wtorek, 3 marca 2015

Rozdział 1



Wrzesień 1976

Wakacje dłużyły się Lily Evans jak nigdy. Pogoda w tym roku nie dopisywała – przeważnie padał okropny, siąpiący deszcz, przez co spędziła całe dwa miesiące, zamknięta w domu z obrażoną na wszystko i wszystkich, Petunią.
Zazwyczaj, gdy wracała do domu na wakacje, spędzała całe dnie z Severusem. Ale teraz… Teraz z nim nie rozmawiała! I nie obchodziło jej, że codziennie przychodził pod „ich” drzewo i czekał na nią, na tym deszczu. Severus nie miał zamiaru wybrać jej, Lily, swojej jedynej przyjaciółki! Wybrał czarną magię… 

***

- Bu! – usłyszała Lily. Podskoczyła łapiąc się wolną ręką za gardło.
- Alicja! To było podłe – wymamrotała, gdy przyjaciółka zgniotła ją w silnym uścisku.
- Wiem – odparła zadowolona z siebie Alicja, przyglądając się Lily.
Stały na peronie 9 i ¾, w tłumie podekscytowanych uczniów, oraz zestresowanych rodziców, odprawiających swoje pociechy na pierwszy rok.
- Jak ci minęły wakacje? – zapytała Lily, gdy ruszyły do pociągu, aby poszukać wolnego przedziału.
- Pogoda była kiepska, więc pomagałam mamie w jej ukochanej szklarni, wiesz moja matka i jej kwiatki... Ma kobieta fioła na ich punkcie! Oraz spotykałam się z Frankiem – odparła Alicja, wdzięcznie się rumieniąc, gdy wymieniła słowo klucz. A raczej imię.
- Oo – westchnęła rudowłosa. Znała gorące uczucia przyjaciółki, do przystojnego współlokatora Huncwotów. – I jak było? – zapytała zaciekawiona.
- Cudownie – odparła rozmarzona Alicja. – Frank jest taki kochany… Codziennie wysyłał mi sową niezapominajki, wie, że je uwielbiam. Poznałam jego matkę, trochę dziwaczka, ale to zrozumiałe, biorąc pod uwagę, że ojciec Franka ich zostawił… W każdym razie, oficjalnie zostaliśmy parą! – dodała podekscytowana.
Lily uśmiechnęła się szeroko, ciesząc się szczęściem przyjaciółki.
- A tobie jak minęły wakacje? Co z Ja… ee, Snapem? – zapytała Alicja, szybko poprawiając swoje przejęzyczenie.
Lily spojrzała na nią ostro, otwierając drzwi do pustego przedziału.
            - Ze Snapem bez zmian – odparła, siłując się z ciężkim kufrem. – Pomożesz, czy będziesz się patrzyła?
Alicja otrząsnęła się z lekkiego szoku (myślała, że Lily wybaczy Snape’owi jego zachowanie, ale najwyraźniej nie tylko ona, Alicja, zmieniła się przez wakacje…).
            - Jasne, przepraszam! – zawołała, pomagając wepchnąć kufer nad siedzenia.
            - Uff – westchnęła, gdy wsadziły również drugi kufer. – Pomoc faceta by się przydała…
            - Wołałaś? – zapytał czyjś głos.
        - Frank! – zawołała brunetka, spoglądając na chłopaka z szerokim uśmiechem. – Usiądziesz z nami? – zaproponowała, gdy dostała soczystego całusa, prosto w usta.
- Jasne. Cześć Lily! – przywitał się z rudowłosą. – Jakoś inaczej wyglądasz… - dodał, marszcząc brwi w zamyśleniu.
- Och, nie wyspałam się – odparła Lily i szybko zerknęła na rozanieloną Alicję, wpatrującą się cielęcym wzrokiem w szatyna. – Al, lecę do wagonu prefektów, przyjdę po obchodzie – dodała, na co brunetka tylko kiwnęła głową.
Wyszła z przedziału i przypięła sobie odznakę prefekta. Oczywiście, w pełni zasłużoną. 
Lily Evans, była chyba najlepiej sprawującym urząd prefektem, od co najmniej dwudziestu lat. Znała szkolny regulamin na wyrywki, potrafiła wyrecytować go o każdej porze dnia i nocy, była sprawiedliwa, odważna, nie bała się zwracać uwagi nawet najpodlejszym z podłych. Czyli chociażby takiemu Potterowi, czy Blackowi…
- Remus! – zawołała, widząc wychodzącego z przedziału obok, blondyna. – Cześć, jak wakacje? – zapytała, udając, że wcale nie widzi machającego jej przez szybę przedziału Pottera, który żałośnie wyśpiewywał: „Evans, umówisz się ze mną?” w rytm najnowszego przeboju zespołu Hobogobliny. Pajac...
- Cześć, było nieźle – odparł Remus Lupin, spoglądając z niepokojem na zaczerwienioną dziewczynę. – Idziemy na zebranie?
- Jasne – powiedziała, odrzucając włosy na plecy i zupełnie olewając pewnego chłopaka.

