środa, 17 września 2014

Rozdział 10 Dom



Czas mijał nieubłaganie. Dwa ostatnie tygodnie przed Świętami minęły mi błyskawicznie, głównie spędzone w bibliotece i Pokoju Wspólnym na nauce. Co jak co, ale 7 rok to nie przelewki, czekają nas OWTM-y, które w większości chciałabym zaliczyć na Wybitny – ciekawe co z tych moich planów wyjdzie. Prac domowych, wypracowań i ćwiczeń nad zaklęciami było więcej niż kiedykolwiek, więc myślę, że wszyscy z 5 i 7 roku odetchnęli z ulgą, kiedy w końcu nadszedł 23 grudnia, czyli czas wyjazdu do domów.
- Mary, gdzie jest moja bluzka? – zapytała Dorcas biegając po zabałaganionym dormitorium w samym staniku. Muszę wam powiedzieć, że to bardzo częsty widok przed wyjazdami – Dor zawsze wszystko gubi, pakuje się na ostatnią chwilę i takie są tego skutki.
- Patrzyłaś w łazience? – odparła Mary upychając do kufra kolejną parę butów. Trochę się dziwiłam po co dziewczyny tyle tego biorą, w końcu mama zawsze dawała im mnóstwo ciuchów, ale przezorny zawsze ubezpieczony, prawda?
- Lily, bierzesz tylko taką małą torbę? – zapytała Dor, w końcu w koszulce, pokazując palcem na mój nieduży bagaż.
- Uhm, mama zapewne znowu zapełniła mi garderobę, nie będę szaleć. Zresztą mam taki bajzel w szafie, że nawet jej nie otwieram – odparłam pokazując na zatrzaśnięte drzwi, dla bezpieczeństwa przystawione krzesłem.
Gdy już wszystkie byłyśmy ubrane w ciepłe kurtki, skierowałyśmy się z bagażami do PW. Chłopcy mieli na nas czekać, ale nie było dla mnie wielkim zdziwieniem, że ich nie ma. Włóczą się gdzieś po nocach i takie są tego skutki!
- Skocze po nich – powiedziałam i już kierowałam się w stronę ich dormitorium, kiedy łaskawie księżniczki zeszły na dół. Wyglądali na niewyspanych i zmęczonych.
- Serio James, chcesz się pokazać moim rodzicom w takiej wygniecionej koszuli?! – wysyczałam do chłopaka, nie przejmując się jego nieprzytomną miną – Co wy robiliście w nocy?!
- Cii, Ruda, spokojnie – odparł Black – Pakowaliśmy się.
- Co? I dlatego nie spaliście? – zapytała Dor – Mów prawdę, Syriuszu! – Ooo, Dor się trochę wkurzyła. Pewnie sobie wyobraziła, że Black poszedł na podryw, czy coś.
- Pomagali mi w czymś, nie macie się czym przejmować – powiedział Remus z przepraszającym uśmiechem. Mary spojrzała na niego zaniepokojona, ale gdy chłopak się do niej uśmiechnął, chyba się odprężyła.
Po przejściu przez kontrolę Filcha, która i tak u nikogo nic nie wykryła, powozami udaliśmy się na stację w Hogesmead. Czerwona lokomotywa już czekała na uczniów buchając białymi kłębami pary z kominów.
Gdy już zajęliśmy przedział – ledwo się do niego mieszcząc – 7 osób to nie przelewki, a zauważcie, że Peter zajmuje prawie dwa miejsca!
- James zdejmij koszulę – powiedziałam, no nie mogłam patrzeć jak ona wygląda. Jakby ją psu z gardła wyciągnął.
- Oouu, Wiewióro, tak przy ludziach chcesz ten tego? – zapytał Black unosząc brwi i idiotycznie zacieszając twarz.
- Uhh, nie, chce ją wyprasować – odparłam, próbując się powstrzymać i jednak nie znokautować Blacka. Gdy J podał mi to coś, wystarczyły dwa machnięcia różdżki, żeby koszula wyglądała jak z pralni.
- No – dodałam z satysfakcją, patrząc jak chłopak dobrze się w tym prezentuje. Po chwili każdy zajął się sobą, Mary i Remus czytali wspólnie Proroka, Peter poszedł na poszukiwania pani z przekąskami, Łapa z Dor grali w czarodziejskie szachy.
- Co ty robisz? – zapytałam J. Czytałam książkę, a ten co chwilę mi przeszkadzał. Albo próbował mi ją wyrwać, dmuchał we włosy, albo próbował wsadzić łapę pod mój sweter.
- Uspokój się – powiedziałam, gdy jego ręka zabrnęła w niebezpieczne rejony.
- Nudzę się – odparł i zrobił minę obrażonego dziecka, wiecie, taką gdy mama nie chce kupić lizaka lub zabawki. Z kim ja się zadaję?
- To co chcesz robić? – zapytałam.
- Dobrze wiesz, co chcę robić – odparł szeptem robiąc tę minę. Eh. Gdy zrobiłam się cała czerwona, zaśmiał się cicho z satysfakcją.
