Leżałam w skotłowanej
pościeli i nie mogłam w to uwierzyć. Ten sen był taki realistyczny!
Chociaż może nie do końca…
Z
pewnością nie zachowywałam się jak Lily ze snu. Nie zrobiłabym pierwszego
kroku, z całą pewnością, nie.
I muszę przyznać, że
niektóre jego momenty naprawdę mi się podobały. Jak chociażby lekcja OPCM na
której w końcu wyczarowałam cielesnego patronusa.
Jedyne co wywnioskowałam z
tego snu to, to, że po pierwsze: być może mam za słabe szczęśliwe wspomnienie,
aby wywołać cielesnego patronusa.
Po drugie: gdzieś w głębi
mojej podświadomości, błąka się mała, coraz bardziej dręczą mnie myśl. Czy ja
naprawdę coś czuję do Jamesa Pottera, czy to tylko moja bujna wyobraźnia?
I po trzecie: wyczarowanie patronusów
przez naszą dwójkę, bardzo wiele by wyjaśniło.
O ile nie wszystko.
***
Obrona przed Czarną Magią
była naszym ostatnim przedmiotem tego dnia. Dwugodzinna męka.
Nie wiedziałam co mam robić.
Bo co by było, gdyby ten sen jednak był w pewnym sensie prawdą? Bo skąd mi się
wzięła ta para zwierząt, jeleń i łania? W żadnym wypadku na co dzień nie myślę
o zwierzętach zamieszkujących lasy. W ogóle rzadko myślę o czymś innym, niż o
nauce i sprawach prefekta. Chociaż nie, czasami dręczą mnie też inne sprawy…
- Dzisiaj mi się uda – powiedział James, puszczając do
mnie oko. – Pomyślę o tym co się stało po rance – dodał szeptem.
Niemrawo kiwnęłam głową i
patrzyłam jak profesor przygotowywał klasę do zajęć.
- Dzisiaj albo nigdy – stwierdził Syriusz, wyjmując różdżkę
z kieszeni szkolnej szaty.
Widziałam nastawienie moich
przyjaciół. Wojownicze i zaprogramowane na sukces. A ja?
Bałam się nawet wyciągnąć
różdżkę. Bałam się, bo jeżeli ten sen miał w sobie choć ziarenko prawdy, mogła
się ona w każdej chwili wydać. A nie wiem, czy miałam w sobie dość siły, żeby
temu stawić czoła.
- Panie Black, proszę zacząć! – zawołał profesor
Galbraith, gdy wypuścił z szafy bogina – dementora.
Co prawda Syriusz nie
osiągnął pełnego sukcesu – wyczarował zaledwie mglistą postać jakiegoś
zwierzęcia. Ale w końcu, po tylu próbach, coś zaczęło się dziać.
Kolejne osoby przybliżały
zarówno mnie, jak i Jamesa do próby. I gdy nadeszła kolej chłopaka, czułam
przyśpieszone bicie serca. Wytarłam spocone dłonie o szatę i obserwowałam
skupienie, malujące się na jego twarzy. Spojrzał na mnie przelotnie i
powiedział:
- Expecto patronum!
I zobaczyłam go. Potężnego
jelenia. Takiego samego jak z mojego snu.
- Piękny – usłyszałam szept Marleny, stojącej obok mnie.
Kiwnęłam głową i jeszcze raz
spojrzałam na jelenia. Czułam, jak przeszywa mnie wyzywającym spojrzeniem.
Popatrzyłam na dumnego z siebie chłopaka, a w następnej zrobiło
mi się ciemno przed oczami. Poczułam, że osuwam się w nicość.
***
W życiu nie nazwałabym się
osobą delikatną. Taką typową dziewczyną, wrażliwą, skłonną do ciągłych wzruszeń.
I taką, która jest zdolna do tak wielkich emocji, które doprowadzają ją do
zemdlenia.
