poniedziałek, 12 stycznia 2015

Rozdział 65 Sylwester



Zazwyczaj gdy Nowy Rok jest tuż, tuż, ludzie robią sobie listę postanowień na rok następny. Nigdy czegoś takiego nie robiłam, ale hej!, czemu nie?
Więc:

Lista postanowień na rok 1980 Lily Potter:
- urodzić zdrowe dziecko – niestety, ale zupełnie nie jest to zależne ode mnie
- pozbyć się dodatkowych kilogramów, które na pewno mi się rozlokują tu i ówdzie w czasie ciąży
- ogarnąć o co tak naprawdę chodzi z tym Quidditchem
- więcej ćwiczyć – w zdrowym ciele zdrowy duch, czy coś takiego
- pilnować, żeby nasze małżeństwo było nadal taką niekończącą się, radosną drogą tak jak teraz
- zobaczyć w końcu jednorożca!
Taa, super. Świetne postanowienia. Tak swoją drogą to chciałabym zobaczyć taką listę Syriusza – pewnie w każdym punkcie napisałby „Nadal być takim boskim ideałem jak teraz”…


- Lily, jesteś już gotowa?! – zawołał James. Czekał na mnie na parterze, a ja się szykowałam. I zajmowało mi to – jak to kobiecie, całe godziny.
- Gotowa – potwierdziłam schodząc po schodach w nowych szpilkach – przez to że James poukrywał gdzieś wszystkie moje buty na obcasie, musiałam kupić nowe. Ale jak wiadomo, dla kobiety każdy powód do kupna nowego obuwia, jest dobry!
- Pięknie wyglądasz, ale te buty… - zaczął.
- Są wygodne, najwyżej będziesz mnie asekurował całą noc – przerwałam mu i od razu wsparłam się na jego ramieniu. Przyznaję, wcale te buty nie były takie wygodne. Ale były piękne!
Do domu Blacków dostaliśmy się kominkiem – niezawodną siecią Fiuu.
- Wow – wyszeptałam, rozglądając się po pomieszczeniu urządzonym niczym nocny klub. Pulsujące światła, tajemniczy półmrok, bar, kelnerzy(!!). Po prostu wow.
- To się postarali – skomentował to James i pociągnął mnie w stronę Dorcas.
- Cześć! – wrzasnęłam, przekrzykując dudniącą muzykę – Świetnie wyglądasz! – pochwaliłam przyjaciółkę.
- Hej wam! Lil, super szpilki – odparła Dor lustrując mój ubiór spojrzeniem – Syriusz zaprosił mnóstwo osób, sporo z nich nie znam – pożaliła się brunetka, gdy James podszedł do Syriusza stojącego obok baru z innymi Aurorami. Raczej tymi młodszymi, byli tu chyba wszyscy z naszego kursu.
- Nie przejmuj się, widzę idącą w naszą stronę Mary i Alicję – powiedziałam i po chwili witałyśmy się z dziewczynami.

Z dziennika Jamesa Pottera
Nie mogłem się opanować i co jakiś czas patrzyłem w kierunku rozchichotanych dziewczyn. Wiem, że nie powinienem tak ciągle pilnować Lily, jednak wszelakie obawy były silniejsze.
- Stary, mam takie wieści! – powiedział Syriusz i się zapowietrzył.
- Jakie? – zapytałem popijając Ognistą. Spojrzałem na przyjaciela, jednak ten zrobił niepewną minę.
- Powiem ci o północy – odparł i podszedł do Franka Longbottoma.

Z różowego notesu Dorcas Meadowes- Black
- Dorcas, dobrze się czujesz? – usłyszałam pytanie zadane przez Lily – Nie pijesz alkoholu – dodała, trochę oskarżycielskim tonem.
- Ty też – odparłam patrząc na sok dyniowy w szklance Rudej – Coś ci jest? – zapytałam.
- Dowiesz się o północy – odparła tajemniczo Lily i poszła do Jamesa.

Z dziennika Mary McDonald
Siedzieliśmy w pokoju Regulusa i się obściskiwaliśmy.
- Może pójdziemy na dół? – zapytałam, odrywając się od ust chłopaka – Impreza chyba się już rozkręciła – dodałam, słysząc wesołe okrzyki i toasty.
- To chodźmy – powiedział R i bezceremonialnie ściągnął mnie z łóżka.