Reszta podróży minęła w zadziwiającym spokoju, chłopcy chyba rzeczywiście byli czymś zmęczeni, bo połowę drogi do Londynu po prostu przespali. Gdy pociąg w końcu się zatrzymał, wszyscy pozbieraliśmy swoje bagaże, pożegnaliśmy się z Peterem, po którego przyszła mama i wyszliśmy przez barierę na mugolską stronę dworca.
- No i gdzie twoi starzy? – zapytał Black rozglądając się jakby spodziewając się transparentów na swoją cześć.
- Mama w ostatnim liście wspominała, że tata będzie czekał na parkingu, więc tam się kierujemy – odpowiedziałam ciągnąc Jamesa za rękę w stronę wyjścia z dworca. Wyszliśmy na zasypany śniegiem parking.
- Lily!! – zawołała jakaś ośnieżona postać. Tata! Pisnęłam jak głupia i przytuliłam się do rodzica, który ucałował mnie w zmarznięte policzki.
- Ale urosłaś! Już prawie jesteś wzrostu mamy – powiedział tata, jak zwykle czochrając mnie po głowie.
- Uhh, tatoo, wiesz że tego nie lubię – powiedziałam i wskazałam na osoby za sobą – Tato poznaj, to jest Remus Lupin, Syriusz Black i mój chłopak James Potter – powiedziałam uroczystym tonem pokazując na chłopców – A dziewczyny znasz – dodałam przypominając sobie o obecności przyjaciółek.
- Witam chłopcy, Mark Evans – powiedział witając się z każdym poprzez podanie sobie dłoni. Wiecie, takie męskie przywitanie. Chłopcy z zadziwiającą galanterią się zachowywali, myślałam że już na początku z czymś wyskoczą.
- To czym jedziemy do domu? – zapytałam rozglądając się po parkingu i nigdzie nie widząc żadnego z naszych samochodów.
- Załatwiłem coś świetnego, wujek Thomas ma znajomego i patrzcie co od niego wynająłem! – powiedział tata wskazując na coś palcem. I nagle zza zakrętu wyjechała najprawdziwsza limuzyna!
- Wow – powiedziała Dor patrząc na samochód z podziwem. Taa, jak tata coś robi to z rozmachem!
- To pojedziemy z klasą – skomentował to Syriusz patrząc z niedowierzaniem na kierowcę otwierającego nam drzwi.
- Dajcie bagaże, zabiorę je oddzielnie – powiedział tata ładując graty do Range Rovera. Gdy już wszystko było zapakowane, my również upchnęliśmy się do limuzyny i ruszyliśmy.
- Ale suuuper – wyjęczała Dor rozglądając się po samochodzie i patrząc jak Black coś kombinuje przy wbudowanym barku.
- Wiewióro, nie wiesz może czy twoi starzy chcą adoptować dziecko? – zapytał Black – Na przykład mnie? – dodał po chwili.
- Ugh, za nic w świecie nie chciałabym mieć takiego brata – odparłam, patrząc jak James bawi się guzikiem od otwierania i zamykania szyby.
- Zimno jest, zamykaj! – powiedziała Mary wciskając jakiś guzik, który uruchomił telewizor.
- Whooaa, co to? – zapytał Łapa pokazując paluchem na ruszających się i mówiących ludzi.
- Telewizor – odparł Remus – Chyba przydałoby ci się iść na Mugoloznawstwo – dodał śmiejąc się z min chłopców.
- Ale czemu oni są zamknięci w takim małym pudełku? – zapytał Rogacz.
- To jest tylko takie nagranie, wcale nie siedzą w pudełku – odpowiedziała Mary, widząc moją zniecierpliwioną minę. Po chwili dojechaliśmy na miejsce. Nasz dom stoi na zamkniętym osiedlu, mama od zawsze bała się ataków paparazzi. Wiecie jest byłą modelką, ale często się zdarzało, że ktoś robił jej zdjęcia, na co zawsze strasznie się wkurzała. Dlatego tata zdecydował, że wyprowadzimy się z Londynu i kupił ten dom.
Całe podwórko było pokryte grubą warstwą śniegu, dom idealnie wpasowywał się w krajobraz – spora biała willa z czerwonym dachem, teraz przykrytym warstwą puchu. Do domu dobudowany spory garaż, zresztą otwarty, właśnie tata wjeżdżał do środka.
- Chodźcie – powiedziałam do przyjaciół, kierując się do domofonu i wciskając kod dostępu. Gdy już dochodziliśmy do domu, drzwi otworzyły się na całą szerokość.
- Mama! – zawołałam i wpadłam w ramiona rodzicielki. Można powiedzieć, że nic się nie zmieniła, OK., miała trochę więcej zmarszczek wokół oczu, ale i tak wyglądała jak zawsze – zabójczo!
- Lily, moje słoneczko – gadała mama całując mnie w policzki i niestety jak tata czochrając mi włosy. Tak właściwie, to co oni mają z tym czochraniem? – Mary, Dorcas, witajcie! Wchodźcie, zimno jest.
- Dzień dobry, pani Evans! – zawołały dziewczyny chórkiem i też zostały wycałowane przez mamę.
