26
grudnia 1977 roku
Gdybym była we własnym domu,
miałabym zapewniony spokój. Mogłabym się szykować – mentalnie i wizerunkowo, na
poznanie rodziny Jamesa.
W spokoju mogłabym się przejmować
tym, czy nie popełnię jakiegoś faux pas (nawet przeczytałam książkę „Dobre
maniery. Dzielą cię od nich cztery kroki”, typowy poradnik dla takich osób jak
ja – nie mających do czynienia z bucowatymi arystokratami czy czystokrwistymi)
oraz próbować niczym się nie martwic.
Gdybym była w domu, miałabym
zdecydowanie wygodniej. Bo wcale nie jest łatwo się szykować, gdy co chwilę do
pokoju włazi ci jakiś facet.
- Jak sądzisz,
którą szatę wyjściową założyć? - przyszedł po raz piąty James.
Oczywiście co chwilę miał
jakiś nowy problem lub prośbę. Czasami sobie myślę, że chyba się uzależnił od
mojego towarzystwa, czy coś…
- Zdecydowanie czarną – odparłam, patrząc to na szatę w
kolorze czarnym, a to na bordową.
- Byłem tego samego zdania – stwierdził z satysfakcją
James, przyglądając się jak próbuję rozczesać mokre włosy. – Pomogę ci –
zaoferował, wyrywając mi szczotkę z dłoni.
Nie powiem, było to bardzo
przyjemne. Sama zazwyczaj mocnymi szarpnięciami rozczesuję włosy, a James był
bardzo delikatny.
Co utwierdza mnie w
przekonaniu, że jest wyjątkowy. Bo spróbujcie sobie wyobrazić chociażby takiego
Blacka rozczesującego włosy dziewczynie. Zapewne stwierdziłby, że to czynność
niegodna jego wypielęgnowanych dłoni, czy coś w tym stylu i że nie będzie się
zajmował takimi babskimi sprawami.
- Dziękuję – wymruczałam.
Chyba znalazłam nowe, super
relaksujące doświadczenie.
W końcu, po powiadomieniu
mnie o której dokładnie zaczną przychodzić goście (na 18), wyszedł z pokoju.
Mój spokój nie potrwał
długo. Do pokoju władował mi się Syriusz.
- Zmokła wiewióra – zaśmiał się.
Doprawdy, jakby było z
czego…
- Czego chcesz? – zapytałam, wyjmując z torby wygniecioną
sukienkę.
Gdybym była mugolem, właśnie
rozkładałabym deskę do prasowania i wyjmowała żelazko. Jednak jako osoba
obdarzona magicznymi zdolnościami, po prostu wyjęłam różdżkę i wymówiłam jedno,
proste zaklęcie.
- Chciałem się zapytać, czy już dałaś Rogaczowi prezent?
– zapytał, oglądając ze znudzeniem kosmetyki rozwalone na stoliku.
- Nie – odparłam, używając różdżki do wysuszenia włosów.
– Prezenty daje Mikołaj, nie wiesz tego? – zażartowałam, jakże zabawnie.
No cóż, wcale to nie było
zabawne. Ale jakoś chciałam odwrócić uwagę od zaczerwienionych policzków.
- Uch – westchnął, jakby zawiedziony. – Zresztą, co się
ciebie pytam… Jeżeli to dostanie, przyleci się pochwalić.
- Mam nadzieję, że nie! – zawołałam.
Bo wiecie, dziewczyny mogą
sobie mówić naprawdę różne rzeczy. Ale faceci? Ugh.
- No nic Rudzielcu, szykuj się na przesłuchiwanie,
wypytywanie oraz tłumaczenie się. Aa i uważaj na ciotkę Audrey, ma świra na
punkcie mugolaków – powiedział Syriusz, wychodząc z pokoju.
- Super – westchnęłam.
Zaczęłam się jeszcze
bardziej stresować…
***
Głośno wciągnęłam powietrze
w płuca i otworzyłam drzwi od pokoju.
- Wyglądasz ślicznie – stwierdził James, dokładnie
oglądając całą moją osobę.
Przyznam – postarałam się.
Przecież nie mogłam narazić Jamesa i jego mamy, na jakieś docinki. Chociaż mój
wygląd mógł być nienaganny…
- Och – westchnęłam, gdy stanęliśmy na szczycie schodów.
