sobota, 17 stycznia 2015

Rozdział 67 Oświadczyny



Z dziennika Regulusa Blacka
Zdenerwowany chodziłem po swoim pokoju w domu Syriusza – wszystko wylatywało mi z rąk i albo się zbijało, albo uszkadzało. Ręce mi lekko drżały – prawie się poparzyłem zapałkami, gdy podpalałem papierosa.
- Jesteś gotowy – powiedziałem do siebie – Nie ma się nad czym zastanawiać – dodałem.
Wziąłem torbę do ręki i teleportowałem się wprost pod drzwi domu Mary.

Z dziennika Mary McDonald
- Idę! – krzyknęłam zbiegając ze schodów. Ktoś wyżywał się na dzwonku do drzwi ciągle nim dzwoniąc – Regulus? – zapytałam zdziwiona widząc chłopaka na progu.
- Pakuj się, zabieram cię gdzieś na weekend – powiedział chłopak i szybko pociągnął mnie do pokoju.


- I unosimy rękę! Dobrze! A teraz drugą! Ćwiczymy! I wymach nogą! Doskonale! – taak, rady uzdrowicielki potraktowałam bardzo dosłownie i zabrałam się za ćwiczenia.
W mugolskim sklepie w centrum Londynu, kupiłam płytę z ćwiczeniami dla ciężarnych i wymachiwałam kończynami przed telewizorem.
- I wymach! – krzyknęłam z entuzjazmem. Chyba mi się uwolniły endorfiny! – I wykop! – zawołałam i zobaczyłam męża stojącego w drzwiach od salonu.
- Ale mam gimnastyczkę w domu – powiedział James i pocałował mnie w policzek – Nie przemęczaj się – dodał i skierował się do kuchni.
Wciągnęłam powietrze nosem i wypuściłam ustami – tak jak kazała pani z filmu, wyłączyłam telewizor i ruszyłam za mężem.
- Pamiętasz, że jutro mamy wizytę w szpitalu? – zapytałam męża, nalewając sobie do szklanki wodę.
- Lily, jak mógłbym zapomnieć, skoro codziennie mi o tym przypominasz i nasz kalendarz wygląda tak – odparł i wskazał na zakreśloną na czerwono datę. Wziętą w  kółeczko i serduszko. I podkreśloną, ot tak dla pewności…
- Och, no nie wiem. Może tak jak zapomniałeś o hurtowym zakupie koperku? – odparłam ironicznie, przypominając sobie moje ostatnie cierpienie. Bez koperku, ani rusz!
- Przecież już przepraszałem – jęknął James i pociągnął mnie na kolana – Oo, już nie jesteś taka lekka – dodał z zawadiackim uśmiechem.
- Bo to jest mój drogi, 19 tydzień – odparłam – Boli mnie kręgosłup, zrobisz mi masaż? – zapytałam, wstając z kolan męża.
- Oczywiście – powiedział i zaprowadził mnie do sypialni.


Z dziennika Mary McDonald
- Gdzie jesteśmy? – zapytałam, gdy teleportowaliśmy się gdzieś. W jakieś dziwnie znajome, zalesione miejsce.
- Jesteśmy w Hogsmeade – odparł lakonicznie Reg i pociągnął mnie w stronę jakiegoś budynku.


- Moje kostki – wyszeptałam, wychodząc spod prysznica – James, popatrz jak one wyglądają! – dodałam, gdy wyszłam z łazienki i podciągnęłam spodnie od piżamy.
- Spuchły – odparł brunet i wciągnął mnie na łóżko – Nie chodziłaś dzisiaj za dużo? – zapytał, lekko mi je masując.
- Nie – odparłam i zrobiłam niezadowoloną minę – Jeżeli tak dalej pójdzie, to niedługo będę wyglądać jak ludzik Michelin – dodałam.
- Jak co? – zapytał James z uśmiechem.
- Och, to taki gruby ludzik, reklama mugolskich opon do samochodu – dodałam, oglądając moje lekko spuchnięte nogi – Ja chcę już urodzić! – zawołałam i dramatycznie opadłam na łóżko.
- Już tylko drugie tyle – pocieszył mnie J i przykrył nas kołdrą.


