poniedziałek, 3 listopada 2014

Rozdział 36 Z kartek pamiętnika



Dobrze, że podróże Błędnym Rycerzem są takie szybkie, bo chociaż jechaliśmy tylko niecałą godzinę, to i tak myślałam, że widowiskowo puszczę pawia. Nie wiem kto dał prawo jazdy kierowcy autobusu, ale był to największy błąd w jego życiu! Ten koleś nawet nie powinien wsiadać do autobusu, a co dopiero nim kierować…
W domu jak zwykle przywitała nas mama. Uściskom i całusom nie było końca, mamuśka na starość dziwaczeje i robi się strasznie sentymentalna. Drogi tatuś, jak zwykle był w pracy, więc obiad zjedliśmy tylko we trójkę.
- Tak się cieszę, że się zaręczyliście! Petunia po ślubie jest taka szczęśliwa, a Dudley jest słodkim dzieciaczkiem – powiedziała mama, gdy piliśmy herbatkę w salonie – Mam już trochę zdjęć – dodała i podała nam całkiem gruby plik fotografii.
Na zdjęciach był gruby bobas w różnych pozach. Leżący na plecach, na brzuchu, trzymany na rękach, w łóżeczku, i miliony innych póz, motywów i przeróżne tła. Widać, że Petunia zabawiła się w fotografa – amatora.
- Słodki – skomentowałam, podając następne zdjęcia Jamesowi.
- Zabawny – dodał J, gdy zobaczył zdjęcia Dudley'a z palcem od nogi w buzi.
- Obawiam się, że będzie miał problemy z wagą, już jak się urodził był spory, niestety Tunia wybrała sobie takiego gru… postawnego mężczyznę – poprawiła się mama.
James wyszczerzył zęby i stwierdził, że w jego rodzinie wszyscy trzymali odpowiednią wagę, na co mama wyraźnie odetchnęła z ulgą. Cóż, musi być równowaga w przyrodzie…
- Mamo, pójdziemy do mnie do pokoju, James pomoże mi się pakować, muszę posegregować wszystkie swoje rzeczy – zaczęłam mówić.
- Tylko nic nie wyrzucaj! Obie z Petunią zawsze będziecie mieć tu swoje pokoje, zabierz wszystko to, co będzie ci potrzebne w waszym domu, ale reszta jak najbardziej może zostać – zapowiedziała mama.
Gdy już dotarliśmy do mojego pokoju, James rzucił się na moje łóżko i stwierdził, że nic mu się nie chce robić.
- James, jak się teraz za to nie zabierzemy, to nigdy tego nie zrobimy – wyjęczałam, sama nie wiedząc za co się brać. Bo w końcu trochę się tych przedmiotów nazbierało przez te 18 lat życia.
- Dobra, to zacznijmy od książek – zaproponował. Myślałam, że będzie chciał zacząć od bielizny… Ależ się zdziwiłam!
- Naukowe, powieści, przyrodnicze, horrory, ooo, romanse? – taa, J się zdziwił widząc w mojej biblioteczce książki o tematyce miłosnej.
- To głównie książki od Dorcas – odparłam, przeglądając szuflady w biurku. Serio, nigdy nie myślałam, że jestem aż taką bałaganiarą! Większość zawartości wrzuciłam do worka na śmieci. Bo po co mi stare kartki z jakimiś bazgrołami? Albo karykatury Petunii? Chociaż te, są całkiem niezłe…
- „… Alfredo, miłości moja jedyna, wybacz mi tę zdradę okrutną, me serce krwawi, gdy nie ma cię przy mnie! Alfredo ma jedyna, me słońce w zenicie, ma chmuro na niebie, mój skarbie najdroższy! – wołał Federico stojąc pod oknem swej ukochanej, błagając o wybaczenie zdrady…” dooobre – powiedział James, między wybuchami śmiechu. Ta, widzicie jaki poziom mają książki od Dor…
- Wyobraź sobie, że ja przeczytałam tą całą książkę, i zapewniam cię, że jest pełna takich smaczków – odparłam, uśmiechając się i przypominając sobie co lepsze teksty Federica.
James zajął się pakowaniem zaaprobowanych przeze mnie książek do kufra, a ja zajęłam się przetrząsaniem komody.
- Moje stare pamiętniki! – zawołałam, przypominając sobie, że to właśnie tutaj je wrzuciłam w zeszłe wakacje – Od piątego roku – dodałam, przeglądając zeszyt z drobno zapisanymi stronami.
