poniedziałek, 10 sierpnia 2015

Miniaturka numer 15 - "Zakład"



Jak ja się w to wpakowałam? Ja, osoba do tej pory trzeźwo myśląca, całkiem inteligentna i ze sporą wyobraźnią.
Ale zrobiłam to, jasne? Zrobiłam i żałuję. Merlinie, jak bardzo żałuję… Bo ki diabeł, podkusił mnie, aby o cokolwiek zakładać się z Potterem?


****

Tydzień wcześniej

Było upalnie. Tak gorąco nie było już od co najmniej 33 lat, jak to stwierdził profesor Slughorn, zawzięcie wachlując się pełnym kleksów wypracowaniem Blacka, o eliksirze Wielosokowym.
            - Chodźmy na błonia – zaproponowała Alicja, gdy tylko zabrzmiał dzwonek, oznajmiający koniec zajęć.
            - Chodźmy – zgodziłam się, szerokim łukiem wymijając wychodzących z lochów Huncwotów, aby czym prędzej, i czym dalej się od nich odsunąć.
            - Nienawidzę upałów – mruknęła szatynka, zdejmując zawiązany pod szyją krawat. – Widzę Franka, dołączmy do niego – dodała, gdy zauważyła siedzącego nad jeziorem chłopaka.
Frank i Alicja, to była chyba najpopularniejsza para Hogwartu. Byli ze sobą już od początku czwartej klasy, niestety ich sielanka powoli się kończyła. Frank miał w tym roku zdawać OWTM-y, a nas czekało to dopiero za rok. Alicja była niepocieszona, i starała się spędzać jak najwięcej czasu z chłopakiem.
            - Na pewno już wszystko umiesz, odłóż te książki – jęknęła Alicja, gdy tylko zauważyła, że wokół chłopaka leżą porozkładane podręczniki i gęsto zapisane pergaminy.
            - Już ci poświęcam cały swój czas – odparł Frank patrząc na dziewczynę z błyskiem w oku. – Cześć Lily – dodał.
            - Cześć – mruknęłam, po czym zaczęłam rozsznurowywać trampki, żeby po brodzić w chłodnej wodzie. – Jak ci idzie nauka? – zapytałam, wchodząc coraz głębiej do wody, jednak stanęłam gdy zaczęła mi sięgać kolan, a co za tym szło - spódnicy.
            - Całkiem nieźle – odparł i spojrzał w stronę zamku.
I gdy usłyszałam te znajome głosy, też spojrzałam. I wcale mnie nie zdziwiło to, co widziałam. Bo te dwa osobniki, o przepraszam, raczej szkodniki, są przewidywalne. Zawsze coś im odwala. Zawsze.
            - Zamorduję ich kiedyś – zapowiedziałam, szybko wychodząc z wody i w biegu łapiąc trampki.
Nie raz zastanawiałam się, czemu tylko ja reagowałam na te ich wybryki. Czemu inni prefekci tego nie robili? Chociażby taki Remus? I czemu uczniowie nie zwracali uwagi na innych, być może słabszych?
Odpowiedź jest prosta. Bo się ich boją i nie chcą im podpaść. Oraz niestety, niektórych bawi to, co oni wyprawiają.
            - Black, opuść tę różdżkę, albo zaraz wyląduje ona w twoim arystokratycznym zadku! – krzyknęłam, podbiegając do całkiem sporego zbiegowiska uczniów.
Widok, który tam zastałam wcale nie różnił się od tych, widzianych co najmniej parę razy w miesiącu.
Jakiś chłopak wisiał dzięki zaklęciu Swobodnego Zwisu i ukazywał całemu zgromadzeniu bokserki. Normalnie deja vu. Sytuacja podobna do tej z zeszłego roku, tylko teraz to nie był Snape, tylko jakiś inny Ślizgon.
Tak swoją drogą, czemu to zawsze są Ślizgoni? Uch, no albo Puchoni?
            - Evans! – zawołał Black. Wyglądał jakby się ucieszył… Czy ja już mówiłam, że ta dwójka jest naprawdę dziwna? – Więc mówisz, że gdzie wyląduje moja różdżka? Nie wiedziałem, że lubisz takie ostre zabawy… - wymruczał, co rozśmieszyło uczniów.
            - Zostaw w spokoju tego chłopaka, albo wylądujesz na dywaniku u McGonagall – postraszyłam.
Black był całkiem niezłym aktorem, to musiałam przyznać. Udając szlochanie, padł przede mną na kolana.
            - Proszę, tylko nie u McDziewicy! – zawołał, czym wywołał jeszcze głośniejszy śmiech uczniów.
Spiorunowałam go wzrokiem i spojrzałam na roześmianego Pottera, drugiego sprawcę. Teraz to on kierował różdżkę na Ślizgona.
            - Opuść różdżkę, Potter, bo… - zaczęłam groźnie.
            - Evans, może gdybyś zgodziła się na randkę, zrobiłbym to, o co mnie prosisz – przerwał mi. – Ale jesteś uparta jak osioł – dodał, na co się żachnęłam.
Osioł?!
Czerwona z nerwów i wysokiej temperatury, uniosłam różdżkę i wycelowałam ją w Pottera. Prosto w ten napuszony łeb.
            - Uwolnij go, albo potraktuję cię tak samo – zapowiedziałam. – Czemu nie możesz zachowywać się normalnie, co?! – zawołałam zdesperowana, gdy pokręcił przecząco głową.
Zmarszczył czoło i udał zamyślenie. Bo powiedzmy sobie szczerze – Potter nie myśli.
            - Może mógłbym zachowywać się normalnie – stwierdził po chwili.
Spojrzałam na niego zdziwiona.
            - Wątpię – odparłam, zakładając ręce na piersiach. – Nigdy nie będziesz zachowywał się normalnie, bo jesteś rozpieszczonym dzieciakiem, z manią prześladowczą i zbyt wysokim mniemaniem o sobie.
Potter poruszył nadgarstkiem, uwalniając swoją ofiarę.
            - Założymy się? – zapytał.
I nie wiem co mnie podkusiło, naprawdę. Myślę, że to upał, po prostu mózg mi się przegrzał. Ale powiedziałam:
            - I tak wiem, że wygram.
Nie mogłam się bardziej mylić.


