piątek, 15 maja 2015

Rozdział 22



31 października z całą pewnością nie jest kolejnym, zwykłym dniem.
Nie w Hogwarcie.
Od samego rana można wyczuć, że stanie się coś innego, magicznego. I tak, 31 października 1977 roku miał zapisać się w mojej pamięci, jako dzień wyjątkowy.
Zaczął się zupełnie zwyczajnie, jak każdy poprzedni. No, może troszkę inaczej, bo to była sobota. A jak wiadomo, jak jest sobota to większość ludzi się cieszy. Jednak taaak, nie ja. Byłam ze wszystkim opóźniona. I to stanowczo.
Miałam do napisania dwa wypracowania, i to diabelnie ciężkie. Ale kto powiedział, że w szkole ma być łatwo? Nasi profesorowie z całą pewnością uważali, że ma być nam jak najtrudniej…
W dodatku poprzedni wieczór, a właściwie noc, była okropna. Nie mogłam usnąć. Cały czas, zastanawiałam się, co takiego robią Huncowci, ile punktów straci przez to Gryffindor, czy zarobią kolejny szlaban, oraz czy sobie czegoś nie zrobią.
Zdecydowanie – bycie z kimś nie jest łatwe. Człowiek martwi się nieustannie o tą drugą osobę, i w ogóle można dostać paranoi. Ja miałam paranoję. Bo czy to jest normalne, że martwię się czy prawie dorosły facet nic sobie nie zrobi?
Co ta miłość wyprawia z ludźmi…
Więc, gdy po śniadaniu, profesor McGonagall poprosiła wszystkich prefektów, żeby zostali i pomogli w przygotowaniach do Nocy Duchów, cóż, było jak zwykle. Bo odkąd jestem prefektem, zawsze pomagam w przygotowaniach. 
Jednak ten rok różnił się od poprzednich tym, że miałam chłopaka. Z którym chciałabym się zobaczyć, ponieważ nie było go na śniadaniu…
Ale co tam, prawda? Lily Evans zawsze musi być taka poukładana i pomocna!
Więc nie. Nie tym razem. 
Zresztą, gdzie się podział Remus? A jeżeli coś im się stało? Przecież to jest wszystkim wiadome – Huncwoci są szaleni…
            - Amy… - mruknęłam do mojego drugiego ulubionego prefekta, po Remusie. – Słuchaj, kiepsko się czuję. Wiesz, babskie sprawy… Możesz mnie zastąpić w roli naczelnej, a ja skoczę do skrzydła po jakiś eliksir przeciwbólowy?
            - Jasne, Lily! – zawołała Amy i od razu przybrała poważną minę. – Do roboty! Mamy mnóstwo rzeczy do zrobienia! – zawołała.
Jasne. Było mi szkoda reszty prefektów…
A nie, Ślizgonów nie. Amy jak chce, potrafi być wymagająca. Może to ona powinna dostać odznakę Prefekta Naczelnego?
Jednak to nie był czas na rozmyślania. Miałam misję do wykonania. Dowiedzenie się, czy mój chłopak jest cały. No, i przy okazji, co z resztą Huncwotów.
Dlatego udając okropne męki, trzymając się za brzuch, wyszłam z Wielkiej Sali. Gdy tylko drzwi się za mną zamknęły, puściłam się biegiem w kierunku Wieży Gryffindoru.
Co było całkiem głupim pomysłem, bo nie mam za grosz kondycji. Po dwóch piętrach ciężko dyszałam i dostałam kolki w prawym boku. Ale brnęłam dalej, w myślach wyklinając Jamesa i wyzywając go od nieczułych drani. 
Bo, cholera, mógł mi chociaż liścik wysłać! Coś w stylu: „Lily, żyję! Spokojnie sobie zawieszaj głupie ozdoby”…
Ale nie! Bo po co, nie? Merlinie, za bardzo się nakręciłam. Ufff, zen, myśl o czymś rozluźniającym… O szeleszczącym pergaminie. O taaak.
Gdy dotarłam na siódme piętro, miałam kolkę też i w lewym boku, ale w gruncie rzeczy byłam wyluzowana.
Przemknęłam niezauważona(a przynajmniej taką mam nadzieję) przez Pokój Wspólny i cichutko weszłam do sypialni Huncwotów.
I możecie sobie wyobrazić moje zdziwienie, gdy zobaczyłam Jamesa.
Spokojnie chrapiącego pod kołdrą!!
A ja się tak martwiłam!
Głupia! Głupia ja!
            - Wstawaj – wysyczałam, wciskając Jamesowi palec wskazujący między żebra.
            - Auaa, Lily? – zapytał, zakładając okulary i krzywiąc się. – Czy coś się stało?
            - Czy coś się stało? – powtórzyłam wkurzona. – Stało się! Do kibla, marsz – wysyczałam.
Gdy już się znaleźliśmy w ich okropnie brudnej łazience, i gdy wyciszyłam pomieszczenie, zaczęłam:
            - Czy ty możesz mi powiedzieć, czemu nie dałeś znaku życia?! – zawołałam, patrząc się na zmieszanego Jamesa. Mogło chodzić o to, że stał przede mną w samych bokserkach. Ale z drugiej strony to facet, więc jego się nie zrozumie, nie?
            - Ale…
            - Wiesz jak się martwiłam? Nie wiedziałam gdzie przepadliście, co robiliście! Przez ciebie nie spałam!
            - Ale, Lily…
            - W dodatku muszę wieszać jakieś głupie ozdoby! Czy ty możesz sobie wyobrazić moją irytację, gdy muszę przebywać w jednym pomieszczeniu dzień po dniu z tym okropnym Avery’m?! W dodatku, gdy się zastanawiam, czy nic wam się nie stało? Z waszymi głupimi pomysłami, wszystko jest możliwe!
            - Lily, ja…
            - Nie James! Postąpiłeś okrutnie! Tak, okrutnie! Nie patrz tak na mnie! To było świństwo! Zwykłe świństwo, i nie, nie zbliżaj się do mnie, bo całowanie tego nie załatwi… Dobra, może załatwi, ale jeżeli najpierw umyjesz zęby…