- Mogę? – zapytał James, biorąc jeden z nich. Skinęłam głową, a brunet zaczął go przeglądać.
- „… James Potter znowu zaprosił mnie na randkę. Jednak nie mógł tego zrobić w sposób cywilizowany, czyli w cztery oczy, oo nie, on musiał urządzić z tego przedstawienie! Gdy weszłam do Wielkiej Sali, nad stołem Gryffindoru wisiał wielki plakat: ”Evans, pójdziesz ze mną do Hogsmeade? Twój Potter”. Tylko czułam jak krew krąży mi szybciej i policzki robią się wściekle czerwone. Potter znowu przesadził…” 
- Ekhm, no tak pamiętam to! Syriusz mi doradził ten plakat… - powiedział J kręcąc głową – To była straszna głupota – dodał, po chwili zastanowienia. Kiwnęłam tylko głową i zajęłam się przeglądaniem kolejnych szuflad.
- „… Potter znowu mnie wkurzył! Razem z bandą swoich kolegów-idiotów(no dobra, Remus nie jest idiotą, jest całkiem miły) zrobił przedstawienie na błoniach. Byliśmy już po egzaminach, a ten Kretyn razem z Idiotą Blackiem znowu poniżył Severusa. Gdy stanęłam w jego obronie, ten nazwał mnie szlamą. W życiu nie pomyślałabym, że Severus zachowa się tak paskudnie w stosunku do mnie. Ale czym ja się różnię od innych mugolaków…?”. 
- Taak, wtedy ostro przesadziliśmy – powiedział James, komentując sytuację.
Westchnęłam tylko i wrzuciłam kolejne pamiątki i zdjęcia do kufra bez dna.
- „… Dorcas i Mary przekonują mnie, żebym w końcu zgodziła się na tą cholerną randkę z Potterem. Mówią, że jesteśmy już na szóstym roku, Potter trochę wydoroślał, a ja się z nikim jeszcze nie spotykam. Ale jak mogę się z kimś umówić, gdy osoba Pottera, skutecznie odstrasza każdego zalotnika? Wczoraj po kolacji zaczepił mnie Thomas i zapytał czy wyskoczę z nim do Trzech Mioteł. Ale oczywiście zanim coś odpowiedziałam, napatoczył się Potter ze swoją bandą(zawsze wie gdzie się znajduję, to jest niepokojące!) i powiedział: „Czemu zapraszasz gdzieś moją dziewczynę? Chcesz dostać w nos?”. Thomas zaczął go przepraszać i mówić, że myślał, że wcale się nie spotykamy, a przez rzucone na mnie(przez Idiotę Blacka) Silencio nic nie mogłam powiedzieć! Z całą pewnością, nienawidzę Huncwotów! Ktoś w końcu powinien zrobić z nimi porządek!...” 
- Ostro, Lily. Naprawdę nas nienawidziłaś? – zapytał James z przerażoną miną – I naprawdę chciałaś umówić się z tym kretynem?
- Jaaames, zachowywaliście się jak dupki! I tak, Thomas był całkiem milutki – odparłam, biorąc się za ostatnią szufladę w komodzie.
- Milutki jestem tylko ja, moja droga – stwierdził brunet, podchodząc do mnie i dając mi całusa – Jednak ty jesteś słodsza – dodał i znowu zaczął przeglądać pamiętniki.
- „… Gryfoni mają dość mojej wojny przeciwko Huncwotom. Zresztą ja też zebrałam tego plony, mam dzisiaj wieczorem szlaban z Potterem i Blackiem! Przecież ja tego nie przeżyję!....”
„…Miałam rację, ledwo co przeżyłam ten szlaban! Filtch przydzielił nas do czyszczenia toalet, nie wiem czemu ale wylądowałam w parze z Potterem. Oczywiście woźny, jak to on, zabrał nam różdżki. Jednak Potter, jako niewiarygodny krętacz, owszem, dał swoją różdżkę Filtchowi, ale pożyczył różdżkę Petera. Jego Chłoszczysc był tak żałosny(zresztą jak wszystkie jego czary), że podłoga została wypastowana, ale tak, że zaczęliśmy się po niej ślizgać. Potter jako Największy Idiota W Hogwarcie, zaczął jeździć po podłodze niczym po lodzie, co miało niemiłe konsekwencje. Wjechał we mnie, przy okazji mnie przewracając, tak, że stłukłam sobie boleśnie tyłek. A ten kretyn tylko zapytał: ”Pomasować?” Niech te szlabany dobiegną końca, ja tego nie wytrzymam!!”