Z dziennika Regulusa Blacka
- Zupełnie nie rozumiem co my tutaj robimy – powiedziała Mary, gdy rozpakowałem nasze bagaże.
Byliśmy w urokliwym pensjonacie zaraz za Hogsmeade.
- Ostatnio nie miałaś dla mnie czasu, cały czas się uczyłaś, więc uznałem, że potrzebujesz trochę relaksu – odparłem i pocałowałem zadowoloną blondynkę.


- O Merlinie, o Morgano, szybciej, szybciej – burczałam pod nosem i patrzyłam na zegarek, który jak na złość zbyt wolno poruszał swoimi wskazówkami.
Wizytę u magomedyczki Brown mieliśmy umówioną na godzinę 12, ale że strasznie pośpieszałam męża, przybyliśmy na 11:30. I tak czekaliśmy – ja zniecierpliwiona, James rozbawiony.
- Już państwo jesteście? – zapytała zdziwiona uzdrowicielka Brown, otwierając drzwi od gabinetu – To zapraszam, nie ma na co czekać – dodała z uśmiechem.

Z dziennika Mary McDonald
- Co będziemy robić? – zapytałam przeciągając się w łóżku. Nie brzmi to dobrze, ale była 12, a my nadal leżeliśmy. Nawet nie zadzwoniliśmy po śniadanie – można powiedzieć, że odpoczywaliśmy… Taa, ekhm. Nie wdawajmy się w szczegóły.
- Niespodzianka – odparł Reg i bezwstydnie, świecąc gołymi pośladkami poszedł do łazienki. Zachichotałam i dołączyłam do chłopaka.


- I co? – zapytałam, przyznaję, dosyć niegrzecznie! Uzdrowicielka Brown dopiero przyłożyła mi różdżkę do brzucha, na ekraniku nawet jeszcze nie pojawił się obraz, a ja już ją wypytywałam.
- Momencik pani Potter, zaraz będzie wszystko wiadome – odparła z uśmiechem. James złapał mnie za rękę i również wpatrywał się w na razie czarny ekran.
- O proszę i pokazało się dziecko – powiedziała pani Brown – Proszę popatrzeć, tu ma główkę… rączki… nóżki… – mówiła i wskazywałam nam odpowiednie rejony na ekranie.
- A płeć? – zapytał James z uwagą wpatrując się w lekko zamazany ekran.
- Proszę państwa – zaczęła uzdrowicielka – To chłopiec!
Spojrzałam na szczęśliwego Jamesa i się wzruszyłam.

Z dziennika Regulusa Blacka
Po wczesnym obiedzie poszliśmy na spacer.
- Uwielbiam tę porę roku – powiedziała Mary i ciepło na mnie spojrzała.
- Lubisz roztopiony śnieg? – zapytałem wskazując brodą na pluchę pod nogami.
- Nie, lubię to, co dopiero nadejdzie – odparła – Wiosna, a wraz z nią nadzieja – dodała.
- Nadzieja na co? – zapytałem ciekawy odpowiedzi.
- Och, na wszystko co tylko sobie człowiek wymarzy – odparła dziewczyna i nagle spoważniała – Chociażby na to, że kiedyś uzyska się wybaczenie – dodała.
Wiem, że miała na myśli Lupina.