***


Ustalenia zakładu były całkiem proste. Potter przez tydzień miał zachowywać się jak normalny uczeń. Miał nikogo nie zaczepiać, nie żartować, nie pojedynkować się, nie wywyższać. Miał być miły i uczynny, oraz miał mnie nie prosić o randki(musiałam ugrać też coś dla siebie, nie? Tydzień spokoju, marzenie!).
Jeżeli jakimś cudem, udałoby mu się spełnić te wszystkie wymogi, mógł mnie poprosić o cokolwiek by zechciał. Oczywiście, w ramach rozsądku.
            - Nie wytrzymasz, Potter – powiedziałam trzeciego dnia zakładu.
Nadal byłam pewna swego. Co prawda, osobnik zachowywał się całkiem dobrze, ale miał jeszcze cztery dni, żeby to zepsuć. Cztery dni, to całkiem sporo. Cztery dni to 96 godzin. Cztery dni to 5760 minut. To całkiem dużo, zapewniam. Można w tym czasie uwarzyć eliksir Słodkiego Snu i nafaszerować takiego Pottera, aby co najmniej z tydzień pospał… No, lub zrobić coś innego.
            - Oczywiście, że wytrzymam, Lily – odparł, czym mnie zaskoczył. W sensie, nie tym, że mi odpowiedział, w końcu miał być miły. Ale tym, że zwrócił się do mnie po imieniu. Chociaż, z drugiej strony, zwracanie się do kogoś po imieniu, a nie nazwisku to też objaw bycia miłym. Albo chociaż wychowanym. Ale ja zawsze podejrzewałam, że Pottera wychowywało stado gnomów, więc tak, byłam zaskoczona.
            - Rogacz jest uparty, więc szykuj się na porażkę, Evans – dodał Black, spoglądając na mnie z pewną siebie miną. – James, jeszcze poczujesz zapach zwycięstwa!
Przewróciłam oczami i wróciłam do jedzonego śniadania. Powiem jedno: gdybym tylko wiedziała…