- Nadałaś mi tytuł Największego Idioty W Hogwarcie? Myślałem, że to było o Syriuszu! – powiedział James – Ale zauważ, że to był nasz pierwszy, tak bliski kontakt fizyczny. Pamiętam, jak już leżałem w łóżku i wyobrażałem sobie…
- James, doskonale wiem, co sobie myślałeś pod tymi rozczochranymi kłakami – przerwałam, czochrając mu włosy. Odpowiedział mi sugestywnym spojrzeniem i poruszeniem brwiami. Zbok.
- „… Potter pokazał swoje ludzkie oblicze. Podobno zmarł jego dziadek, brunet przez cały tydzień chodził smutny i przygaszony. Głupie dowcipy Blacka zupełnie go nie rozśmieszały, sama sobie się dziwię, ale bardzo mu współczuje. Wiem co oznacza strata bliskiej osoby, a takie zachowanie Pottera jest zupełną anomalią. Chciałabym go jakoś pocieszyć, ale już od dwóch tygodni nie rozmawiamy, po ostatniej kłótni, ech, przesadziłam! Byłam okropna, mam teraz wyrzuty sumienia. Chcę żeby Potter był znowu sobą!...”
- Martwiłaś się o mnie? – zapytał James z niedowierzaniem. Westchnęłam.
- Oczywiście, że tak! Zachowywałeś się wtedy, hmm, niepokojąco. Nie wiem czy odgadłeś, ale to ja ci przesyłałam te liściki – powiedziałam, przypominając sobie rozweselające listy, które codziennie przez miesiąc wysyłałam do bruneta.
- To byłaś ty?! – zawołał J – Byłem pewny, że to był Remus, albo Syriusz. Chociaż nie, on nie wpadłby na taki pomysł… – dodał.
Uśmiechnęłam się, bo to jest oczywiste, że Syriusz nie wymyśliłby czegoś takiego. On tylko potrafił miotać w kogoś zaklęciami, tak jakby to było pocieszające lub zabawne…
- „… Nie wiem co się ze mną dzieje, zaczęłam zwracać uwagę na Pottera! JA! Na jego wygląd, na coraz lepsze zachowanie, zauważyłam, że ma całkiem niezłą sylwetkę, ostre treningi Quidditch’a robią swoje… Może to tylko hormony? Bo jak mogłabym nagle polubić tego okropnego Pottera? ….”
- Ktoś tu się zaczął łamać – zanucił James, spoglądając na mnie z rozbawieniem – Mówisz, „całkiem niezła sylwetka”, tak? – zapytał.
- Całkiem, całkiem – odparłam, puszczając mu oczko.
- „… Nie myślałam, że kiedykolwiek to napiszę, ale byłam dziś pierwszy raz w życiu zazdrosna. I to o kogo? O Pottera! Gdy już dziesięć razy w tym tygodniu odmówiłam mu randki, zabrał do wioski Marlenę McKinnon, największą zdzirę Hogwartu. Co chwilę widziałam, jak ta ekhm, wlepia w niego te swoje wyłupiaste gały! Nienawidzę jej, z całego serca, nienawidzę! I siebie również, bo przecież to niewiarygodne, jak mogę być zazdrosna o tego człowieka?! Dorcas mówi, że w końcu to się na mnie zemściło, mówi, że to wszystko moja wina. Chyba ma rację, jestem beznadziejna w sprawach damsko-męskich. Ale Potter? Chyba wariuję…”
- Serio? Byłaś zazdrosna?! – zapytał James po przeczytaniu tego fragmentu.
- Nie wiem jak to się stało, ale tak, i to bardzo! – odpowiedziałam, przeglądając i wyrzucając niektóre kosmetyki – I nie chcę, żebyś kiedykolwiek rozmawiał z tą McKinnon, straszna z niej puszczalska – dodałam groźnym tonem, przypominając sobie listę podbojów tej dziewczyny.
- Patrz, chociaż raz, plan Łapy zadziałał… - powiedział sentymentalnie Rogacz.
