Czas mijał nieubłaganie. Dwa
ostatnie tygodnie przed Świętami minęły mi błyskawicznie, głównie spędzone w
bibliotece i Pokoju Wspólnym na nauce. Co jak co, ale 7 rok to nie przelewki,
czekają nas OWTM-y, które w większości chciałabym zaliczyć na Wybitny – ciekawe
co z tych moich planów wyjdzie. Prac domowych, wypracowań i ćwiczeń nad
zaklęciami było więcej niż kiedykolwiek, więc myślę, że wszyscy z 5 i 7 roku
odetchnęli z ulgą, kiedy w końcu nadszedł 23 grudnia, czyli czas wyjazdu do
domów.
- Mary, gdzie jest moja
bluzka? – zapytała Dorcas biegając po zabałaganionym dormitorium w samym
staniku. Muszę wam powiedzieć, że to bardzo częsty widok przed wyjazdami – Dor
zawsze wszystko gubi, pakuje się na ostatnią chwilę i takie są tego skutki.
- Patrzyłaś w łazience? –
odparła Mary upychając do kufra kolejną parę butów. Trochę się dziwiłam po co
dziewczyny tyle tego biorą, w końcu mama zawsze dawała im mnóstwo ciuchów, ale
przezorny zawsze ubezpieczony, prawda?
- Lily, bierzesz tylko taką
małą torbę? – zapytała Dor, w końcu w koszulce, pokazując palcem na mój nieduży
bagaż.
- Uhm, mama zapewne znowu
zapełniła mi garderobę, nie będę szaleć. Zresztą mam taki bajzel w szafie, że
nawet jej nie otwieram – odparłam pokazując na zatrzaśnięte drzwi, dla bezpieczeństwa
przystawione krzesłem.
Gdy już wszystkie byłyśmy
ubrane w ciepłe kurtki, skierowałyśmy się z bagażami do PW. Chłopcy mieli na
nas czekać, ale nie było dla mnie wielkim zdziwieniem, że ich nie ma. Włóczą
się gdzieś po nocach i takie są tego skutki!
- Skocze po nich –
powiedziałam i już kierowałam się w stronę ich dormitorium, kiedy łaskawie
księżniczki zeszły na dół. Wyglądali na niewyspanych i zmęczonych.
- Serio James, chcesz się pokazać
moim rodzicom w takiej wygniecionej koszuli?! – wysyczałam do chłopaka, nie
przejmując się jego nieprzytomną miną – Co wy robiliście w nocy?!
- Cii, Ruda, spokojnie –
odparł Black – Pakowaliśmy się.
- Co? I dlatego nie
spaliście? – zapytała Dor – Mów prawdę, Syriuszu! – Ooo, Dor się trochę
wkurzyła. Pewnie sobie wyobraziła, że Black poszedł na podryw, czy coś.
- Pomagali mi w czymś, nie
macie się czym przejmować – powiedział Remus z przepraszającym uśmiechem. Mary
spojrzała na niego zaniepokojona, ale gdy chłopak się do niej uśmiechnął, chyba
się odprężyła.
Po przejściu przez kontrolę
Filcha, która i tak u nikogo nic nie wykryła, powozami udaliśmy się na stację w
Hogesmead. Czerwona lokomotywa już czekała na uczniów buchając białymi kłębami
pary z kominów.
Gdy już zajęliśmy przedział
– ledwo się do niego mieszcząc – 7 osób to nie przelewki, a zauważcie, że Peter
zajmuje prawie dwa miejsca!
- James zdejmij koszulę –
powiedziałam, no nie mogłam patrzeć jak ona wygląda. Jakby ją psu z gardła
wyciągnął.
- Oouu, Wiewióro, tak przy
ludziach chcesz ten tego? – zapytał Black unosząc brwi i idiotycznie zacieszając
twarz.
- Uhh, nie, chce ją wyprasować
– odparłam, próbując się powstrzymać i jednak nie znokautować Blacka. Gdy J
podał mi to coś, wystarczyły dwa machnięcia różdżki, żeby koszula wyglądała jak
z pralni.
- No – dodałam z satysfakcją,
patrząc jak chłopak dobrze się w tym prezentuje. Po chwili każdy zajął się
sobą, Mary i Remus czytali wspólnie Proroka, Peter poszedł na poszukiwania pani
z przekąskami, Łapa z Dor grali w czarodziejskie szachy.