***

James Potter zacisnął dłoń, którą tak zawzięcie machał w pięść i spojrzał na Łapę.
            - Stary, nie ma się czemu dziwić – stwierdził Syriusz. – Myślałeś, że rzuci ci się w ramiona? – dodał, ironicznie się uśmiechając.
            - Jasne, że nie… - odparł James. Chociaż właśnie tak myślał. Bo która, oparłaby się jego urokowi osobistemu i czarującemu uśmiechowi? No właśnie, żadna. Żadna, oprócz Evans. – Ciekawe, czy nadal prowadzi się ze Smarkiem… - zastanowił się na głos.
            - Wątpię, słyszałem plotki, że Smark ją przepraszał, ale nic nie wskórał. Lodowate serduszko Evans nie zdobyło się na przebaczenie – powiedział Syriusz i spojrzał na zaaferowanego Glizdogona. – Zmieńmy temat, mam doskonały plan na pierwszy dowcip Huncwotów w tym roku…

***

Wrzesień mijał Lily całkiem przyjemnie. Spędzała go głównie przesiadując samotnie w bibliotece; pisząc wypracowania, w swoim ulubionym, zacisznym kąciku w pokoju wspólnym, na patrolach w towarzystwie Remusa, lub prefekta z innego domu, oraz przelotnych spotkaniach z Alicją.
Właśnie skończył się obiad, po którym miały Wróżbiarstwo.
            - Al, możesz mi przypomnieć, czemu tak właściwie chodzimy na ten przedmiot? – zapytała Lily, gdy srebrna drabinka, prowadząca do dusznej, zaciemnionej klasy, w końcu ukazała się oczom uczniów.
            - Bo jest całkiem zabawnie? – odparła Alicja, wchodząc za przyjaciółką do klasy.
            - Witajcie – rozległ się cichy głos, zza wysokiego fotela – Dzisiaj będziemy wróżyć z ręki – powiedziała pani profesor. – Wyjmijcie proszę swoje podręczniki i dobierzcie się w pary – dodała, siadając.
Lily szybko wyjęła podręcznik z torby, otworzyła go na stronie zatytułowanej „Wróżenie z ręki” i złapała wyciągniętą dłoń Alicji.
           - I co, będę miała czwórkę dzieci i przystojnego męża? – zachichotała Alicja, spoglądając na skupioną przyjaciółkę.
            - Nie mam pojęcia – odparła poważnie Lily. – Masz krótką linię życia… Naprawdę krótką – dodała po chwili.
Alicja spojrzała z niepokojem na swoją dłoń.
             - Pokaż swoją – rozkazała, łapiąc Lily za dłoń. – Twoja jest… przerywana? Czekaj… Hm, w książce nic nie ma na ten temat. Pani profesor! – zawołała Alicja, wysoko podnosząc rękę.
Profesorka podpłynęła do uczennic, poprawiając swoje zwiewne szaty.
            - Ciekawe… - stwierdziła, oglądając dłoń Lily – Przerywana linia, to coś, hm, niezwykłego, panno Egon.
            - Evans – poprawiła machinalnie Lily. Skrzywiła się lekko, widząc wymachującego ręką Syriusza.
            - Tak, panie Black? – zapytała profesorka.
            - James też ma przerywaną – powiedział, wskazując na dłoń przyjaciela. Uśmiechnął się do niezadowolonej rudowłosej i spojrzał na nauczycielkę. – Co to może znaczyć?
            - To by znaczyło, panie Black, że czyha na państwa wielkie niebezpieczeństwo – odparła nauczycielka, ciesząc się z zainteresowania, okazywanego przez uczniów. – Może to być oczywiście choroba, ale skłaniałabym się, do wielkiego niebezpieczeństwa, zakończonego śmiercią. – zakończyła smacznie profesorka.

***

- Lily, chyba nie wierzysz w to, co powiedziała ta stara ropucha, prawda? – zapytała Alicja, gdy po Wróżbiarstwie wracały do Wieży. Lily spojrzała na nią zamyślona.
- Oczywiście, że nigdy w to nie wierzyłam. Ale czasy się zmieniają, Al… Czytałaś ostatnio gazetę? Te ataki, znikający czarodzieje półkrwi… Wiesz, pierwszy raz w tej klasie poczułam niepokój, a nie rozbawienie – odparła Lily spoglądając na poważną Alicję.
- Z tego by wynikało, że umrę młodo… - powiedziała brunetka, próbując rozładować atmosferę. – Nie ma co wierzyć w te banialuki opowiadane przez tę ropuchę, przecież wiesz, że uwielbia tworzyć atmosferę grozy i niebezpieczeństwa, a później nic złego się nie dzieje…
- Masz rację, nie ma się czym przejmować – skończyła temat Lily. Spojrzała przelotnie na swoją dłoń i weszła do pokoju wspólnego.