***


Wiem, wiem, wiem. Lily Evans – rudzielec w gorącej wodzie kąpany. Nie powinnam się tak na niego drzeć, to jest oczywiste. Ale trzeba sobie jakoś wychować faceta, prawda? Przecież nie może myśleć, że gdy będzie przepadał na całe noce z kumplami, ja go przywitam z otwartymi ramionami i słodkim uśmiechem na ustach…
            - Przeszło ci? – zapytał, po całkiem miłej sesji pocałunkowej.
            - Uhm – wymruczałam, przytulając się do nagiego torsu chłopaka.
Hm, no nawet nie zwróciłam na to uwagi. Trzeba będzie się dokładniej przyjrzeć. Jak już się od niego odkleję... Później.
            - Gdzie byliście? Co robiliście?
            - Za dużo pytań Lily… Nie mogę odpowiedzieć – stwierdził, całując mnie w czubek głowy.
            - Jak to: nie możesz? – zapytałam, patrząc mu w oczy.
            - Bo to nie moja tajemnica, Lily – odparł.
Westchnęłam ciężko i pokiwałam głową.
            - Muszę wracać – powiedziałam, odrywając się od bruneta. – Niezłe mięśnie – dodałam, wlepiając wzrok w jego brzuch.
James uśmiechnął się.


***


Gdy wróciłam do Wielkiej Sali, okazało się, że właściwie wszystko zostało zrobione. Hm, cóż. Amy doskonale się sprawdziła!
            - I co, lepiej się czujesz? – zapytała, lewitując nad stołem nauczycieli wielką dynię, która miała zawisnąć za stołem.
            - Taa, dzięki, że mnie zastąpiłaś – odparłam, przyglądając się przystrojonej sali. – Świetna robota.
            - Dzięki – odparła, uśmiechając się z satysfakcją. – I jak ci się układa z Potterem?
Spojrzałam na nią z zaskoczeniem. Amy była lekkim odludkiem towarzyskim, myślałam, że nie wie, że jesteśmy razem.
            - Cudownie – powiedziałam z uśmiechem. – Jest naprawdę cudownie – dodałam, mając na myśli obściskiwanie, które niedawno miało miejsce w łazience. Co tak naprawdę, nie brzmi dobrze. Trochę tanio. Ale co tam!
            - Zazdroszczę… - westchnęła.
Zmarszczyłam brwi i chwilę się zastanowiłam.
            - A co myślisz o Remusie Lupinie? – zapytałam z przebiegłym uśmieszkiem.


***


Tonight I wanna see it in your eyes
Feel the magic
There's something that drives me wild
And tonight we're gonna make it all come true
'Cause girl, you were made for me
And girl I was made for you
(Kiss – I was made for lovin’ you)