- „…Niedługo koniec roku, a ja coraz częściej przypatruję się Potterowi. Oczywiście, jak mam pewność, że tego nie widzi, on lub jego kumple. Przecież, to by była katastrofa, gdyby taki Black zobaczył, że przyglądam się mojemu „zalotnikowi”, jak to często mówią nauczyciele. Nawet oni dostrzegają te, jak to mówi Mary, końskie zaloty! Co mnie cieszy, randka z Marleną nie przeniosła ich na wyższy poziom znajomości, Potter znowu codziennie prosi mnie o randkę. W tej sprawie nic się nie zmieniło, nadal mu odmawiam, jednak coraz częściej z uśmiechem, a nie fochem i krzykiem. Chyba zaczyna to zauważać, nawet zachowuje się trochę poważniej! Tak jakby ktoś go podmienił. Chociaż, Mary mówi, że to wcale nie to, twierdzi, że Potter po prostu dorasta i się zmienia. Chcę w to uwierzyć…”
- Wiedziałem! Syriusz mówił, że tylko mi się wydaje, że się do mnie uśmiechasz, że mam jakieś dziwaczne fantazje, ale tak było naprawdę. Uff, kamień z serca, wtedy myślałem, że rzeczywiście coś jest ze mną nie tak… - skomentował to James.
- „… Jutro wyjazd do domu. Będzie mi brakować przez te dwa miesiące szkoły, nauczycieli i… Pottera. Nie wiem, co mam o tym myśleć, ale przyłapuję się na tym, że staje się on dla mnie coraz ważniejszą osobą. Gdy ostatnio coś poszło nie tak przy ich dowcipie i Potter trafił do Skrzydła Szpitalnego, po prostu martwiłam się. Ba, nie mogłam spać, bo nie wiedziałam co się z nim dzieje! W końcu nie mogłam tak sobie podejść do Blacka i zapytać, co tam słychać u jego kumpla… Jednak następnego dnia spotkałam Remusa w bibliotece, nie wiem czy mój wzrok, czy też  postawa coś mu powiedziała, ale mimochodem rzucił, że Potter czuje się lepiej i dzisiaj wychodzi ze Skrzydła. Kamień z serca…”
- Nieźle sobie wtedy poparzyłem rękę. W końcu jak zwykle wykonywałem czarną robotę, Syriusz i jego arystokratyczne rączki nie mogły tego zrobić… - powiedział James, spoglądając na swoją gładką skórę dłoni. Dobrze, że eliksiry są takie skuteczne! Wolę nie myśleć, jak jego ręce by wyglądały po tak paskudnym poparzeniu.
- „… Wakacje na Ibizie. Zapewne marzy o tym każda nastolatka/dziewczyna. Jednak nie ja. Nie mogę za długo przebywać na słońcu, bo wyskakują mi kolejne piegi, opalam się na czerwono i wszystko mnie wtedy boli, ale co najgorsze jestem daleko od dziewczyn i… od Niego. To takie dziwne, ale coraz częściej przyłapuję się na tym, że o Nim myślę lub oglądam zdjęcia ze szkoły. Mam takie ulubione, przy którym Potter strasznie się nakombinował, żeby ustawić się za mną. Stoimy całym rocznikiem na tle Hogwartu, a za mną stoi uśmiechnięty i o wiele wyższy ode mnie On. Lubię jak się uśmiecha. Morgano...”
- Więc mówisz, że lubisz jak się uśmiecham? – zapytał James z rozbrajającym… uśmiechem.
- A jak myślisz, na co poleciałam? – odparłam – Oczywiście, że na twój seksowny uśmiech – dodałam, wpychając do kufra ciuchy na lato.
- „… Już jutro 1 września! Ostatni tydzień chodziłam nerwowo po domu i szykowałam się do powrotu do szkoły. Byłam z Mary na Pokątnej, myślałam że może Go spotkam, przypadkiem gdzieś zobaczę, jednak nie. Co parę dni przylatywał do mnie Paddington, czasem z krótkim listem, jednak częściej bez żadnej przesyłki. Zupełnie tego nie rozumiem…”
- Wysyłałem Paddingtona żeby cię pilnował – powiedział James, jakby to było coś oczywistego. Cóż, nie było.