- Widzisz, mówiłam! – zawołałam triumfalnie, gdy już wyszliśmy z Munga. Moje przeczucia apropo płci dziecka się sprawdziły.
- Chłopiec… - powiedział rozmarzony J i mocno mnie objął – Doskonale wszyscy wiedzą, że ty zawsze masz racje – dodał i pocałował mnie w czubek nosa.
Zaśmiałam się i poprowadziłam go w kierunku restauracji. Byłam głodna! W ciąży jestem ciągle głodna…

Z dziennika Mary McDonald
- Gdzie mnie zabierasz, że karzesz mi się w to ubrać? – zapytałam, wskazując na przepiękną, elegancką suknię – jednak zupełnie nie w moim stylu.
- Na kolację – odparł Reg i zaśmiał się z mojej niezadowolonej miny – Ubieraj się – dodał i zaczął wiązać krawat.


- To jest takie smaczne! – powiedziałam przeżuwając ciasto przyniesione przez Dorcas – Musisz mi dać przepis – dodałam, nakładając sobie na talerzyk kolejny kawałek.
- Wiewióro, opanuj swoje deserowe żądze, roztyjecie się z Dorcas… - stwierdził Idiota, patrząc jak z brunetką zajadamy się ciastem.
- Jem dla twojej córki, kretynie! Nie dla siebie – odparła wkurzona Dor wpychając sobie do paszczy spory kawał czekoladowego przysmaku.
Syriusz spojrzał na Jamesa i wzruszył ramionami.
- To wy później będziecie jęczeć, że jesteście grube – dodał Pan Kretyn.
- Jak chcą, to niech jedzą – powiedział James. I te słowa trochę mnie przystopowały.
- Boże, rzeczywiście. Będziemy tłuste, Dorcas – wyjęczałam. Właściwie poczułam, że chętnie bym popłakała.
Spojrzałam na w końcu przejętą dziewczynę, przez oczy przysłonięte łzami.
- No i widzisz do czego doprowadziłeś? – wysyczał J do Syriusza – Teraz obie beczą… - dodał obejmując mnie ramieniem.
- Będę taka gruuuuba!... Obleśna, jak jakiś wieloryb, albo słoń! – zaszlochałam w sweter Jamesa.
Hormony są zabójcze…
- Syriuszu, jesteś idiotą – stwierdziła Dorcas, która dołączyła do mnie z płaczem – Gdy urodzę, rozwiedziemy się – dodała, pewna swego.
Syriusz patrzył na tą scenę z niedowierzaniem.
- Teraz je napraw – wyszeptał James do Kretyna.
- Ale jak? – zapytał Syriusz i na nas spojrzał – Jak chcecie to sobie jedzcie ciasto – dodał.
To tylko doprowadziło do głośniejszego zawodzenia.

Z dziennika Regulusa Blacka
- Czy to twoi rodzice? – zapytała spanikowana blondynka, gdy podprowadziłem ją do stolika w restauracji, przy którym rzeczywiście siedzieli moi rodzice.
- Tak – powiedziałem i odsunąłem jej krzesło.
- Dzień dobry – zapiszczała blondynka spoglądając na ponure twarze rodziców.
To będzie trudne zapoznanie.


- Już się uspokoiłam, nie gap się tak – powiedziałam do Jamesa.
Przez nietaktowne teksty kierowane przez Kretyna Blacka, do dwóch, nadwrażliwych ciężarnych, atmosfera między nami była kiepska. A miał to być taki miły weekend!
- Lil, przecież wiesz jaki jest Syriusz. Chlapnie coś, nie przemyśli… - dodał, obejmując mnie od tyłu i dotykając mojego brzucha.
- Wiem jaki jest Syriusz – wyburczałam – Ale… - przerwałam.
- Co się dzieje? – zapytał James, gdy przyłożyłam jego dłoń trochę z boku brzucha.
- Rusza się! – powiedziałam w lekkim szoku – Maleństwo… To jest, Harry, się rusza! – dodałam, odwróciłam się i padłam w objęcia męża.
- Znowu płaczesz? – zapytał ze śmiechem.
No tak, on reaguje śmiechem – a ja płaczem. To te hormony! Serio, nigdy tyle nie płakałam!

