niedziela, 8 marca 2015

Rozdział 3



Listopad 1976


Ty będziesz następna, szlamo.
To zdanie dręczyło Lily już od paru dni. Od ataku na Mary MacDonald minął tydzień. Dziewczyna została przewieziona do Munga; jej obrażenia były na tyle poważne, że musieli się nimi zając wykwalifikowani uzdrowiciele.
            - Nie myśl o tym – wyszeptała Lily, patrząc na swoje odbicie w lustrze. Przez ten tydzień naprawdę zmizerniała. Chociaż zazwyczaj była blada, teraz jej cera przybrała niezdrowy, żółtawy odcień, oczy stały się przygaszone, a włosy stanowczo wymagały czesania.
            - Lily, wychodzisz? – zapytała Alicja. – Siedzisz w tej łazience już półgodziny, ja też chcę się wyszykować.
Rudowłosa związała włosy w niedbały kok.
            - Dobrze się czujesz? Wyglądasz… nieciekawie – powiedziała Alicja, spoglądając z niepokojem na przyjaciółkę. – Może idź do Skrzydła?
            - Nie, wszystko jest okej, nie martw się – odparła Lily i szybkim krokiem opuściła dormitorium.

***

            - Idzie – powiedział James, bacznie obserwując dziewczynę.
Gdy Lunatyk, opowiedział mu o patrolu, na którym znaleźli zaatakowaną dziewczynę i o słowach napastnika do Evansówny, James cały czas miał ją na oku.
Śledził kropkę, oznaczoną jej imieniem i nazwiskiem na Mapie Huncwotów. Oddalony o parę kroków od dziewczyny, odprowadzał ją na każde zajęcia. 
I przeprowadzał prywatne śledztwo.
Chciał się jak najszybciej dowiedzieć, kto grozi rudowłosej, z tak błahego powodu jak jej pochodzenie. Przecież to niepojęte, dręczyć kogoś z powodu mugolskiego pochodzenia?!
            - Więc teraz będziemy cały czas obserwować Evans? – zapytał Syriusz, znudzony już tym śledzeniem, tak nudnej osoby jak rudowłosa. 
Tylko chodziła na lekcje, albo do biblioteki… Doprawdy, w całym zamku nie było bardziej przewidywalnej osoby od Evans. A przynajmniej tak uważał Syriusz.
            - Oczywiście, że tak! Nie darowałbym sobie, gdyby jej się coś stało. Poza tym chcę dorwać tego dupka, który jej groził – odparł James, spoglądając na dziewczynę.
            - Zgadzam się z Jamesem, powinniśmy uważać na Lily. Zresztą, nie tylko na nią, wśród Gryfonów jest sporo osób z mugolskich rodzin, które są zagrożone. Łapo,  nie widziałeś tej dziewczyny, wyglądała naprawdę okropnie – powiedział Remus, wzdrygając się na wspomnienia poturbowanej MacDonald.
            - Och, zgoda, zmieńmy się z najzabawniejszych kolesi w szkole, w jakiś obrońców uciśnionych – odparł kpiąco Syriusz.
            - To wcale nie są żarty, Łapo. I tak, smutno mi to mówić, ale chyba najwyższy czas dorosnąć – powiedział James, czym zaskoczył swoich przyjaciół.

***

Severus Snape przyglądał się swojej byłej przyjaciółce znad parującego kociołka. Zazwyczaj na Eliksirach był skupiony tylko na jednym – na przyrządzeniu najdoskonalszego wywaru.
Tym razem było zupełnie inaczej. 
Wiedział o ataku na tą Gryfonkę, która wylądowała w Mungu. Można powiedzieć, że z pierwszej ręki. Mulciber, śmiejąc się, wyznał mu, że to jego sprawka. Najbardziej się śmiał, z przerażonej miny „szlamy Evans”. Oraz tego, jak jej groził.
Severus miał pewne obawy. Wiedział, że teraz nie polują na Lily; wiedział, że zwolennicy Czarnego Pana, mają się teraz skupić na nauce zaklęć czarno magicznych, ataki mają się na razie skończyć. Mieli nie wzbudzać podejrzeń.
Ale tylko po to, aby ataki ruszyły z podwójnym impetem. Więc przez pewien czas, Lily miała być bezpieczna. A gdy będzie zagrożona, on, Severus, dopilnuje, żeby była o tym powiadomiona...