***


            - Lily – mruknęła Alicja, próbując zwrócić moją uwagę.
Co, przyznaję, nie było łatwe. Do końca zakładu z Potterem zostały tylko dwie godziny. Dwie godziny! To tylko 120 cholernych minut!
            - Co? – wyburczałam, zawzięcie gapiąc się na kulturalnie rozmawiającego Pottera z Remusem.
            - Może go jakoś sprowokuj? – zaproponowała.
Zmarszczyłam brwi.
            - Do czego? – zapytałam, nadal zajęta tylko jednym: obserwowaniem osobnika.
            - Żeby znowu stał się Potterem… Wiesz, tym nieznośnym – dodała.
Spojrzałam na nią z podziwem.
            - Alicjo, jesteś genialna! – zawołałam, czym zwróciłam na siebie uwagę Kretyna. – Co się gapisz, Potter? – warknęłam zirytowana.
            - Ponieważ, droga koleżanko o jakże cudownym imieniu, jakże pięknego kwiatu, głośno zawołałaś swym jakże śpiewnym głosem, brzmiącym niczym trel słowika… - odparł.
            - Prędzej chomika – wtrącił Black, czym wywołał chichot Petera.
Czy już rozumiecie? Miły Potter był okropny. Nawet przestało mnie przerażać to, czy przegram ten zakład, czy też nie. Jego miły sposób wysławiania się, był po prostu straszny. Patetyczny, i po prostu głupi.
No więc, musiałam. Musiałam go sprowokować do jak najszybszego przegrania. Bo w moim słowniku, nie ma słowa porażka. Tak, nadal wierzyłam w wygraną… Naiwniaczka.
            - Remusie… – zaczęłam, podchodząc do kanapy którą zawsze zajmowali. – Co sądzisz o tym, żeby wybrać się ze mną do kina? – zapytałam, szczerząc zęby do zaskoczonego blondyna. – Oczywiście, mówię o randce – dodałam, żeby kretyn załapał. W sensie Potter, Remus nie jest kretynem.
Spojrzałam prosto na Pottera i lekko się uśmiechnęłam. Miał całkiem ciekawą minę.
            - Koleżanko – zaczął, tym irytującym, miłym tonem. – Koleżanka nie sprowokuje mnie w tak żałosny sposób, do przegrania zakładu. Nie jestem głupi i wiem co robisz.
No dobra, zaskoczył mnie. Zdarzyło się to po raz pierwszy, odkąd to poznałam, tego osobnika.
            - Potter – warknęłam, wyprowadzona z równowagi i z nadzieją spojrzałam na Remusa.
            - Przykro mi, Lily – odparł Remus.
            - Cholerna męska solidarność – wymamrotałam, odchodząc od kanapy.