Z dziennika Syriusza Blacka
Tańczyliśmy sobie ze słodką Czekoladką tak zwany taniec – przytulaniec.
- Kiedy im powiemy? – wymruczałem jej do ucha pytanie.
- Ustaliliśmy, po północy – odparła, mocniej się na mnie opierając.
- Za dwie godziny – powiedziałem, spoglądając na zegarek. Nie mogę się doczekać!

Alkohol lał się strumieniami, muzyka grała tak głośno, że ledwo wytrzymywałam i ci wstawieni ludzie! Jednak impreza bez alkoholu jest dziwna.
Ale jeszcze dziwniejsze było to, że ani ja, ani Dorcas, Mary czy Alicja – żadna z nas nie ruszyła drinka.
Ja jestem w ciąży, ale czemu one nic nie piły? W dodatku Mary? Nasz mały alkoholik?
- Dziewczyny, siedzimy jak stare baby na kanapie i plotkujemy – powiedziałam przekrzykując muzykę – Może chociaż potańczymy? – zaproponowałam.
Po chwili zajęłyśmy parkiet.

- 3… 2… 1 Szczęśliwego Nowego Roku!! – zawołał Syriusz, gdy wyszliśmy na podwórko oglądać pokaz fajerwerków, urządzonych przez Regulusa i Syriusza (rodzina piromanów).
- Wesołego! – zawołałam, po kolei przytulając każdego z przyjaciół – Ale słuchajcie, mamy świetną nowinę! – dodałam i spojrzałam na Jamesa.
- Spodziewamy się dziecka – powiedział James, zwracając się do rozbawionej zgrai.
Tak jak większość rzuciła się na nas z gratulacjami, tak Dorcas zawołała:
- CO?! To była moja nowina!
Na podwórku zaległa cisza – dobra, było słychać wystrzały petard i pokrzykiwania reszty gości. Ale wiecie o co chodzi, nasi najbliżsi przyjaciele zamarli.
- O Boże, Dorcas, to cudownie! – wrzasnęłam i ze śmiechem rzuciłam się na przyjaciółkę. Zaczęłyśmy mówić jedna przez drugą.
- Razem je wychowamy…
- Ja urodzę chłopca, a ty dziewczynkę…
- Może zostaną małżeństwem?...
- To takie super, razem pójdziemy do szkoły rodzenia!...
- W końcu Syriusz się spisał…
- James, ty ogierze…!
- Halo, dziewczyny, moment! – przerwała nam Alicja – Będziemy rodzic we trójkę! – zawołała i zaczęła śmiać się z naszych min.
Po prostu wszyscy oszaleli, każdy każdemu gratulował. To była masakra.
- Dobra, ale ja rodzę chłopca – powiedziałam, ot, tak dla porządku.
- Ja tam zawsze marzyłam o dziewczynce – wyszeptała Dorcas i spojrzała na Syriusza, który był właśnie poklepywany i zasypywany gratulacjami – Jednak Syriusz chciałby chłopca.
- Dziewczyny, ważne, żeby były zdrowe – powiedziała Mary, gdy już z niej opadły emocje – w końcu zostanie ciocią aż trójki dzieci!
- Wyszło tak, jakbyście się zmówiły – powiedział Regulus wietrząc spisek (niczym prawdziwy Ślizgon). Przytulił rozpromienioną i rozgadaną Mary. Spojrzałam na dziewczyny i się zaśmiałyśmy.
- Nie planowałyśmy tego – zapewniła go Alicja – Chodźmy do domu, jest strasznie zimno.