Z dziennika Mary McDonald
- Imponujące – stwierdził ojciec Rega, gdy skończyłam opowiadać o mojej nauce i wszelkich osiągnięciach – Więc mówisz, że twój ojciec jest czarodziejem, a matka mugolką?
Reg syknął na słowo „mugol”, ale ja się nie przejęłam.
- Tak, tata pracuje w ministerstwie, jest zastępcą dyrektora Działu Niewłaściwego Użycia Czarów, a mama pracuje w biurze mugolskiego premiera – odparłam, na co pani Black uniosła brwi.
- To ten co sprawuje władzę po Królowej?
- Tak – odparłam i zajęłam się jedzeniem. Spojrzałam na Regulusa spojrzeniem pod tytułem „Później cię zabiję” i uśmiechnęłam się do ponurej Walburgii.


- Co robisz? – zapytałam wchodząc do salonu. Była druga w nocy – zdziwiłam się, gdy się obudziłam i nie znalazłam męża obok siebie.
- Oglądam zdjęcia z USG – odparł i narzucił na mnie koc, gdy usiadłam obok niego.
- James, martwisz się czymś? Masz nieszczególną minę – zapytałam, patrząc mu w oczy.
- Niczym się nie martwię – odparł zaskoczony moim pytaniem – Cieszę się, wszystko układa się tak dobrze… Może to rodzi pewne wątpliwości, ale nie, stanowczo nic złego nie zaprząta mojej uwagi.
Spojrzałam na zdjęcia z USG, uśmiechnęłam się i powiedziałam:
- Chodźmy do sypialni, już późno.

Z dziennika Mary McDonald
- Twoi rodzice są… specyficzni – powiedziałam łagodnie. Tak naprawdę byli dziwni i cóż, to arystokraci. Wielbiciele „czystej krwi”… „Dziwni” to łagodne określenie.
- I tak dobrze poszło – stwierdził Reg rzucając krawat na podłogę.
- A możesz powiedzieć czemu służyło to spotkanie? I czemu mnie nie uprzedziłeś? – zapytałam z lekką pretensją. Spojrzenie bruneta się zachmurzyło.
- To był wymóg – powiedział dosyć tajemniczo.
- Czego? – zapytałam ciekawa.
- Moich oświadczyn – odparł lekko. Spojrzałam zaskoczona, jak klęka przede mną i wyjmuje z kieszeni szaty wyjściowej małe pudełeczko – Mary McDonald, czy jesteś gotowa spędzić resztę życia ze mną i moją pochrzanioną rodziną? Bratem kretynem i rasistowskimi rodzicami? – zapytał, a mnie zatkało!
- Ja…
- Mogę cię zapewnić, że będę cię zawsze kochał i szanował – dodał, spoglądając mi w oczy.
- Reg, to… Jestem taka… Ja… O Merlinie, tak! – zawołałam, po tym okropnym jąkaniu się.
Regulus wstał z klęczek i założył mi na palec pierścionek – złoty z wijącym się wężem z zielonym oczkiem (http://ekskluzywne.net/artykul/pierscionek-waz - w sumie chodzi mi o coś w tym stylu – z oczami z zielonych kamieni – wiecie Slytheryn – wąż- bla bla bla - banał :).
- Żebyś zawsze pamiętała, że nie jestem porządnym Gryfonem – wytłumaczył, gdy spojrzałam na niego zaskoczona.
Roześmiałam się i namiętnie go pocałowałam.