***


Z paniką spoglądałam na zegarek. Zostały dwie minuty. Potter głupkowato szczerzył zęby, Black patrzył na mnie z wyższością, Remus miał niepewną minę, a Peter… Peter jadł.
            - Alicja, proszę, zabij mnie – mruknęłam, intensywnie wpatrując się we wskazówki zegarka.
            - Lily, chcesz żebym trafiła do Azkabanu? – zapytała zbulwersowana.
            - Tik – tak, Evans! – zawołał Black, wskazując na zegar z kukułką wiszący nad kominkiem.
I stało się. Zegar wybił północ, a Potter jeszcze bardziej wyszczerzył zębole.
            - Wygrałem – obwieścił.
Huncwoci zaczęli mu gratulować, jakby co najmniej odkrył lek na raka.
            - Evans, za mną – rozkazał i skierował się w stronę męskich dormitoriów.
Głośno przełykając ślinę, ruszyłam w ślad za Potterem.
            - Wejdź, proszę – powiedział, przepuszczając mnie w drzwiach.
Zaskoczona (nie myślałam, że nadal będzie zachowywał się kulturalnie), weszłam do pokoju.
            - Ładnie tu – rzuciłam sarkastycznie, widząc wszędzie panujący nieład.
            - Wiem – odparł z uśmiechem i usiadł na jednym z łóżek. – Siadaj.
Usiadłam na zasłanym łóżku (zapewne Remusa) i spojrzałam na Pottera.
            - Dobrze, powiedz jaka czeka mnie kara… Co mam zrobić? Iść z tobą na randkę? Rozpowiedzieć, że dobrze całujesz? A może powiedzieć, że jesteś całkiem niezły w te klocki? – zapytałam.
Potter spojrzał na mnie zaskoczony.
            - Merlinie, Evans, jak ty mnie nisko oceniasz… - powiedział. – Ale dobra, wiem, zasłużyłem. Mam inną prośbę.
            - Prośbę? – osłupiałam.
Prośba, kumacie?!
            - Tak, ale ty się słów czepiasz… Przegrałaś zakład, więc masz zrobić co zechcę, tak się umawialiśmy, prawda?
            - Tak – odparłam, zupełnie nie wiedząc do czego dąży.
Uśmiechnął się i wyciągnął do mnie rękę. Spojrzałam na wyciągniętą dłoń.
            - Mam cię dotknąć? – zapytałam, nic nie rozumiejąc.
Zaśmiał się krótko i pokręcił głową.
            - Nazywam się James – odparł.
No i olśniło mnie.
            - Lily – mruknęłam, lekko ściskając jego rękę. – Jestem pod wrażeniem, Po… to znaczy James – szybko się poprawiłam.
            - Widzę, Lily – odparł. – To co, wracamy do Pokoju Wspólnego?
Skinęłam głową. I tak idąc obok Jamesa, czułam, że ten zakład nie był najgłupszą rzeczą jaką mogłam zrobić w życiu. I wiecie co? Wcale tego nie żałowałam.


***

Dawno nic nie dodawałam, więc jest to coś.
Chciałam ogłosić wszem i wobec, że mózg mi się przegrzał. Aktualnie mój termometr wskazuje temperaturę 33 stopni, co jest dla mnie straszne. Nienawidzę upałów, ledwo żyję. I te upały, oraz przegrzanie mózgu, prowadzą do jednego - w ogóle nie piszę. Mój ugotowany mózg nie tworzy żadnych ciekawych wątków, i tylko mówi: "Żryj te lody!". Niestety, ale nie wiem, czy to nie doprowadzi do jeszcze rzadszego dodawania kolejnych rozdziałów :( Bo niestety, ale został mi tylko jeden rozdział w zapasie - smuteczek.

niedziela, 2 sierpnia 2015

Rozdział 35



Marzec, oprócz tego, że jest miesiącem zwiastującym koniec zimy, jest też czasem, gdy trójka ważnych dla mnie osób ma urodziny.
Świętowanie, zaczyna się 10 marca, gdy to urodziny obchodzi Remus.
Jednak Remus, jako osoba zupełnie niewymagająca, stroniąca od wszelkiego rodzaju imprez, urodziny spędza w gronie najbliższych przyjaciół i znajomych, a od tego roku – także ze swoją dziewczyną.
Organizacją zajęli się Huncwoci, wraz z Amy. Co prawda, obawiałam się współpracy pomiędzy nieco sztywną Amy, a takim wyluzowanym Syriuszem, jednak kolejny raz zostałam mile zaskoczona – nie pozabijali się.
Co prawda, ich wizja urodzin Remusa diametralnie się różniła – Syriusz chciał je urządzić w Pokoju Życzeń, naznosić z kuchni wielkie ilości jedzenia i picia, oraz zaprosić sporo osób, jednak Amy go przystopowała. Stanęło na tym, że urodziny Remusa odbyły się w nieco powiększonej dzięki zaklęciu, sypialni chłopaków, zostało zaproszonych 15 gości, no, ale chociaż w jednym Black miał coś do gadania – było mnóstwo jedzenia.
Następną osobą, obchodzącą urodziny w marcu, jest Dorcas. Czarnowłosa ma urodziny zaraz po Remusie, bo 20 marca.
Niektórzy (w tym ja), optowali za tym, żeby połączyć te dwie uroczystości, ale Syriusz chciał postawić na swoim. Stwierdził, że chociaż swojej dziewczynie urządzi „zajebistą” imprezę… Więc, jak zaplanował – tak zrobił.
Zaprosił gości z każdego domu (tak, nawet Slytherinu!), zamówił wielki tort z Miodowego Królestwa, dostarczył (nie wiem skąd) spore ilości alkoholu i zaproszonym gościom, kazał się przebrać w coś „seksownego” (cały Black!). Wiecie, taka impreza tematyczna.
Okazało się, że Syriusz jest starym zboczeńcem – fetyszystą, bo kupił Dorcas przebranie „Niegrzecznej uczennicy” (tak, dokładnie tak się nazywało).
Jednak największym zaskoczeniem imprezy, była obecność młodszego Blacka, który jak się okazało, został na nią zaproszony przez Dorcas. Nie wnikałam, czemu czarnowłosa go zaprosiła, szczególnie widząc niezbyt zadowoloną minę Syriusza.
Ale kto wie? Może to poprawi ich nie najlepsze stosunki?
I chociaż chciałam, żeby ta impreza, była ostatnią w tym miesiącu, to nie było szans.
Czekały nas jeszcze urodziny Jamesa…                     