- „… Minęło trochę czasu od ostatniego wpisu. Byłam dzisiaj na randce z Potterem, a właściwie powinnam napisać Jamesem. Tak, po raz pierwszy zwróciłam się do niego po imieniu, a nie nazwisku. Chociaż, muszę się przyznać, że w myślach już od jakiegoś czasu nazywałam go Jamesem. James to takie ładne imię…
Randka była świetna, chociaż, jak osoba nie chodząca na randki może coś takiego ocenić? Okazało się, że J sporo o mnie wie, o moich przyzwyczajeniach, nawet o takich głupotach ile słodzę herbatę! Nie wiem o nim takich rzeczy, aż było mi trochę wstyd… Zasiedzieliśmy się we Wrzeszczącej Chacie, powrót do rzeczywistości załatwił nam Black. Chociaż to dzięki niemu nie zaliczyliśmy szlabanu, przeprowadził nas do szkoły tajnym przejściem. Gdy szliśmy korytarzem, prawie wpadliśmy na Filtcha, tylko dzięki Pelerynie Niewidce i niezłemu refleksowi, uciekliśmy woźnemu do jakiejś starej klasy. I wtedy stało się coś zadziwiającego. James zainicjował nasz pierwszy, zresztą tym bardziej mój pierwszy, pocałunek! Gdy jego wargi dotknęły moich poczułam tylko obezwładniające uczucie szczęścia. J po pocałunku chciał coś powiedzieć, jednak przerwałam mu kolejnym pocałunkiem. Tak, JA, sama z siebie pocałowałam Jamesa Pottera! Nie wiem, jak mam to skomentować, ale w tym momencie, jest to moje najmilsze wspomnienie związane z tym niewiarygodnym chłopakiem…”
- Taak, ta randka była świetna – powiedział James, rozkładając się na łóżku i czytając dalej.
- „… Znowu trochę czasu nie pisałam, zupełnie ostatnio nie miałam czasu. Coraz częściej, zamiast siedzieć w bibliotece, spędzam czas z dziewczynami i Huncwotami. Byliśmy z Jamesem na paru spacerach po błoniach, razem odrabialiśmy lekcje, po prostu spędzaliśmy razem czas. Black nazywa nas wzorową parą, jednak James nic na ten temat nie mówi. Zaczynam się niepokoić. Czy on coś do mnie czuje? Jestem przerażona, bo ja się w nim szaleńczo zakochałam. Oszalałam…
Jutro będzie pierwszy w tym sezonie mecz Quidditch’a. Mam złe przeczucia…”
- „… Naprawdę oszalałam, pocałowałam bruneta przy całej szkole! Nigdy nie pomyślałabym, że zrobię coś takiego! Nie ten kujon Evans! Chyba się zmieniłam.
Mecz był straszny. Owszem, wygraliśmy, ale jaką ceną! Goyle uderzył w tłuczek tak, że ten trafił Jamesa w głowę. Nie wiem co się stało, ani jak, może to byłam ja, a może moja różdżka, ale wyczarowałam pod spadającym z miotły brunetem, taką wielką poduszkę, jaką mają mugolscy strażacy. James trafił do Skrzydła…”
- „… Nielegalnie, dzięki Pelerynie Niewidce, weszłam do Skrzydła Szpitalnego. Chciałam tylko przy nim posiedzieć, upewnić się, że nic mu się nie stało, jednak jak zwykle coś poszło nie tak. James się obudził i mnie usłyszał. Wyznałam mu, że to ja wyczarowałam tą poduszkę. A on mnie totalnie zaskoczył. Powiedział, że w chwili zagrożenia można komuś uratować życie, lub pomóc. Zapytałam jak, w końcu nigdy nie słyszałam o takich czarach. A on powiedział coś, co zatrzęsło całym moim życiem. Powiedział, że potrzebna jest miłość. Powiedział, co do mnie czuje, i wtedy wszystko ze mnie ”wypłynęło”. Najnormalniej w świecie wyznałam mu swoje uczucia, a on odwdzięczył się tym samym. Myślę, że tych parę minut zaważyło na całym moim życiu, i w tej chwili marzę tylko o tym, żebyśmy ten cały czas, jaki nam pozostał spędzili razem. Z całą pewnością i świadomością, w końcu, mogę powiedzieć i napisać, że Kocham Jamesa Pottera. Dziękuję Opatrzności, wszelkim bóstwom i Bogom, że nigdy ze mnie nie zrezygnował…”
- Wow, Lily… - wyszeptał James, po przeczytaniu tego fragmentu pamiętnika – To chyba dobrze, że jestem taki wytrwały… – dodał, przyciągając mnie do siebie i mocno przytulając.
- To jedna z twoich zalet – odparłam i pocałowałam go w nos.
- Kocham cię, Evans – powiedział James.
- Ja ciebie też, Potter – odparłam i czule pocałowałam Jamesa prosto w usta. 


***
No i jak tam dziewczęta, podobał się rozdział? Mam nadzieję, że tak :)
Mam takie pytanie, jak widac opowiadanie jest bardzo słodkie, chcecie jakiś dramat? 
Piszę rozdziały z wyprzedzeniem i teraz mam niezły moment do wstawienia małego 2-3 rozdziałowego dramatu. Co wy na to? Bo po niektórych rozdziałach, 
można po prostu rzygać tęczą...