***

Z nadejściem drugiego tygodnia września, zaczęły się eliminacje do szkolnych drużyn quidditcha. Kapitan Gryfonów, Dan Moore, bardzo chciał zdobyć Puchar Quidditcha. To była jego ostatnia szansa; ostatni rok w Hogwarcie, który miał zdecydować o jego przyszłej karierze. Miał wielką nadzieję, że w końcu dostrzeże go jakiś łowca talentów (plotki głosiły, że na meczach finałowych, ma się pojawić sam trener drużyny Anglii!), i nie będzie musiał zostać uzdrowicielem, jak to chciał jego ojciec, tylko zawodowym obrońcą.
            - Potter, przestań błaznować! Na miotły! Zaczynamy eliminacje, chętni ustawić się w rządku! – krzyknął. – Ty! Za młody, spadaj stąd! Następny gówniarz, wracaj do Wieży! Nadasz się, wsiadaj na miotłę! Meadowes? Dziewczyna w drużynie? Hm, sprawdzimy cię dokładnie… - dodał, na co dziewczyna przewróciła oczami i wsiadła na miotłę.
Eliminacje trwały dobre dwie godziny. Oczywiście, mogłyby trwać krócej, gdyby James Potter, nie wpadł na pomysł przerywania ich, przeszkadzaniem skupionym kandydatom, lub szaleńczymi przelotami na miotle, pomiędzy kandydatami.
- W pokoju wspólnym wywieszę listę przyjętych! – zawołał Dan i spojrzał na roześmianego Jamesa. – A ty ze mną do szatni – powiedział, zaciskając zęby.
James uniósł brew i ruszył za zdenerwowanym kapitanem.
            - Słuchaj, Potter, bo nie będę powtarzał – wysyczał szatyn, popychając Jamesa na szafki. – Masz być skupiony i w formie. Nie zaczepiać młodych. Nie robić im irytujących dowcipów. Ostrzeż Blacka, bo wylecicie z drużyny, rozumiesz? To ważny sezon, nie tylko dla mnie… Radzę ci go nie schrzanić.
James wyrwał się z mocnego uścisku Dana.
            - Nie przesadzasz? – zapytał James, uśmiechając się ironicznie. – Chyba nie powiesz, że małe dowcipy cię dekoncentrują, kapitanie?
Dan spojrzał na chłopaka.
            - Evans miała rację, nazywając cię zarozumiałym szmatławcem… Ogarnij się, drużynie nie jest potrzebny taki napuszony kretyn. Na twoje miejsce jest paru chętnych.
Moore wyszedł z szatni, zostawiając w niej zamyślonego Pottera.

***

James Potter miał dwa skarby. Oczywiście, nie chodzi o galeony, ale o przedmioty całkowicie niepowtarzalne i dla niego o wiele więcej warte.
Tymi skarbami była odręcznie narysowana mapa Hogwartu, z wszelkimi tajnymi przejściami, szczegółami i tajemnicami zamku, nazywana Mapą Huncwotów, od przezwiska jej twórców.
Oraz rzecz unikalną. Pelerynę, która zapewniała właścicielowi stałe i nieprzenikalne krycie. Pelerynę – niewidkę, niespotykaną i jedyną w swoim rodzaju.
James wykorzystywał ją często do realizacji dowcipów Huncwotów, ale teraz używał jej w zgoła innym celu.
- Idziemy? – zapytała Remusa Lily, uśmiechając się do niego. James też się uśmiechnął, całkiem nieświadomie. Przestał, gdy dwójka ruszyła do wyjścia z pokoju wspólnego Gryfonów.
- Jasne, korytarz na piątym piętrze czeka na patrol – odparł Remus i przytrzymał koleżance drzwi od przejścia.
- Dostałeś nową rozpiskę patroli? McGonagall oszalała! Jeżeli tyle czasu będę przeznaczać na patrole, to nie będę miała czasu na naukę… Już ledwo wyrabiam – przyznała się Lily. Remus spojrzał na dziewczynę, i rzeczywiście, rudowłosa była blada jak topielica i miała ciemne kręgi pod oczami. Wyglądała na zmęczoną.
- Taa, przesadziła – potwierdził chłopak. Lekko się wzdrygnął, gdy poczuł klepnięcie w łopatkę. Przypomniał sobie o obecności Jamesa, niewidocznego pod peleryną i o jego wcześniejszej prośbie.
„- Remusie, proszę podpytaj Evans o Smarka! Muszę wiedzieć, czy nadal się z nim przyjaźni, czy co oni tam robili… Chociaż, chyba wolę nie wiedzieć, co z nim robiła, jeśli wiesz co mam na myśli. Ale, zrobisz to? A ja będę słuchał, pod niewidką.”
- Więc, eee, Lily – zaczął Remus, układając sobie w myślach jakieś sensowne zdanie. – Pogodziłaś się ze Snape’m? – zapytał szybko, dając sobie mentalnego kopniaka. Usłyszał ciche westchnięcie (Jamesa) i głośne prychnięcie (Lily).
- On chce wiedzieć, tak? – zapytała Lily, zaciskając pieści, gdy schodzili po schodach. – Nie, nie przyjaźnię. I możesz powiedzieć, temu… Potterowi, żeby się nie interesował. Bo to on do tego doprowadził – zakończyła.
Remus, nie wiedząc co powiedzieć, zwyczajnie milczał.
- Z drugiej strony – zaczęła Lily, po chwili milczenia. – Jestem mu trochę wdzięczna. Jeżeli Snape o mnie tak myślał, to… Hm, to dobrze, że ta znajomość się skończyła.
Zadowolony z odpowiedzi James, ruszył z powrotem do Wieży Gryffindoru.