Resztę imprezy spędziłyśmy w babskim (ciężarnym i nie tylko) gronie w sypialni Blacków.
- Nadal nie mogę w to uwierzyć – powiedziałam podgryzając ciastka i patrząc na przyjaciółki siedzące obok mnie na łóżku – Nasze dzieci pójdą razem do Hogwartu! – zauważyłam.
- Zupełnie o tym nie pomyślałam! – zawołała Alicja – Byle trafiły do Gryffindoru…
- Ej, co macie do innych domów? Reg jest Ślizgonem, ale tym dobrym – wyburczała Mary, patrząc na nas spode łba.
- Oj tam, oj tam, ważne, żeby w ogóle dostały list – sprowadziła nas na ziemię Dorcas – Matka Syriusza by mnie gołymi rękoma udusiła, gdyby się dowiedziała, że urodziłam charłaka.
- Będzie dobrze – wymamrotałam i się wygodniej ułożyłam. Gadałyśmy do trzeciej w nocy.

Z dziennika Jamesa Pottera
- Tutaj są – wyszeptałem do kumpli. Od paru minut szukaliśmy naszych żon/dziewczyn i znaleźliśmy je w sypialni Dorcas i Syriusza – spały jak susły.
- Która to tak chrapie? – zapytał Regulus, zaglądając do pokoju i nasłuchując.
- Dorcas – powiedział pewnym głosem Syriusz – Ona zawsze chrapie.
- To co panowie, jeszcze po Ognistej? – zapytałem, zamykając drzwi od sypialni.

 
Chyba pierwszy raz od osiągnięcia pełnoletniości mogę to napisać – nie miałam kaca po Sylwestrze! To było takie dziwne… I jednocześnie fajne!
- Ugggh – wyburczał James, gdy radośnie niczym skowronek wpadłam do sypialni i  odsunęłam zasłony.
- Pobudka kochany, zjedliśmy z maleństwem śniadanie, a ojciec leży skacowany. Nieładnie – powiedziałam i zaśmiałam się z miny Rogacza.
- Lily, ja cierpię… - wyjęczał i przykrył poczochraną głowę kołdrą.
- Mam dla ciebie tabletkę na kaca i szklankę wody. Tylko wyjdź spod kołdry – zaczęłam go wabić, niczym jakiegoś małego gryzonia, czy innego kota kładąc na szafce nocnej te dwa wspomniane koła ratunkowe dla osoby zatrutej alkoholem.
- Frank robił tyle tych toastów… Opiliśmy chyba każde dziecko w Anglii mające się urodzić na przełomie lipca i sierpnia – wyszeptał J drapiąc się po głowie i zakładając okulary – A gdzie buziak na dzień dobry? – wyburczał, obrażonym tonem, popijając wodą tabletkę.
- Jak umyjesz zęby to, to po negocjujemy – odparłam – W kuchni czeka na ciebie śniadanie, widzę cię tam za 15 minut w pełni ubranym – dodałam, spoglądając z na wpół przymkniętych powiek na ciało męża. Mrr, mrr, mrr. Boże, to te hormony. Szaleją!

Gdy James w końcu pożarł śniadanie o godzinie 15 (ekhm, nie komentuję) ułożyliśmy się przed telewizorem niczym stare małżeństwo z trzydziestoletnim stażem… 
Nie no, niestety ale J nie był w stanie robić nic poza leżeniem i zdychaniem.
Haha, dzięki ci maleństwo, że dzięki tobie nie mam takiego paskudnego kaca!
- Znowu czytasz tę głupią serię? – zapytał James, wyrywając mi z rąk książkę – „Perfekcyjna przyszła mama – ciąża”, serio?
- Serio, serio – wyburczałam i zabrałam mu książkę – Tu jest dużo świetnych porad, słuchaj tego: „Już od pierwszych dni życia płodowego dziecka dużo z nim rozmawiaj. Dziecko pozna twój głos, będzie nawiązywać z tobą nierozerwalną więź…” albo to „W czasie ciąży słuchaj dużo muzyki klasycznej, udowodnione zostało to, że dzieci osłuchujące się ze spokojną muzyką są inteligentniejsze…”
- Naprawdę myślisz, że jak posłuchasz Chopina, czy innego Bacha, nasze dziecko będzie inteligentniejsze? – zapytał James patrząc na mnie z politowaniem.
Zmarszczyłam brwi i powiedziałam:
- Oczywiście, że tak nie sądzę, ale warto spróbować. Mam nadzieję, że po mnie będzie miał zamiłowanie do nauki, bo jego ojciec to zwykły tłuk – cóż, końcówkę wysyczałam. Wkurzył mnie! Jak można nie wierzyć serii „Perfekcyjna czarownica”?! No jak?!
James zmierzył mnie wzrokiem i zrobił coś strasznego.
Coś tak okropnego, że aż nie chce mi przejść to przez gardło.
Wstrętne.
Ughh, hahahaha, zaczął mnie łaskotać.
Ale tak strasznie i okropnie.
- Nie, hahaha, nie, przestań, hahaha, proszę, zaraz się zsikam! – zawołałam i chyba to go przystopowało. Nadal czując łaskotki na ciele pobiegłam do toalety.
- To było wredne – powiedziałam wracając do salonu – Ledwo tam dobiegłam…
James się zaśmiał i zrobił dumną z siebie minę. Tak, jakby było z czego…
- Może obejrzymy film o surykatkach? – zapytał, włączając telewizor.
Po chwili te słodkie stworzonka zawładnęły naszą rozmową. I wzrokiem. I mogłabym napisać, że życiem, no ale aż tak fajne to one nie są.