- Mamo poznaj, to Remus Lupin – powiedziałam wskazując na blondyna – Syriusz Black i mój James – dodałam wskazując na chłopców.
- Witajcie! Och, jacy przystojni! Ale macie dziewczynki szczęście, u mnie w szkole nigdy nie było tak przystojnych młodzieńców…. – mama jak zwykle wpadła w niekończącą się gadkę, witała chłopaków każdego przytulając i szczypiąc po policzku. Uwierzcie, był to zabawny widok! Zaczerwieniony Black, roześmiany Potter i zmieszany Lupin.
- Jeszcze tu stoicie? A ja już zdążyłem przynieść bagaże – powiedział tata i pokazał na wielki stos pośrodku holu. Gdy już każdy pozbył się grubej kurtki i butów, został obdarowany przez mamę zabawnymi kapciami. Dla przykładu Black dostał kapcie Mikołaje, a James Renifery.
- Na pewno jesteście głodni, Lily, zaprowadź przyjaciół do jadalni, zaraz coś podam! – zawołała mama, prawie biegnąc do kuchni, z której można było wyczuć różne przyjemne aromaty.
- To zostawię was na razie samych, muszę chwilę popracować – powiedział tata, zresztą jak zwykle. Pracoholik!
- Wiewióro, jestem pod wrażeniem – powiedział Black, gdy rozsiadaliśmy się przy stole – Masz przemiłych rodziców, świetny dom i fajne kapcie – powiedział wymachując nogami. Dor zaczęła się śmiać jak dzika surykatka pokazując Blackowi swoje kapcie w kształcie choinek.
- Gotowe! – zawołała mama i razem z panią Gertrudą, naszą pomocą domową, zaczęła wnosić mnóstwo półmisków wypełnionych jedzeniem. I mówiąc mnóstwo, mam na myśli, och mega dużo.
- Uczta jak w Hogwarcie – zauważył James.
- Naprawdę? Widzisz Lily, w końcu stara matka dorównuje twojej ukochanej szkole! – powiedziała mama – Gdzie jest ten Mark? – zapytała mama i podeszła do telefonu i wybrała numer wewnętrzny – Przychodź tu natychmiast – wysyczała. Ha, teraz już wiem po kim to mam!
Black tylko spojrzał porozumiewawczo na chłopaków, a później na mnie. Eh. Po chwili przyszedł tata, jak zwykle z jakimiś dokumentami i zaczęliśmy jeść. Nie będę wam tu rozpisywać dokładnie rozmów toczących się przy stole, ogólnie rodzice – głównie mama wszystkich przepytywali, wypytywali i jeszcze raz pytali.
- A jakie macie plany jak już skończycie szkołę? – zapytała mama jedząc deser. Nareszcie kończy się ta męczarnia!
- Zostanę aurorem – odparł Black na co Rogacz pokiwał głową.
- Też chcę zostać aurorem i oczywiście jak najszybciej zostać mężem Lily – dodał James. Atmosfera przy stole trochę zgęstniała, spojrzałam na rodziców i co zobaczyłam?
- Och, to wspaniale! – zawołała mama, uśmiechając się jak nienormalna – W końcu któraś z moich córek myśli poważnie o przyszłości! Petunii tylko w głowie wyjazdy i te dziwne programy na MTV o jakiś mięśniakach z Cardiff. A ja już chciałabym mieć wnuki! – powiem tyle, O Merlinie!
- Hm, mamo, wiesz, James nie mówił poważnie, jeszcze o niczym takim nie rozmawialiśmy… - lecz wcześniej wspomniany osobnik mi przerwał.
- Mam już własny dom, pokaźne konto w Gringottcie i.. – przerwała mu mama:
- Synu! – zawołała i wyściskała go. Patrzyłam na to i oczom nie wierzyłam. To jakaś farsa! Mama ściskała Jamesa i cicho chlipała, Rogacz cieszył się, tata wszystkiemu przyglądał się z uśmiechem na twarzy, dziewczyny były jakieś takie przejęte, a Black z Lupinem po prostu śmiali się. Nie wiem czy z mojej miny, czy z tej dziwnej sytuacji.
- Ale mamoo… - wyjęczałam gdy teraz rodzicielka wzięła się za przytulanie mojej osoby. Potterowi tylko posłałam spojrzenie bazyliszka. Gdy już wszyscy skończyli jeść, tata kazał mi pokazać pokoje w których będą spać.
- To my z dziewczynami śpimy u mnie – powiedziałam wchodząc do pokoju i rozglądając się po nim. Nic się nie zmieniło! Reszta też tu weszła i zaczęła się rozglądać.
- A tam co jest? – zapytał ciekawsko J.
- Aaaa, na to czekałam! – zawołała Dor i przepychając się otworzyła drzwi od garderoby.
- Na Merlina! – zawołał Black rozglądając się po pomieszczeniu. Wcale mu się nie dziwię, garderoba jest wielka i znajdują się tu chyba wszystkie ciuchy jakie miałam na sobie od czasów niemowlęcych. Także wyobraźcie sobie.