***

Syriusz Black siedział na poniedziałkowym śniadaniu w doskonałym humorze.
            - Udało się? – zapytał Jamesa, zasiadającego przy stole.
            - Mnie miałoby się nie udać? – odparł chłopak, uśmiechając się kpiąco. Nałożył sobie sporą porcję owsianki i spojrzał w stronę stołu zajmowanego przez Ślizgonów.
            - Po jakim czasie to działa? – zapytał podekscytowany Peter, próbując co chwilę nie oglądać się za siebie, żeby nie wydało się to nikomu podejrzane.
            - Po jakiś trzech minutach od zażycia – odparł Remus, spoglądając z niepokojem na siedzącą całkiem niedaleko Lily.
            - Chyba się zaczyna! – stwierdził Syriusz, dostrzegając pierwszą ofiarę żartu.
Dowcipu zabawnego dla wszystkich. Z wyjątkami, oczywiście…
            - Smark z różową skórą, hahaha! – wykrztusił James, spoglądając na przefarbowanych Ślizgonów. I tylko Slizgonów, reszta uczniów miała normalny kolor skóry.
            - Mulciber… Merlinie, jesteśmy geniuszami zła! – wyjęczał Syriusz, trzymając się za bolący od śmiechu brzuch.
Coraz więcej uczniów, siedzących przy stole Slytherinu, miało zabarwioną na kolor świńskiego różu, skórę. I z pewnością, nie byli z tego faktu zadowoleni… Niektórzy głośno to okazywali i z nienawiścią spoglądali w stronę stołu zajętego przez Gryfonów.
            - Potter! Black! – zawołał czyjś głos. James od razu wiedział kogo. Wyprostował się i wyćwiczonym gestem potargał włosy. – Szlaban, i nie wypierajcie się! – zawołała Lily, spoglądając z pogardą na najbardziej roześmianą dwójkę w całej Wielkiej Sali. Większość uczniów miała na twarzach pobłażliwe uśmieszki, nikt się nie krył z tym, że bawi ich widok różowych Ślizgonów.
            - Evans, nie rządź się tak – odparł już poważny Syriusz. – Zresztą nie masz żadnego dow…
            - Szlaban! Cała czwórka! – zawołała profesor McGonagall, podchodząc do stołu swoich wychowanków. – Jestem pewna, że to wy! Jak mogliście?! Panie Lupinie, ile utrzyma się ten stan?
            - Dwanaście godzin – odpowiedział od razu Remus, na co James głośno jęknął, a Syriusz uderzył się w czoło. Tak, Remus niechcący ich wydał…
            - Ale pani profesor, Evans już nam dała szlaban! – powiedział James, wyczuwając w tym swoją szansę. Oraz łagodniejszy wyrok. Raczej.
            - Doprawdy, panno Evans? – zapytała McGonagall, spoglądając na uczennicę. – W takim razie, panna Evans jest odpowiedzialna za ukaranie was – dodała i z mocno zaciśniętymi ustami, ruszyła do pokoju nauczycielskiego, w którym pewnie nasłucha się od Horacego…
            - O 18 w bibliotece – powiedziała Lily i ruszyła na Zaklęcia.
            - Tak, Evans, jesteśmy umówieni! – krzyknął za dziewczyną James, i głośno roześmiał się, widząc jej oburzoną minę.