Cały parter był zapełniony
ludźmi. Niektórzy stali w grupkach i rozmawiali, inni siedzieli na krzesłach,
kanapach, gdzie się dało. Jeżeli miałabym oszacować liczbę gości, myślę, że
mogło to być około czterdziestu osób.
- Widzisz tego gościa? – zapytał James, wskazując brodą na
niewysokiego mężczyznę. – To Alastor Moody, najlepszy Auror w Ministerstwie…
Przyjaźnił się z ojcem.
Zeszliśmy ze schodów i
wtopiliśmy się w tłum gości.
- A tam stoi nasze dalekie, dalekie kuzynostwo, bracia
Prewett, Gideon i Fabian, oraz ich siostra Molly i jej mąż Artur z dzieciakami…
- spojrzałam na grupkę rudych osób.
- Mama rozmawia z Bathildą Bagshot – dodał James, gdy
szliśmy dalej.
- Z Bathildą Bagshot… Czemu mi nie powiedziałeś? –
zapytałam lekko zirytowana.
Jeżeli mogłabym wybrać jedną
jedyną znaną pisarkę, którą mogłabym osobiście poznać, z całą pewnością była by
to pani Bagshot, autorka książki „Dzieje Hogwartu”!
- Niespodzianka – mruknął James i pociągnął mnie dalej.
Chodziliśmy po domu,
poznawałam coraz więcej osób (których imiona i nazwiska zaraz zapominałam), aż wreszcie
trafiliśmy na Syriusza.
- Nie idźcie do salonu, ciotka Audrey wypiła cały wermut
i zaczęła grac na pianinie – wzdrygnął się i spojrzał za nas. – Oho, widzę tego
pociesznego Artura Wesley’a, muszę z nim o czymś porozmawiać, podobno
interesuje się mugolskimi przedmiotami…
Westchnęłam i spojrzałam na
uśmiechniętego Jamesa.
- Chyba nie jest tak źle, prawda? – zapytał, odmachując
jakiemuś dzieciakowi. – Kuzyn – wyjaśnił, widząc mój pytający wzrok.
- Nie jest źle – potwierdziłam. – Masz dużą rodzinę i
mnóstwo znajomych.
Brunet skinął głową i
pociągnął mnie w stronę jadalni.
***
Właśnie wychodziłam z
łazienki, gdy natknęłam się na małe, płaczące dziecko.
Wyglądało naprawdę okropnie.
Cóż, gdybym płakała tak jak ono, zapewne wyglądałabym podobnie. Było rude,
piegowate i czymś umorusane na nosie.
- Cześć maluchu – zagaiłam, wyciągając z kieszeni
chusteczkę. – Jak masz na imię? – zapytałam, wycierając mu umorusane policzki i
nos.
- Ch-chaarlie – westchnęło dziecko i znowu głośno
zaszlochało.
Rozejrzałam się po pustym
korytarzu i westchnęłam.
- Zaprowadzę cię do mamy, dobrze? – zapytałam, łapiąc go
za lepiącą się rączkę.
Chłopiec wstał z podłogi i
żwawo ruszył koło mnie.
Nie znam się na dzieciach,
okej? Z tego co mogłam ocenić, mógł mieć około pięciu lat i raczej
przeczuwałam, kogo to było dziecko.
- Na rączki – rozkazał, gdy stanęliśmy koło schodów.
Wzięłam go na ręce. Ciepłe,
kluskowate rączki objęły mnie za szyję, a umorusana buzia oparła się o mój
policzek.
I nagle ogarnęło mnie takie
dziwne uczucie.
No nie wiem, może włączył mi
się instynkt macierzyński, czy coś takiego, ale poczułam się taka radosna…
Przycisnęłam dziecko mocniej
do siebie i zaczęłam schodzić ze schodów.
- No dobra, Rudzielcu – zagaił Syriusz, nagle pojawiając
się koło mnie. – Komu ukradłaś to dziecko i czemu?
Spojrzałam na niego.
- Znalazłam je, kretynie – odparłam, rozglądając się po
wnętrzu. – Nie widziałeś może nigdzie Molly Weasley? To chyba jej syn…
- Właśnie ją widzę – odparł Syriusz.