***

Lily wracała z biblioteki. Było już dobrze po 21, czyli jeszcze nie cisza nocna, ale korytarze były opustoszałe. Większość uczniów była przerażona ostatnim atakiem, a biorąc pod uwagę nieprawdziwe plotki, które mówiły, że zaatakowana dziewczyna ledwo przeżyła, po 20 nie wychodzili na szkolne korytarze. 
Zwyczajnie się bali.
            - Masz paranoję – wyszeptała do siebie, oglądając się. Mogła przysiąc, że słyszała kroki! Ale nikogo nie widziała…
Przyśpieszyła kroku i po raz pierwszy w życiu ucieszyła się z widoku Syriusza Blacka.
            - Evans, urządzasz sobie jogging po zamku? – zapytał, spoglądając za dziewczynę.
Doskonale wiedział, przed kim Evans tak uciekała. James widocznie musiał za głośno stąpać pod niewidką, bo Evans była wyraźnie poruszona.
            - Tak, jasne, codziennie urządzam sobie maraton biegowy po korytarzach – odparła, dosyć głośno dysząc. Taa, zupełnie nie miała kondycji.
            - Czytałaś wieczornego Proroka? – zagaił Syriusz. Zupełnie nie wiedział o czym z nią rozmawiać. – Podobno był atak na mugoli w Londynie. Dwie osoby nie żyją, sprawca nieznany. Jednak na miejscu zbrodni, były ślady użycia magii… Mówią, że to ten Lord Jak Mu Tam.
            - Nie czytałam – odparła, jeszcze raz oglądając się za siebie. Mogłaby przysiąc, że słyszała dyszenie! Jakby ktoś biegł… - To straszne co się dzieje, nikt nie może się czuć bezpieczny.
            - Och, z tego co słyszałem, to niektórzy mogą – odparł beztrosko Syriusz. – Na przykład jego zwolennicy. Wiesz co podsłuchałem pod pokojem nauczycielskim? Że ma ich kilkunastu w zamku. Chyba się domyślasz, z jakiego domu to mogą być uczniowie…
Lily spojrzała na chłopaka.
            - Sugerujesz… Slytherin? – zapytała, chociaż doskonale znała odpowiedz na to pytanie.
            - Nie, nierozgarniętych Puchonów – odparł ironicznie Syriusz. – Jasne, że Ślizgonów. To podłe szumowiny, w tym mój brat…
            - Ty masz brata? – zapytała zdziwiona Lily.
            - Tak, ale zazwyczaj się do niego nie przyznaję – odparł Syriusz. – Słuchaj Evans, Rogacz chciał ci coś zaproponować, więc mogłabyś na niego poczekać w pokoju wspólnym? – zapytał, dłużej przytrzymując wejście do Wieży, aby James, ukryty pod niewidką też wszedł.
            - Black, nie mam głowy do jego głupich próśb o randkę, naprawdę…
            - Evans, nie chodzi o randkę. Poczekaj na niego, zaraz przyjdzie – przerwał jej Syriusz i ruszył w stronę męskich dormitoriów.

***

James szybko zrzucił z siebie pelerynę, poczochrał włosy i ruszył do pokoju wspólnego. Spojrzał na wątłą sylwetkę rudowłosej, która ogrzewała ręce przy rozpalonym kominku i poczuł ogarniającą go czułość. Było to uczucie dosyć dziwne, przynajmniej jak dla chłopaka.
            - Evans – powiedział, czując, że mówienie do niej po nazwisku jest niewłaściwe. – Mam dla ciebie pewną propozycję…
            - Słucham, Potter? – odparła, od razu się przesuwając gdy chłopak usiadł obok niej na kanapie.
            - Na pewno słyszałaś o coraz częstszych atakach na mugoli, czy czarodziei półkrwi? – zapytał chłopak.
Lily spojrzała na niego kpiąco.
            - Raczej, że tak. Możesz przejść do rzeczy, muszę jeszcze skończyć wypracowanie z Transmutacji…
            - Pomyślałem, że pewnie martwisz się o rodziców. Nie mają żadnej ochrony, mugolska broń nic nie da, przy zmasowanym ataku czarodziei… Eee, tak, więc, nie wiem czy wiesz, ale mój ojciec jest aurorem, mógłby rzucić parę ochronnych zaklęć na twój dom – zaproponował James.
            - Naprawdę mógłby? – zapytała dziewczyna, czując, że zaraz się rozklei. To było takie miłe ze strony Pottera! Myślała, że może dyrektor zaproponuje coś takiego uczniom, pochodzących z mugolskich rodzin, ale to… 
Była zaskoczona i dziwnie ucieszona.
            - Jasne, że mógłby – odparł James, patrząc w zaszklone oczy Lily.
            - Byłabym ci bardzo wdzięczna. I oczywiście twojemu tacie, to… bardzo miłe, Potter, nie spodziewałam się, myślałam…
            - Wiem, że chcę cię zaprosić na randkę. Ale to innego dnia Lily, gdy nie będziesz taka smutna – powiedział James. – Napiszę jeszcze dzisiaj do ojca, o nic się nie martw. I… dobranoc.
James wstał i szybko poszedł do dormitorium. Zamyślona Lily patrzyła jeszcze długo w dogasający na kominku ogień.