***

            - Pięknie nas wkopałeś, Lunatyku – powiedział Syriusz. Rozejrzał się po najbardziej zakurzonym zakątku biblioteki, i wyjął następną księgę. – Apsik! – kichnął głośno, gdy zdmuchnął tuman kurzu.
            - Dokładnie, Black! – pouczyła go Lily, opierając się o stolik, a w ręku obracając różdżkę.
            - Jestem dokładny jak nigdy, Evans! – odparł oburzony i podał stojącemu na drabinie Jamesowi, książkę. Którą to jakże dokładnie wytarł szmatką. Bez użycia magii. Niczym jakiś mugol.
            - Więc, Evans, możemy uznać, że to nasza pierwsza randka – zaczął James, puszczając oko do rudowłosej. – Po szlabanie, możemy sobie zrobić małe sam na sam, w jakimś przyjemniejszym miejscu – dodał, rozglądając się po bibliotece ze zmarszczonym czołem. James z pewnością nie był jej oddanym fanem, jak chociażby Lily, czy Remus.
Rudowłosa spiorunowała chłopaka spojrzeniem.
            - W życiu się z tobą nie umówię! Myślałam, że to już do ciebie dotarło – odparła. – Układaj prosto te książki Potter! Nie chcę spędzić tu całego wieczoru, w odróżnieniu od ciebie, ja mam co robić.
            - Ależ Evans, co ty myślisz, że my próżnujemy? – zapytał Syriusz, lekko się oburzając. – Cały czas myślimy o nowych dowcipach, strategii na następne mecze, o dziewczynach... Weźmy takiego Rogacza, on ciągle o tobie nawija. Gorzej jak słychać jakieś dziwne pojękiwania zza kotar łóżka, jestem prawie pewien, że wtedy też o tobie myśli! – dodał, uśmiechając się ze zniesmaczonej miny dziewczyny.
            - Black, jesteś obleśny – stwierdziła Lily, wykrzywiając się. – Potter, nie gap się, pracuj! Ruchy! Peter, co ty robisz? Nie czytaj książek, masz je czyścic! I wycieraj półki!
            - Merlinie, Evans, kto by pomyślał, że z ciebie taki tyran? – wymamrotał Syriusz, odkurzając kolejną księgę, podaną przez Remusa.
Lily westchnęła ciężko i usiadła na stole. Wzięła pierwszą z brzegu książkę i zaczęła ją czytać.
            - Wiesz Evans – zaczął James, stając obok rudowłosej i czochrając sobie włosy. – Myślę, że możemy się urwać. Chłopcy dokończą, a my sobie znajdziemy…
            - Potter! Skąd ty się urwałeś, hm? Jesteś niedorozwinięty? Którego ze słów nie zrozumiałeś?  Nie? Nie gap się? Układaj książki? No, którego? – zapytała, czując, że podnosi się jej ciśnienie. Nikt nie doprowadzał jej do takiego stanu, jak James Potter. – Wracaj na drabinę i nie złaź z niej, dopóki nie skończysz.
James rzucił dziewczynie zranione spojrzenie i z głośnym westchnięciem wspiął się z powrotem na drabinę.
            - Rogaczu, może rzeczywiście już nie irytuj Evans, bo wygląda jakby miała rzucić naprawdę paskudną klątwę – wyszeptał Syriusz, spoglądając na zaczerwienioną ze złości dziewczynę.

***

Alicja wstała skoro świt i niczym skowronek, zaczęła nucić pod nosem hymn szkoły.
            - Lily, wstawaj, mamy dziś piękny dzień! – zawołała i pociągnęła przyjaciółkę za duży palec u stopy, który wystawał spod kołdry, którą to rudowłosa przykryła całą swoją osobę.
            - Nieee – jęknęła głośno, przewracając się na drugi bok, i dla bezpieczeństwa chowając stopę pod kołdrę. – Co dziś mamy pierwsze?
            - Eliksiry – odparła Alicja, czesząc sobie włosy.
            - A, to wstaję – powiedziała Lily i wychynęła spod kołdry. Usłyszała radosny śmiech Alicji. – Co jest?
            - O kurczę, Lily, przejrzyj się lepiej – powiedziała Dorcas Meadowes, jedna ze współlokatorek.
Lily szybko wstała i podeszła do lustra.
            - O Merlinie, wyglądam prawie jak Potter! Zrobiło mi się jakieś gniazdo – stwierdziła, śmiejąc się ze swojego odbicia. Złapała za szczotkę i szybko zaczęła rozczesywać włosy.
            - Tak a propo Pottera, to strasznie dużo czasu zajął im ten szlaban… O której wróciłaś? – zapytała Alicja.
            - Po pierwszej, miałam jeszcze patrol z prefektem Ravenclawu – odparła Lily, wyjmując z szafy świeży mundurek. – Zupełnie się nie wyspałam – dodała.