- Co ty robisz? – zapytałam
J. Czytałam książkę, a ten co chwilę mi przeszkadzał. Albo próbował mi ją
wyrwać, dmuchał we włosy, albo próbował wsadzić łapę pod mój sweter.
- Uspokój się –
powiedziałam, gdy jego ręka zabrnęła w niebezpieczne rejony.
- Nudzę się – odparł i
zrobił minę obrażonego dziecka, wiecie, taką gdy mama nie chce kupić lizaka lub
zabawki. Z kim ja się zadaję?
- To co chcesz robić? –
zapytałam.
- Dobrze wiesz, co chcę
robić – odparł szeptem robiąc tę minę. Eh. Gdy zrobiłam się cała czerwona,
zaśmiał się cicho z satysfakcją.
Reszta podróży minęła w
zadziwiającym spokoju, chłopcy chyba rzeczywiście byli czymś zmęczeni, bo
połowę drogi do Londynu po prostu przespali. Gdy pociąg w końcu się zatrzymał,
wszyscy pozbieraliśmy swoje bagaże, pożegnaliśmy się z Peterem, po którego
przyszła mama i wyszliśmy przez barierę na mugolską stronę dworca.
- No i gdzie twoi starzy? –
zapytał Black rozglądając się jakby spodziewając się transparentów na swoją
cześć.
- Mama w ostatnim liście
wspominała, że tata będzie czekał na parkingu, więc tam się kierujemy –
odpowiedziałam ciągnąc Jamesa za rękę w stronę wyjścia z dworca. Wyszliśmy na
zasypany śniegiem parking.
- Lily!! – zawołała jakaś
ośnieżona postać. Tata! Pisnęłam jak głupia i przytuliłam się do rodzica, który
ucałował mnie w zmarznięte policzki.
- Ale urosłaś! Już prawie
jesteś wzrostu mamy – powiedział tata, jak zwykle czochrając mnie po głowie.
- Uhh, tatoo, wiesz że tego
nie lubię – powiedziałam i wskazałam na osoby za sobą – Tato poznaj, to jest
Remus Lupin, Syriusz Black i mój chłopak James Potter – powiedziałam uroczystym
tonem pokazując na chłopców – A dziewczyny znasz – dodałam przypominając sobie
o obecności przyjaciółek.
- Witam chłopcy, Mark Evans
– powiedział witając się z każdym poprzez podanie sobie dłoni. Wiecie, takie
męskie przywitanie. Chłopcy z zadziwiającą galanterią się zachowywali, myślałam
że już na początku z czymś wyskoczą.
- To czym jedziemy do domu?
– zapytałam rozglądając się po parkingu i nigdzie nie widząc żadnego z naszych
samochodów.
- Załatwiłem coś świetnego,
wujek Thomas ma znajomego i patrzcie co od niego wynająłem! – powiedział tata
wskazując na coś palcem. I nagle zza zakrętu wyjechała najprawdziwsza limuzyna!
- Wow – powiedziała Dor
patrząc na samochód z podziwem. Taa, jak tata coś robi to z rozmachem!
- To pojedziemy z klasą –
skomentował to Syriusz patrząc z niedowierzaniem na kierowcę otwierającego nam
drzwi.
- Dajcie bagaże, zabiorę je
oddzielnie – powiedział tata ładując graty do Range Rovera. Gdy już wszystko
było zapakowane, my również upchnęliśmy się do limuzyny i ruszyliśmy.
- Ale suuuper – wyjęczała
Dor rozglądając się po samochodzie i patrząc jak Black coś kombinuje przy
wbudowanym barku.
- Wiewióro, nie wiesz może
czy twoi starzy chcą adoptować dziecko? – zapytał Black – Na przykład mnie? –
dodał po chwili.
- Ugh, za nic w świecie nie
chciałabym mieć takiego brata – odparłam, patrząc jak James bawi się guzikiem
od otwierania i zamykania szyby.
- Zimno jest, zamykaj! –
powiedziała Mary wciskając jakiś guzik, który uruchomił telewizor.
- Whooaa, co to? – zapytał
Łapa pokazując paluchem na ruszających się i mówiących ludzi.
- Telewizor – odparł Remus –
Chyba przydałoby ci się iść na Mugoloznawstwo – dodał śmiejąc się z min
chłopców.
- Ale czemu oni są zamknięci
w takim małym pudełku? – zapytał Rogacz.