***

Następne dni obfitowały w kolejne doniesienia Proroka Codziennego o nowych atakach. Wcześniej były to tylko małe wzmianki, teraz artykuły zajmowały całe dwie pierwsze strony. Jednak najgorsze były tabelki z nazwiskami ludzi zabitych, zaginionych, lub uznanych za porwanych.
            - To straszne, do czego może doprowadzić ideologia jednego szaleńca – powiedziała Lily, kończąc czytać artykuł o napaści na dom czarownicy, która pisała niepochlebne notki na temat czarodzieja, zwanego Lordem Voldemortem. Lub, jak przez większość nazywanego Sam- Wiesz- Kim.
            - Dokładnie. Codziennie piszę do rodziców, żeby gdyby co nie nadstawiali karku, straszni z nich ryzykanci – powiedziała Dorcas, jedząc śniadanie. – Tata jest aurorem, mama niespełnionym aurorem, przez co ciągle próbuje w czymś pomagać ojcu… Martwię się o nich – dodała.
            - Moja mama była przerażona atakiem na Mary – powiedziała Alicja, dyskretnie spoglądając na siedzącą przy stole MacDonald. Dziewczyna wyglądała słabo i na każdy głośniejszy dźwięk, wzdrygała się. – Dobrze, że wyzdrowiała, a ataki się nie powtórzyły, bo matka chciała mnie już zabierać z Hogwartu.
            - W gruncie rzeczy, nie wiem czy Hogwart to nie jest najbezpieczniejsze miejsce – odparła Lily. – Tutaj, przynajmniej jak na razie, był tylko ten jeden incydent. A poza szkołą? Ciągle się coś dzieje…
            - Uch, zmieńmy temat – poprosiła Dorcas. – Oczywiście będziecie na meczu? Strzelę dzisiaj co najmniej z dwadzieścia bramek, Puchoni nie mają szans! – zawołała, uśmiechając się do kapitana Gryffindoru, który właśnie się do nich dosiadł. – Cześć kapitanie, jak tam przed pierwszym meczem sezonu? Paskudna pogoda, nie?
            - Okropne warunki – stwierdził Dan. – Ale przyjdziecie nam kibicować, prawda?
            - Tak, jasne – odparła od razu Lily, w myślach sobie wyliczając, co mogłaby zrobić pożytecznego, zamiast oglądania meczu, w dodatku gdy padał taki deszcz. Ale Dan jej pomógł (co właściwie do niczego konkretnego nie doprowadziło, ale załóżmy, że dziewczyna miała swoją zemstę) i chociaż tak mogła mu okazać wsparcie.

***

Fatalne warunki pogodowe przeszkadzały szukającemu Gryffindoru, Jamesowi Potterowi w złapaniu złotego znicza. Okulary także nie ułatwiały tego zadania. Co chwilę je zdejmował i przecierał skrajem i tak mokrej szaty do quidditcha.
            - Potter, skup się na złapaniu znicza! – wrzasnął kapitan, który właśnie pięknie obronił bramkę. – Mamy odpowiednią przewagę, możemy wygrać!
James skinął głową i spróbował cokolwiek dostrzec poprzez zalane przez wodę okulary. Spojrzał na szukającego Hufflepuffu, który nagle zerwał się do lotu i również to dostrzegł. Złoty błysk nad przeciwną stroną boiska. Nachylił się nad trzonkiem miotły i poleciał po wygraną.

***

Wieża Gryffindoru była tego wieczoru miejscem najgłośniejszym i z pewnością najradośniejszym w całej szkole. Drużyna quidditcha, wygrała swój pierwszy mecz, co było powodem do świętowania.
Remus rzucił na pokój wspólny zaklęcie wyciszające – nie chciał mieć problemów z rozwścieczoną profesor McGonagall.
Za to reszta Huncwotów gdzieś zaginęła i po godzinie wróciła z wielkimi zapasami jedzenia i picia.
            - Jak oni to robią? – zapytała Lily, marszcząc czoło. Doskonale wiedziała, że pokarmu nie można wyczarować. Ostatecznie można przywołać, o ile się wie skąd…
            - Czary, Evans – odparł Syriusz, który usłyszał pytanie rudowłosej. – Czysta magia – dodał kpiąco i ruszył do kącika muzycznego, aby podgłośnic lecącą piosenkę.
            - Jestem pod wrażeniem – zagaiła Dorcas, wkładając Lily w rękę szklankę piwa kremowego. – W godzinę zorganizowali całkiem niezłą imprezę.
            - Pod tym względem są niewiarygodni – dodała Alicja, podchodząc do przyjaciółek z Frankiem.
            - A ja nadal nie rozgryzłem, jak oni to robią… - powiedział Frank, na co Alicja zachichotała.
            - Jesteś nierozgarnięty – skomentowała brunetka i pocałowała chłopaka. – Zatańczmy wreszcie!

***

Świętowanie powoli przeradzało się w regularną popijawę. Syriusz tańczył z butelką po Whisky Ogdena, Peter siedział w fotelu i czuł zawroty głowy, a James, który wcale za dużo nie wypił, patrzył na rozmawiającą z Moore’m Lily. Wypił łyk Ognistej i ruszył w kierunku dziewczyny.
            - Evans, zatańczysz? – zapytał, licząc na to, że może dziewczyna nie będzie na tyle podła, żeby mu odmówić przy tych wszystkich ludziach.
Lily zmarszczyła brwi.
Właściwie, czemu nie? Pomyślała i skinęła głową.
            - No dobra, to dziwne – powiedział James, gdy poleciała jakaś wolna piosenka, a Lily lekko objęła ramionami jego kark.
            - Tylko nic sobie nie myśl, to zwykła wdzięczność – odparła szybko Lily. Wolała, żeby Potter nie wyobrażał sobie niewiadomo czego.
            - Wdzięczność? – nie załapał James.
            - Mama przysłała mi list, był u nich twój ojciec. Rzucił zaklęcia ochronne, jestem ci za to naprawdę wdzięczna – powiedziała Lily, patrząc chłopakowi prosto w oczy.
            - Ach, więc tańczymy razem tylko dlatego, że byłem na tyle uprzejmy, aby poprosić ojca o pomoc? – dopytał James, czując wielkie rozczarowanie.
            - Tak, ale… - zaczęła. – Nie naciskaj Potter, i ciesz się chwilą – skończyła szybko.
            - Jeżeli tylko to mi pozostaje – westchnął chłopak i przysunął się bliżej dziewczyny.
Piosenka dobiegła końca, zdecydowanie za szybko. 