Więc czekam na opinie w komentarzach, jednak uprzedzam, nie była by to śmierć Snape'a, na to nie liczcie :D


sobota, 1 listopada 2014

Rozdział 35 Pobyt u „teściów”



„Gdzie ja jestem?” to było pierwsze pytanie, które sobie zadałam po pobudce. Gdy odwróciłam się na bok i zobaczyłam, a właściwie najpierw usłyszałam, chrapiącego koło mnie Jamesa, zajarzyłam, że jesteśmy w domu jego rodziców. Skrzacie wino, podane do kolacji musiało być wyjątkowe mocne, czułam ostre łupanie w głowie, czyli pierwsze oznaki kaca. W tym roku tak często mam tą przypadłość, że chyba czas pomyśleć nad wynalezieniem i opatentowaniem eliksiru odtruwającego organizm po spożyciu alkoholu, bo, ugh, masakra!
Jakoś dałam się namówić Rogaczowi, do nocowania w jego sypialni, co jak sam stwierdził nie było trudne. W tej sytuacji wychodzę na osobę łatwą, ale może to pomińmy…
Więc, jak już się obudziłam i czułam symptomy tego jakże niemiłego stanu, czytaj: kaca, postanowiłam, że wezmę przyjemny prysznic. 
Tylko jak to bywa w moim życiu, nic nie może być takie łatwe i iść po mojej myśli. Albowiem, James jak to on, nie pomyślał i nie przytachał mojego kufra do swojego pokoju. Więc chcąc nie chęcąc założyłam na siebie wczorajszą sukienkę, która nie wiem jakim cudem, odnalazła się na podłodze obok komody(czemu ja zawsze gubię ciuchy?) i starając się opanować potargane loki, cichutko jak wiewióreczka, uchyliłam drzwi i wychyliłam za nie rudy czerep. 
Jednak jak już wcześniej wspomniałam, nic nie jest takie proste, nawet przejście przez korytarz. Dosłownie metr! Tyle miałam do pokonania. I chciałam pozostać niezauważona.
- Dzień dobry, Lily!  - powiedziała zza moich pleców pani Potter. Niech to szlag! – Śliczny dziś mamy poranek – dodała, puszczając mi oczko. Że co?
- Dzień dobry – odparłam trochę niemrawo – Taak – dodałam, super-inteligentnie. Jak ćwierć mózg jakiś.
- Dobrze ci się spało? – zapytała, uśmiechając się i zaglądając do pokoju J. Który był totalnym pobojowiskiem, no ale to nie mój pokój, ja tam sprzątać nie będę.
- Doskonale – odpowiedziałam, próbując się nie skompromitować do końca.
- Za pół godziny będzie śniadanie, proszę, obudź Jamesa – dodała i poszła w kierunku schodów.
Z myślą, że pani Potter, musiała mnie uznać za głąba weszłam do „mojego” pokoju i przelewitowałam kufer do sypialni Jamesa. Tam szybko wzięłam prysznic, doprowadziłam się do jako-takiego stanu i ubrałam się w sukienkę w kwiatki. Nic szalonego, jednak bardzo dziewczęca i słodka. Właśnie tak chciałam zostać odebrana przez moich przyszłych teściów.
- James, wstawaj – wyszeptałam, potrząsając ramieniem wspomnianego osobnika – James, za 10 minut będzie śniadanie – wyjęczałam, patrząc na zegarek.
- Witaj, o boska istoto – powiedział James otwierając oczy, po czym dał mi szybkiego buziaka.
- Idź się myj, zaraz mamy być na śniadaniu! – powiedziałam, szukając w kufrze moich ulubionych sandałków. W końcu jest ciepło, Alleluja! W sensie, wcześniej też było, ale dzisiaj magiczne termometry pokazały temperaturę 25º C, więc jak na Anglię, mamy upał.
- Czy ty się nadal stresujesz? – zapytał J, zakładając okulary i wstając z łóżka. Spojrzałam na niego jak na nienormalnego i powiedziałam:
- A nie widać?
- Właśnie bardzo widać. Lily, wyluzuj, moi rodzice nie gryzą – odparł wchodząc do łazienki.
- Wiem, że nie gryzą – powiedziałam, wchodząc za nim – Ale na pewno mnie oceniają! Nie pochodzę z rodziny czarodziei…
- Myślisz, że moi rodzice oceniają cię przez pryzmat tego, że pochodzisz z mugolskiej rodziny? – zapytał James zdziwionym tonem – Oni pokochaliby cię, nawet jeżeli byłabyś trollicą i miała trzy nogi! W końcu doskonale wiedzą, co przeszedłem, żeby w końcu zdobyć twoje uczucie. Chociaż, może to dlatego mama jest trochę oschła? – ostatnie pytanie zadał, jakby sam sobie.