W naszą stronę przeciskała
się rudowłosa kobieta, za nią kroczył jej mąż, a koniec tego pochodu zamykał
James.
- Charlie! – zawołała głośno. – Mówiłam ci, że masz się
nigdzie nie oddalać! – zawołała, brzmiąc groźnie.
Jednak jej twarz wyrażała
zupełnie inne emocje. Widziałam, że była zdenerwowana zniknięciem syna.
- Jest cały i zdrowy – stwierdziłam, uśmiechając się do
niej i oddałam jej słodki ciężar, pachnący cukierkami.
- Mama – westchnęło dziecko i od razu otoczyło rodzicielkę
rączkami. – Płakałem – poinformował ją.
- Dziękuję – wyszeptała kobieta i oddaliła się w stronę
kanapy z rozgadanym dzieckiem i milczącym mężem.
- Jak to się dzieje, że Evans ma zawsze jakieś przygody?
– zapytał Syriusz. – No, chyba że jednak wykradłaś to dziecko matce. Widzisz
Rogaczu, po prostu musicie sobie szybko sprawić własne...
Przewróciłam oczami,
zirytowana.
- Całkiem niezły pomysł, Łapo – odparł James, uśmiechając
się.
- To kretyński pomysł – stwierdziłam.
Ale lekko się do niego
przekonałam. Tak tyci-tyci. Wiecie, w bliżej nieokreślonej przyszłości.
***
Po kolacji i wyjściu
większości gości, nadszedł czas powrotu do domu.
- Gotowa, Evans? – zapytał Syriusz, patrząc jak schodzę
po schodach.
- Gotowa – potwierdziłam.
Syriusz po spędzeniu świąt z
Potterami wracał do swojego domu. Jako, że byliśmy sąsiadami (mieszkał tylko
dwie ulice dalej), mieliśmy razem wracać Błędnym Rycerzem.
- Szkoda – mruknął James, obejmując mnie mocno i
opierając brodę na mojej głowie.
Co prawda ledwo mogłam
oddychać, ponieważ mój nos wylądował w okolicach mostka bruneta, wgnieciony w
jego szatę wyjściową, ale było to miłe.
- Zapomniałam! – westchnęłam, wyrywając się z objęć
chłopaka. – Mam dla ciebie prezent – dodałam, wyciągając z torby kolorową
paczkę.
- Dziękuję – odparł, wręczając mi paczkę zapakowaną w
czerwony, błyszczący papier.
- Otwórz to, gdy już wyjdziemy – wyszeptałam mu do ucha,
widząc zacieszającą się facjatę Syriusza.
James, jak to on, zaczął
protestować, ale uciszyłam go szybkim pocałunkiem.
- Widzimy się na Sylwestra – wymamrotał Syriusz,
wyrywając mi z ręki torbę.
Ależ dżentelmen…
- Do zobaczenia – wyszeptałam, wspinając się na palce,
żeby ostatni raz go pocałować.
- Już tęsknię – stwierdził James, obejmując mnie ze
smutną miną.
- Rogaczu, to tylko cztery dni, nie przesadzaj – wtrącił
się Syriusz i pociągnął mnie za rękę. – Pocałuj go ostatni raz i spadamy.
Przewróciłam oczami,
zrobiłam to o co poprosił i szybkim krokiem skierowaliśmy się w stronę ulicy.
***
Powrót do domu był
beznadziejny. Musiałam wysłuchiwać jęków Syriusza, dotyczących jego prezentu od
rodziców.
- … wyobrażasz to sobie? Wysłać mi starą parę skarpetek?!
Jak jakiemuś skrzatowi? – mówił oburzony Syriusz, machając mi przed oczyma
rzeczoną parą skarpet.
- Nie są takie złe – mruknęłam, trzymając się łóżka, na
którym siedziałam.
Od 19 do 8 rano w Błędnym
Rycerzu, zamiast krzeseł znajdowały się łóżka. Było to o tyle wygodne, że
łatwiej było na nich utrzymać równowagę. Jedynym minusem było to, że pewnie
mnóstwo osób przede mną na nich siedziało/leżało/spało. A więc lekka fujka.
- Nie są…?! – wyjęczał, rzucając we mnie skarpetkami. –
Mają dziury…
Zaśmiałam się cicho.