***

Dorcas Meadowes była postrzegana przez większość uczniów, którzy ją znali, i nauczycieli jako przykład typowego „zdolnego lenia”. Mogłaby zdobywać same Wybitne, jeżeli tylko trochę przyłożyłaby się do nauki. Lecz Dorcas wolała cały wolny czas, poświęcać na treningi quidditcha, oraz flirty z chłopakami. Jednak pewien wieczór, zupełnie zmienił jej postrzeganie świata.
            - Panno Meadowes, zapraszam do gabinetu dyrektora – powiedziała profesor McGonagall, spoglądając na roześmianą uczennicę, siedzącą na obiedzie z przyjaciółmi.
Dorcas zmarszczyła czoło (była pewna, że nic nie przechlapała!) i ruszyła za nauczycielką. Nie wiedziała, że ta wizyta zmieni całe jej życie.

***

Lily pisała wypracowanie na Eliksiry, gdy do dormitorium wpadła przeraźliwie blada Dorcas.
            - Co się stało? – zapytała przerażona, patrząc na milczącą czarnowłosą.
            - Mój ojciec… On nie żyje – powiedziała Dorcas, nadal nie mogąc w to uwierzyć.
Lily zamurowało.
            - Dorcas, tak mi przykro – wyszeptała, obejmując koleżankę. – Ja… nie wiem co powiedzieć, to okropne.
            - Nic nie mów – odparła dziewczyna. – Tylko zostań przy mnie, dobrze? – wyszeptała, czując łzy spływające po policzkach. 

***

Listopada powoli chylił się ku końcowi. Spadł pierwszy w tym roku śnieg, który równomiernie pokrył błonia oraz Zakazany Las, białą czapą. Zwierzęta pochowały się do swoich norek, nawet Psotnik, pies gajowego Hogwartu, spędzał całe dnie, przy rozpalonym palenisku w domu swojego pana.
Jedynymi istotami, które zupełnie nie przejmowały się mrozem i sporą ilością śniegu, były: pies, jeleń, szczur, oraz wilkołak.
Była pełnia, czyli czas, gdy najgorsze potwory opanowują ciemne zakamarki lasu.
Jeleń, z wielkim porożem szedł przodem. Dumnie stąpał po wysokich zaspach i co jakiś czas odrzucał głowę. Wprawne oko, mogłoby w tym geście dostrzec podobieństwo do pewnej osoby…
Pies, wesoło merdając ogonem, biegał wokół jelenia, którego od czasu do czasu kąsał w kopyto, tak dla draki.
Gruby szczur, swoimi małymi łapkami, trzymał się mocno gęstej grzywy psa, aby nie spaść i się gdzieś nie zgubić. Szczur był przerażony tą możliwością, więc jeszcze mocniej chwycił łapkami delikatną sierść psa i przywarł do niego, swoim całym, grubym ciałkiem.
Za to wilkołak siał postrach wśród wszystkich leśnych zwierząt, które akurat teraz, popełniły ten błąd i wybrały się na łowy. 
Nie był to dla nich dobry czas, wilkołak podczas pełni był bezwzględny. Często rozszarpywał swoimi ostrymi kłami, lub pazurami małe gryzonie, ptaki, deptał leśne runo. Był zagrożeniem dla większości mieszkańców Zakazanego Lasu…
Ta wielce niedobrana czwórka zwierząt, raz w miesiącu, podczas pełni księżyca penetrowała okolicę Hogwartu oraz okolicznej wioski.
A tą czwórką zwierząt, byli uczniowie tej szkoły.
Trzech niezarejestrowanych animagów, oraz jeden ugryziony przez wilkołaka w dzieciństwie chłopak.
Ciekawe tajemnice, mają ci Huncwoci, nieprawdaż?


***

Witam! Dziewczyny, kobiety, wszystkiego najlepszego z okazji naszego święta! Dostałyście kwiatka? Byłam nieźle zdziwiona, gdy do kawy w Starbucks'ie dostałam podwiędniętego tulipana :) Jakby nie było, wszystko układało mi się dzisiaj świetnie i chociaż spałam tylko trzy godziny, nadal tryskam energią! Także może coś napiszę. Tak przy okazji, co ze mną jest nie tak - gdy nic nie napiszę przez dwa dni, mam wyrzuty sumienia :| Hm, i niestety ale muszę się do czegoś przyznać... Popełniłam okropny, niewybaczalny błąd... Obejrzałam "50 twarzy Greya", haha, straszne to było, cały czas się głupio podśmiewałam - zryty mózg. A i mam dla was fajny artykuł -->  http://weekend.gazeta.pl/weekend/1,138589,17521955,Zalozyli_szkole_czarodziejow__a_teraz_chca_kupic_w.html#TRwknd
Ciekawe, nie? Miłego tygodnia życzę :) (Oby nadchodzący poniedziałek nie był tak okropny jak się zazwyczaj wydaje...)


