wtorek, 16 czerwca 2015

Miniaturka numer 9




…And I will love you, baby - Always
And I'll be there forever and a day - Always
I'll be there till the stars don't shine
Till the heavens burst and the words don't rhyme
And I know when I die, you'll be on my mind
And I'll love you always…
(Bon Jovi – Always)




30 października 1981 roku


            - James, ile razy ci mówiłam?! – zawołałam. – Jeżeli Harry lata na miotełce, masz go asekurować!
Podniosłam płaczące dziecko z podłogi i spojrzałam z pretensją na męża.
            - Ale Lily… - zaczął James, ale od razu mu przerwałam.
            - Żadne „ale Lily”! – przedrzeźniłam go. - Harry mógł sobie zrobić krzywdę! – dodałam i niosąc czerwone od płaczu dziecko na rękach, skierowałam się w stronę pokoju dziecięcego.
Ukrywaliśmy się już od prawie dwóch lat. Zaklęcie Fideliusa, które tak skutecznie nas chroniło, przysporzyło nam też wiele niewygody. Byliśmy zdani jedynie na swoje towarzystwo, przerywane krótkimi wizytami najbardziej zaufanych osób oraz przyjaciół.
Kiedyś bardzo często denerwowałam się na Jamesa, teraz zdarzało się to coraz rzadziej, ale im dłużej tkwiliśmy w domu, tym częściej zdarzały nam się kłótnie i tak zwane „ciche dni”. Zawsze wiedziałam, że James potrzebował wolności i zabawy, inaczej marniał w oczach i robił się naprawdę nieodpowiedzialny. Tak było i tym razem, gdy nie przypilnował Harry’ego, a ten wleciał na swojej miotełce w ścianę. Mógł sobie zrobić krzywdę, i to tylko z winy Jamesa.
            - Cii, Harry – wyszeptałam przytulając dziecko do piersi. – Tata jest okropnym głupolem, prawda?
Dziecko spojrzało na mnie. Od razu zaczęłam robić do niego śmieszne miny, na co Harry wybuchnął wesołym śmiechem.
            - Wystarczy na dzisiaj tych przeżyć – wyszeptałam, widząc, że dziecku powolutku opadają powieki. – Śpij, skarbie.
Włożyłam śpiące dziecko do łóżeczka i cicho wyszłam z pokoju.


***


31 października 1981 roku


Ten dzień był okropny. James się na mnie obraził. Oczywiście jak zwykle nie miał do tego powodu, bo miałam wczoraj rację, ale to facet. Faceci są skomplikowani i chyba tak naprawdę nigdy ich nie zrozumiem.
Wieczór nadszedł całkiem szybko. Ta pora roku temu sprzyjała. Na dworze było ciemno i zimno.
            - Halloween – westchnęłam, trzymając Harry’ego na rękach.
Wyglądaliśmy we dwójkę przez okno, a James siedział w salonie i czytał kolejny list od Syriusza.
Odgarnęłam niesforny loczek z czoła synka.
            - Chyba powinniśmy w końcu pogodzić się z tatusiem, nie sądzisz? – zapytałam dziecko.
Harry wygulgotał coś po dziecinnemu i uznając to za „tak”, zaczęłam schodzić z piętra.
Nagle usłyszałam głośny łomot i krzyk Jamesa:
            - Lily, zabierz Harry’ego i uciekaj! To on! Uciekaj! Biegnij! Zatrzymam go!
Stanęłam jak sparaliżowana na schodach. Nie wiedziałam co mam robić, nie miałam przy sobie różdżki. Bez różdżki nijak nie mogłam pomóc mężowi! Skierowałam się biegiem do sypialni, a gdy do niej dobiegłam i złapałam za różdżkę, usłyszałam słowa, które złamały mi serce:
            - Avada Kedavra!
Nikt nie mógł przeżyć tego zaklęcia. Spazmatycznie szlochając, teleportowałam się z Harry’m w jedyne bezpieczne miejsce.