To miało stać się właśnie dzisiaj. Noc wyjątkowa, tak jak dziewczyna…
            - Co ty wyprawiasz? – zapytał Syriusz, patrząc jak próbuję użyć Ulizanny.
Ja i moje włosy…
            - Szykuję się na kolację – odparłem, wcierając dziwnie pachnący specyfik we włosy.
            - A po co to robisz? – zapytał, spoglądając na buteleczkę, którą trzymałem w dłoni.
            - Ponieważ, dzisiaj ma być idealnie – odparłem i spojrzałem w lustro.
Nie było najgorzej, włosy się trochę ujarzmiły.
            - Jak sądzisz, czarna koszula, czy biała? – zapytałem, przysuwając to jedną, to drugą do twarzy.
            - Czarna – odparł pewnie Syriusz. – Rozumiem, że stroisz się tak dla Rudzielca?
            - Dla Lily – poprawiłem odruchowo. – Ty się nie szykujesz? Nie chcesz olśnić jakiejś dziewczyny? – zapytałem, mając na myśli przyjaciółkę Lily.
Łapa westchnął i usiadł na łóżku.
            - Idę z Dorcas… Nawet całkiem dobrze się złożyło, że zapomniała minione dwa tygodnie. Ostatnie co pamięta, to randka w Hogsmeade, więc randka w Noc Duchów będzie całkiem dobrym posunięciem taktycznym…
            - Uhm – wymamrotałem. – Dzisiaj to zrobię – oznajmiłem całkowicie od czapy.
            - Co?! Gdzie będziecie to robić? – zawołał podekscytowany Łapa. – No patrz, kto by pomyślał, że Evans to taka mała rozpustnica… Już ci się pcha do łóżka, co?
            - Kurwa, nie! – odparłem zdegustowany. – Dzisiaj oficjalnie jej powiem, że ją kocham, kretynie.
Syriusz przewrócił oczami.
            - Oficjalnie? To reszta była nieoficjalnie? Merlinie, Rogaczu, co ta Evans z tobą wyprawia…
            - Poczekamy, zobaczymy, co Dorcas będzie z tobą robiła – odparłem urażony.
Co jak co, ale do wyznawania uczuć podchodziłem bardzo poważnie. Jak do niczego innego.
            - Dorcas jest niezła, nie powiem, ale nie wiem…
Spojrzałem na niego, zakładając koszulę.
            - Czego nie wiesz?
            - Czy to ta, jeżeli wiesz, o czym mówię – odparł beztrosko.
            - Mam wrażenie, że żadna nie będzie dla ciebie wystarczająco dobra, Łapo – powiedziałem. – Musisz zejść na ziemię i wydorośleć. Kończymy szkołę, a na świecie jest nieciekawie. Trzeba żyć, póki mamy czas…
Syriusz uśmiechnął się kpiąco.
            - Sądzę, że mam mnóstwo czasu, Rogaczu.
            - Obyś miał rację – odparłem wychodząc z dormitorium.


***


James przez całą kolację był dziwnie spięty. Gdy większość żartowała i cieszyła się świetną kolacją, on siedział zamyślony i patrzył na mnie. Czułam się naprawdę nieswojo pod tym spojrzeniem.
            - Świetny występ – powiedziałam, mając na myśli przedstawienie duchów, które przed chwilą się skończyło.
            - Taa – mruknął i spojrzał na mnie żywiej. – Przejdziemy się po błoniach?
Z uśmiechem skinęłam głową. Ruszyliśmy z coraz bardziej pustoszejącej Wielkiej Sali w kierunku wyjścia z zamku.
            - Ładny wieczór – skomentowałam, gdy skierowaliśmy się w stronę jeziora.
            - Zimno jest, poczekaj – odparł James i zaklęciem przywołał nasze kurtki.
Szliśmy w milczeniu, trzymając się za ręce. Wieczór był naprawdę piękny. Księżyc oświetlał nam dróżkę dookoła jeziora, drzewa delikatnie poruszały gałęziami pod wpływem wiatru… Romantycznie.
            - Stańmy tutaj – powiedział nagle James.
            - Ładnie – skomentowałam, mając na myśli księżycowe światło, odbijające się w wodzie. Ej, no co? Zauważam takie rzeczy… Może i nie jestem aż tak dziewczyńska jakbym chciała, ale naprawdę lubię łono natury.
            - Tak, bardzo ładnie – wymamrotał, i spojrzał mi prosto w oczy. – Lily, ja… - zaczął i się zapowietrzył.
            - Tak, James? – zapytałam, mając ogromną nadzieję.
Że to wreszcie powie! Słowo na K!
            - Kocham cię, Lily – wyszeptał, przybliżając swoją twarz do mojej. – Chciałbym, żebyśmy już zawsze byli razem… O ile czujesz do mnie to samo – zastrzegł.
Zaśmiałam się cicho, wzruszona.
            - Jak możesz myśleć, że jest inaczej? Gdzie twoja pewność siebie, hm? – odparłam i szybko dodałam: - Kocham cię. Jak nikogo innego. I sądzę, że oboje podzielamy chęć spędzenia razem reszty życia…
            - Czy to oferta matrymonialna? – zapytał James, szczerząc zęby.
            - Może jeszcze uklęknąć, co? – odparłam ze śmiechem.
James pokręcił głową i przyciągnął mnie do siebie.
            - Myślę, że to ja wezmę na siebie obowiązek oświadczyn… - wyszeptał, i złożył na moich ustach tak wyczekiwany pocałunek.


***


            - Przedstawienie było świetne, prawda? – zapytała Dorcas.
Idący obok niej chłopak skinął głową.
            - Całkiem niezłe – przyznał.
Cały czas myślał o słowach swojego najlepszego przyjaciela, Rogacza. Czy mógł mieć on rację? Czy dla niego, Syriusza Blacka, każda dziewczyna była dobra tylko na chwilę?  
            - … słuchasz? – zapytała czarnowłosa, patrząc bystro na chłopaka. – Aż tak przynudzam?
            - Nie, przepraszam – odparł Syriusz i objął dziewczynę. – Wracajmy do wieży.