czwartek, 5 marca 2015

Rozdział 2



Październik 1976


Drugi miesiąc pobytu w Hogwarcie powitał uczniów paskudną pogodą. Codzienne opady deszczu, sprawiły, że szkolne błonia rozmokły, co skutkowało paskudnym dźwiękiem, wydawanym przez obuwie, przy przechodzeniu do szklarni na Zielarstwo. Bo nikt normalny, nigdzie indziej się nie wybierał.
Oczywiście, z wyjątkiem. Tym wyjątkiem była zawzięcie ćwicząca drużyna Gryffindoru.
            - Dan, czy ten trening był naprawdę konieczny? – zapytała przemoczona Dorcas Meadowes, wyżynając sobie włosy z wody.
            - Wszystko dla pucharu, zapamiętaj to Meadowes! – odparł kapitan, kierując się do szatni. – Pamiętajcie, w sobotę też mamy trening! – zawołał i ruszył w kierunku pryszniców.
            - I co z tym eliksirem? – zapytał Syriusz, patrząc na ocierającego okulary Jamesa. – Myślałem, że szybciej go podasz Evans, a ty na coś wyczekujesz…
James skrzywił się lekko.
            - Nie jestem pewien – odparł, zgodnie z prawdą.
Zdziwiony Syriusz uniósł brwi.
            - Przestań, będzie zabawnie! Oddana i rozkochana Evans, to będzie czad! – zawołał, zdejmując ochraniacze.
            - Taa, będzie zabawnie – odparł James. 
Pierwszy raz w życiu, myślał o konsekwencjach swoich działań. Ale i to, nie odwiodło go od zamierzonego celu…
***

Severus Snape przyglądał się swojej byłej przyjaciółce, znad dwóch stołów, które oddzielały uczniów Slytherinu od Gryfonów.
            - Snape, przyjdziesz dzisiaj na spotkanie? Czy tchórzysz? – zapytał Mulciber, krzywiąc się, gdy zauważył gdzie patrzył Ślizgon.
            - Będę – odparł Snape, ledwo ruszając ustami.
Myślał o konsekwencjach swoich działań. Ale nie odwiodło go to, od wcześniej obranego kierunku.

***

Gdyby Lily Evans wiedziała skąd się wzięły czekoladki* na jej łóżku, zapewne nie poczęstowałaby się jedną. Ale nie wiedziała, a dzisiaj nie zdążyła na śniadanie, przez co była taka głodna!
            - Gdzie jest James?! – zapytała wysokim głosem, spoglądając na zaskoczoną Alicję.
          - Widziałam go w pokoju wspólnym. Znowu coś przeskrobał? – zapytała, dziwiąc się, ekscytacji przyjaciółki.
            - Oczywiście, że nie! James jest ideałem! I go kocham… Muszę go znaleźć! – zawołała i szybko wybiegła z dormitorium.
Niczym błyskawica zbiegła po schodach i zobaczyła go! Stał przy kominku, taki przystojny, uśmiechnięty.
Niczym torpeda podbiegła do niego i rzuciła się w jego ramiona.
            - Nie myślałem, że to odniesie taki skutek – skomentował zachowanie dziewczyny Syriusz.
            - Co jej jest? – zapytał Remus, gdy w gwarnym dotąd pokoju, zapadła głucha cisza. Wszyscy patrzyli w jeden punkt, w którym to James Potter całował się z Lily Evans.
            - Amortencja – wyjaśnił Syriusz, na co Remus szeroko otworzył oczy. – Nic nie mów Lunatyku, to chyba nie był dobry pomysł – skomentował Syriusz, z niepokojem patrząc jak Rogacz jest ciągnięty przez dziewczynę w stronę męskich dormitoriów.
            - Ona go za to zabije… - powiedział Remus, ruszając za Syriuszem, oraz rozcałowaną parą.

***

            - Tutaj będziemy sami – powiedział James, wprowadzając Lily do Skrzydła Szpitalnego.
Z pewnością nie spodziewał się aż takich wyników „żartu”. Gdy zorientował się, że Evansówna, chce go najzwyczajniej w świecie zaciągnąć do łóżka, spasował.
Nie mógł jej tego zrobić, przecież coś do niej czuł! Ba, nie takie tam coś! Chyba był w niej zakochany…
            - To dobrze, już się nie mogłam doczekać – stwierdziła, przytulając się do niego mocno i pocałowała go za uchem. – Uwielbiam twoje włosy, są takie… miękkie. Jak futro kota – dodała, po zastanowieniu.
James uśmiechnął się.
            - Słucham? – zapytała pani Pomfrey, wychodząc ze swojego pokoiku. Trochę się zdziwiła, widząc uśmiechniętego Gryfona i przytuloną do niego dziewczynę.
            - Zażyła Amortencję – wyszeptał chłopak, wskazując na rudowłosą.
Pani Pomfrey przeżyła mały szok.
            - Jak to? Skąd ją wzięła? – zapytała i ruszyła do swojego składziku z eliksirami.
           - Warzyliśmy na Eliksirach i chyba niechcący wypiła – odparł James, czując lekkie wyrzuty sumienia. Evans „niechcący” pijąca Amortencję! To dobre.
            - Kochana, wypij – powiedziała pani Pomfrey i podała Lily szklankę z czerwonym płynem.
            - Muszę?! – wyjęczała, spoglądając na Jamesa.
            - Musisz – odparł z żalem. – Ale możesz coś dla mnie zrobić?
            - Co tylko zechcesz! – powiedziała zapalczywie dziewczyna.
            - Powiedz, że mnie kochasz – poprosił szeptem, tak, aby krążąca niedaleko pani Pomfrey nie usłyszała.
            - Oczywiście, że cię kocham, głuptasku – odparła Lily i wypiła zawartość szklanki.