***

Witajcie! Przeżyłam(chociaż był moment w którym myślałam- OMG, spadniemy! Były masakryczne turbulencje...). Z tego radosnego powodu (przeżycia :) dodaję kolejny rozdział. Ciekawa jestem, czy was zaskoczyłam dodatkową, Dorcasową ciążą? :) Mam nadzieję, że tak. Zaraz mi tu się zrobi jakiś żłobek, tyle tych dzieci ma się urodzić! Co do opowiadania, cóż, niestety nie miałam czasu na głębsze przemyślenia, muszę wziąć się za pisanie kolejnych rozdziałów i wtedy zobaczę co to wyjdzie. Ale nie martwcie się, pewnie co najmniej 80 rozdziałów będzie :) 
Dziękuję za komentarze i do następnego!

czwartek, 8 stycznia 2015

Rozdział 64 Święta



Które to już święta, które opiszę? Drugie, trzecie? Straciłam już rachubę, a cofanie się w moich pamiętnikach zawsze kończy się tak samo – głośnymi wybuchami śmiechu i czytaniem co lepszych kawałków. Taa, niektóre moje wpisy były dziwne, lub po prostu głupie.
Jednak wróćmy do tegorocznych świąt. Tak jak ustaliliśmy z Jamesem mieliśmy je spędzić pół na pół – jeden dzień u państwa Potter, drugi u rodziny Evans.
Świąteczny obiad pierwszego dnia mieliśmy spędzić w rodzinnym domu Jamesa, z jego rodzicami, wujkami, ciotkami, kuzynami i całą hałastrą ich dzieciaków. Czyli będzie to bardzo gwarny dzień.
- No nie – powiedziałam. Przymierzałam już drugą sukienkę i miałam mały problem. Nie mogłam się dopiąć! Ale cholera, już?! Spojrzałam na swój brzuch, ale wyglądał jeszcze normalnie, no może był lekko zaokrąglony, ale ugh…
- James!! – wrzasnęłam zirytowana. Brunet czekał na mnie w salonie – po chwili usłyszałam szybkie wbieganie po schodach.
- Co się stało? – zapytał przerażony. O ludzie, ktoś tu jest nadwrażliwy!
- Nie dopinam się – powiedziałam tragicznie - żałośnie brzmiącym głosem. Czułam, że dolna warga mi drży i zaraz się rozpłaczę - hormony.
- Już? – zapytał J. Ten to potrafi poprawić ciężarnej nastrój, nie ma co… - Może poszerzę ci ubranie zaklęciem? – dodał. Spojrzałam na niego zaskoczona.
- Umiesz coś takiego zrobić?
- Jasne, Peterowi ciągle powiększaliśmy spodnie – odparł James – Którą chcesz założyć? – zapytał widząc cztery sukienki leżące na podłodze. No wkurzyłam się trochę… 
Istnieje możliwość, że nawet je zdeptałam, ale tylko troszkę.
- Tą czarną – powiedziałam wskazując na nią palcem. James szybko wymówił jakieś zaklęcie – którego o dziwo nie znałam i podał mi ubranie.
Założyłam je i odwróciłam się do męża.
- Zapnij – rozkazałam, rozkapryszonym tonem. Cóż – jeszcze raz to powiem, to hormony! Wcale nie chcę być taka sukowata, serio!
- Jest dobrze – powiedziałam, przeglądając się w lustrze i zakładając kozaki typu oficerki – James gdzieś mi ukrył wszystkie buty na obcasie z obawy tragicznego przewrócenia się i zrobienia dziecku krzywdy. Serio, jakbym chciała zrobić coś tak głupiego!
- Nawet bardzo dobrze, ślicznie wyglądasz – powiedział brunet poprawiając sobie spadające okulary – Bierzmy prezenty i chodźmy, zaraz się spóźnimy.