***

Eliksiry zaczęły się dla Lily całkiem przyjemnie. Zarobiła pięć punktów u profesora Slughorna, dobrze odpowiadając na zadane przez niego pytanie, oraz zajęła najbardziej oddaloną ławkę od Pottera i Blacka.
            - Moi drodzy, dzisiaj będziemy warzyć eliksir o wdzięcznej nazwie Amortencja. Najpierw niech nam ktoś powie, co to tak właściwie jest ta Amortencja! – zawołał profesor Slughorn, rozglądając się po klasie. – Tak, panno Evans?
            - Amortencja – zaczęła Lily. - to najsilniejszy eliksir miłosny na świecie. Wywołuje on silne zauroczenie lub nawet obsesję na punkcie osoby podającej eliksir, jednak nie prawdziwą miłość.
            - Zgadza się, pięć punktów panno Evans! – powiedział Slughorn. – Macie godzinę na uwarzenie eliksiru. Do dzieła!
Po godzinie, spocona, ale zadowolona z siebie Lily spoglądała z dumą na swój eliksir. Miał książkowy kolor – wyglądem przypominał masę perłową i miał miły zapach.
            - Jak ty to zrobiłaś? – wyjęczała Alicja, spoglądając z obrzydzeniem na swój glutowaty, szarawy wywar. – Co zrobiłam źle? – zapytała, widząc, że Lily aż się powstrzymuje od uwag.
            - Musiałaś pomieszać za dużo razy, po dodaniu płatków werbeny – odparła rudowłosa i zaczęła przelewać eliksir do fiolki, podpisanej jej imieniem i nazwiskiem.
            - Co ty tu robisz, Black? – zapytała podejrzliwie, gdy wróciła do stolika. Syriusz zaglądał do jeszcze nie opróżnionego kociołka, Lily.
- Nie bądź taka podejrzliwa, Evans. Chciałem popodziwiać twój doskonały eliksir – odparł, nie szczędząc ironicznego tonu. Nieśpiesznym krokiem wrócił do swojej ławki i przelał eliksir do fiolki. Lily wzruszyła ramionami i czekała na ocenę.

***

- Doskonały, panno Evans! Najwyższa ocena, Wybitny! – powiedział podekscytowany nauczyciel, z każdej strony oglądając eliksir.
Wdzięcznie zarumieniona dziewczyna, uśmiechnęła się.

***

            - Trzymaj, stary! – powiedział Syriusz i wręczył Jamesowi małą fiolkę z perłowym płynem.
            - Nie! – odparł James, oglądając „prezent”. – Skąd to masz?
            - Wziąłem z kociołka Evans – odparł beztrosko Syriusz i spojrzał z błyskiem w oku na przyjaciela. – Wiesz, co masz z tym zrobić? Będzie niezły ubaw…
James kiwnął głową i uśmiechnął się. Ooo, tak, słodka Evans już niedługo będzie jego…


***

10 stron w Wordzie. Chyba nie jest tak źle, prawda? Mam już plan opowiadania, co prawda, na razie do zakończenia szóstej klasy, ale i tak jest dobrze :) Następny rozdział, hm, w piątek?