- Oo, mama ci dokupiła – powiedziała Mar pokazując na wieszak, który wyjeżdżając do szkoły był pusty.
- Dobra, dziewczyny potem pooglądamy. Wasz pokój jest obok – powiedziałam zwracając się do chłopaków – Black, to komoda z bielizną, nie otwieraj! – zawołałam patrząc jak Łapa próbuje dobrać się do czegoś, czego na pewno nie powinien oglądać.
- Idziemy – powiedziała Dor odciągając go siłą od szuflady. Otworzyłam drzwi obok moich i pokazałam Huncwotom wnętrze pokoju. Tak właściwie było całkiem podobne do ich dormitorium – beżowe ściany i jedna granatowa, dębowe meble i trzy, zamiast czterech łóżek.
- Tam jest łazienka – powiedziała Mar, pokazując na drzwi – Gdy tylko my przyjeżdżałyśmy, to był nasz pokój – wytłumaczyła Remusowi, który chyba zdziwił się jej znajomością pomieszczeń – I macie w niej jaccuzi!
- Co mamy? – zapytał J drapiąc się po głowie.
- To taka duża wanna i jak się napuści do niej wody można włączyć takie fajne bąbelki – wytłumaczyłam.
- Ooo, to ja zajmuję pierwszy! Dor, może się przyłączysz? – zapytał Black z flirciarskim uśmiechem. Brunetka tylko na to parsknęła i pociągnęła nas za ręce do mojego, a właściwie teraz naszego pokoju. Gdy już obejrzałyśmy wszystkie nowe nabytki garderobiane, oraz umyłyśmy się w końcu mogłyśmy iść spać. Huncwoci chyba też byli zmęczeni, bo nic nie było słychać z ich pokoju, oprócz wcześniejszej kłótni o łazienkę. Zadowolona z całkiem fajnego dnia, usnęłam.

wtorek, 16 września 2014

Rozdział 9 Atak


Bal zakończył się już tradycyjnym przedstawieniem wszystkich hogwarckich duchów. Jako Gryfonka gorąco kibicowałam, zresztą jak zwykle świetnemu Prawie Bezgłowemu Nickowi. Nasz dom spisał się najlepiej i najgłośniej oklaskiwał spektakl. Po drugiej w nocy skierowaliśmy się z Jamesem w stronę Wieży Gryffindoru. Reszta naszej paczki została jeszcze w Wielkiej Sali, Prefekci mieli pomagać sprzątać(oczywiście przy użyciu magii, nie myślcie sobie, że ktoś ich zmuszał do bardzo ciężkiej pracy), a Dorcas z Syriuszem, oraz Peter z Ann poszli na krótki spacer po błoniach. Szliśmy w ciszy, trzymając się za ręce i od czasu do czasu zatrzymując się na buziaka. Muszę wam powiedzieć, że czasami jestem trochę przewrażliwiona, ale w powietrzu czułam jakąś dziwną atmosferę. Chyba jestem walnięta. Już mieliśmy wychodzić z korytarza na 4 piętrze, gdy usłyszeliśmy głosy:
- I co, mała szlama nie poradzi sobie bez kogoś mądrzejszego? – zapytał czyjś drwiący głos – Crucio!
W tym momencie rozległ się przerażający krzyk, James wyrwał mi swoją rękę i wybiegł zza zakrętu z wyciągniętą różdżką. Gdy ruszyłam za nim moim oczom ukazał się okropny widok. Cztery zakapturzone osoby stały nad małym chłopcem i miotały w niego zaklęciami. I to nie tymi słodkimi, wiecie, motylki, ptaszki, szum fal, nie, torturowali go czarnoksiężnymi zaklęciami, niektóre inkantacje słyszałam po raz pierwszy w życiu. Czarna magia.
- Expelliarmus! – zawołał James. Dwie różdżki wyleciały w powietrze i w tym samym momencie rozgorzała się regularna bitwa. James z zadziwiającą zręcznością rzucał zaklęcia.
- Drętwota! – zawołałam i stwierdziłam z niemałą uciechą, że kogoś w końcu trafiłam i nawet powaliłam na łopatki.
- Ooo, w końcu szlamie udało się kogoś trafić! – zawołał szyderczym głosem Avery miotając jakimś zaklęciem w Rogacza. Na szczęście urok odbił się od szybko wyczarowanej przez Jamesa tarczy.
- Na co czekasz Snape – dowal obrońcy szlam! – zawołał Avery zwracając się do osoby, której początkowo nie rozpoznałam pod czarną szatą z wielkim kapturem. Osoby, której w gruncie rzeczy bardzo nie chciałam zobaczyć w takim stroju, z takimi ludźmi i robiącej to, co czynił. W momencie gdy zastanawiałam się nad głupotami, zdarzyły się dwie rzeczy. Snape spojrzał prosto na mnie i wypowiedział zaklęcie celując w Jamesa:
- Sectumsempra.