***

Witam, w tą świetną (jak dla mnie) sobotę! Mam dobry humor, prawie wyzdrowiałam, miałam świetne zajęcia na uczelni, więc dodaję następny rozdział. Mam nadzieję, że w końcu coś się dzieje - są oświadczyny, okazuje się, że to będzie chłopiec (och, Harry!), oraz Black po raz kolejny zachowuje się jak kretyn :) Także, ufff, to nie jest kolejny, nudny rozdział! I jest dosyć długi - ma ponad siedem stron w Wordzie. Za ewentualne błędy przepraszam. Pisanie kolejnych rozdziałów jakoś idzie, nawet dopisałam parę wątków do mojego spisu następnych rozdziałów - na razie mam plan do 78 - 80. I przemyślałam zakończenie, wiem kiedy opowiadanie się skończy i mniej więcej mam w głowie zarys epilogu. Więc jest spoko. W dodatku znalazłam moje stare opowiadanie - myślę, że będę chciała je poprawić, kontynuować i opublikować na tym blogu. Więc, nawet jeżeli to opowiadanie się skończy, ja nie skończę na tej jednej historii :) I oczywiście będzie to nasze ukochane Jily :) Także taaak, będę was nadal dręczyć swoją twórczością (udaną lub nie - ocenę zostawiam wam). Następny rozdział na początku tygodnia - poniedziałek/wtorek. Uff, ale się rozpisałam! Jeżeli ktoś to przeczyta, cóż, będę go podziwiać!!

czwartek, 15 stycznia 2015

Rozdział 66 Zakupowe szaleństwo/Męskie gotowanie



Był koniec stycznia, śnieg nadal leżał grubą warstwą - trochę przypominał kłaczki waty – miał konsystencję długich, białych pasm.
Z najnowszych wieści – kończył mi się trzeci miesiąc ciąży. Więc według poradników dla ciężarnych, moje maleństwo miało już wykształcone najważniejsze narządy wewnętrzne, na palcach wyrosły mu już paznokcie, a na główce pojawiły się pierwsze włoski – a raczej meszek.
Także maleństwo, ma już sprawne serduszko, ma malutkie paznokietki oraz meszek na główce. I waży tak około 25 gramów, a mierzy 9 centymetrów.
Niestety w trzecim miesiącu jeszcze nie można rozpoznać płci dziecka, ale magomedyczka zapewniła nas, że w połowie – pod koniec czwartego miesiąca będzie to już możliwe.
Już nie mogę się tego doczekać! Bo od samego początku ciąży jestem nastawiona na chłopca – małą kopię Jamesa, może z małymi elementami ze mnie (byle nie było rude! Rude włosy są przekleństwem!). Dosłownie – chodzę po ścianach i gryzę pazury.
- Znowu siedzisz z nosem w pamiętniku? – zapytał James wchodząc do sekretariatu biura. Wiem, doskonale to wiem, powinnam pracować, przekładać papiery z miejsca na miejsce, cokolwiek, ale nie powinnam pisać w moim notatniku. Czasami nie mogę się opanować!
- Ciii, jeszcze ktoś usłyszy – powiedziałam rozglądając się dookoła. Zostałam obdarzona czułym pocałunkiem w usta i uraczona nową dostawą koperku – już wszyscy w biurze kojarzą mnie tylko z tym. Ale co poradzę, tylko to ustrzega mnie przed mdłościami…
- Jesteś dzisiaj wcześniej, wypuścili was z zebrania? – zapytałam, zakładając płaszcz i grzecznie czekając aż James dokładnie obwiąże mnie szalikiem i pięć razy poprawi mi czapkę. Ta jego nadwrażliwość!
- Szef się gdzieś śpieszył – wytłumaczył, łapiąc mnie za rękę i wyrywając mi torebkę – Masz nie nosić ciężarów – dodał apodyktycznym tonem.
Niedługo zacznie mnie nosić na rękach, zobaczycie, tak to się skończy!! O ile mnie udźwignie…