Jednak właśnie to mi się
przytrafiło. Normalnie jak jakiejś panience z dobrego domu, z tych XIX-
wiecznych powieści, w których tak lubiłam się kiedyś zaczytywać.
Gdy otworzyłam powieki,
które okropnie mi ciążyły i zobaczyłam nad sobą idealnie biały sufit, nie
wiedziałam gdzie się znajduję. Mogłam się tylko domyślać.
- Witaj wśród przytomnych – usłyszałam i rozejrzałam się
po pustej sali szpitalnej.
Albo oszalałam, albo miałam
jakieś omamy słuchowe.
- Wariuję – wyszeptałam, ale usłyszałam cichy śmiech. –
Merlinie – wyjęczałam, widząc wiszącą w powietrzu głowę Pottera. – Oszalałam!
Gdy zobaczyłam całą sylwetkę
chłopaka, przypomniałam sobie o Pelerynie – Niewidce.
I trochę oprzytomniałam,
widocznie Pomfrey podała mi eliksir nasenny, czy coś równie otumaniającego.
- Nie oszalałaś – stwierdził James patrząc na mnie z
troską. – Jak się czujesz?
- Dobrze – odparłam, marszcząc czoło. – Długo tu leżę?
- Już jest dobrze po 23 – powiedział, spoglądając na
zegarek. – Lily, nieźle nas wystraszyłaś! Wiesz jak się czułem, gdy zobaczyłem
jak padasz na ziemię bez ruchu? Nie rób tak więcej…
Kiwnęłam głową, ale cóż, nie
mogłam tego obiecać. To nie było zależne ode mnie. Raczej.
- Pomfrey powiedziała co mi było? – zapytałam ciekawa.
Bo
czy zobaczenie widmowego jelenia aż tak na mnie zadziałało? Musiało być jakieś
lepsze wytłumaczenie! Może jakaś tajemnicza choroba? Cokolwiek!
- Powiedziała, że to stres – odparł, przysuwając krzesło
bliżej łóżka na którym leżałam. – Aż tak się stresujesz owutemami? Lily, musisz
wyluzować, bo inaczej nie dożyjesz dwudziestki!
Genialne wytłumaczenie
mojego zemdlenia. Dzięki ci, Jamesie Potterze!
- Taa, chyba za bardzo się stresuję – wymamrotałam. –
Gratuluję.
- Czego? – zapytał James, marszcząc czoło.
- Cielesnego patronusa – odparłam. – Ktoś jeszcze
wyczarował?
- Nie – powiedział James, nie kryjąc dumy. – Zarobiłem 30
punktów dla Gryffindoru.
- Tak? A ile już dzisiaj straciłeś? – zapytałam z
uśmiechem.
- Ej, ani jednego! – odpowiedział i dodał poważnym tonem,
takim, jakiego u niego jeszcze nie słyszałam. - Lily, nigdy więcej mi tak nie
rób. Ja… nawet nie chcę myśleć, co bym zrobił, gdyby to było coś
poważniejszego, niż zwykłe omdlenie. Nie mogę cię stracić jeszcze przed tym, nim
cię zdobyłem.
Poczułam łzy zbierające się
pod powiekami.
- Nie stracisz – odparłam, dotykając jego dłoń, leżącą na
kołdrze.
Byłam tego całkowicie pewna.
***
Wrzesień chylił się ku
końcowi. Szkolne drużyny coraz zawzięciej trenowały przed pierwszym meczem,
który miał się odbyć podczas nadchodzącego weekendu.
Drużyna Gryffindoru, pod
wodzą Jamesa robiła podobno niewiarygodne postępy. Oczywiście wiedziałam o tym
z pierwszej ręki – Potter nie byłby sobą, gdyby chociaż trochę się nie puszył.
- Moore nie dorasta mi do pięt – stwierdził James,
zwalając się z miotłą na kanapę. – Nie wiem co ty w nim widziałaś… - dodał,
zaglądając mi przez ramię.