Z całej tej chwili zapamiętałam tylko to, że używając całej swojej siły, odepchnęłam Jamesa za siebie, oraz ból w czarnych oczach, gdy zaklęcie trafiło w moją klatkę piersiową dosłownie tnąc ją jak dobrze naostrzonym nożem. Ba, nie jednym nożem! A potem zapadła ciemność.


Z dziennika Jamesa Pottera
Pojedynkowaliśmy się z zakapturzonymi osobami, gdy rozpoznałem głos tej szui, Averego:
- Na co czekasz Snape – dowal obrońcy szlam!
Zaskoczony spojrzałem w czarne oczy Ślizgona, w których dojrzałem tylko nienawiść. Czystą, niczym niezmąconą nienawiść. I w tym momencie, gdy na chwilę opuściłem różdżkę, przed moimi oczami rozegrała się scena, której prawdopodobnie nie zapomnę do końca życia. Snape wymówił jakieś nieznane mi zaklęcie, a ja zamiast wyczarować tarczę, czy próbować odbić urok, poczułem, że upadam na plecy popchnięty przez Lily, która przyjęła na siebie urok. I w jednej chwili zauważyłem parę rzeczy na raz: błysk cierpienia i szaleństwa w czarnych oczach, nagłe zniknięcie napastników i krew. Wszędzie była krew która wypływała z ciała nieprzytomnej dziewczyny.
- Lily! – zawołałem zrozpaczony podbiegając do niej. Dopiero teraz zobaczyłem, jaką szkodę wyrządziło to zaklęcie. Cały przód sukienki był dosłownie pocięty w strzępy, a spod tych skrawków materiału, ciurkiem leciała krew z otwartych ran.
- Lily, nie, Lily! – wołałem próbując, już nawet sam nie wiem, co próbowałem robić. Czy podnieść ją i biec do Skrzydła Szpitalnego? Czy może próbować zatamować krwawienie? Poczułem tylko czyjeś ręce na ramionach i oderwanie od bezwładnego ciała ukochanej i jakieś zamieszanie. Syriusz coś do mnie mówił, Dorcas szlochała, a Dumbledore prowadził Lily i tego chłopca na niewidocznych noszach, szepcząc jakieś formułki. Klęczałem na kolanach na środku korytarza, a wokół mnie był tłum ludzi, już rozganianych przez nauczycieli.
- Zabiję – powiedziałem wstając i szukając wokół siebie różdżki, która gdzieś mi upadła przy przewróceniu.
- Panie Potter, co tu się stało? – zapytała profesor McGonagall próbując zwrócić na siebie moją uwagę. Gdy znalazłem różdżkę i w końcu wstałem z podłogi, McGonagall ponowiła swoje pytanie:
- Co się stało?
Dopiero teraz zauważyłem, że jestem obserwowany przez grupę osób, na czele z nauczycielką i Huncwotami.
- Ślizgoni atakowali tego chłopca i włączyliśmy się do walki, Lily mnie odepchnęła i sama dostała – powiedziałem ujmując tą długą walkę w zaledwie parę słów. Skierowałem się do Skrzydła Szpitalnego. Najpierw Lily, potem zemsta.
- James, zaczekaj! – wołał Syriusz z Remusem biegnąc za mną. Zatrzymałem się dopiero pod  drzwiami szpitalnymi.
- Panie Potter, musimy porozmawiać – powiedział Dumbledore wychodząc z sali i łapiąc mnie za ramię.
- Nie! Muszę iść do Lily! – zawołałem próbując wyrwać się z uścisku starca.
- Pani Pomfrey już zajęła się panną Evans. Zatamowała krwotok, teraz zajmuje się zasklepieniem ran. Gwarantuję, że panna Evans wyzdrowieje, profesor Slughorn już został powiadomiony i warzy odpowiedni eliksir – powiedział odciągając mnie od drzwi – Panów też zapraszam – dodał dyrektor patrząc na Remusa i Łapę. Skierowaliśmy się do gabinetu dyrektora. Wskazał nam krzesła przed swoim biurkiem i też usiadł.
- Proszę mi wszystko opowiedzieć.
Powtórzyłem to, co powiedziałem McGonagall tylko w rozszerzonej wersji, gdy doszedłem do momentu, w którym Lily została zraniona, z pewnym zmieszaniem zauważyłem, że mam mokre od łez policzki. Wytarłem je niecierpliwie i spojrzałem na dyrektora.
 - Czy rozpoznałeś kogoś? – zapytał Dumbledore.
- Averego i dwóch Ślizgonów którym odebrałem różdżki – Notta i Goyle’a – odparłem. Pewnie dziwicie się, czemu nie wydałem Snape’a? To proste, chciałem się nim sam zająć.
- Rozumiem. Możecie być pewni, że sprawcy zostaną ukarani – powiedział profesor – I zrobię wszystko co w mojej mocy, żeby już nie doszło, do tak strasznej sytuacji.
- To chyba musiałby pan wyrzucić ze szkoły wszystkich Ślizgonów – powiedział Syriusz przez zaciśnięte zęby. Dyrektor tego nie skomentował, właściwie bez słowa wyszliśmy z jego gabinetu.
- James, jesteś pewien, że nie wiesz kto to zrobił Lily? – zapytał Remus z zatroskaną miną.