Jako, że był to piątek (yeah!) zaprosiliśmy do nas znajomych. Na chińskie żarcie, na które ostatnio mam ciągle ochotę.
- To jest takie smaczne – powiedziała Dorcas, wciągając kluski – Jak mogliśmy wcześniej tego nie jeść? – zapytała Syriusza.
- Bo to jest mugolskie żarcie, a aż tak się na mugolach nie znamy – wytłumaczył jej zapchany jedzeniem Łapa.
- Możliwe – odparła Dorcas lakonicznie i wyciągnęła się na krześle – To co, czekolada na deser? – zapytała, a ja pokręciłam głową. Jeżeli będę tyle wsuwać, przytyję ze 20 kilo i będę przypominać rude yeti. A tego nie chciałam.
- Ja dziękuję – odparłam i zwróciłam się do Mary – To co, kiedy zmajstrujecie sobie z Regiem bobasa?
Moje pytanie zostało przeróżnie przyjęte – Mary wściekle się zaróżowiła, Regulus wypluł jedzone mięso na talerz (fuj), Syriusz zaczął się śmiać (może myślał, że jego brat nie może?), a James westchnął. No tak, już mi raz powiedział – to że ja jestem w ciąży i moje przyjaciółki, to nie oznacza, że mam na wszystkich wymuszać stan odmienny. Ale to było tylko takie pytanko…
- Ruda, my dopiero myślimy o wspólnym zamieszkaniu – w końcu wykrztusił młodszy Black – A ty o dzieciach… Nawet nie wiem czy je lubię. Robią ciągle kupę, drą się, śmierdzą – zaczął wyliczać.
I owszem, nie brzmi to dobrze. Bo dzieci rzeczywiście to wszystko robią – kupę, śmierdzą prze- okrutnie, ulewa się im, wymiotują – trzeba przyznać, są dosyć osobliwe i obrzydliwe.
Ale ile w takich małych ciałkach jest miłości?!
Taak, to wszystko wynagradza! Wszystko!
Nawet te śmierdzące kupy.
- Ojej, jacy jesteśmy wrażliwi – westchnęłam – Patrz na Jamesa, jemu kupa nie straszna! Zmieniał Wielkiemu De pieluszkę – wytłumaczyłam, widząc niekumany wzrok przyjaciół.
- O mało co się nie zwymiotowałem – wtrącił James, wzdrygając się – pewnie sobie przypomniał tę chwilę.
- Jesteś świadomy tego, że będziesz zmieniać naszemu maleństwu pieluszki, prawda? – zapytałam. James spojrzał na mnie lekko zmieszany, ale dzielnie pokiwał głową.
- Właśnie Syriuszu, wiesz, że będziesz naszej córce zmieniał pieluchy? – zapytała Dorcas pochłaniając czekoladę.
A Syriusz jak to on – zrobił przerażoną minę.
- Po pierwsze: to będzie syn – zaczął, gdy się uspokoił – Po drugie: zatrudnimy nianię do zmieniania pieluszek – dodał i uśmiechnął się z triumfem.
- No, na to nie wpadłem – powiedział James.


Weekend postanowiłyśmy z Dorcas i Alicją spędzić w sklepach z wyposażeniem pokoi dziecięcych. Jako, że ja już miałam pokoik urządzony – brakowało w nim tylko typowych akcentów, skupiłam się na kupowaniu ubranek.
Żeby być szczerą – wielkich ilości ubranek.
- Morgano, to takie słodkie! – powiedziałam, pokazując Dor i Al przesłodkie wdzianko – kubraczek na całe ciałko, przypominający małego niedźwiadka – na kapturze miał doszyte uszka i był z miłego, brązowego materiału.
- Jaki super! – zawołała Alicja – Biorę takie dwa, patrzcie, jest i tygrysek! Te mugolskie sklepy są zarąbiste – dodała rozglądając się po istnej krainie marzeń każdej przyszłej mamy.
- Patrzcie co mam! Małe ubranko księżniczki! Gdybym była mała, to bym takie non stop nosiła – poinformowała nas Dor i wsadziła do koszyka różową sukienkę. 
Widzę, że ktoś tu jest pewien swojego!
- Dobrze, to chwilę się skupmy – powiedziałam, gdy wyszłyśmy już z któregoś sklepu – Zamówiłyście mebelki, kupiłyśmy mnóstwo ubranek, bucików, bielizny. Czego nie mamy? – zapytałam.
- Gigantycznych zapasów pieluszek, talku i chusteczek – zaczęła wyliczać na palcach Alicja. Spojrzałyśmy po sobie i ruszyłyśmy do drogerii.


