapytałam, bacznie obserwując
Syriusza.
- Ruda, jesteś na tyle inteligentna, żeby zgadnąć z kim jest – odparł gorzko.
- Z Regiem?
- Cholera, nawet ty?! Reg, Lily, serio? – zawołał.
Hm, ktoś tu jest zazdrosny.
- Wiesz, że Regulus nam pomaga – odparłam. – Myślę, że
nie wiemy o nim wszystkiego… - dodałam po chwili zastanowienia.
Syriusz parsknął.
- Regulus zachował się całkiem dobrze, to muszę przyznać
– powiedział. – Ale czemu musi spędzać tyle czasu z Dorcas? To podejrzane!
- Przyjaźnią się – zaryzykowałam stwierdzenie. – I jeżeli
to robią, to się spotykają.
- My też się przyjaźnimy, a nie spędzamy czasu sami –
powiedział i lekko się uśmiechnął. – No, oprócz tej chwili teraz… No, albo tego
momentu, gdy mnie pocałowałaś. Ale wtedy nie byliśmy sami, bo gapiła się na nas
cała szkoła.
Otworzyłam szeroko oczy. Co
zrobiłam?
- Co? – zapytałam zszokowana.
Syriusz puścił mi oko, a
następnie zacmokał. Co z kretyn…
- Właściwie, rzuciłaś się wtedy na mnie, Ruda. To było
całkiem miłe, chociaż moje lico uważało inaczej. Zostało wtedy paskudnie
potraktowane przez Jamesa. Boleśnie, Ruda – odparł, śmiejąc się z mojej miny.
- Fuj, naprawdę się całowaliśmy? James mi tego nie
pokazał – powiedziałam, spoglądając na Syriusza z niedowierzaniem.
- Phi, jaki facet pokazywałby takie wspomnienie swojej
dziewczynie? To jest, żonie. Wiesz, całuję najlepiej w szkole – pochwalił się.
Zmarszczyłam czoło.
- Syriuszu? – zapytałam szeptem.
- Tak?
- Jeżeli twierdzisz, że całujesz najlepiej w całej
szkole, czy to znaczy, że całowałeś wszystkich uczniów, nauczycieli i pana
FILTCHA? – zapytałam i głośno się zaśmiałam z oburzonej miny Syriusza.
- Lilyyy – wyjęczał. – Jesteś okropna! – zawołał, gdy
skierowałam się do wyjścia.
- Chodź, wracamy do wieży – powiedziałam, łapiąc go za
rękę. – A Dorcas i Regiem się nie przejmuj. Pogadam z nią.
- Dobra – wyburczał, nadal oburzony moimi insynuacjami.
Czekała mnie poważna rozmowa
z Dorcas, której trochę się obawiałam.
***
Przepraszam, że ten rozdział jest tak okropnie zły, ale nie miałam czasu tego czegoś poprawiac. Ostatnie tygodnie były szalone - spędzałam poza domem całe dnie, byłam wykończona i zupełnie nie chciało mi się wymyślac czegoś lepszego.
Podjęłam decyzję a propos opowiadania - na początku, myślałam, że po prostu zakończę je w tym momencie i tyle. Ale później pomyślałam, że nie lubię zostawiać takich niezakończonych spraw. Więc, jak najszybciej się da, skończę to opowiadanie i tak, będzie następne(chyba). Chciałabym, żeby trzecie opowiadanie w końcu było tym, z czego mogłabym być dumna. Żeby akcja nie działa się tak szybko, aby było więcej dowcipów Huncwotów, lepiej dopracowane postacie oraz niezmienione zakończenie. Innymi słowy - ma być idealnie, a nie na odpierdziel, tak jak jest teraz.