niedziela, 1 marca 2015

Prolog



Gładka powierzchnia jeziora lśniła oślepiającym odblaskiem słońca. Na samym brzegu siedziała grupka rozchichotanych dziewcząt, które dopiero co opuściły Wielką Salę, a teraz pozdejmowały buty i skarpetki, chłodząc sobie stopy w wodzie.
Lupin wyciągnął książkę i zabrał się do czytania. Syriusz rozglądał się dookoła po uczniach rozłożonych na trawie; minę miał nieco wyniosłą i znudzoną. James bawił się zniczem, pozwalając mu odlatywać coraz dalej, ale zawsze w ostatniej chwili go chwytał. Glizdogon przyglądał się temu z otwartymi ustami. Za każdym razem, gdy Jamesowi udał się szczególnie trudny chwyt, wydawał z siebie zduszony okrzyk podziwu i bił brawo. James często spoglądał w stronę dziewcząt siedzących nad wodą.
            - Może byś już przestał, co? – odezwał się w końcu Syriusz, kiedy James złapał znicza w wyjątkowo widowiskowy sposób, a Glizdogon krzyknął z podziwu. – Bo Glizdogon posika się z wrażenia.
Glizdogon się zarumienił, a James się roześmiał.
            - Skoro ci to przeszkadza – powiedział, chowając złotą piłeczkę do kieszeni.
Syriusz Black, był chyba jedyną osobą, która mogła powstrzymać Jamesa od popisywania się.
            - Nudzę się – rzekł Syriusz. – Chciałbym, żeby już była pełnia księżyca.
            - Może ty byś chciał – mruknął ponuro Lupin zza swojej książki. – Ale mamy jeszcze transmutację, jak się nudzisz, możesz mnie przepytać… Masz. – I wyciągnął ku niemu książkę.
Syriusz prychnął.
            - Nie muszę zaglądać do tych głupot. Znam to wszystko na pamięć.
            - To cię trochę ożywi, Łapo – powiedział cicho James. – Zobacz, kto tam siedzi…
Syriusz odwrócił głowę. Zamarł bez ruchu, jak pies, który zwietrzył królika.
            - Wspaniale. Smarkerus.
Snape wstał i schował swój pergamin do torby. Kiedy wyszedł z cienia i ruszył przez trawnik, Syriusz i James też wstali. Lupin i Glizdogon pozostali na miejscu. Lupin gapił się w książkę, choć oczy mu się nie poruszały, a między brwiami pojawiła się mała zmarszczka. Glizdogon patrzył to na Syriusza, to na Jamesa, to na Snape’a z wyraźnym oczekiwaniem na twarzy.
            - W porządku, Smarkerusie? – zapytał głośno James.
Snape zareagował tak szybko, jakby się spodziewał napaści. Upuścił torbę, wsunął rękę za pazuchę i już podnosił różdżkę, gdy James wrzasnął:
            - Expelliarmus!
Różdżka Snape’a wyleciała w powietrze i upadła za nim w trawę. Syriusz parsknął śmiechem.
            - Impedimento! – krzyknął, celując różdżką w Snape’a, który zwalił się na ziemię w połowie skoku po własną różdżkę.
Porozkładani na trawie uczniowie zwrócili głowy w ich stronę. Niektórzy wstali i podeszli bliżej. Jedni mieli przerażone miny, inni byli wyraźnie rozbawieni.
Snape leżał na ziemi, dysząc. James i Syriusz zbliżali się do niego z różdżkami w  pogotowiu. James zerknął przez ramię na dziewczyny nad wodą. Glizdogon wstał, obserwując tę scenę łakomym wzrokiem, po czym obszedł Lupina, żeby mieć lepszy widok.
            - Jak ci poszedł egzamin, Smarku? – zapytał James.
            - Obserwowałem go, rył nosem po pergaminie – powiedział drwiąco Syriusz. – Na pewno tak go poplamił, że nie będą mogli odczytać ani słowa.
Tu i ówdzie rozległy się śmiechy. Najwyraźniej Snape nie cieszył się w szkole popularnością. Glizdogon zachichotał. Snape próbował wstać, ale zaklęcie wciąż działało; wił się, jakby walczył z niewidzialnymi sznurami.
            - Jeszcze zobaczymy… - wydyszał, patrząc na Jamesa z nienawiścią. – Tylko… poczekajcie…
            - Na co? – zapytał chłodno Syriusz. – Co zamierzasz zrobić, Smarku, wydmuchać sobie na nas nos?
Snape bluznął potokiem przekleństw i zaklęć, ale jego różdżka była daleko, więc żadne z zaklęć nie zadziałało.
            - Przepłucz sobie usta – wycedził James. – Chłoszczyśc!
Z ust Snape’a zaczęły się wydobywać różowe bańki mydlane, piana pokrywała mu wargi, wyraźnie się dusił…
            - ZOSTAWCIE GO!
James i Syriusz rozejrzeli się wokoło. Wolna ręka Jamesa szybko powędrowała do włosów.
Krzyknęła jedna z dziewcząt siedzących nad jeziorem. Miała grube, ciemnorude włosy, opadające jej na ramiona, i uderzająco zielone, migdałowe oczy…
            - Co jest, Evans? – zapytał James głosem, który stał się nagle uprzejmy, głębszy, jakby bardziej męski.
            - Zostawcie go – powtórzyła Lily. Patrzyła na Jamesa za odrazą. – Co on wam zrobił?
            - No wiesz… - powiedział James powoli, jakby się zastanawiał – to raczej kwestia tego, że on istnieje… jeśli wiesz, co mam na myśli…
Wielu widzów obserwujących tę scenę wybuchnęło śmiechem, w tym Syriusz i Glizdogon, ale nie Lupin, nadal pochylony nad książką. Lily też się nie roześmiała.
            - Wydaje ci się, że jesteś bardzo zabawny, tak? – zapytała chłodno. – A jesteś tylko zarozumiałym, znęcającym się nad słabszymi szmatławcem, Potter. Zostaw go w spokoju.
            - Zostawię, jak się ze mną umówisz, Evans – odrzekł szybko James. – No… nie daj się prosić… Umów się ze mną, a już nigdy więcej nie podniosę różdżki na biednego Smarka.
Za jego plecami zaklęcie spowolnienia przestało działać. Snape czołgał się powoli ku swej różdżce, wypluwając mydliny.
            - Nie umówiłabym się z tobą nawet wtedy, gdybym musiała wybierać między tobą a wielkim pająkiem – oświadczyła Lily.
            - Nie masz szczęścia, Rogaczu – rzekł Syriusz i odwrócił się w stronę Snape’a. – OJ!
Ale krzyknął za późno. Snape już celował różdżką prosto w Jamesa. Błysnęło i z policzka Jamesa trysnęła krew. Odwrócił się błyskawicznie, znowu błysnęło, i Snape wisiał już w powietrzu do góry nogami. Szata opadła mu na głowę, odsłaniając chude, blade nogi i poszarzałe gatki.
Wielu widzów zaczęło klaskać. Syriusz, James i Glizdogon ryknęli śmiechem. Rozzłoszczona twarz Lily drgnęła lekko, jakby i ona powstrzymywała uśmiech.
            - Puść go!
            - Na rozkaz! – powiedział James i szarpnął lekko różdżką.
Snape zwalił się bezwładnie na ziemię. Wyplątał się jakoś z szaty, wstał i podniósł różdżkę.
            - Petrificus Totalus! – rozległ się głos Syriusza i Snape znowu runął jak długi i zesztywniał.
            - ZOSTAWCIE GO W SPOKOJU! – krzyknęła Lily.
Teraz i ona miała już różdżkę w  ręku. James i Syriusz wpatrywali się w nią uważnie.
            - Ech, Evans, nie zmuszaj mnie, żebym zrobił ci krzywdę – powiedział James.
            - To cofnij swoje zaklęcie!
James westchnął ciężko, a potem odwrócił się do Snape’a i wyszeptał przeciwzaklęcie.
            - Bardzo proszę – powiedział, gdy Snape po raz kolejny dźwignął się na nogi. – Masz szczęście, że Evans tu była, Smarkerusie…
            - Nie potrzebuję pomocy tej małej, brudnej szlamy!
Liy zamrugała szybko.
            - Świetnie – powiedziała chłodno. – W przyszłości nie będę sobie tobą zawracać głowy. I na twoim miejscu wyprałabym gacie, Smarkerusie.
            - Przeproś ją! – ryknął James, celując różdżką w Snape’a.
            - Nie zmuszaj go, żeby mnie przepraszał! – zawołała Lily, łypiąc groźnie na Jamesa. – Jesteś taki sam jak on…
            - Co? – krzyknął James. – Ja NIGDY bym cię nie nazwał… sama wiesz jak!
            - Targasz sobie włosy, żeby wyglądać tak, jakbyś dopiero co zsiadł ze swojej miotły, popisujesz się tym głupim zniczem, chodzisz po korytarzach i miotasz zaklęcia na każdego, kto cię uraził, żeby pokazać, co potrafisz… Dziwię się, że twoja miotła może w ogóle wystartować z tobą i z twoim wielkim napuszonym łbem. MDLI mnie na twój widok.
Odwróciła się na pięcie i odeszła.
            - Evans! – zawołał za nią James. – Hej, EVANS!
Nawet się nie obejrzała.
            - Co jej się stało? – zapytał James, bezskutecznie starając się sprawić wrażenie, że go to niewiele obchodzi.
            - Czytając między wierszami, powiedziałbym, że chyba uważa cię za osobę nieco próżną – mruknął Syriusz.
            - Świetnie – rzekł James, teraz już nie kryjąc wściekłości. – Znakomicie…
Znowu błysnęło i Snape ponownie zawisł w powietrzu do góry nogami.
            - Kto chce zobaczyć, jak ściągam majtki Smarkerusowi?