***


            - Już możesz swobodnie kupić alkohol w mugolskim sklepie – oznajmiłam, po złożeniu życzeń Jamesowi i gorącym pocałunku – preludium innych przyjemności, które to miały się wydarzyć.
            - Fajnie wiedzieć – stwierdził James, wtulając twarz w moje włosy. – Może darujemy sobie dzisiejsze lekcje i spędzimy moje urodziny w jakiś ciekawszy sposób? – zapytał, jakże delikatnie dając mi do zrozumienia, że ma gdzieś Transmutację i inne zajęcia, a chciałby robić wiadomo co.
A mówią, że facetom wcale nie jedno w głowie… To znaczy, faceci tak mówią.
            - Musimy iść na lekcje – powiedziałam, odrywając usta od jego ciepłych warg. – Ostatnio opuściłeś dwa dni, musisz nadrobić – dodałam, przypominając mu o ostatniej pełni.
            - Lily – jęknął.
            - Żadne Lily, idziemy na zajęcia – odparłam, pociągając go w stronę wyjścia z Pokoju Wspólnego. – To będzie cudowny dzień, więc uśmiechnij się – wyszeptałam, całując go w policzek.


***


Jak na złość, wcale nie szło tak cudownie, jak to sobie zaplanowałam. Miałam naprawdę prosty plan – mieliśmy zaliczyć lekcje, zjeść obiad i miałam do 19 trzymać Jamesa z dala od Pokoju Wspólnego, co naprawdę nie było by trudne.
Ale jak zwykle, moje plany zostały zniszczone…
            - Co zrobiłeś, że masz iść do Dumbledore’a? – zapytałam zdenerwowana, gdy profesor McGonagall poprosiła Jamesa po zajęciach, aby właśnie tam się udał. Natychmiast. I nie miała najweselszej miny.
            - Nic złego – odparł James, ale jego mina świadczyła o tym, że nad czymś się zastanawia.
            - Ostatnio naprawdę dobrze się zachowywałeś, nawet mogłabym powiedzieć, że nie jak Potter, którego znałam kiedyś… - powiedziałam, zupełnie nie słuchając czy coś do mnie mówi. – Może to coś związanego z prefekturą?
            - Może – mruknął, spoglądając na schody prowadzące do Wieży Dyrektora. – Idź na zajęcia, spotkamy się później.
Skinęłam głową i ruszyłam do lochów.