***


            - Powiedział to! – zawołałam.
Czułam się jak zwycięzca. Niezwyciężona. Cholera, masło maślane. Od początku… 
Czułam się niezwyciężona i bardzo szczęśliwa. W końcu stało się coś na co wcale nie czekałam całe życie, ale tak, gdzieś w głębi o tym marzyłam.
Na pierwsze wyznanie miłości. I muszę przyznać, że na to jedne jedyne, na całe życie.
            - O Merlinie!! – ryknęła Marlena, rzucając się na mnie. – Kiedy? Gdzie? Co odpowiedziałaś?
            - Ej, spokojnie – odparłam i uśmiechnęłam się do podekscytowanej blondynki. – Nad jeziorem, po dwudziestej piętnaście i powiedziałam, że ja też go kocham.
            - Ojej, ty to potrafisz tak wszystko co piękne, wyrazić jednym, suchym zdaniem… - westchnęła Alicja. – Jaką miał minę, gdy to mówił?
            - Zmieszaną i odrobinę roztargnioną – odparłam, rzucając się na łóżko. – Ale wiecie, słodką.
            - Gdzie patrzył, gdy to mówił? – zapytała Dorcas, siadając obok mnie.
            - Patrzył mi prosto w oczy – powiedziałam. – Ma piękne oczy…
            - I gdy to powiedział, ty odparłaś… co? – zapytała Marlena.
            - Powiedziałam: Kocham cię jak nikogo innego… W każdym razie coś w tym sensie. Aa i że chciałabym z nim spędzić resztę życia.
            - Romantycznie – wymruczała Dorcas. – Szkoda, że nigdy nie doczekam się takiego wyznania od Syriusza…
            - Czemu? – zapytała od razu Alicja.
            - Myślę, że już mu się znudziłam… Dzisiaj był taki, ech, inny – odparła czarnowłosa. – Myślicie, że kogoś już ma na oku?
            - Dorcas, no co ty! – zawołałam. Jasne, Syriusz miał różne odchyły, ale przecież tak się przejął tym napadem na Dorcas! Nie mógłby w tym czasie myślec o innej! – Na pewno tak nie jest. Syriusz po prostu nie jest wylewny. Musisz poczekać.
            - Taa – westchnęła. – Idę się myc.
            - Myślicie, że jest coś na rzeczy? – zapytała Marlena, gdy Dorcas zniknęła w łazience.
            - Jeżeli tak, to zamorduję Blacka, jeżeli ją skrzywdzi – odparłam.


***


Niedziela. Idealny czas na spędzanie czasu z ukochanym.
            - Jest pięknie – westchnęłam, wtulając się w ramię Jamesa.
            - Uhm – zgodził się ze mną James (to była zgoda, prawda?) i objął mnie ramieniem. – Może odpuścimy sobie śniadanie, skoczymy do kuchni, weźmiemy trochę jedzenia i spędzimy razem dzień w Pokoju Życzeń?
Już rozumiecie dlaczego go kocham? Jest całkiem romantyczny… Jak się postara.
            - Cudowny pomysł – wyszeptałam i pocałowałam go w policzek.
Korytarze szkolne stanowczo nie są dobrym miejscem do obściskiwania. Ale Pokój Życzeń? To coś całkiem innego…
            - Jesteś taka… - zaczął James, ale nie skończył. Za to powiedział coś, czego zupełnie się nie spodziewałam. – Co Peter robi z Jane McClusky?
Nie dowiedziałam się, jaka według Jamesa jestem. Za to zobaczyłam Petera Pettigrew idącego przez szkolny korytarz z Jane McClusky za rękę.
I widząc jej spojrzenie, wiedziałam, że jeszcze nie wygrałam wojny.



***


Znowu dodaję wcześniej, cóż, tylko po to, żeby jutro nie zasiąść przed laptopem - mnóstwo nauki przede mną!! Praktyki są tak świetne, jestem mega, mega szczęśliwa! Robienie tego, co się lubi to na prawdę cudowne uczucie :) 
Co do opowiadania, to o czym chciałybyście czytać? Możecie mi podrzucić jakieś pomysły w komentarzach, bo serio, ostatnio nie mam jakoś do tego głowy, a nie chcę powtórzeń z tamtego opowiadania. Ale wiecie, zdrady nie wchodzą w rachubę. Zupełnie nie rozumiem tych opowiadań, w których L.E i J.P notorycznie się zdradzają, jest to zupełnie bez sensu. 
Myślałam, o tym, żeby każdy z bohaterów przemówił - co myślicie o tym, żebym napisała rozdziały z perspektyw Huncwotów, oraz dziewczyn? Nie tak jak kiedyś, takie małe fragmenty, ale osobne rozdziały?