- Nie muszę dostrzegać w ludziach jakiś niewiarygodnych
umiejętności, aby ich polubić – odparłam, nawet nie odrywając wzroku od pisanego
wypracowania na Eliksiry.
- Co nie zmienia faktu, że Moore był zwykłym leszczem,
jeżeli chodzi o quidditcha – powiedział James.
Westchnęłam i odłożyłam
skończone wypracowanie.
- Jesteś bardzo pewny siebie – zauważyłam, chowając
książki do torby. – Ale przekonamy się o twoich doskonałych, kapitańskich
umiejętnościach na meczu przeciwko Krukonom, prawda? Ale oczywiście, życzę
powodzenia – dodałam z kpiącym uśmiechem.
Zarzuciłam torbę na ramię i
poszłam do dormitorium.
***
Ostatni weekend września
miał zapewnić uczniom Hogwartu ciekawsze przeżycia, niż ślęczenie nad
zakurzonymi księgami, lub pisanie kolejnych partii wypracowań.
To był weekend
inauguracyjny.
Quidditcha, czyli czegoś, co
zupełnie mnie nie pociąga, ani tym bardziej nie interesuje. Oczywiście, jako
Gryfonka kibicuję naszej drużynie –
jeszcze biorąc pod uwagę, że trójka graczy, w tym kapitan tejże drużyny
to moi przyjaciele, to cóż, nie wypadało by nie przyjść na mecz.
Ale co poradzę, że jestem
jedną z tych osób, które wolą siedzieć w ciemnej bibliotece nad starą księgą? I
które wolą pisać kolejne wypracowanie, niż udawać przesadny entuzjazm na trybunach?
Nigdy nie widziałam siebie w roli cheerleaderki.
Jednak nie miałabym sumienia
oznajmić Dorcas, Jamesowi czy też nawet Syriuszowi (nie no, w tym przypadku
kłamię!), że nie przyjdę na ich pierwszy mecz w tym sezonie.
Dlatego ciepło ubrana w
czerwoną kurtkę, zaopatrzona w gryfoński szalik, oraz przylepiony uśmiech na
twarzy, kierowałam się wraz z przyjaciółmi w stronę boiska.
- I jak myślicie, wygramy? – zapytała Marlena, czym
wywołała istną burzę.
- Że my nie wygramy?! – zapytał oburzony Frank.
- Gryfoni górą! – krzyknął Peter i zadął w wuwuzele.
- Jasne, że wygramy – stwierdził Remus.
- Jak możesz zadawać takie pytania?! – zapytała Alicja.
- No nie wiem, Krukoni są chyba nieźli, prawda? –
zapytałam.
Oczywiście nastąpiła zupełna
cisza. Bo jak Gryfonka może myśleć, że ktoś z innej drużyny jest niezły?
Przecież to zdrada!
- Lepiej nie mów tak przy Jamesie – powiedział Remus,
mając jak zwykle rację.
- Faceci i quidditch – westchnęłam do Marleny, gdy
zaczęliśmy się wspinać na wysokie trybuny.
- W Beauxbatons też mieliśmy mecze, ale chyba nie były
brane aż tak na poważnie – powiedziała Marlena, gdy w końcu znaleźliśmy dobre
miejscówki.
- W Hogwarcie quidditch jest bardzo ważny – odparł Frank,
pożyczając od Petera wuwuzelę, żeby sobie w nią zadąć. Faceci… – A gracze są
niemalże czczeni. Nawet McGonagall często zwalnia ich z lekcji, żeby mogli
poćwiczyć.
- Wyobrażacie sobie? James będzie się jeszcze bardziej
puszyć, jeżeli wygrają ten mecz – zauważyłam, gdy panna Hooch, nowa pani
profesor zajmująca się nauką latania, oraz szkolnymi drużynami, dmuchnęła w
gwizdek, co zasygnalizowało rozpoczęcie meczu.