- A ty im coś wysłałeś? – zapytałam zaciekawiona.
Syriusz uśmiechnął się z
zadowoleniem.
- Wysłałem im karton gnomich bobków.
Cóż. Prezentują podobny
poziom…
***
Syriusz odprowadził mnie pod
same drzwi domu – jak się dowiedziałam, nie dlatego, że był taki miły i
troskliwy. James mu kazał.
- Jestem! – zawołałam, otwierając drzwi.
Odpowiedziała mi głucha
cisza. Przeszłam przez hol i weszłam do salonu.
- Wróciłam – mruknęłam, widząc rodziców siedzących przed
telewizorem.
Mama skinęła mi głową, a
tata się uśmiechnął.
Zignorowałam ich pojednawcze
miny (nadal byłam lekko obrażona) i skierowałam kroki do swojego pokoju.
Z głośnym westchnięciem,
opadłam na łóżko. Po chwili przypomniało mi się o prezencie od Jamesa.
- Zobaczymy – mruknęłam, wyjmując paczkę z torby.
Rozerwałam czerwony papier i
wyjęłam z niego prześlicznie oprawiony zeszyt. Dorwałam się do kartki,
doczepionej do zeszytu.
Ilekroc cie widze, a ty o tym nie wiesz (tak SA
takie momenty), widze co robisz.
Caly czas cos notujesz, a pozniej upychasz te
skrawki pergaminow w torbie, kieszeniach…
Kupiłem Ci pamiętnik – będziesz mogla wszystko zapisywac w jednym miejscu.
Aby go otworzyc, dolaczona jest do niego
bransoletka. Musisz nia tylko przesunąć nad okladka i zadziala magia.
James
Uśmiechnęłam się,
rozczulona. Szybko założyłam delikatną, srebrną bransoletkę na nadgarstek i
przesunęłam ręką nad okładką. Moim oczom ukazały się śliczne, seledynowe strony
o lekkim zapachu konwalii.
- Cudowne – wyszeptałam, zamykając pamiętnik.
Obejrzałam okładkę – było widać,
że to ręczna robota. Ornamentowy wzór, gdzieniegdzie podkreślony złotą farbą i
błyszczącym pyłem.
Usiadłam przy łóżku, i już
miałam zacząć opisywać tegoroczne święta, gdy usłyszałam znajome stukanie w
szybę.
- Hades – mruknęłam, widząc śnieżnobiałą sowę na
obsypanym śniegiem parapecie.
Sowa wysunęła nóżkę, do
której miała przywiązaną kopertę i z głośnym pohukiwaniem wleciała do mojego
pokoju.
Rozerwałam kremową kopertę i
wyjęłam list.
Na początku
nie zrozumialem, czemu nie mogę prezentu otworzyc przy Syriuszu, ale gdy już to zrobiłem – zrozumiałem!!
To najlepszy prezent w calym moim zyciu!
Ostatnie zdjecie – jest niewiarygodne.
James.
P.S. Mam nadzieje, ze tych zdjęć nie robil facet?!?
Zaśmiałam się z post scriptum
i pomyślałam o prezencie, który przez namowy Syriusza, dałam Jamesowi.
Były to zdjęcia. Nie, nie
myślcie, że jakieś akty, czy coś w tym stylu. Całkiem niewinne zdjęcia, ale
przyznaję – dosyć seksowne. A przynajmniej jak dla mnie.
Na początku nie byłam tego
pewna – no bo, dawać facetowi swoje własne zdjęcia w bieliźnie, albo różnych
zabawnych przebraniach? Jednak gdy Syriusz kategorycznie stwierdził, że coś
takiego spodoba się brunetowi, pomyślałam „Czemu nie?”.
Szybko napisałam odpowiedz:
Zdjecia robila kobieta, wiec nie musisz się niczym martwic. Ciesze się, ze Ci się podobaja. Wiesz, ze to był pomysl Syriusza?
Serio, ostatnie Ci się najbardziej podoba? Byłam pewna, że
seksowny stroj gracza quidditcha na Ciebie zadziała…
Do zobaczenia w Sylwestra,
Lily.
P.S. Już zaczynam pisac! Pamietnik i bransoletka sa
cudowne! Dziekuje!