- Snape – odparłem przyśpieszając kroku i prawie biegnąc po schodach do Skrzydła Szpitalnego.
- Co? Smarkerus?! I nie powiedziałeś o tym Dumbledorowi? – zapytał zszokowany Syriusz.
- Zostawiam go dla siebie – odparłem otwierając szklane drzwi.
- Ach, to pan – powiedziała pielęgniarka – Jej stan jest stabilny, krwawienie ustało, już podałam eliksir od profesora Slughorna, zadziałał błyskawicznie!
Jednym uchem słuchałem pani Pomfrey, ale całą uwagę przeznaczyłem na przełamanie się i spojrzenie na Lily.
Była blada, całą klatkę piersiową miała owiniętą bandażami, a na rękach miała drobne zabliźnione szramy.
Bezwładnie usiadłem na krześle obok jej łóżka i delikatnie złapałem ją za rękę.


Czułam się otumaniona i bardzo obolała. Słyszałam tylko czyjeś ciche chrapanie. Rozejrzałam się i rozpoznałam salę szpitalną. I w tym momencie przypomniałam sobie co się stało. Ale James, co z nim?!
- James? – wyszeptałam i poczułam ruch koło moich nóg. Po chwili patrzyły na mnie piękne orzechowe oczy mojego ukochanego.
- Lily – wyszeptał patrząc na mnie z wielką ulgą w oczach – Jak się czujesz? – zapytał łapiąc mnie delikatnie za dłoń.
- Dobrze – wyszeptałam.
- Byłaś nieprzytomna przez dwa dni – powiedział James zduszonym głosem. Och.
- Jesteś cały? – zapytałam próbując objąć wzrokiem całą sylwetkę chłopaka.
- Dzięki tobie, tak – odparł patrząc z wyrzutem (?) – Dobrze wiesz, szalona dziewczyno, że to ja teraz powinienem tu leżeć – odparł wskazując na łóżko.
- Kocham cię – wyszeptałam.
- Ja ciebie też kocham – odparł James jakoś tak wzdychając i całując mnie w czoło. A czemu nie w usta?
- W usta – rozkazałam nadal szeptem, na co Rogacz cicho się zaśmiał i jak to on spełnił moją zachciankę.


Minął już tydzień jak wyszłam ze Skrzydła Szpitalnego, całkowicie wyleczona. Dni znowu były zwyczajne, lekcje, nauka, rozmowy z przyjaciółkami. Jedna rzecz się zmieniła, cały czas byłam obserwowana. Gdzie się nie ruszyłam, czy do biblioteki, czy nawet do damskiej łazienki, szedł ze mną James. Huncwoci ciągle mi się badawczo przyglądali i wiem, że też cały czas śledzili mnie na tej ich mapie. Ogólnie było to trochę męczące, przecież człowiek powinien mieć trochę przestrzeni dla siebie.
- James, naprawdę nie musisz iść ze mną do łazienki – powiedziałam, stając przed drzwiami do wcześniej wspomnianego przybytku – Nikt mnie nie zaatakuje, tamtych wyrzucili ze szkoły – dodałam.
- Snape’a nie wyrzucili – powiedział Rogacz i tak wchodząc za mną do łazienki Jęczącej Marty. To ostatnio jedyna łazienka jaką mogę odwiedzać, bez wybuchu pisku dziewcząt. Też pewnie byście piszczały, gdyby chłopak ładował się wam do kibelka, jak na przykład kładziecie sobie tapetę na twarz. Tak zareagowała Kornelia, Krukonka z 6 roku.
- Nie wyrzucili, bo nie powiedziałeś, że on też atakował. Zresztą dobrze postąpiłeś, jestem pewna, że on nie chciał.
- Nie chciał? Lily, ten palant rzucił na ciebie klątwę po której wyglądałaś jak rozjechana żaba, a teraz mówisz, że nie chciał? To psychol – powiedział James patrząc jak myję ręce po skorzystaniu z toalety.
- Gdybyś go znał tak jak ja, to byś wiedział – odparłam wymijając go. Wkurza mnie!
- Nie złość się, Lily – powiedział zatrzymując mnie i patrząc głęboko w oczy. Och, znowu ta sztuczka z oczami. Cholera.
- Nie gniewam się na ciebie. Trochę mnie ta sytuacja stresuje – powiedziałam łapiąc Rogacza za rękę i kierując się do Pokoju Wspólnego. Byliśmy już po lekcjach, czas na odpisywanie przez resztę moich wypracowań.
W wieży czekała już na nas nasza paczka, siedzieli w ciszy i gapili się w kominek.
- Macie głąby, spisywać – powiedziałam, po czym rzucili się na prace, jak Peter na kwachy. James, jako mój chłopak miał już wcześniejszy wgląd do moich wypracowań, także skierowaliśmy się do jego dormitorium na małe tete-a-tete. Rogacz poszedł do łazienki przebrać się w jakieś wygodniejsze ciuchy, niż mundurek, a ja postanowiłam, że w końcu sprowokuję go do czegoś szalonego, a nie do tej dziwnej codziennej napiętej rutyny. Zdjęłam wierzchnią szatę, krawat, rozpięłam parę górnych guzików w białej koszuli, dzięki czemu ukazała się delikatna koronka mojego stanika i za pomocą różdżki, trochę skróciłam spódnicę. Łohoho, sama sobą byłam zadziwiona, wyglądałam, hm, seksownie. Jeszcze tylko rozpuściłam włosy i zasiadłam na rogaczowym łóżku.