Do teściów dotarliśmy na piechotę – w końcu jesteśmy prawie sąsiadami. Przeszliśmy przez ładnie udekorowany ogródek i zadzwoniliśmy do drzwi.
- Jesteście, świetnie, wszyscy już czekają – powiedziała podekscytowana Dorea. No dobra, albo święta tak na nią działają, albo goście. Potterowie są dosyć głośnym towarzystwem, więc już w holu było słychać głośne rozmowy i nawet śpiewanie.
- Są! – zawołał, któryś z licznej zgrai kuzynów, niegrzecznie wskazując na nas palcem – Przyszła mamuśka i tatusiek! Gratulacje! – zawołał podbiegając do nas i ściskając nas po kolei.
Zrobiłam trochę zdezorientowaną minę – każdy z tej wielkiej gromady ludzi chciał nam pogratulować, lub uściskać. Powiem tyle – masakra! Chyba w życiu nie obłapiało mnie tyle osób, ile tutaj.
- Dzięki, dziękuję – ciągle powtarzał James i dodawał imiona. Niestety ja nie mogłam się pochwalić aż taką wiedzą i tylko powtarzałam: „Dziękuję”.
- Kochani, skończcie te gratulacje. Obiad podany – zakończyła to Dorea, patrząc na nas z porozumiewawczym uśmiechem.
- Nie obraź się, ale twoi kuzyni są straszni – wyszeptałam do Jamesa, siadając obok niego przy magicznie powiększonym stole, suto zastawionym przez potrawy przygotowane przez Doreę i skrzaty.
- Doskonale to wiem – odszepnął J i został zagadany przez chyba ech, Markusa? Chyba tak się nazywa. Zresztą nieważne! Nigdy nie zapamiętam ich imion… 
Poddaję  się!

Rozdawanie prezentów w domu Potterów jest zabawne. Najstarszy członek rodu – w tym przypadku wujek Andrew – przebiera się za Mikołaja i rozdaje dzieciakom i dorosłym prezenty. Jednak aby takowy dostać, trzeba zrobić coś zabawnego – powiedzieć wierszyk, coś zaśpiewać, zatańczyć – cokolwiek sobie taki delikwent dostający prezent wymyśli.
- Co my tu mamy? – zapytał Andrew wyciągając długą paczkę. O kurczę, to mój prezent dla J! – Prezent dla Jamesa, ale znasz zasady synu – dodał i ważył w rękach prezent. James wstał z kanapy z uśmiechem i zaczął śpiewać:
- La cucaracha, la cucaracha, Ya no puede caminar – i tak w kółko śpiewał ten jeden wers piosenki i zabawnie tańczył. Dzieciaki piszczały z uciechy i do niego dołączyły.
- Starczy – powiedział nasz Święty Mikołaj vel wujek Andrew i wręczył Rogaczowi jego prezent – Wesołych, młody.
James odebrał prezent od Mikołaja i zaczął rozrywać ozdobny papier. 
- Nowy Nimbus 1900?! – zawołał James, na co wszyscy jego kuzyni płci męskiej zwrócili wzrok na to cacko (normalnie jak surykatki z filmu przyrodniczego – wszyscy na raz spojrzeli w to samo miejsce, zabawne) – Jak ci się udało?! – zwrócił się do mnie.
- Najpierw zajrzyj głębiej – powiedziałam, uśmiechając się. James zaczął grzebać w pudełku i wyciągnął:
- I dziecięca miotełka? Cudowne! – zawołał i zaczął mnie ściskać. Wow, no nieźle mnie wygniótł.
- Do salonu Dorcas przyszedł dystrybutor tych najnowszych modeli, tak się zachwycił jej usługami, że powiedział, że zrobi dla niej wszystko – zaczęłam szybko opowiadać – Więc Dorcas wymusiła na nim trzy miotły plus miotłę dziecięcą – dodałam przypominając sobie te Dorcasowe opowieści o przesadnie dbającym o siebie panu. Dorcas stwierdziła, że albo jest gejem, albo jest po prostu metroseksualny. Ale tak szczerze? Mam to gdzieś, cieszę się, że dzięki temu mogłam dać mężowi fajny prezent.
- Super – powiedział James i zaczął dokładnie oglądać te dwa modele super szybkiej miotły – jak to oczywiście zapewniał producent.