- Myślisz, że mnie nie lubi, bo nie dawałam się zaprosić na randkę od piątej klasy? – zapytałam, patrząc jak James wchodzi pod prysznic – Pośpiesz się, zostało nam siedem minut! – zawołałam, wychodząc z zaparowanej łazienki.
Doszłam do wniosku, że jak mam jeszcze te pięć minut wolnego, to ogarnę trochę ten chlew. Kupiona w Hogsmeade książka o domowych czarach, na coś się przydała i dzięki zaklęciom, sypialnia wyglądała porządnie. Nawet wysprzątałam klatkę Paddingtona.
- Chodźmy – powiedział James, wychodząc z łazienki. Wycierając spocone dłonie o materiał sukienki, poszłam za Rogaczem, cóż, jak na ścięcie.
- Już myślałam, że nie uda ci się dobudzić Jamesa – powiedziała pani Potter, nawet się do nas nie odwracając. Boże, co ona ma oczy z tyłu głowy? – Naleśnika? – zapytała, odwracając się do nas, z patelnią w ręce i zrzucając na talerz kolejny słodki placek.
Usiedliśmy przy stole i nałożyliśmy sobie jedzenie na talerze.
- A może spędzicie razem dzień? Poznacie się lepiej, co wy na to? – to wypalił! Pani Potter spojrzała na syna, później na mnie i powiedziała:
- Z wielką chęcią, otworzyli w miasteczku MagicSpa, co ty Lily na to? Ploteczki przy manicure? – żesz, a tak dobrze ukrywałam moje obskubane pazury! Ta kobieta wszystko zauważy.
- Chętnie  – odparłam, uśmiechając się trochę sztucznie. W kuchni zapanowała ciężka atmosfera, ale James, cóż, w ogóle jej nie zauważał. Zajął się jedzeniem naleśnika i czytaniem Proroka.


- Świetne miejsce – stwierdziłam, gdy już siedziałyśmy, a magismetyczki wykonywały nam manicure za pomocą różdżek. A ja się zawsze tak męczyłam z cążkami i pilniczkami!
- Tak, jak tylko mam trochę czasu, to odwiedzam takie miejsca – odparła pani Potter i zaczęła gadać ze swoją manikiurzystką. I to by było tyle z ploteczek i poznania się…


- Już jesteśmy! – zawołała pani Potter, gdy tylko przekroczyłyśmy próg domu.
- W salonie! – odpowiedział krzyk pana Pottera. Od razu tam się skierowałyśmy i nie zastałyśmy tego czego się spodziewałyśmy. A przynajmniej ja się tego nie spodziewałam. Dobra, nikt by się tego nie spodziewał, ok.?
- James? – zapytałam, widząc leżącego na sofie bruneta, z wielkim siniakiem na czole i z unieruchomioną rękę – Co mu się stało? – zapytałam, podchodząc do kanapy i delikatnie dotykając twarzy chłopaka.
- Spadł z miotły. Spokojnie, ręka się zaraz zrośnie, a guz zniknie – odparł pan Potter, jakby nic się nie stało.
- James? – znowu zapytałam, gdy otworzył oczy – Boli cię coś? A może podać ci coś przeciwbólowego?
- Nic mi nie jest – odparł, uśmiechając się. Ech, taki dzielny!
- Tak się przestraszyłam! Masz zakaz latania na miotle! – krzyknęłam histerycznie. Bo kurczę, mógł sobie coś zrobić! OK., coś sobie zrobił, ale coś poważnego! Mógł się mocniej rąbnąć w głowę i byłoby kiepsko. Znam się na tym, kiedyś tak przyfasoliłam Peti w łeb zabawką, że miała mroczki przed oczami i ryczała jak nienormalna. Chociaż, sądzę, że J by nie ryczał...
James tylko pokiwał głową i znowu opadł na poduszki. Wycofałam się z salonu i przemknęłam do sypialni Rogacza. Miałam łzy w oczach(chyba okres się zbliża) i byłam zła. Beznadziejny wypad do kosmetyczki, potłuczony James i brak rozmowy z „teściową”.
- Beznadzieja – wyjęczałam, kładąc się na łóżku. Moje odstresowywanie się nie trwało długo, po chwili usłyszałam pukanie do drzwi.