***


James ominął całe, dwugodzinne Eliksiry, przez co, zamiast przyszykować profesorowi Slughornowi jakiś doskonały eliksir, wyszło mi coś godnego Syriusza – jakiś bliżej nieokreślony glut.
            - Jesteś! – zawołałam, widząc Jamesa czekającego pod klasą. Patrząc na jego poważną minę, przystanęłam. – Coś się stało?
            - To nie jest odpowiednie miejsce na rozmowę – odparł, i skinął do Syriusza i Dorcas wychodzących z klasy. – Chodźmy do dormitorium – dodał.
Szliśmy w ciszy. Tylko co jakiś czas rzucałam mu badawcze spojrzenie.
            - Usiądź – powiedział, gdy weszliśmy do męskiego dormitorium. – Dumbledore wezwał mnie z powodu mamy…
Otworzyłam szeroko oczy.
            - Ona… Nie żyje, Lily.
            - James – wyszeptałam, obejmując go. – Co się stało? – zapytałam zszokowana.
            - Chorowała – powiedział, gdy gładziłam go pocieszająco po plecach. – Wiedziałem, że chorowała, ale nie wiedziałem, że to tak poważne, że magomedycy nie mogą pomóc… Zmarła dzisiejszej nocy.
            - Tak mi przykro – powiedziałam.
James spojrzał na mnie.
            - Zostałem sam.
Pokręciłam głową.
            - Masz mnie – odparłam. – I masz przyjaciół.


***


Siedzieliśmy w ciszy parę godzin. Gdy skończyły się zajęcia, poprosiłam Syriusza, aby odwołał imprezę urodzinową.
            - Dumbledore mi coś zaproponował… – powiedział James, przerywając niczym niezmąconą ciszę. – Zaproponował mi wstąpienie do Zakonu Feniksa.
Zamrugałam. Oczywiście, że słyszałam o Zakonie Feniksa. Wśród Gryfonów, było to dosyć popularne – przystępowanie do Zakonu, po zakończeniu szkoły.
            - Co o tym sądzisz? – zapytał, gdy nic nie odpowiadałam.
            - Jeżeli ty w to wejdziesz, to ja też – odparłam tonem nieznoszącym sprzeciwu.
James spojrzał na mnie z podziwem.
            - Aż tak ci na mnie zależy?
            - Najbardziej na świecie – odparłam, zbulwersowana tym, że zadał takie pytanie. – Kocham cię.
            - Ja ciebie też – odpowiedział. – Tak bardzo cieszę się, że cię mam…


***


Dumbledore pozwolił nam na wyjazd do Doliny Godryka. Trzeba było zorganizować pogrzeb pani Potter, załatwić sprawy majątkowe, jednak co najważniejsze – dać czas Jamesowi na pogodzenie się ze śmiercią matki.
Dyrektor załatwił nam w trybie przyśpieszonym świstoklika, którym to, na drugi dzień przenieśliśmy się do rodzinnego domu Jamesa.
            - Tak tu cicho – wyszeptał, rozglądając się po salonie.
I to była prawda. Bez wesołego tonu pani Dorei, dom wydawał się taki… pusty. Obcy.
            - O 13 ma przyjść urzędnik z Ministerstwa – przypomniałam Jamesowi, gdy ruszył schodami na piętro.
            - Będę gotowy.


***


            - Pani Dorea Potter, zapisała panu cały majątek. Odziedziczony po mężu, a pana ojcu, oraz swój osobisty, odziedziczony ze swojej gałęzi rodu – powiedział urzędnik, przeglądając dokumenty.
James skinął głową. Nie spodziewał się niczego innego, w końcu jest jedynakiem.
            - Dziedziczy pan posiadłość rodową Potterów, dom w Irlandii, ziemię na północy Anglii, dwie skrytki w Gringottcie, oraz dwa skrzaty domowe – dodał urzędnik i podsunął Jamesowi jakiś dokument do podpisania.
Po wyjściu wysłannika z Ministerstwa, James zajął się organizacją pogrzebu, zawiadamianiem rodziny oraz znajomych i przeglądaniem rzeczy matki.
            - Nie musisz teraz tego robić – powiedziałam, gdy jednym machnięciem różdżki opróżnił całą garderobę pani Potter. – Skrzaty ugotowały obiad, może zjesz?
            - Gdy skończę – odparł, pakując kolejne torby wypełnione rzeczami osobistymi.
            - Pomóc ci? – zapytałam, podchodząc bliżej.
            - Tak – wyszeptał, spoglądając na ramkę z ruszającym się zdjęciem.
Wzięłam je do ręki i lekko się uśmiechnęłam. Przedstawiała całą rodzinę Potterów. Zdjęcie musiało mieć już z dziesięć lat, James wyglądał na góra ośmiolatka.
            - To było ulubione zdjęcie mamy – powiedział, stając za mną, aby móc oglądać ze mną uchwycony na fotografii moment.
Uśmiechnięta pani Dorea, obejmowana przez swojego wysokiego męża, patrzyła na syna wdrapującego się na drzewo.
            - Pamiętam, że zaraz po zrobieniu tego zdjęcia, spadłem z drzewa – powiedział James i uśmiechnął się do wspomnień. – Mama bardzo się przestraszyła, i chociaż miałem tylko zbite kolano, zabrała mnie do Munga…
            - Bardzo cię kochała… Kochali – poprawiłam się od razu.
            - Kochali – powtórzył James. – Nie możesz mnie opuścić.
Spojrzałam na niego.
            - Nigdy cię nie opuszczę.