Po dwudziestej, zmęczeni, wróciliśmy do domu. Rodzina Potterów jest niczym typowa włoska familia – głośna, liczna i żarłoczna.
- Idziemy na górę, prezent dla ciebie jest na piętrze – powiedział J i poprowadził mnie do jednej z sypialni gościnnych. Na klamce wisiała wielka kokarda.
- Otwórz – powiedział James i stanął za mną. Pociągnęłam klamkę w dół i weszłam do pokoju.
- Pokój dziecięcy – wyszeptałam, wchodząc głębiej – Jest śliczny! – zawołałam, rzucając się w ramiona męża – Ale kiedy ci się udało? – zapytałam, wskazując na to wszystko ręką.
- Ostatnio ciągle się spóźniałem, kończyliśmy z chłopakami wcześniej pracę i przychodziliśmy tutaj – zaczął mi wyjaśniać James – Gdy dowiemy się jakiej płci jest dziecko, dodamy odpowiednie akcenty kolorystyczne – powiedział spoglądając na wystrój.
A pokój był naprawdę prześliczny – urządzony w jasnych barwach, ze ślicznym łóżeczkiem, przewijakiem, po prostu wszystkim co może się przydać w takim miejscu.
- Jednak to nie koniec – powiedział James i wyprowadził mnie z dziecięcego pokoju - Otwórz te drzwi – dodał i wskazał na nasz pokój - graciarnię.
- Garderoba?! – zawołałam, wchodząc do pomieszczenia w którym to już znajdowała się większość naszych ubrań (co było dosyć liczną zbieraniną, muszę to przyznać).
- W domu miałaś taką, więc gdy ubrania zaczęły już wypadać z szafy, uznałem, że ci się przyda – wytłumaczył brunet, spoglądając na te wszystkie wieszaki.
- Wiesz co to oznacza, prawda? – wyszeptałam. James spojrzał na mnie i zrozumiał. Smutno zwiesił głowę.
- Zakupy? – zapytał zrezygnowanym tonem. Kiwnęłam głową i pocałowałam go.