- Proszę – powiedziałam siadając na łóżku.
- Możemy porozmawiać? – zapytała pani Potter.
- Oczywiście – odparłam, mentalnie przygotowując się na najgorsze.
- Lily, chciałam cię przeprosić – zaczęła – Zachowywałam się w stosunku do ciebie karygodnie. Widzisz, byłam trochę zazdrosna. Tyle czasu nie widzieliśmy Jamesa, a on od powrotu do domu jest tak w ciebie zapatrzony! Myślałam też, że, aż wstyd się przyznać, ale że chcesz go wykorzystać. W końcu tyle lat go odtrącałaś i w tym roku wasz związek tak ewoluował…
- Pani Potter – przerwałam jej – Jeżeli pani myśli, że lecę na państwa pieniądze, czy nazwisko, to jest pani w jak największym błędzie. Moi rodzice mają mnóstwo pieniędzy, a ja nigdy nie miałam kompleksów na punkcie swojego pochodzenia. Ten rok, och to zabrzmi tak banalnie, ale on był magiczny. Wszystko wywróciło się do góry nogami, głównie za sprawą Jamesa! Od piątej klasy był moją kulą u nogi, ciągle za mną chodził, prosił, ba!, błagał mnie o randkę, jednak zawsze wiedziałam, że nie chciałabym mieć u swego boku kogoś tak szalonego. Jednak przez wakacje James bardzo wydoroślał, nie mogę porównywać jego zachowania w tym roku, do lat poprzednich. Zakochałam się w tej doroślejszej wersji Jamesa i mogę panią zapewnić, że nigdy już do nikogo nie poczuję tego, co do niego. James jest pierwszym mężczyzną w moim życiu i mam nadzieję, że ostatnim. Jeżeli pani nie pasuję jako przyszła synowa, to niestety nie jest mój problem – moje świetne przemówienie zakończyłam ostentacyjnym wzruszeniem ramion. A co!
- Cóż, pozostaje mi tylko pogodzić się z myślą, że będę miała tak mądrą córkę – odparła pani Potter, czym mnie zaskoczyła. Zupełnie mnie zamurowało! – Myślę, że James wybrał osobę sobie przeznaczoną i czuję, że takie uczucie jak wasze nie trafia się zbyt często. Przepraszam Lily, za to nie do końca miłe powitanie i chciałabym żebyśmy zaczęły od początku – dodała, podając mi rękę.
- Mów mi Doreo, jak Syriusz, lub może mamo? – o to ostatnie zapytała i zaśmiała się – Jak wolisz – dodała. I dopiero  tym momencie zauważyłam tak oczywiste podobieństwo Jamesa do jego mamy.
- Jak chcesz, Doreo – odparłam i spojrzałam w stronę drzwi. W których to stał James i pan Potter.
- Słuchaliście naszej rozmowy? – wyjęczałam, trochę się zawstydzając. W końcu co ja wygadywałam!
- Jesteście nieznośni – dodała Doreo, spoglądając groźnie na dwóch panów P.


Tydzień w posiadłości Potterów minął błyskawicznie. Po dojściu do porozumienia, świetnie się dogadywałyśmy z mamą Jamesa. Nauczyła mnie dwóch fajnych zaklęć, byłyśmy na wielkich, ciuchowych zakupach, przedstawiła mnie swoim przyjaciółkom i nauczyła mnie gotować swoje popisowe danie, czyli uwaga pizzę! Kto by pomyślał, pierwsza kolacja w domu Rogacza była wykwintna jak cholera, a później okazało się, że wcale tak nie jest na co dzień. Dorea i pan Charlus zaskakiwali mnie z każdym dniem coraz bardziej, ale czego można się było spodziewać po ludziach, którzy spłodzili Jamesa? W końcu on też mnie ciągle czymś zaskakuje i zadziwia.
- Uważajcie na siebie, i dajcie znać co z przeprowadzką Lily, jak coś to pomożemy – powiedziała Dorea, ściskając nas na pożegnanie. Wezwaliśmy Błędnego Rycerza(chociaż już sobie kiedyś obiecywałam, że więcej do niego nie wsiądę…) i pożegnaliśmy się z rodzicami bruneta na tydzień. Teraz była kolej na kolejną wizytę u przyszłych „teściów”. 


Rozdział, tak właściwie o niczym, czyli tak zwana
zapchaj-dziura :) Następny będzie lepszy, a przynajmniej ja uważam, że jest to mój najlepszy rozdział jaki do tej pory napisałam(ależ skromnie :)
Miłego weekendu!