- A to by ci strasznie przeszkadzało, prawda? – zapytała
Marlena, puszczając mi oko.
Że co? Oczywiście, że by mi
przeszkadzało! Bo co ma do rzeczy fakt, że ok, Potter trochę wydoroślał?
Czasami nadal zachowuje się jak jego sowa – Hades – tak zabawnie się nadyma.
Tylko pytanie – kto od kogo się tego nauczył? Sowa od Pottera, czy Potter od
sowy?
- Jasne, że by mi przeszkadzało, Mar – odparłam przez
zęby, używając skrótu na który blondynka zawsze źle reagowała.
- Ej, no, Lily – odparła. – Wiesz, że nie lubię „Mar”.
Brzmi prawie jak mara…
- To mi nie dokuczaj – odpowiedziałam niczym dzieciak.
Biedne dziecko, któremu ciągle dokuczają…
- Wcale ci nie dokuczam, tylko chcę żebyś w końcu
zobaczyła to, co robisz – powiedziała patrząc na latających na miotłach
zawodników.
- A co ja takiego robię? – zapytałam oburzona.
- No właśnie nic – odparła Marlena, czym mnie załamała.
A co ja niby miałabym robić?
- A co niby Lily miałaby robić? – zapytała Alicja, która
przysłuchiwała się naszej wymianie zdań.
No, czyta mi w myślach!
- Jak to co? – zapytała Marlena. – Oczywiście, że powinna
złapać Jamesa i nie wypuszczać z objęć niczym Diabelskie Sidła… Bo w końcu inna
go złapie – dodała.
Skrzywiłam się i spojrzałam
na Pottera lewitującego nad boiskiem. Zapewne wypatrywał znicza… Zresztą,
nieważne. Spojrzałam na niego i zastanowiłam się, która niby chciałaby go
łapać?
Dobra, całował wyśmienicie.
Serce mi wtedy tak zabawnie podskakiwało, a następnie się roztopiało… Ale czy to
o czymś świadczyło? Chyba tylko o tym, że zapewne umrę na przedwczesny zawał,
czy coś takiego.
- Hehehe – wyrwało się Alicji.
Spiorunowałam ją wzrokiem.
- Przepraszam, wyobraziłam sobie jak łapiesz Jamesa i go
nie wypuszczasz z objęć – wyjaśniła swoje rozbawienie.
Przewróciłam oczami i
wróciłam do oglądania meczu.
Cholera, czemu on się nie
rusza, jeżeli za nim lata ten głupi znicz?
- Potter, za tobą!! – wrzasnęłam, nim cokolwiek
przemyślałam.
Ale cóż, przyczynić się do
zwycięstwa Gryffindoru? Bezcenne…
Po zaledwie paru sekundach
(okazało się, że mam całkiem mocne płuca, a Potter nie jest głuchy i ma dobry
refleks) boisko ogarnął głośny wrzask radosnych Gryfonów.
Wygraliśmy mecz! Z moją,
jakże nieodzowną pomocą! O Merlinie, chyba zaczynam się puszyć! Ale co
poradzić, brałam lekcje u najlepszego…
***
Więc jakież było moje
zdziwienie, gdy stało się coś co zatrzęsło posadami mojego poukładanego życia.
Szybko zeszliśmy z trybun,
ciesząc się niczym szaleńcy, aby jak najszybciej pogratulować naszej
złoto-czerwonej, zwycięskiej drużynie. Skierowaliśmy się ku wejściu do szatni,
ulokowanych niedaleko wyjścia ze stadionu.
I to co się tam zdarzyło…
W jednej chwili, widziałam
tak głupio ucieszonego Jamesa, który szedł w naszą stronę, a w następnej, jakąś
brunetkę, rzucającą mu się w ramiona.