Następnego dnia czekała nas podróż do mojego rodzinnego domu. Jako, że jestem w ciąży, teleportacja raczej odpada – zawsze istnieje ryzyko rozszczepienia się, a w moim odmiennym stanie, nie jest to wskazane. Dlatego jeszcze przed Świętami, James załatwił podłączenie kominka rodziców do Sieci Fiuu, na ten jeden dzień. Było to o wiele bezpieczniejsze, niż teleportacja czy świstoklik.
- James, pośpiesz się, musimy być u rodziców przed pozostałymi gośćmi, myślisz, że co pomyślą jak wyjdziemy z kominka? – zadałam mu pytanie retoryczne. Babcia chyba by padła na zawał…
- Idę, idę – wysapał, wiążąc sobie krawat – Masz prezenty? – zapytał patrząc na moją niedużą torebkę.
- Zaklęcie zmniejszająco - zwiększające – wyjaśniłam i weszłam do kominka wymawiając adres. Po chwili staliśmy w salonie rodziców i otrzepywaliśmy się z kurzu.
- Chyba nigdy nie przywyknę do tego, że moja siostra potrafi przemieszczać się z miejsca na miejsce przez kominek – powiedziała Petunia.
- Peti! Cześć, świetnie wyglądasz! – zawołałam i uściskałam siostrę.
- Ty również. Cześć James, co słychać? – zwróciła się do bruneta. Ja w tym czasie skierowałam się do pomieszczenia w tym domu najważniejszego – kuchni.
- Mamo, tato, jesteśmy! – powiedziałam wchodząc do środka. Nie pomyliłam się – mama stała nad garnkiem i coś mieszała, a tata wyjadał sałatkę z miski.
- Lily, już jesteście?! – zawołała mama i uściskała mnie – Niech ci się przyjrzę, tak dawno nas nie odwiedzałaś! – dodała z pretensją.
- Och, praca, zajęcia domowe. Cześć tato – powiedziałam, gdy ojciec przestał wyjadać jedzenie i mnie uściskał – Pójdę się rozebrać i zobaczyć czy Tunia nie zagadała Jamesa – dodałam wychodząc z pomieszczenia. Zostawiłam płaszcz i kozaki w holu i wróciłam do salonu.
- Zobacz Lily jak Dudley urósł! – zawołał James, który trzymał brzdąca. Chociaż, czy ja powinnam pisać: brzdąca? Dudley wyglądał jak mały bałwan – dobra nie był biały i ze śniegu, ale wyglądał jakby składał się z trzech części. Mała okrągła głowa, grubiutki tułów i dwa baleroniki – nóżki. No istny Vernon!
- Cześć, Wielki De, chodź do cioci, słodziaku – powiedziałam i pod ciężarem Dudleya ciężko zasiadłam na kanapie – I co ta mamuśka ci robi, pasie cię na małego zawodnika sumo, czy co? – wyszeptałam roześmianemu D do ucha. Zaśmiał się i pociągnął mnie za włosy. Ała!!
- Wielki De, nie ciągnij cioci za włosy – powiedział J i delikatnie uwolnił mój lok z rączek dziecka.
- Mama, mama! – wydarł się D i zaczął płakać. Merlinie, ale jak głośno! James zrobił wielkie oczy, a ja zaczęłam uspokajać malucha.
- Noo, ciiii, Dudziaczku, cichooo, mamusia zaraz przyjdzie – mówiłam, ale to go rozwścieczyło jeszcze bardziej. Podrapał Jamesa po dłoni i okropnie wykrzywił twarzyczkę.
- O ludzie, to mały potwór – wyszeptał J oglądając różową kreskę na wierzchu dłoni.
- Już jestem – powiedziała Peti, schodząc ze schodów – Och, pewnie coś mu zabraliście, wtedy zachowuje się tak niegrzecznie… - wytłumaczyła nam, porywając dziecko w ramiona – Już Dudziaczku, zaraz mamusia ci coś da – dodała i wyszła do kuchni.
- Pewnie coś do jedzenia – James wypowiedział na głos to samo co ja pomyślałam.
- Mam nadzieję, że nasze dziecko będzie… normalniejsze – zakończyłam kulawo moją wypowiedz. James pokiwał głową i przyznał mi rację.
Po chwili dało się słyszeć dźwięk domofonu – zapewne w końcu zaczęli przybywać goście.