poniedziałek, 11 maja 2015

Rozdział 21



Profesor McGonagall dała nam okrutną karę. Szlaban polegający na segregacji szkolnych mioteł w schowku, tym obok boiska do quidditcha. Taak, tym samym, który całkiem niedawno próbował doprowadzi do jako takiego porządku James.
Ogólnie powinno nam pójść szybko. Cztery osoby zapędzone do głupiej pracy, polegającej na oglądaniu mioteł i sprawdzaniu, czy jeszcze do czegoś się nadają.
Jednak było parę „ale”. Jedyna osoba, która znała się na miotłach, siedziała w kącie pomieszczenia, i wyrzucała sobie swoje zachowanie.
Taa, Dorcas całkiem szybko pojęła, że popełniła błąd, myląc starszego Blacka z młodszym. I z pewnością flirtowanie z Remusem, na oczach Syriusza, nie było dobrym posunięciem. Doprowadziło tylko do tego, że czarnowłosy poderwał jakąś blondwłosą Puchonkę. I dokonał tego podczas półgodzinnego obiadu.
Byłam pod wrażeniem. Takiemu Jamesowi podryw zajął dwa lata. A Black uwinął się z tym błyskawicznie!
Więc siedziałyśmy wśród sterty mioteł, zupełnie nie ogarniając tematu. Pilnujący nas Remus, też nie był zbyt pomocny.
            - Myślicie, że ta się do czegoś nadaje? – zapytała Alicja, oglądając miotłę, która chyba nadawała się już tylko do zamiatania. Miała powyginane witki i nadłamaną rączkę.
            - Do wyrzucenia – mruknęłam, i wyciągnęłam kolejną miotłę ze sterty. – Myślicie,  że McGonagall wiedziała, że to dla nas będzie katorga? – zapytałam, wycierając zakurzone dłonie o spódnicę.
            - Chyba tak – odparła Marlena, odkładając na stojak kolejną, zdatną do użytku miotłę. – Ale jesteś naczelną, dlatego dała nam taki okropny szlaban. Żebyś ich więcej nie zarabiała.
            - Taa, bo daję wtedy zły przykład – odparłam i podeszłam do cichej Dorcas. – Hej, będziesz coś robiła, czy przyszłaś posiedzieć? Nie przejmuj się Blackiem, niedługo ją rzuci…
Dorcas spojrzała na mnie swoimi wielkimi, błękitnymi oczami dziecka i już wiedziałam, że to co powiedziałam,  było błędem.
            - A gdyby to był James, hm? Wątpię, żebyś coś takiego olała i przeszła do porządku dziennego. Bo tak się nie da, gdy się do kogoś coś czuje – powiedziała, już płacząc.
Wypadła z pomieszczenia jak torpeda.
            - Uch, Lily, czasami jesteś niezbyt delikatna – zauważyła Alicja, spoglądając na zatrzaśnięte drzwi. – Wróćmy do szlabanu, później zajmiemy się Dorcas i jej problemami.
Może gdybyśmy wiedziały, że potem będzie za późno, pobiegłybyśmy za nią i obiecały jej, że wszystko się ułoży. Zatrzymałybyśmy ją. Powiedziały, że jej pomożemy i naprawi to, co wydaje jej się że straciła. Ale kto to mógł przewidzieć? No, kto?


***


Zapłakana dziewczyna biegła plątaniną szkolnych korytarzy. Ocierając załzawione oczy, stanęła obok jednego z wielu skrótów, prowadzących do Wieży Gryffindoru.
            -… jesteś pewien, Pettigrew, że cię nie podejrzewają?
Dorcas przylgnęła do chłodnej ściany.
            - Jestem pewien – odpowiedział drżącym głosem.
            - Więc, co nam ciekawego powiesz, Pettigrew? – zapytał czyjś szydzący głos.
Czarnowłosa wychyliła się lekko zza rogu. Głośno wciągnęła powietrze i już miała się wycofać…
            - Obliviate!
Dziewczyna upadła na kolana.
            - Drętwota!
Dorcas Meadowes straciła przytomność. Jednak nie to było najgorsze. Straciła wspomnienia.