- Wróciłam! – zawołałam wchodząc wieczorem do domu. W salonie było słychać głosy więc od razu tam się skierowałam – Cześć – powiedziałam do siedzących na kanapie Jamesa i Remusa.
- Witaj Lily, świetnie wyglądasz – powiedział Remus, lekko mnie przytulając.
- Ty również dobrze wyglądasz. Jak ci minęła pełnia? – zapytałam, przypominając sobie, że pełnia była w tym tygodniu.
- Nieźle, miałem pomoc – odparł Remus. Zmarszczyłam brwi i spojrzałam na Jamesa.
- Peter wrócił – obwieścił.
Nie mogłam się powstrzymać i wytrzeszczyłam oczy.
- Pettigrew? – wyszeptałam. Od razu przed oczami stanęła mi sylwetka pulchnego blondyna o wodnistych oczach. Obraz zdrajcy.
- On naprawdę się zmienił – powiedział Remus widząc moją minę i od razu zaczął opowiadać co u chłopaka – Durmstrang zupełnie go odmienił, stał się… dzielniejszy. Odważniejszy. Tam nie mógł przed wszystkim uciekać, nikt go nie bronił przed innymi. Sam sobie radził – dodał Lunatyk.
Spojrzałam na niego z powątpiewaniem.
- Jeżeli chcesz, możesz się zadawać z tym obślizgłym zdrajcą, nie mam na ciebie wpływu – powiedziałam w miarę spokojnie – Ale jeżeli ten gad, zbliży się do mojej rodziny, to go rozszarpię gołymi rękoma – dodałam wściekle. Niestety, ale nadal nie zapomniałam, ani tym bardziej nie wybaczyłam byłemu przyjacielowi mojego męża.
- Rozumiem – powiedział Remus i zrobił się smutny. Szczerze mówiąc, myślę, że Peter Pettigrew nie powinien na nikogo tak działać – można być na niego tylko złym lub wściekłym, ale nie smutnym.
Po powymienianiu różnych uprzejmości – Remus wrócił do domu.
Usiadłam koło Jamesa na kanapie i na niego spojrzałam.
- I co sądzisz o tej sprawie? Chcesz się spotkać z Pettigrew? – zapytałam, w myślach modląc się, żeby odpowiedz była negatywna.
- Nie chcę go widzieć. Owszem, wybaczyłem mu, ale nigdy nie odbudujemy tej przyjaźni. Myślę, że nawet nie będzie dla mnie kolegą – odparł James po chwili zastanowienia.
Odetchnęłam z ulgą.
- To dobrze – wyszeptałam i mocno wtuliłam się w ciepłe ciało bruneta – Pooglądamy to, co kupiłam? – zapytałam już rozluźniona.
James skinął głową i jak to on – poprzynosił te wszystkie torby, żebym nie dźwigała.


Niedziela zaczęła się fatalnie – tak jak przez ostatnie dni mdłości mnie nie męczyły – tak dzisiejszy poranek spędziłam nad muszlą klozetową.
- Ughh – wyjęczałam, gdy w końcu mogłam się podnieść z klęczek i umyć zęby.
- Twoja herbata – powiedział J wchodząc do łazienki – Jak się czujesz? – zapytał, gdy zasiadłam ciężko na zamkniętej klapie od klozetu.
- Beznadziejnie – odparłam i napiłam się ciepłego napoju.
- Jesteś strasznie blada, mógłbym teraz policzyć wszystkie twoje piegi – powiedział brunet, klękając przede mną i przypatrując się mojej twarzy.
W ciszy i pod uważnym spojrzeniem męża wypiłam herbatę.
- Wrócimy do łóżka? – zapytałam i wyciągnęłam ramiona do Jamesa.
Od razu mnie zrozumiał i zaniósł do łóżka. Na po - mdłościową drzemkę.