- Lily, chcesz coś …ee.. – powiedział J wychodząc z łazienki i nagle zatrzymując się. Taak, o to chodziło, nie gadaj już o ataku, nie gadaj o tym!
- Chodź, może usiądziesz obok? – zapytałam delikatnie klepiąc puszystą kołdrę. James nadal patrząc na mnie z dziwną miną usiadł obok, a ja cóż, rzuciłam się na niego! Popchnęłam go na łóżko, położyłam jego rękę na swoim udzie i wpiłam się w te rozkoszne usta, które cały dzień mnie kusiły. J przez chwilę jakby nie kontaktował, ale po chwili ochoczo dołączył do mnie. Przyjęłam wygodniejszą pozycję, usiadłam mu na brzuchu i dalej całowałam, gdy w końcu zaczęło się dziać coś ciekawego w okolicy drugiej bazy. Rogacz wyciągnął moją koszulę ze spódniczki i delikatnie, jakby niepewnie rozpinał guziki mojej bluzki. Nie przerywając pocałunku, pociągnęłam jego koszulkę do góry. Moim oczom ukazał się jego idealnie płaski brzuch i widoczne mięśnie. Wiecie J, jest dopakowany, ale nie wygląda jak kulturysta, ma bardzo ładnie zarysowane mięśnie. Przez chwilę zachwycałam się w ciszy jego torsem, gdy zapytał:
- Mogę? – wskazując na moją rozpiętą koszulę.
- Tak – wyszeptałam. Gdy James ściągnął moją koszulę, a ja jego, cóż, jakby coś w niego wstąpiło, przewrócił mnie na plecy i delikatnie usiadł na mnie. Patrzył z zachwytem, a ja tylko czułam jak moje policzki płoną.
- James, jestem dziewicą – powiedziałam łamiącym się szeptem.
- Wiem – odparł patrząc mi w oczy – Ja, hm, no ja też nigdy tego nie robiłem – odparł.
- Och, to dobrze – co, och to dobrze? Znowu gadam głupoty. James cicho się zaśmiał i powiedział:
- Lunatyk, powiedział, że właśnie tak zareagujesz – hę??
- Gadaliście o nas? – zapytałam piskliwym głosem. To, że ja gadam z dziewczynami, nie oznacza, że oni też mogą o nas plotkować! James tylko cicho zaśmiał się w moje włosy. Znowu zaczął mnie delikatnie całować, teraz po całej twarzy, a potem schodząc na szyję. Po chwili poczułam jego delikatnie dłonie na moich plecach.
- Z przodu – powiedziałam, sama nie wiem czemu, ale szczerząc się jak głupia. James zrobił się jakiś taki czerwony i zaczął kombinować przy tym zameczku. Widziałam jak drżą mu dłonie i jakie ma czerwone policzki. Gdy uporał się z zamkiem i w końcu zdjął ten przeszkadzający kawałek materiału, cóż, było fajnie.


Dobra, wiem, zastanawiacie się, czy zrobiliśmy tak zwane to. Odpowiedz brzmi: nie. Oboje stwierdziliśmy, że dormitorium chłopaków, to nie miejsce na pierwszy raz, że nie mamy żadnych zabezpieczeń i szczerze mówiąc nie byłam do końca pewna, czy już jestem gotowa na ten poważny krok. Uzgodniliśmy, że będziemy o tym rozmawiać. Chociaż, muszę wam powiedzieć w sekrecie, że było gorąco. I fajnie, niektóre z tych rzeczy, które robiliśmy są jednak fajniejsze niż całowanie. Patrzcie, znowu się czegoś nauczyłam!


Październik minął nam błyskawicznie, była połowa grudnia, gdy zaczęliśmy planować Święta i Sylwestra.
- To ustalone, Święta u Wiewióry, a Sylwester w Rogacza domu? – zapytał Syriusz, już po raz drugi.
- Taak – odpowiedziała mu zniecierpliwiona Dorcas. Siedzieliśmy sobie w Huncwockim dormitorium, sobotni wieczór, bardzo dobre jedzonko przyniesione przez Petera. Eh, żyć nie umierać!
- Lil, wysłałaś już sowę do rodziców, że będzie nas więcej niż nasz trójka? – zapytała Mary.
- Oczywiście, mama odpisała, że bardzo się cieszy, że pozna moich przyjaciół oraz chłopaka. Tata napisał, że nawet Petunia się cieszy, ale w to raczej wątpię – odpowiedziałam przyjaciółce pociągając łyk Kremowego Piwa.