***


            - I co, zrzuciłaś już bombę na „K”? – zapytała Marlena.
Wracałyśmy do wieży ze szlabanu. Okropnego szlabanu, tak dla uściślenia.
            - Nie – odparłam. – James ma to powiedzieć pierwszy.
            - Ech, ja musiałam to powiedzieć pierwsza, w przypadku Franka – wtrąciła Alicja. – Faceci nie są zbyt wylewni…
Wzruszyłam ramionami. James był inny. Przecież już mi to powiedział mnóstwo razy! Tylko, że wtedy nie byliśmy razem… I wtedy go szczerze nie znosiłam.
Czy powinnam zacząć się martwic?
            - Nie bój żaby, powie – powiedziała zdecydowanym głosem Marlena. – To widać.
            - Widać? – zapytałam ucieszona.
Uf. Odetchnęłam z ulgą. Ale, to czemu mi jeszcze tego nie powiedział? A może czeka na odpowiednią chwilę? Tylko jaka chwila jest odpowiednia, do wyznawania miłości? Hm. Zapewne jakaś romantyczna.
            - Po Jamesie wszystko widać… - skomentowała Alicja.
No tak, James ma bogatą mimikę. Zawsze wiem, kiedy coś kręci, wtedy pojawia mu się taka mała zmarszczka pomiędzy brwiami. To go zawsze wkopuje.
Przeszłyśmy przez wejście, pilnowane przez Grubą Damę (hasło: Olabogarety) i od razu zobaczyłam bruneta.
            - Wreszcie – wyszeptał, mocno mnie przytulając.
Nie powiem. Jest to fajne! Gdy ktoś tak żywo i miło reaguje na twoją obecność, jest to fajne.
            - Tęskniłam – wymruczałam mu do ucha.
            - Ja bardziej – odpowiedział James, całując mnie w policzek.
Co jak co, ale nienawidzę publicznego obściskiwania się. I tak mieliśmy sporą widownię.
            - Rudzielcu, odklej się od Rogacza i opowiadaj! Co za cuda widziałaś? – zapytał Syriusz.
Kiwnęłam głową i usiadłam na kanapie obok rozwalonej Marleny, narzekającej na obolałe palce, od drzazg z mioteł.
            - Znalazłyśmy miotłę z 1920 roku – obwieściłam.
I uzyskałam odpowiedni efekt.
            - Wow – wydusił z siebie Syriusz, szeroko otwierając oczy. – Czy to była Księżycowa Brzytwa?
            - Taa – mruknęła Alicja. – Idę do dormitorium… Widzieliście może Dorcas? – zapytała, patrząc prosto na Syriusza.
            - Nie – odparł ponuro.
Cała ekscytacja z naszego znaleziska przeminęła.
I już chciałam poprosić Jamesa, żeby poszukał Dorcas na Mapie Huncwotów, gdy do Pokoju Wspólnego wpadł zdyszany i naprawdę zdenerwowany Peter.
            - Znaleziono Dorcas na korytarzu! Ktoś ją zaatakował, trafiła do Skrzydła Szpitalnego! – powiedział szybko, gdy nas zobaczył.
Syriusz poderwał się z fotela i wybiegł z pokoju.


***


Pani Pomfrey wpuszczała nas dwójkami. Oczywiście nie byłaby sobą, gdyby przy tym nie gderała, oraz na nas nie fukała. Ale Syriusz dosadnie jej wytłumaczył ile Dorcas dla nas znaczy…
            - Jest taka blada… - wyszeptałam, patrząc na przyjaciółkę.
O dziwo, Syriusz zażyczył sobie, żebym to ja z nim weszła do czarnowłosej.
            - Ale będzie dobrze, prawda? – zapytał, patrząc na mnie z wyraźną nadzieją.
            - Na pewno – odparłam. – Pani Pomfrey mówi, że dostała Drętwotą, wiesz że po dostaniu tym zaklęciem można stracić przytomność…
            - Dorwę tego, który jej to zrobił – powiedział, lekko przejeżdżając palcem po opuchniętym policzku dziewczyny.
Skinęłam głową i poklepałam go po plecach.
            - Chcesz zostać dłużej? Powiem reszcie, żeby na razie nikt nie wchodził… - zaproponowałam.
            - Dzięki – mruknął Syriusz, ciągle patrząc na spokojną twarz Dorcas.
            - I co? – zapytała Alicja, gdy tylko wyszłam z sali.
            - Pani Pomfrey podała jej eliksir nasenny, Syriusz z nią został – odparłam i złapałam Jamesa za rękę. – Nie przeszkadzajmy mu, naprawdę się przejął…
            - Do czego to dochodzi… - westchnął Remus. – Żeby atakować dziewczynę, od tyłu! Tylko tchórz tak postępuje.
            - Skąd wiesz, że dostała w plecy? – zapytał Peter.
Zmarszczyłam brwi i odpowiedziałam za Remusa.
            - Przecież Pomfrey powiedziała… Jestem ciekawa, czy Dorcas zauważyła napastnika.
Spojrzałam przelotnie na spiętego Petera i zwróciłam się do Marleny:
            - Mogłyśmy ją zatrzymać…
Blondynka pokręcił głową.
            - Lily, to nie jest nasza wina. Mogło to spotkać każdego z nas! Trafiło na Dorcas – odparła.
            - Będzie dobrze – dorzucił James.
Westchnęłam i skinęłam głową.
Ale jak może być dobrze, jeżeli nasza przyjaciółka cierpi?