Dalsza część niedzieli była o wiele przyjemniejsza – po pobudce około 12, zjedzeniu śniadania, nie zwymiotowaniu go (sukces!), przyszedł czas na słodkie leniuchowanie.
- Jesteś pewien, że poradzisz sobie z ugotowaniem obiadu? – zapytałam po raz enty z kanapy. James ułożył mnie na poduszkach, przykrył ciepłym kocem, podał kubek z herbatą i zadecydował, że to on dzisiaj ugotuje obiad.
Czy muszę mówić, że nigdy tego nie robił?
- Poradzę, oczywiście, że tak – odparł zakładając mój fartuch kuchenny – Ty sobie poczytaj, zrelaksuj się i o nic się nie martw – dodał James, przelotnie całując mnie w czubek głowy i udając się na pole bitwy, czytaj – do kuchni.

Z dziennika Jamesa Pottera
Wszedłem do kuchni i nie wiedziałem co mam zrobić. Dobra, miałem wielki plan ugotowania zupy oraz drugiego dania, ale czy nie był on zbyt ambitny? Może skupię się na drugim daniu, to na pewno łatwiejsze!
Zacząłem od obierania ziemniaków – dziecinnie proste.
Teraz jakieś warzywo, hmmm, Lily lubi marchewkę – ugotuję ją. Tylko, jak się gotuje marchewkę? W całości? Niee, Lily zawsze ją podaje w takiej ładnej kosteczce, z koperkiem.
Więc obrałem. OK., teraz wystarczy pokroić w kostkę i ugotować.
Hej, gotowanie nie jest takie trudne!
Wstawiłem ziemniaki na gaz, marchewkę też i zabrałem się za mięso.
Wołowina. Co się robi z wołowiny?
Steki!
Ale steki są najlepsze jak są krwiste.
Lily jest w ciąży, nie może jeść na wpół surowego mięsa.
Więc będą wysmażone!
Jestem geniuszem…


Usiadłam przy stole i czekałam na swój talerz.
- Szef kuchni serwuje – stek z warzywami! – zapowiedział J i postawił przede mną apetycznie wyglądające danie. Jeżeli to będzie dobrze smakować, to chyba przejmie moje obowiązki...
Uśmiechnęłam się do zadowolonego z siebie faceta i odkroiłam kawałek mięsa.
- James, to jest naprawdę smaczne! – zawołałam zdziwiona. Myślałam, że coś sknoci! Ech, ja nie wierząca!
Rogacz uśmiechnął się skromnie (niewiarygodne!) i wziął się za jedzenie.


Reszta niedzieli upłynęła nam spokojnie – siedzieliśmy w pokoju dziecięcym i wszystko układaliśmy – zapełnialiśmy szafy zakupionymi ubrankami, komody bielizną, a wszelkie półki pieluszkami i kosmetykami dla dzieci.
- Musimy jeszcze kupić wanienkę – powiedział James. Od dłuższej chwili zastanawialiśmy się, czego nam jeszcze brakuje.
- Rzeczywiście! – zawołałam. Jak mogłam o tym zapomnieć?
- Nie martw się, mamy jeszcze mnóstwo czasu – uspokoił mnie brunet, widząc moją spanikowaną minę.
Uśmiechnęłam się do niego i skinęłam głową.
Mamy czas. Całe sześć miesięcy!


***

Witajcie! Ruszyłam, w końcu! Napisałam rozdział 73, okej nie jest wybitny, ale hej, czy tu jest jakiś wybitny rozdział? (to pytanie podchwytliwe :) Mam dosyć wysoką gorączkę, więc tak naprawdę nie wiem, co tam napisałam...  No nic, rozdział dodany - obowiązek spełniony. Następny będzie pewnie w weekend.