***

            - W życiu nikt mnie tak nie upokorzył! Jesteś zwykłym kretynem, Potter! – wykrzyczała Lily, gdy doszli do wejścia do Wieży. – Nie myśl, że ci to kiedykolwiek wybaczę! Czy ty pomyślałeś co poczuję?! Merlinie, czy ktoś nas widział?! – krzyczała.
Weszli do pokoju wspólnego, w którym po raz drugi tego dnia zapadła zupełna cisza.
            - Rozumiem – wyszeptała Lily i szybko wbiegła po schodach do damskiego dormitorium.
James spojrzał za znikającą na schodach dziewczyną i głośno westchnął.
            - Czego się gapicie? – warknął, zwracając się do jakiś czwartoklasistów. – Do nauki!

***

            - Rogaczu, to był zły pomysł – stwierdził Syriusz, spoglądając na siedzącą w kącie pokoju wspólnego rudowłosą. – Rzuca ci takie spojrzenia… Frank powiedział, że Alicja mu mówiła, że najpierw Evansówna płakała, następnie zaczęła cię wyklinać, po to żeby stwierdzić, że się na tobie zemści. Co jak co, ale zemsta Evans może być okropna… - dodał szeptem, udając że wcale nie patrzy w stronę trzech dziewcząt.
            - Wiem, że to był zły pomysł, jestem tego świadom – odparł James. Czuł okropne wyrzuty sumienia, oraz martwił się tym, że Evans już nigdy się do niego nie odezwie… A o randce to może zapomnieć! – Lunatyku, czemu mnie nie powstrzymałeś?
            - Bo nic o tym nie wiedziałem? James, naprawdę nie rozumiem jak mogłeś jej to zrobić! Przecież mówiłeś, że coś do niej czujesz… Tak się nie postępuje z osobami, które się chociażby lubi – odparł Remus. Był zły na przyjaciela. Lubił Lily i nie mógł zrozumieć postępowania Jamesa.
            - Chyba rzeczywiście jestem kretynem… - powiedział James, spoglądając na szepczące dziewczyny. Przeszył go dreszcz, gdy Evans rzuciła mu spojrzenie. Mówiło: „Nie znasz dnia, ani godziny, ale bądź pewien, że cię dopadnę”. – Jestem cholernym kretynem.

***

            - Dzięki Dorcas za wsparcie, nie myślałam, że ee… - zaczęła Lily, spoglądając na czarnowłosą.
            - Wiem, myślałyście, że jestem pusta i tępa, bo nie uczę się tak dobrze jak wy – odparła Dorcas. – Ale wiecie, girls power! Dziewczyny muszą się trzymać razem, a jak faceci wycinają im takie paskudne żarty, to uch, różdżka się w kieszeni otwiera – dodała.
            - Pytanie, co zrobimy, żeby ukarać tego głupka? Black pewnie miał z tym coś wspólnego, Frank nie chce gadać, ale przecież mieszka z nimi w dormitorium, na pewno coś słyszał! Chyba go zaszantażuję, dam mu szlaban na całowanie i od razu zacznie gadać! – powiedziała Alicja, posyłając Potterowi oburzone spojrzenie.
            - Taa, dałabym sobie różdżkę złamać, że Black miał w tym swój udział… - powiedziała Dorcas. – Musimy go jakoś poniżyć… Oni ciągle kogoś poniżają, nie mówiąc o Snape’ie. Wiecie, nie lubię kolesia, jest naprawdę obleśny, bez urazy Lily, ale przesadzają! Musimy zrobić coś, żeby zapamiętał to na długo… I chyba mam doskonały pomysł! O Merlinie, jestem genialna. To iście diabelski plan. Więc słuchaj, ma nowa przyjaciółko…

***

            - Snape, przyszedłeś! – powiedział Mulciber, spoglądając na ponurego czarnowłosego. – Doskonale, jesteśmy wszyscy. Każdy wie, czego Czarny Pan od nas oczekuje. Wytępienia szlam. Wytężonej nauki czarnej magii. Doskonalenia umiejętności. Musimy zaplanować parę akcji, znaleźć wtyki w innych domach… Najciężej będzie z tymi cholernymi Gryfonami, ale i wśród nich, znajdziemy jakieś słabe jednostki. Zacznijmy planowanie pierwszej akcji, podczas której poćwiczymy Cruciatusa. Młode Gryfiątka, będą odpowiednim celem…
Severus spojrzał na podekscytowane twarze kilkunastu Ślizgonów, i pomyślał, że może jednak popełnił błąd. Od którego nie będzie odwrotu.

***

            - Zgodził się?! – zapytała Alicja. Od jakże zabawnego dowcipu Pottera, minął już tydzień, podczas którego dziewczyny planowały zemstę.
            - Zgodził – potwierdziła Dorcas, i spojrzała na bladą Lily. – Dasz radę dziewczyno! Trochę poudajecie, Potter pęknie z zazdrości!
            - No nie wiem, wiecie, ja nie jestem taka, to chyba zły pomysł… - odparła Lily.
            - To doskonały plan! Dan będzie na ciebie czekał o 8, jutro na śniadaniu. Odstrzel się, żeby Potterowi gały wyskoczyły, haha, jestem pewna, że będzie was śledził na wypadzie do Hogsmeade! – powiedziała Dorcas, śmiejąc się ze swoich wyobrażeń. – A co do Blacka to spoko, ja się nim zajmę…
Lily kiwnęła głową.
Popełniam błąd, to pewne, pomyślała. Ale już nie było odwrotu.