Przywiązałam list do nóżki
Hadesa, i wypuściłam sowę w dalszą drogę.
***
Dni pomiędzy świętami, a
Sylwestrem mijały mi spokojnie. Prawie cały czas przesiadywałam w swoim pokoju
– pisałam zaległe wypracowania, robiłam porządki w swoich rzeczach, pisałam w
pamiętniku i widziałam się z Syriuszem.
A dokładniej, z Syriuszem i
jego „miłością życia”.
I nie, nie mam na myśli
Dorcas…
- Kupiłeś?! – zawołałam, zszokowana.
Dwa dni po świętach, Syriusz
wysłał mi małą płomykówkę z liścikiem, żebym wpadła.
- Kupiłem – stwierdził z dumą, i pogłaskał chromowaną
część.
Stałam na syriuszowym
podwórku i patrzyłam na motor. Który wyglądał, cóż, nie najlepiej.
- Syriuszu, czy ty się na tym znasz? – zapytałam, gdy
chłopak próbował odpalić maszynę.
- Nie – odparł. – Ale szybko się uczę – dodał, rzucając
mi w ręce instrukcję obsługi.
- Dopóki nie nauczysz się jeździć, nawet nie próbuj
namawiać Jamesa na przejażdżkę, rozumiesz? – zapytałam.
Syriusz przewrócił oczami i
poklepał maszynę po siedzisku.
- Wyślę do ciebie tatę, trochę się zna na mugolskich
sprzętach – dodałam po chwili zastanowienia.
Black lekceważąco kiwnął
głową i patrzył z uczuciem na motocykl.
- Zakochał się – westchnęłam pod nosem, wracając do domu.
Powiem jedno: biedna, biedna
Dorcas. Zostanie zmuszona do życia w trójkącie…
***
Wczoraj miałam ostatni egzamin. Głupia ja - popełniłam cztery zasrane błędy. I nie będę miała 100%, ughhhhhhh!! Jednak smutek z nieosiągnięcia maksymalnego wyniku, przegnały męskie pośladki w komunikacji miejskiej. Serio, w życiu nie widziałam tak pociągających męskich pośladków. Nawet smród menela mi nie przeszkadzał, gdy widziałam tę odzianą w szary dres pupę :D
To chyba był trener. No gdyby u mnie na siłowni byli tacy trenerzy, to chyba częściej bym na nią przychodziła...
No, ale to nieważne. Przez ostatni czas w ogóle nie zajmowałam się opowiadaniem. Nie myślałam o nim, nie pisałam. Więc jestem do tyłu. I to bardzo, bo rozdział 31 jest gotowy tylko w 50-60%. Mam teraz wolne to trochę nadrobię, także może częściej będzie się coś ukazywać.
Aa i chciałam zapytać, kto ciągle włazi na rozdział 42 Plany Ślubne, ze starego opowiadania?! Co nie wejdę w statystykę bloga, to w wyświetlanych postach, ciągle jest ten rozdział. W tym miesiącu został wyświetlony 47 razy, ktoś ma jakąś obsesję, czy co? Tylko ten jeden rozdział, jest tak często przeglądany... To dziwne.
Aa i chciałam zapytać, kto ciągle włazi na rozdział 42 Plany Ślubne, ze starego opowiadania?! Co nie wejdę w statystykę bloga, to w wyświetlanych postach, ciągle jest ten rozdział. W tym miesiącu został wyświetlony 47 razy, ktoś ma jakąś obsesję, czy co? Tylko ten jeden rozdział, jest tak często przeglądany... To dziwne.
Edit:
Napisałam rozdział 32. Trwało to co prawda cały dzień, ale jest! I uwaga, spojler - tylko dla osób pełnoletnich ^^
Sama sobie się dziwie, że coś takiego powstało... Musiałam naczytać się jakiś romansideł ze scenami erotycznymi, żeby podłapać odpowiedni klimat (taa), no, ale jestem nawet zadowolona. Rozdział 30 w sobotę :)
Rozdział świetny. Ciekawa jak Dor poradzi sobie z życiem w trójkącie.
OdpowiedzUsuńHAHAHA oni są tacyyy genialni <333 no nie mam słów xd po prostu ide czytać "ciemniejszą stronę Pottera" hahah jesteś geniuszem xx
OdpowiedzUsuń