***


Noc Duchów zbliżała się wielkimi krokami. Uświadomił mi to James, podczas śniadania, następnego dnia po ataku na Dorcas.
            - Masz dzisiaj zajęty wieczór, prawda? Będziecie dekorować Wielką Salę? – zapytał wcinając tosty.
            - Zapomniałam! – zawołałam.
Jak mogłam? No cóż, miałam inne zmartwienia. Czemu mój chłopak mi nie mówi, że mnie kocha? Kto zaatakował Dorcas? Dlaczego? Co Syriusz do niej czuje? Czemu Peter jest taki spięty? Kto napisał do Marleny, że ma taki dobry humor? Taa, dużo pytań mnie dręczyło.
            - A co, masz jakieś plany? – zapytałam. – Po dwudziestej będę wolna…
            - Uch, nie – odparł zakłopotany James. – Dzisiaj robimy coś z chłopakami.
Przewróciłam oczami.
            - Kolejny dowcip? Czy to wam się nigdy nie znudzi? – zapytałam, zwracając się do Remusa, jako osoby najpoważniejszej i najrozważniejszej.
            - To nie dowcip, chłopacy będą mi w czymś… pomagać – odparł Remus.
Skinęłam głową i zwróciłam się do dziewczyn:
            - Babski wieczór? Może Pomfrey wypuści już Dorcas…
Zaaferowana listem Marlena, skinęła głową i wpakowała sobie do ust kolejną łyżkę owsianki.
            - Idę do niej przed lekcjami – obwieścił Syriusz, łapiąc w locie tosta. – Zobaczymy się na Eliksirach!
Spojrzałam za wychodzącym z sali Blackiem i kopnęłam pod stołem, usypiającego nad śniadaniem Jamesa.
            - Mów co wiesz! Co Syriusz czuje do Dorcas? – zapytałam.
James, jak to typowy facet zaczął kręcić.
            - Nie mam pojęcia – odparł, podnosząc się od stołu. – Idziemy?
Skinęłam głową i ruszyliśmy w stronę lochów. Na szczęście reszta jeszcze została na śniadaniu.
            - No powiedz mi, na pewno wiesz – wyjęczałam, zdecydowanie się do niego przybliżając.
Jasne, szkolny korytarz, to nie jest dobre miejsce na obściskiwanie. Jest spora widownia, złożona z uczniów, nauczycieli oraz duchów, ale cóż. To najlepiej działa na chłopaków. Obściskiwaniem się, można wiele ugrać. Zdążyłam się już tego nauczyć…
            - Lubi ją o wiele bardziej, niż resztę tych dziewczyn, które się przy nim kręciły! Zadowolona? – zapytał, gdy go lekko od siebie odepchnęłam.
Nie chciałabym za daleko zajść z czymkolwiek na korytarzu…
            - Zadowolona – wymruczałam, wtulając twarz w moje ulubione jamesowe miejsce.
Miejsce jakże miłe i kochane. Zlokalizowane przy wycięciu kołnierzyka koszuli, a dokładniej ten zabawny dołek pomiędzy jabłkiem Adama, a mostkiem. Uwielbiam tam wsadzać nos, i wiem, brzmi to dziwacznie.
Rozkoszując się przyjemnym zapachem chłopaka, odpłynęłam. Oczywiście, przywrócił mnie do rzeczywistości skrzek Syriusza.
            - Dorcas straciła pamięć – obwieścił.


***


            - Ile to może potrwać? – zapytałam.
Całą paczką odbieraliśmy Dorcas ze Skrzydła Szpitalnego. Okazało się, że jej utrata pamięci nie była znaczna. Zapomniała ostatnie dwa tygodnie.
            - Panno Evans, doprawdy… - odparła pani Pomfrey. – To nie jest odgórnie ustalone. Każdy reaguje inaczej. Chociaż, żeby stracić pamięć od Drętwoty? Nie słyszałam o tym… Możliwe, że panna Meadowes zareagowała inaczej, lub uderzyła się w głowę przy upadku.
Skinęłam głową i wyszłam ze Skrzydła.
            - Idziemy – zadecydowała Marlena.
            - Jak się czujesz? – zapytałam, patrząc na czarnowłosą.
            - Dobrze, dzięki – odparła Dorcas i spojrzała mi w oczy. – Czy coś się wydarzyło pomiędzy mną, a Syriuszem? Ostatnie co pamiętam, to nasza randka w Hogsmeade…
Uśmiechnęłam się krzywo i pokręciłam głową. OK, nie powinnam kłamać. Ale przecież Dorcas się myliła! To Regulus kogoś obcałowywał, a nie Syriusz. To po co jej mącić w głowie?
            - Remusie, pamiętasz o przystrajaniu Wielkiej Sali? Zaraz się spóźnimy – mruknęłam, patrząc na zegarek. – Widzimy się jutro – zwróciłam się do Jamesa.
I wiecie, to nie jest tak, że nie ufam Jamesowi. Ale przeczuwałam, że coś kombinują… A kto z nich najmniej kłamie? Oczywiście, Remus.
            - Więc – zaczęłam, gdy ruszyliśmy po schodach w kierunku sali. – Co sobie zaplanowaliście na wieczór? Mam nadzieję, że nie podryw – zażartowałam.
            - Lily, no co ty! – odparł Remus. – Nie martw się, to nie ma żadnego związku z dziewczynami, ani dowcipami – dodał.
Aha, no to zaczęłam się martwic.
            - To z czym? – zapytałam.
Wiem, wiem. Jestem upierdliwa. Ale co na to poradzę? Lubię wiedzieć.
            - Ze mną – wyszeptał blondyn.
Zmarszczyłam brwi.
            - Remusie, czy coś się stało? Coś w domu? Co miesiąc jeździsz do matki, czy ona jest chora?
Lupin skinął głową.
            - Taak, jadę do matki. Ale naprawdę Lily, nie chcę o tym rozmawiać… - odparł.
            - Jak chcesz – powiedziałam.