Jeszcze zrozumiałabym to,
gdyby to była ucieszona Dorcas, lub Alicja.
Ale żadna z nich, nie
pocałowałaby go w taki sposób, na oczach… wszystkich.
W tym moich.
I jasne. W końcu ją od
siebie odepchnął. Ale jak dla mnie za późno.
- Dobrze się bawisz? – wysyczałam, swoim najjadowitszym
tonem, na jaki mogłam sobie pozwolić w takiej chwili. Bo walczyłam z łzami,
które bardzo chciały wypłynąć właśnie w tej chwili.
Pieprzona Jane McClusky!
Dziwka z szalonym błyskiem w oku!
- Ale… - zaczął James, wycierając sobie usta. Fu, zapewne
z jej obrzydliwej śliny. - To ona…
- Och, ona? – zapytałam histerycznie. – A ty to co,
kukiełka?! – wrzasnęłam.
Tłum wokół nas mruknął. No
dobra, może nie mruknął. Wydał taki dziwny odgłos. Zszokowania? Zniesmaczenia? Podniecenia?
- Nie, ale chwila… – powiedział James, nagle robiąc
dziwną minę. Wcale nie przepraszającą. Nie błagającą o przebaczenie. – Nie
jesteśmy razem, i naprawdę nie możesz mi robić… - nie skończył, bo jak zwykle weszłam komuś w zdanie.
- Och, więc ja też mogę się z każdym całować? – zapytałam
i nie czekając na odpowiedz, dodałam: - Nawet z nim?
I zrobiłam najobrzydliwszą
rzecz w całym swoim życiu. I najpodlejszą. Pocałowałam Syriusza Blacka.
Na
oczach całej szkoły.
***
W damskim dormitorium
panowała cisza. Przerywana moim szaleńczym szlochem.
- Co jest ze mną nie tak, Marlena? – zapytałam blondynkę.
Po moim pocałunku z Blackiem
(ohyda), zapanowała okropna cisza. Właściwie chyba każdy był zdziwiony moim
zachowaniem. Ba! Ja sama byłam zdziwiona moim zachowaniem.
Dorcas obrzuciła mnie
naprawdę rozgniewanym spojrzeniem.
Syriusz nie mógł dojść do
siebie. W końcu zaatakowałam niewinnego, niczego się nie spodziewającego
chłopca…
Jednak najgorsza była
reakcja Jamesa. Po prostu sobie poszedł. Puff i nie ma chłopaka! I jego miotły.
- Marlena, jestem taa – aaką świnią! – zawołałam. –
Biedna Do-oo-rcas!
- Jesteś prawdziwą świnią – potwierdziła Marlena.
Szybko zamrugałam.
Ok, nie myślałam, że powie, iż wcale nie jestem świnią. Jak najbardziej nią
byłam.
Ale serio? Musiała to
jeszcze potwierdzać?
- I co ja mam zrobić? – zapytałam.
Miałam parę opcji. Mogłam
się spalić ze wstydu. Mogłam popełnić seppuku. Ale raczej byłam winna… Mogłam
też przeprosić? Ukorzyć się przed nimi? I powiedzieć, że jestem świnią? Którą
zalała fala… Uch, okropnej zazdrości? Bo być może, jest tak pochrzaniona, że
nie wie, że osobom które się kocha (chyba), mówi się to?
- Dzisiaj nie rób nic – odparła Marlena, wycierając mi z
policzków rozmazany tusz do rzęs. – Pogadam z Jamesem… Na pewno zrozumie.
- Zrozumie to, że jestem idiotką? – zapytałam, znowu
zalewając się łzami.
- Że jesteś zakochaną idiotką – poprawiła blondynka,
zostawiając mnie w pokoju samą, ze wszystkimi moimi wątpliwościami.
***
James Potter był wściekły.