***

Huncwoci siedzieli na sobotnim śniadaniu i omawiali zakupy.
            - Najpierw pójdziemy do Zonka, skończyły się łajnobomby, musimy uzupełnić zapasy. Cukierki wywołujące czkawkę się skończyły, proszek po którym Smark się tak zabawnie drapał... – wyliczał Syriusz.
            - Tak, a mi się skończyły cukrowe pióra- wtrącił się Peter.
            - Bo żresz je na potęgę – odparł James i spojrzał w stronę drzwi prowadzących do Wielkiej Sali. – O cholera… - westchnął. Reszta Huncwotów spojrzała w tym samym kierunku.

***

            - Dzięki, że mi pomagasz, wiem że Potter jest w drużynie, pewnie czujesz się przez to okropnie, ale… - paplała Lily, czując na sobie spojrzenia uczniów.
            - Wcale nie czuję się okropnie! Potterowi trzeba przytrzeć nosa, nie martw się, oboje na tym zyskamy – odparł Dan i mocniej ścisnął dłoń dziewczyny.
Zaczął się zastanawiać, czemu przedtem jej nie zauważał. Była naprawdę ładna, oczywiście o ile ktoś gustował w rudych dziewczynach, ze sporą ilością piegów… 
Ale Danowi to wcale nie przeszkadzało, a nawet wydało się całkiem urocze. A poza tym mina Pottera! Aż nie mógł się jej doczekać.
            - Zobacz, mamy tutaj wolne miejsca! – zawołał, udając podekscytowanie. Usadowili się z Lily naprzeciwko zszokowanych Huncwotów, oraz wściekłego Jamesa. – Proszę usiądź. Zaraz ci opowiem, co zaplanowałem na naszą pierwszą randkę! Same świetne rzeczy… Zaczniemy w herbaciarni u pani Puddifoot, wypijemy świetną czekoladę, następnie wstąpimy do…
            - Co wy odpierdalacie? – zapytał James, zaciskając ręce w pięści. Miał ochotę walnąć Moore’a, w tą jego przystojną facjatę i zetrzeć ten ironiczny uśmieszek, którym go obdarzył.
            - Potter, wyrażaj się! – warknęła Lily i spojrzała na Dana. – Nie twoja sprawa co robię, a tym bardziej z kim.
            - Nie moja?! – zawołał, czując, że zaraz wybuchnie. – Jak to nie moja? Oczywiście, że moja!
            - Rogaczu, tak w gruncie rzeczy, nie twoja – przerwał Syriusz, czując co zaraz może nastąpić. – Spadamy. Miłej randki – dodał, krzywiąc się. Razem z Remusem, odciągnął wyrywającego się Jamesa i wyszli z Wielkiej Sali.

***

            - Nigdy tu nie byłam – stwierdziła Lily, przyglądając się wnętrzu kawiarni. Które tak swoją drogą, było całkiem przyjemne. Małe, okrągłe stoliki z wygodnymi krzesłami, unoszące się aromaty ciepłych napoi, oraz świeżych ciast.
            - To miejsce stricte na randki – odparł Dan, przeglądając menu. – To co, po czekoladzie?
            - Jasne. Jeszcze raz chciałam ci podziękować, mało który chłopak, miałby na tyle odwagi, żeby zadzierać z Potterem i jego bandą. W sensie, wiesz, chyba uderzyliśmy w jego czuły punkt. Zachowywał się jak kretyn, co niby nie różni się od jego codziennego sposobu bycia, ale, rozumiesz? – zapytała Lily, czując, że coś kręci.
            - Rozumiem – odparł Dan, uśmiechając się lekko. – A Potterem się nie przejmuj, to zwykły, rozhukany dzieciak.
            - Tak, chyba masz rację – powiedziała Lily, i uśmiechnęła się do swojego sprzymierzeńca.

***

            - Jak ona może, no jak?! – zawołał James. Siedzieli w czwórkę w Trzech Miotłach i popijali kremowe piwo.
            - Wiesz, raczej może – odparł Syriusz, znudzony już tematem Evans i jej podboju, w postaci kapitana drużyny Gryfonów. – Nie ma chłopaka, więc może się spotykać z kim chce.
            - Mnie odrzuca od roku! A jego, tego, tego… tego palanta! Trzyma go za rękę i… Zaraz, co ten kretyn mówił? Będę u Puddifoot? Idę tam! – zawołał James i szybko wypadł z pubu.
            - Będzie niezła draka – stwierdził Remus, ruszając za przyjaciółmi.

***

            - Rogaczu, nie ma co postępować pochopnie – powiedział Syriusz. – Evans na pewno źle się bawi... Z takim nudziarzem jak Moore, to żadna dziewczyna nie idzie na drugą randkę – dodał z pewnością.
            - Nic mnie to nie obchodzi – stwierdził James. – Ze mną nie chciała się umówić, a z nim tak?!
            - James, a nie pomyślałeś, że może to robi przez to co zrobiłeś? – zapytał całkiem logicznie Remus. – Zraniłeś ją, więc chce ci się tak odgryźć. Zresztą, co zrobisz, wpadniesz tam i co pobijesz go? Wyzwiesz na pojedynek? Co ci z tego przyjdzie? Tylko to, że Lily cię znienawidzi! – dodał, czując że wytacza ciężkie działa.
            - Znienawidzi? – zapytał James. Spojrzał na poważnego Lunatyka, następnie na cichego Glizdogona i wreszcie na Łapę. – Też tak myślicie?
            - Tak – odważył się Peter.
            - Jasne, że tak! Lunio jak zwykle ma rację! Musisz odpuścić, Evans nie jest głupia, nie pójdzie na następną „randkę” z takim nudziarzem, nie ma szans – powiedział Syriusz. – A teraz w końcu chodźmy do tego Zonka…

***

            - Było naprawdę miło, dziękuję – powiedziała Lily, gdy wraz z Danem szli w kierunku Wieży.
            - Cała przyjemność po mojej stronie – odparł Dan. – I mówię to zupełnie serio, chyba rozumiem, czemu Potter tak za tobą lata... – dodał, spoglądając na zarumienioną dziewczynę.
Lily uśmiechnęła się i weszła do pokoju wspólnego.