- To jest tylko takie
nagranie, wcale nie siedzą w pudełku – odpowiedziała Mary, widząc moją
zniecierpliwioną minę. Po chwili dojechaliśmy na miejsce. Nasz dom stoi na zamkniętym
osiedlu, mama od zawsze bała się ataków paparazzi. Wiecie jest byłą modelką,
ale często się zdarzało, że ktoś robił jej zdjęcia, na co zawsze strasznie się
wkurzała. Dlatego tata zdecydował, że wyprowadzimy się z Londynu i kupił ten
dom.
Całe podwórko było pokryte grubą
warstwą śniegu, dom idealnie wpasowywał się w krajobraz – spora biała willa z
czerwonym dachem, teraz przykrytym warstwą puchu. Do domu dobudowany spory
garaż, zresztą otwarty, właśnie tata wjeżdżał do środka.
- Chodźcie – powiedziałam do
przyjaciół, kierując się do domofonu i wciskając kod dostępu. Gdy już
dochodziliśmy do domu, drzwi otworzyły się na całą szerokość.
- Mama! – zawołałam i
wpadłam w ramiona rodzicielki. Można powiedzieć, że nic się nie zmieniła, OK.,
miała trochę więcej zmarszczek wokół oczu, ale i tak wyglądała jak zawsze –
zabójczo!
- Lily, moje słoneczko –
gadała mama całując mnie w policzki i niestety jak tata czochrając mi włosy.
Tak właściwie, to co oni mają z tym czochraniem? – Mary, Dorcas, witajcie!
Wchodźcie, zimno jest.
- Dzień dobry, pani Evans! –
zawołały dziewczyny chórkiem i też zostały wycałowane przez mamę.
- Mamo poznaj, to Remus
Lupin – powiedziałam wskazując na blondyna – Syriusz Black i mój James –
dodałam wskazując na chłopców.
- Witajcie! Och, jacy
przystojni! Ale macie dziewczynki szczęście, u mnie w szkole nigdy nie było tak
przystojnych młodzieńców…. – mama jak zwykle wpadła w niekończącą się gadkę,
witała chłopaków każdego przytulając i szczypiąc po policzku. Uwierzcie, był to
zabawny widok! Zaczerwieniony Black, roześmiany Potter i zmieszany Lupin.
- Jeszcze tu stoicie? A ja
już zdążyłem przynieść bagaże – powiedział tata i pokazał na wielki stos
pośrodku holu. Gdy już każdy pozbył się grubej kurtki i butów, został
obdarowany przez mamę zabawnymi kapciami. Dla przykładu Black dostał kapcie
Mikołaje, a James Renifery.
- Na pewno jesteście głodni,
Lily, zaprowadź przyjaciół do jadalni, zaraz coś podam! – zawołała mama, prawie
biegnąc do kuchni, z której można było wyczuć różne przyjemne aromaty.
- To zostawię was na razie
samych, muszę chwilę popracować – powiedział tata, zresztą jak zwykle.
Pracoholik!
- Wiewióro, jestem pod
wrażeniem – powiedział Black, gdy rozsiadaliśmy się przy stole – Masz
przemiłych rodziców, świetny dom i fajne kapcie – powiedział wymachując nogami.
Dor zaczęła się śmiać jak dzika surykatka pokazując Blackowi swoje kapcie w
kształcie choinek.
- Gotowe! – zawołała mama i
razem z panią Gertrudą, naszą pomocą domową, zaczęła wnosić mnóstwo półmisków
wypełnionych jedzeniem. I mówiąc mnóstwo, mam na myśli, och mega dużo.
- Uczta jak w Hogwarcie –
zauważył James.
- Naprawdę? Widzisz Lily, w
końcu stara matka dorównuje twojej ukochanej szkole! – powiedziała mama – Gdzie
jest ten Mark? – zapytała mama i podeszła do telefonu i wybrała numer
wewnętrzny – Przychodź tu natychmiast – wysyczała. Ha, teraz już wiem po kim to
mam!
Black tylko spojrzał
porozumiewawczo na chłopaków, a później na mnie. Eh. Po chwili przyszedł tata,
jak zwykle z jakimiś dokumentami i zaczęliśmy jeść. Nie będę wam tu rozpisywać
dokładnie rozmów toczących się przy stole, ogólnie rodzice – głównie mama
wszystkich przepytywali, wypytywali i jeszcze raz pytali.