***


Ceremonia pogrzebowa w świecie czarodziei wygląda zupełnie inaczej, niż w świecie mugolskim.
Obie ceremonie są na swój sposób piękne. Smutne, ale piękne.
            - Dobrze się czujesz? – zapytałam, gdy wróciliśmy w trójkę do domu.
Syriusz przybył wraz z Dumbledorem na pogrzeb pani Potter. Powiedział, że nie wybaczyłby sobie, gdyby ją opuścił w ostatniej drodze, ponieważ ona nigdy tego nie zrobiła.
            - Dobrze – odparł James i ruszył schodami na piętro.
            - Źle wygląda – mruknął Syriusz, gdy poszłam do kuchni.
            - Wiem – westchnęłam.
Miałam oczy, doskonale widziałam jak wygląda.
            - Stracił już ojca, śmierć matki go przybiła – dodałam, nalewając nam soku.
            - Nawet nie wiedziałem, że Dorea jest chora… - powiedział Syriusz, przyjmując ode mnie szklankę.
            - James nic nie mówił – odparłam. – Myślę, że też niewiele wiedział o jej chorobie. Był naprawdę zaskoczony.
            - Dorea zawsze była uparta – westchnął. – Wiadomo po kim James to ma…
Uśmiechnęłam się lekko.
            - Pójdę do swojego pokoju – dodał, odstawiając pustą szklankę na blat.
Chwilę po Syriuszu, ruszyłam do pokoju Jamesa.


***


            - James? – zapytałam, otwierając drzwi.
W pokoju były zaciągnięte zasłony, więc mało co widziałam.
            - James? – zapytałam ponownie, stając obok łóżka, mało co nie potykając się o buty leżące na podłodze.
            - Żyję – odparł tonem wypranym z emocji.
            - Mogę odsłonić…? – zapytałam, od razu łapiąc za kotarę i pociągnęłam.
            - Merlinie – westchnął James, osłaniając oczy od jasnego światła.
            - Przepraszam – odparłam, siadając obok bruneta na łóżku. – Uwolniłeś skrzaty – dodałam.
            - Zasłużyły – odpowiedział lakonicznie. – Zresztą, nie miały by komu usługiwać aż do końca czerwca.
Skinęłam głową i złapałam go za rękę.
            - Jak się czujesz?
            - Beznadziejnie – odparł poważnie. – Świadomość tego, że dwójka najbliższych mi osób nie żyje, jest dobijająca, Lily. Nie mam już rodziny.
Pogładziłam go po dłoni i zamyśliłam się.
            - James… - zaczęłam. – Czy poczułbyś się lepiej, gdybyś miał jakąś bliską rodzinę?
            - O czym ty mówisz? – zapytał.
Uśmiechnęłam się lekko, gładząc go po policzku.
            - Chyba ci się oświadczam.