***

Następne dni października mijały całkiem spokojnie. Lily chwilę cieszyła się swoją „zemstą”, która przerodziła się w nową przyjaźń. Dan okazał się naprawdę cudownym przyjacielem. Był równie ambitny, co rudowłosa, więc sporo czasu spędzali razem w bibliotece na nauce, bądź w pokoju wspólnym Gryfonów, na odrabianiu prac domowych.
James przez to chodził zły. Wszystko go denerwowało, uczniowie, na których się potajemnie wyżywał, nauczyciele, którzy dawali mu mnóstwo szlabanów, dwa nieudane żarty, które sknocił Syriusz z Peterem, a w szczególności irytował go Dan Moore, który nagle zaczął cały swój wolny czas spędzać z Evans.
I tak październik chylił się ku końcowi, a James nie wiedział na czym stoi. Oczywiście, nie było mowy o tym, żeby zrezygnował z Evans! Nie i tyle. Musiał ją w końcu zdobyć, powoli stawało się to jego obsesją. Obsesyjnie o niej myślał, wodził za nią wzrokiem, a czasem nawet śledził pod peleryną - niewidką, żeby go nie zauważyła.
            - Lunatyku masz dziś patrol z Evans? – zapytał James, patrząc na szykującego się Remusa.
            - Tak – odparł Remus.
            - Zrobiłbyś coś dla mnie? – zapytał James. Remus głośno westchnął i kiwnął głową.
            - Podpytaj Evans o Moore’a, ale delikatnie! Nie tak jak wtedy o Smarka. Wiesz, tak żeby się nie wkurzyła.
Remus skinął i szybko wyszedł z dormitorium.

***

            - Brrr, ale zimno! – powiedziała Lily, gdy już krążyli po zamku od dobrej godziny. Patrole zostały ostatnio podwojone i przedłużone. Po zamku krążyły różne paskudne historie o atakach na młodszych uczniów, co skłoniło nauczycieli oraz prefektów do częstych nocnych patroli i obchodów wszystkich zakątków szkoły.
            - Dokładnie, przydałoby się ogrzewanie – odparł Remus i wyczarował małą kulę od której buchało przyjemne ciepło. – Dawno nie rozmawialiśmy, co u ciebie?
            - Och, po staremu. Wiesz, mnóstwo nauki, a mało czasu. Dan mi ciągle powtarza, że za dużo się uczę, ale sam nie jest lepszy – powiedziała z uśmiechem.
            - Spędzasz sporo czasu z Danem – zauważył Remus. Lily spojrzała na niego zdziwiona.
            - Zauważyłeś to? Tak, spędzamy ze sobą sporo czasu. Dan jest świetnym kompanem do nauki, prawie tak dobrym jak ty – zażartowała.
Remus skinął głową. Był pewien, że między tą dwójką nie dzieją się żadne romantyczne historie.

***

Było już dawno po ciszy nocnej, gdy Mary MacDonald wracała do Wieży Gryffindoru. Zasiedziała się ze swoją przyjaciółką z Ravenclawu, na Wieży Astronomicznej, na której to uwielbiały oglądać gwiazdy. Ale jeszcze nigdy się nie zdarzyło, żeby aż tak długo się zasiedziały!
            - Masz omamy, idiotko – wyszeptała do siebie, oglądając się.
Słyszała jakieś dziwne hałasy, przez co przyśpieszyła kroku. Wczoraj słyszała plotki o atakach na uczniów, ale przecież to tylko plotki, prawda? Nie ma się czym przejmować…
            - Crucio! – usłyszała. Nie zauważyła napastnika, poczuła tylko przeszywający całe ciało ból. Po paru minutach tortur, zemdlała.

***

            - Słyszałaś? – zapytał Remus. Odwrócił się w kierunku zachodniej części zamku. – Ktoś… krzyczał?
            - Idziemy – zdecydowała Lily i puściła się biegiem. Im bardziej się zbliżali, tym krzyki stawały się głośniejsze. Aż w końcu ucichły. – Och – jęknęła, widząc leżącą na podłodze blondynkę.
            - Ty będziesz następna, szlamo – wyszeptała zakapturzona postać, po czym zniknęła.

***

*Wszystko pomyliłam... Amortencję trzeba podawać osobiście, i osoba pijąca ją powinna spojrzeć na osobę podającą... Przepraszam, musiałabym poprawiać spory kawał rozdziału, a tak trochę mi się nie chciało :| Więc zostawiłam jak napisałam, ale wiecie o co mi chodziło. Następne rozdziały wydają mi się lepsze, bo ten jest do kitu. 
Rozdział 3 ukaże się w poniedziałek (lub w niedzielę wieczorem, o ile wrócę żywa z uczelni :)