Od tego momentu tak naprawdę się wszystko zaczęło…


***
Ponownie startujemy :) Ależ się wysiliłam z tym prologiem, ho ho, normalnie przepisałam z książki... :) Tak w ogóle, to czegoś nie rozumiem w tej scenie. Czy Snape pod szkolną szatą nie nosił spodni? Czy nosił ale jakieś zszarzałe? Bo wychodziłoby na to, że chodził w samych majtkach. Dziwne. Ale mam rozkminę na wieczór, nie ma co. Więc zagadka - Czy Snape nie nosił spodni pod szatą? I jak tak, to czemu? Czyżby było tak ciepło? Nie posiadał spodni? Było mu tak wygodniej? Czy to jakieś lipne tłumaczenie książki? Tyle pytań! A odpowiedzi brak :) No nic, zostawiam was z tym jakże dręczącym mnie tematem, może uda mi się dzisiaj skończyć 4 rozdział. Właśnie! Opowiadanie zaczynamy od 6 roku, ale każdy rozdział = jeden miesiąc. Czyli kumacie, rozdział 1 - wrzesień, rozdział 2 - październik itd. Chce szybko przeskoczyć szósty rok, aby jak najszybciej dotrzeć do mego (naszego?) ulubionego, czyli siódmego :) Znowu się rozpisałam... A i rozdziały chyba już nie będą publikowane tak często. Maksymalnie dwa w tygodniu. Niestety, ale brakuje mi czasu.