***


Przystrajanie Wielkiej Sali było by fajne, gdyby nie to, że przeszkadzały w tym trzy osoby. A właściwie dwie, oraz jeden duch. Irytek doprowadzał profesor McGonagall do szału, przez co nauczycielka skutecznie postraszyła go Krwawym Baronem.
A prefekci ze Slytherinu… Cóż, nic nie robili. Tylko gadali. Oczywiście, niezbyt miłe rzeczy.
            - Patrz jak szlama sobie dobrze radzi z różdżką – powiedział Avery do Priscilli McRoy. – Nawet rozróżnia jej końce…
I tak to wyglądało. Głupie komentarze, które słyszałam co chwilę.
            - Zamknij się Avery, i weź do roboty – powiedziałam, przechodząc obok ławki na której siedział.
            - Bo co, szlamo? Dorwie mnie twój chłopak? Już się boję Pottera…
            - Ja cię dorwę, Avery – odparłam, tracąc cierpliwość. – Zapewniam cię, znam parę niemiłych klątw, które mogłabym na tobie wypróbować…
            - Głupia szlama – wyszeptała Priscilla i zaczęła rozwieszać powycinane dynie.
            - Remusie, jak ja mam ich dość! – powiedziałam do blondyna, który na drugim końcu sali zawieszał nietoperze, które dzięki umiejętnemu użyciu zaklęcia, zaczynały machać skrzydłami.
            - Nie przejmuj się, zaraz kończymy – odparł Remus. – Jednak muszę przyznać, że Avery robi się coraz bardziej bezczelny… W jawny sposób obraża prefekta naczelnego, prawie przy nauczycielach – dodał. – Chodzą plotki, że jest jednym ze Śmierciożerców – powiedział szeptem.
Uniosłam brwi. Avery Śmierciożercą?
            - Nie jest za głupi na takie stanowisko? – zapytałam, na co Remus wesoło się uśmiechnął.
            - Pewnie tak.
Wzruszyłam ramionami, i podbiegłam do profesora Flitwicka, który został przygnieciony pudełkiem z resztą nietoperzy.


***


            - Nie mogę usnąć – powiedziałam.
Siedziałyśmy z Marleną na szerokim parapecie okna i wyglądałyśmy na ciemne błonia. Dorcas z Alicją, już od dobrych dwóch godzin chrapały, a my siedziałyśmy i gadałyśmy o głupotach.
            - Thomas do mnie napisał – wyszeptała Marlena, ogrzewając dłonie kubkiem z gorącą herbatą. – Podobno szkoła beze mnie jest okropna i tęskni. Przyjedzie do Anglii na święta…
            - To świetnie – odparłam. – Wreszcie się zobaczycie… Nie wiem czy potrafiłabym być w związku na odległość z Jamesem. Czegoś by mi brakowało…
            - Jego fryzury? – zażartowała blondynka.
            - Możliwe – odparłam, parskając śmiechem w herbatę. – Ale chodzi mi o resztę… Wiesz, o to że nie możecie w każdej chwili pogadać, czy nawet się do siebie przytulic. Nie brakuje ci tego?
            - Uch, jasne że tak – powiedziała Marlena. – Ale da się wytrzymać. Wiem, że to ten jedyny. I będę na niego czekać.
Uśmiechnęłam się i wyjrzałam na błonia.
            - Chodźmy spać, bo znowu zaśpimy i zarobimy kolejny szlaban… Zresztą jutro będzie Noc Duchów! Musimy być wyspane.
Marlena skinęła głową, a ja ostatni raz wyjrzałam na błonia. Może gdybym zrobiła to parę minut później, zobaczyłabym dziwną zbieraninę zwierząt, której przewodził wilkołak…


***


Znowu dzień wcześniej dodaję, ale to wynika tylko z tego, że mam chwilę czasu. A do końca tego tygodnia, mogę tylko pomarzyć o chwili dla siebie :)  Rozdział, hm, taki sobie :| 
Dziękuję za komentarze, i do następnego!