Tak jak jeszcze nigdy. Bo nigdy nie sądził, że zobaczy na własne oczy, coś tak
okrutnego. Raniącego jego uczucia i rujnujące postrzeganie ukochanej. Która
okazała się jakże okrutną istotą.
Wabiła go niczym syrena,
swoim wyglądem, charakterem, ślicznym uśmiechem… I tak jak prawdziwa syrena, która wabiła
piratów swym pięknym śpiewem, a następnie bezlitośnie zabijała, tak Lily, jego
śliczna, kochana Lily, zabiła go tym, co zrobiła.
Z jego najlepszym
przyjacielem.
Który wcale się przed tym
nie bronił.
- Cholera! – wrzasnął i kopnął spory kamień, leżący obok
jeziora.
Rzucił miotłę na ziemię i
usiadł na chłodnej ziemi.
Gdyby nie Jane McClusky (Tak swoją drogą, to co jej odbiło? –
pomyślał James) nic takiego by się nie zdarzyło. Widział, że Lily do niego
szła. Chciała mu pogratulować, albo chociaż powiedzieć, że całkiem nieźle sobie
poradził…
I skończyło się tak
okropnie.
- Hej – usłyszał ciche powitanie za plecami. Obejrzał się
i zobaczył Marlenę, nerwowo gniotącą w rękach szalik. – Mogę usiąść?
- Jeżeli musisz – odparł James obojętnie.
- Wiesz, James – zaczęła ostrożnie Marlena. – Lily nie
chciała – wydusiła, gdy chłopak obrzucił ją złym spojrzeniem.
- No pewnie, że nie chciała – powiedział kpiąco James. –
Tylko przelizała się na moich oczach z moim najlepszym przyjacielem. Ale to
nic, prawda?
- Uch, popracuj nad słownictwem, co? – odparła oburzona blondynka.
– Była zwyczajnie zazdrosna, nie kapujesz? Jak myślisz, co mogła sobie pomyśleć
zakochana dziewczyna, gdy zobaczyła, że chłopak do którego coś czuje, liże się,
jak to ładnie określiłeś, z największą, szkolną dziwką? Więc taka dziewczyna,
która ma całkiem wybuchowy temperament, robi rzecz, której okropnie żałuje…
Całuje pierwszego faceta, który jej się nawinie… I którym całkiem przypadkowo
jest facet, na którym zależy jej przyjaciółce.
James spojrzał na
dziewczynę.
- Czy ty chcesz powiedzieć, że Lily jest we mnie
zakochana? – zapytał z powątpiewaniem. – To fajnie to pokazała…
- Jasne, totalnie zawaliła – odparła Marlena, wstając z
trawy. – Ale wiesz co, ty też od razu nie odepchnąłeś tej obleśnej panny.
- Zaskoczyła mnie! – zawołał James, idąc za blondynką. –
Więc twierdzisz, że powinienem o tym zapomnieć i im to wybaczyć?
- Sam sobie odpowiedz na to pytanie – powiedziała
Marlena. – Ale przez głupie zachowanie tej brunetki, cierpią cztery osoby… I
pewnie tak, gdy Dorcas zobaczy w jakim okropnym stanie jest Lily, przebaczy jej
ten pocałunek z Syriuszem. I Syriusz pewnie też o tym zapomni, w końcu jak to
ciągle podkreśla, całował się z prawie każdą dziewczyną z roku… Jednak, czy wy
z Lily zapomnicie, jak siebie całkiem niechcący zraniliście?
James Potter w tej chwili
nie znał odpowiedzi na pytanie zadane przez Marlenę.
***
Ekhm xD Haha. Przepraszam, nie mogłam się opanowac. Ale coś się dzieje, prawda? I dodaję tak szybko, bo nie mogłam się doczekac waszej reakcji... Taa, jestem dziwakiem.
Osobo Anonimowa - taaak, całowanie się na szlabanie, nie było snem :)
Następny rozdział, hmm, kiedy chcecie? Piątek?