- A gdzie zrobimy zakupy na Sylwestra? – zapytał Łapa – I nie chodzi mi tu o chipsy – powiedział pokazując na mnie. Ojejku, czasem można zjeść paczkę. Albo dwie…
- A może zrobimy w mugolskim sklepie? – zapytałam – Nigdy nie piliście ich alkoholi, mówię wam, niektóre są fajne, popróbujecie w Święta, tata ma pełny barek.
- Niby można – powiedziała Dor.
– Ale Ognista też musi być – dodał Syriusz. Taak, jak widzicie, już planujemy popijawę, przy okazji robiąc parapetówę w domu odziedziczonym przez Jamesa.
- Ooo i wiecie pójdziemy sobie do kina! – ależ ja mam pomysły. Szaleję po prostu.
- Co to jest kino? – zapytał James podbierając mi kolejne chipsy.
- Taki budynek w którym puszczają takie ruchome obrazki. Zresztą, przekonacie się, będzie fajnie, nie Mar? – zapytałam dziewczynę, w końcu ona się na tym zna, jej mama jest mugolką.
- Ja i tak nadal czekam na pokaz Dor na rurze – odpowiedział Syriusz, śmiejąc się z miny brunetki. Dorcas zrobiła się różowiutka i pokazała chłopakowi środkowy palec. Oho, kłopoty w raju? Nie wiem czy wam już wspominałam, ale od pamiętnej Nocy Duchów tych dwoje nie dało się rozłączyć. Black tłumaczył to atakiem, ale bądźmy szczerzy Dorcas jest czystej krwi czarownicą, nic jej nie grozi. Widziałam, jak chłopak na nią patrzył. I mam nadzieję, że tak będzie jak najdłużej, patrząc na jego poprzednie związki, które trwały najdłużej miesiąc, martwiłam się o brunetkę. Już tak długo była zapatrzona w Blacka! No nic, trzeba będzie wypytać Jamesa, na pewno wie coś więcej! Moje rozmyślenia przerwał stukot sowiego dzióbka w szybę. Remus otworzył okno. Do środka wleciała sowa z wielką paczką i kopertą.
- Do ciebie Lily – powiedział podając mi kopertę.

Córeczko!
Tak się cieszymy, ze już niedługo przyjedziesz na Swieta! Mama chodzi po sklepach, nakupowała już mnóstwo prezentow, próbuje nowe przepisy, i umiera z ciekawości – niby wysłałaś jej to zabawne ruszające się zdjecie swoich przyjaciol, ale ona jest tak uparta i mowi, ze to nie może być prawdziwe, bo postacie się ruszaja. Tlumaczylem jej, ze te czarodziejskie fotografie Sa inne, ale wiesz jaka jest mama.
Odbiore was z dworca, mam nadzieje ze wszyscy się pomieścimy, już nawet wymysliłem jak, to niespodzianka! Petunia oznajmiła, ze Swieta i Sylwestra spedzi z Vernonem w Alpach, mama jest troche podłamana, chciala żeby to były rodzinne Swieta, ale dobrze wiesz jaka jest twoja siostra. Już nie możemy się doczekac waszego przyjazdu!
Pozdrowienia dla wszystkich,
tata.
P.S Mama nie wiedziała, czy może obciążać sowe, ale w pacze znajdziecie mnóstwo jej wypiekow.
P.S 2 Tata zartuje z tym mnóstwem, troszke! Mama

Otworzyłam paczkę i dosłownie zamarłam. Że ta sowa tu jakoś doleciała! Mama chyba zwariowała, w środku było pełno ciastek, cukierków, lizaków, żelek, i innych smakołyków.
- Wow – wyszeptał Peter patrząc na to wszystko.
- To nie ma co się dziwić, że Wiewiór przytył – powiedział Black odsuwając się przed ciosem który mu chciałam zadać.
- Ej, Łapo, Lily wcale nie przytyła! – zawołał James widząc jak próbuje zabić Blacka spojrzeniem.
- Częstujcie się – powiedziałam wskazując na pudło – Petunii nie będzie – dodałam jedząc czekoladowe ciastko. Omnomnom! Mamusia świetnie gotuje.
- Oo, a chciałem poznać moją przyszłą szwagierkę – powiedział J z zawiedzioną miną.
- Haa, nie masz czego żałować! – odparła Dor gryząc jej ulubione orkiszowe ciastka – Petunia jest niemiła, prawie się nie odzywa, tylko jakoś tak prycha.
- Już nie pamiętam kiedy z nią normalnie gadałam – dodałam. J chyba zauważył, że zrobiło mi się trochę przykro, bo przytulił mnie i pocałował w głowę.
- Nie martw się – dodał cicho.
- No nic, tata napisał, że załatwił jakiś transport, myślałam, że będziemy jechać Błędnym Rycerzem – powiedziałam zastanawiając się do czego zmieści się sześć osób + ojciec + bagaże.
Posiedzieliśmy jeszcze trochę, wyżerając wszystko co przysłała rodzicielka i ustalając co będzie nam potrzebne na okres Świąteczny. Później wróciłyśmy z dziewczynami do siebie i, jak to dziewczyny plotkowałyśmy, aż nas zmorzył sen.