- A jakie macie plany jak
już skończycie szkołę? – zapytała mama jedząc deser. Nareszcie kończy się ta
męczarnia!
- Zostanę aurorem – odparł
Black na co Rogacz pokiwał głową.
- Też chcę zostać aurorem i
oczywiście jak najszybciej zostać mężem Lily – dodał James. Atmosfera przy
stole trochę zgęstniała, spojrzałam na rodziców i co zobaczyłam?
- Och, to wspaniale! –
zawołała mama, uśmiechając się jak nienormalna – W końcu któraś z moich córek
myśli poważnie o przyszłości! Petunii tylko w głowie wyjazdy i te dziwne
programy na MTV o jakiś mięśniakach z Cardiff. A ja już chciałabym mieć wnuki!
– powiem tyle, O Merlinie!
- Hm, mamo, wiesz, James nie
mówił poważnie, jeszcze o niczym takim nie rozmawialiśmy… - lecz wcześniej
wspomniany osobnik mi przerwał.
- Mam już własny dom,
pokaźne konto w Gringottcie i.. – przerwała mu mama:
- Synu! – zawołała i
wyściskała go. Patrzyłam na to i oczom nie wierzyłam. To jakaś farsa! Mama
ściskała Jamesa i cicho chlipała, Rogacz cieszył się, tata wszystkiemu przyglądał
się z uśmiechem na twarzy, dziewczyny były jakieś takie przejęte, a Black z
Lupinem po prostu śmiali się. Nie wiem czy z mojej miny, czy z tej dziwnej sytuacji.
- Ale mamoo… - wyjęczałam
gdy teraz rodzicielka wzięła się za przytulanie mojej osoby. Potterowi tylko
posłałam spojrzenie bazyliszka. Gdy już wszyscy skończyli jeść, tata kazał mi
pokazać pokoje w których będą spać.
- To my z dziewczynami śpimy
u mnie – powiedziałam wchodząc do pokoju i rozglądając się po nim. Nic się nie
zmieniło! Reszta też tu weszła i zaczęła się rozglądać.
- A tam co jest? – zapytał
ciekawsko J.
- Aaaa, na to czekałam! –
zawołała Dor i przepychając się otworzyła drzwi od garderoby.
- Na Merlina! – zawołał
Black rozglądając się po pomieszczeniu. Wcale mu się nie dziwię, garderoba jest
wielka i znajdują się tu chyba wszystkie ciuchy jakie miałam na sobie od czasów
niemowlęcych. Także wyobraźcie sobie.
- Oo, mama ci dokupiła –
powiedziała Mar pokazując na wieszak, który wyjeżdżając do szkoły był pusty.
- Dobra, dziewczyny potem
pooglądamy. Wasz pokój jest obok – powiedziałam zwracając się do chłopaków –
Black, to komoda z bielizną, nie otwieraj! – zawołałam patrząc jak Łapa próbuje
dobrać się do czegoś, czego na pewno nie powinien oglądać.
- Idziemy – powiedziała Dor
odciągając go siłą od szuflady. Otworzyłam drzwi obok moich i pokazałam
Huncwotom wnętrze pokoju. Tak właściwie było całkiem podobne do ich dormitorium
– beżowe ściany i jedna granatowa, dębowe meble i trzy, zamiast czterech łóżek.
- Tam jest łazienka –
powiedziała Mar, pokazując na drzwi – Gdy tylko my przyjeżdżałyśmy, to był nasz
pokój – wytłumaczyła Remusowi, który chyba zdziwił się jej znajomością
pomieszczeń – I macie w niej jaccuzi!
- Co mamy? – zapytał J
drapiąc się po głowie.
- To taka duża wanna i jak
się napuści do niej wody można włączyć takie fajne bąbelki – wytłumaczyłam.
- Ooo, to ja zajmuję
pierwszy! Dor, może się przyłączysz? – zapytał Black z flirciarskim uśmiechem.
Brunetka tylko na to parsknęła i pociągnęła nas za ręce do mojego, a właściwie
teraz naszego pokoju. Gdy już obejrzałyśmy wszystkie nowe nabytki garderobiane,
oraz umyłyśmy się w końcu mogłyśmy iść spać. Huncwoci chyba też byli zmęczeni,
bo nic nie było słychać z ich pokoju, oprócz wcześniejszej kłótni o łazienkę.
Zadowolona z całkiem fajnego dnia, usnęłam.