Obiad zakończyliśmy śpiewaniem kolęd. Ogólnie z moim kozim zaśpiewem zapewne nawet nie powinnam otwierać ust – ale jak wszyscy to wszyscy – nawet Wielki De zaczął ryczeć – mama! Mama!
- Chcieliśmy coś powiedzieć – powiedziałam, wstając z krzesła i ciągnąc Jamesa za sobą. Spojrzałam na rodziców, Petunię z mężem, babcię z dziadkiem, wujków i ciotki, oraz Megan z Severusem – Spodziewamy się dziecka! – zawołałam.
I nastąpiła istna wrzawa. Wszyscy zaczęli się przekrzykiwać, gratulowali nam, ściskali, mama oczywiście się popłakała, tata klepał mocno Jamesa po plecach (ekhm), babcia wycierała sobie oczy serwetką i powtarzała: „Drugi prawnuczek!”, Megan piszczała i podskakiwała na krześle, a Petunia gratulowała nam i na raz karmiła Dudleya. Sajgon!
- To takie cudowne wieści! – wykrzykiwała mama – Znowu będę babcią!
- Gratulacje – powiedział sztywno S.S kiwając głową.
- Spisaliście się – pochwalił nas tata. Zabrzmiało to… źle? Tak jakby to było niewiarygodne osiągnięcie. Bo chwalił nas za to, że spędziliśmy ze sobą cudowne chwile. Ech, może nie będę tego roztrząsać?
- Boże, Lily, James, tak się cieszę! Będę ciotką! To super! Sev, słyszysz?! Będziemy ciotkami! To znaczy, ty będziesz wujkiem! – wrzeszczała Megan i gadała jakieś głupoty – jak to ona. Dobrze, że znalazła sobie takiego sztywnego Sev’a – musi istnieć równowaga.
Spojrzałam na Jamesa, ale trzeba przyznać zachował spokój. Uśmiechał się, dziękował i nawet nie skrzywił, gdy tata mocno przywalił mu w ramię. Taki dzielny!
- Cudownie – powiedziała po raz któryś mama.

Nasiadówa u Evansów przeciągnęła się – mama zaciągnęła naszą dwójkę do mojego starego pokoju i zaczęła wyciągać moje dziecięce ciuszki. Że ona to wszystko przechowała!
- A to jest sukieneczka, którą Lily nosiła jak miała roczek – powiedziała mama, pokazując nam paskudne różowe coś – Bardzo jej nie lubiła i płakała jak jej ją zakładałam.
James uśmiechnął się i zaczął przeglądać te przedpotopowe wdzianka.
- A może chcecie coś wziąć? – zapytała mama, wskazując na tą rozgrzebaną stertę ubranek.
- Chyba podziękujemy, nawet jeszcze nie wiemy jakiej płci będzie maluszek – odparłam, kładąc sobie rękę na brzuchu.
- A w tych waszych szpitalach kiedy się można tego dowiedzieć? – zapytała mama.
- W czwartym miesiącu ciąży – odparłam – Za jakieś dwa miesiące będziemy wiedzieć – dodałam.

Do domu wróciliśmy dopiero po 22 – rodzicom zebrało się na wspomnienia, opowiadali co zabawniejsze momenty z naszego dzieciństwa. James strasznie się uśmiał z historii o moim Kenie, któremu odpadła głowa gdy walnęłam nim Petunię w czoło i którą przykleiłam taśmą – ta głowa i tak w kółko odpadała, aż w końcu gdzieś się zgubiła i bawiłam się samym korpusem. Cóż.
- Wiesz, że zupełnie nie pomyśleliśmy o Sylwestrze? – powiedziałam do Jamesa, wychodząc z łazienki, wcierając balsam przeciw rozstępom – prewencyjnie.
James leżał już na łóżku i polerował miotłę. Nawet jeszcze na niej nie latał…
- Sylwester? – zapytał głupio, po czym zastanowił się chwilę - Zapomniałem! Przecież Syriusz nas zaprosił do siebie – dodał czule spoglądając na miotłę. Taaa.
- A kiedy mi chciałeś o tym powiedzieć? – zapytałam bezceremonialnie gasząc światło. Rogacz odłożył miotłę na podłogę i mnie przytulił.
- No nie bocz się, zapomniałem – wymruczał, sunąc ustami po mojej szyi. Och, no zna mój słaby punkt! Przepadłam…

***

Hej, czy ktoś to jeszcze czyta? Mam wrażenie, że nie... No, oprócz Nox, która komentuje :) (dziękuję!) Powoli zaczynam zastanawiać się nad końcem tego opowiadania, myślałam, żeby je kontynuować, zrobić pewien "myk", ale to chyba nie ma sensu. W dodatku nie mogę się zmusić do pisania rozdziałów :( Ale oczywiście, nie martwcie się, dokończę opowiadanie! Może spędzając weekend we Włoszech dostanę natchnienia (poobserwuje włoskie bambini :) Także, o ile tragicznie nie zginę w katastrofie samolotu, następny rozdział będzie w przyszłym tygodniu. We wtorek, czy coś.