***


Ślub.
Jasne, wyobrażałam go sobie całkowicie inaczej. Myślałam, że będą na nim moi, oraz Jamesa rodzice, że będą nasi przyjaciele, a nawet Petunia.
Wyszło zupełnie inaczej.
Byliśmy tylko my, oraz Syriusz. No i urzędnik, nie zapominajmy o osobie udzielającej ślubu.
            - Wszystko jest nie tak – powiedział James, patrząc na jedyną sukienkę którą ze sobą wzięłam – czarną. Od razu skierowałam różdżkę na siebie i zmieniłam jej kolor.
            - Jest tak, jak miało być – odpowiedziałam i złapałam go za rękę.
            - Odważny Wiewiór – pochwalił mnie Syriusz, i uśmiechnął się. – Cieszę się, że to ja jestem świadkiem tego wiekopomnego wydarzenia…
Przewróciłam oczami.
            - Tylko ty byłeś pod ręką.
Uwielbiam rozwiewać nadzieje Blacka. To całkiem przyjemny sport, szczególnie gdy robi tą zabawną minę skrzywdzonego dziecka.
            - Wredota – wymamrotał pod nosem.
Drzwi się otworzyły i stanął w nich niewysoki urzędnik.
            - Pan Potter i panna Evans? – zapytał i gestem zaprosił nas do sali.


***


            - Obrączki?
Spojrzałam zaskoczona na Jamesa, a później Syriusza. Tak zapomnieć!
            - Mam – powiedział James.
Syriusz parsknął cichym śmiechem, widząc moją zaskoczoną minę.
            - Rodziców – wytłumaczył szeptem James, gdy wkładał mi ją na palec. Spojrzałam na cienką, złotą obrączkę. Pasowała idealnie.
Przyjęłam od Jamesa obrączkę i wsunęłam mu ją na palec.
            - Są państwo małżeństwem – oznajmił urzędnik i wyciągnął gigantyczną księgę z szuflady biurka. – Proszę się wpisać, akt ślubu zostanie państwu wysłany w przeciągu trzech dni. Na jaki adres?
Spojrzałam na Jamesa i wzruszyłam ramionami.
            - Hogwart.


***


Wieczorem byliśmy z powrotem w szkole.
            - To się reszta zdziwi – powiedział Syriusz, z uśmiechem witając biegnącą do nas czarnowłosą, wymachującą szalikiem.
            - Jesteście! – zawołała, mocno ściskając nas po kolei. – Mam newsa.
            - My też – odparłam.
Wiadomo czyj news był lepszy, nie? Ale dobrze, powstrzymam się.
            - Mów, Dorcas – rozkazał Syriusz, gdy czarnowłosa się zapowietrzyła.
            - Jadłam obiad z Regulusem… - zaczęła, ale oczywiście Syriusz się wtrącił.
            - Z moim bratem?! – zawołał głosem pełnym pretensji. Zupełnie nietłumionych.
            - A znasz innego Regulusa? – zapytała Dorcas. – Nieważne. Jadłam obiad z Regiem…
            - Regiem?!
            - Merlinie, Regulusem. Powiedział mi coś ciekawego. Hm, pewnie przez przypadek, no, albo tak na niego zadziałałam… Jak chcę, to potrafię, nie?
            - Dorcas – westchnął James. – Do rzeczy.
Dziewczyna popatrzyła na każdego z nas, głośno westchnęła i obejrzała się za siebie.
            - Regulus ma powiązania z Sami – Wiecie – Kim.
Uniosłam brew i spojrzałam na Syriusza. Wcale, ale to wcale nie miał zaskoczonej miny.
            - Ale nie to jest najlepsze… - dodała rozkoszując się chwilą, gdy była w centrum uwagi. – Najlepsze jest to, że Reg zostanie podwójnym agentem. Rozumiecie, jest z nami!
Spojrzała na nasze poważne twarze i głośno westchnęła.
            - Nie cieszycie się, że mamy kogoś w ich szeregach? – zapytała i zastanowiła się chwilę. – Właśnie, a co to mieliście za wiadomość?
Uśmiechnęłam się i wyciągnęłam lewą rękę przed siebie.
            - Wzięliśmy ślub.
            - CO?!
Zszokowaną minę Dorcas zapamiętam na długo. 


***

Poświęciłam trochę czasu i przeczytałam te swoje wypociny. I tak jak do trzydziestego rozdziału, opowiadanie całkiem mi się podoba (nieskromna ja ;), tak od trzydziestego, uważam, że jest nie za ciekawie. Dlatego, jak same widzicie, trochę zmieniam i wprowadzam akcję. No powiedzcie, że was zaskoczyłam! ;) Mam na myśli ten ślub, którego w żadnym wypadku nie planowałam.