…I'd catch a grenade for ya
Throw my hand on a blade for ya
I'd jump in front of a train for ya
You know I'd do anything for ya
I would go through all this pain,
Take a bullet straight through my brain,
Yes, I would die for ya baby
…
(Bruno Mars – Grenade)


***


Przeraźliwie płacząc, osunęłam się na podłogę.
            - Lily? – usłyszałam, i poczułam jak czyjeś silne ramiona unoszą mnie i Harry’ego z podłogi. – Lily, co się stało? Gdzie jest James, Lily…? – pytał Syriusz, a ja nic nie mogłam z siebie wydusić.
Jak mogłam mu powiedzieć, że zostawiłam Jamesa na pewną śmierć, z rąk Voldemorta? Jak ja to mogłam zrobić?
            - Lily… - wyszeptał w pewnym momencie Syriusz.
Myślę, że właśnie wtedy pojął co się stało. Po raz pierwszy w życiu widziałam jak Syriusz płacze.


***


Minęła godzina. Która trwała dla mnie całą wieczność.
            - Przypilnuj Harry’ego – wyszeptałam w pewnym momencie.
Syriusz spojrzał na mnie z niezrozumieniem.
            - Ty chyba nie chcesz…? – zapytał. – Nie zgadzam się! James by tego nie chciał! Nie możesz, Lily, rozumiesz? Ty nie rozumiesz, Lily…
            - Przypilnuj Harry’ego – powtórzyłam i teleportowałam się, nim Syriusz zdążył odebrać mi różdżkę.


***


Patrzyłam na to, co zostało z naszego domu. Krztusząc się od powstrzymywanego płaczu, ruszyłam w stronę ruiny, którą jeszcze dwie godziny temu, mogłam nazywać domem.
Potykając się o cegły, rzeczy oraz meble porozrzucane po całym podwórku, szukałam tylko jednego.
Szukałam Jamesa.
Chociaż wiedziałam, że nikt nie przeżył tego zaklęcia, każda cząstka mojego jestestwa błagała, aby jakimś cudem przetrwał. Modliłam się, i bałam momentu znalezienia ciała. To byłaby ostateczność, a tak mogłam mieć nadzieję, że jednak jakimś cudem ocalał.
            - Nie – wyszeptałam, widząc postać leżącą w miejscu, które jeszcze niedawno było salonem.
Upadłam na kolana i patrzyłam na bezwładnie leżące ciało, z porozrzucanymi i dziwnie wygiętymi kończynami. Długo zbierałam się w sobie, żeby przekręcić je z brzucha na plecy, żeby móc po raz ostatni zobaczyć tę kochaną twarz.
Gdy już to zrobiłam, stały się dwie rzeczy na raz.
Przekonałam się, że ciało nie należało do Jamesa. Przede mną leżał Peter Pettigrew w całej swojej postaci.
A za sobą usłyszałam ciche:
            - Lily.


***


Znowu byłam w kryjówce Syriusza. Siedziałam z Harry’m na kolanach i patrzyłam na poważnego Dumbledore’a, i na Jamesa.
            - Jak? – zapytałam, z zakłopotaniem próbując ukryć drżący głos i łzy zbierające się w kącikach oczu.
Cały czas nie mogłam w to uwierzyć! James siedział przede mną, jakby nigdy nic. Wyglądał tak samo zwyczajnie jak zwykle, może oprócz tego, że miał minę sugerującą poczucie winy.
            - To był pomysł Petera – powiedział James, a Dumbledore skinął głową.
            - Co ma z tym wspólnego Peter? James, panie profesorze, o co chodzi?
Dumbledore uśmiechnął się dobrodusznie i odparł:
            - Peter Pettigrew szpiegował was dla Voldemorta, Lily. Robił to już od siódmej klasy. To on przekonał nas wszystkich, że powinien zostać waszym Strażnikiem Tajemnicy, ponieważ wybór Syriusza byłby zbyt oczywisty, i to on przekazał Voldemortowi miejsce waszego pobytu. I znowu to on, poczuł wyrzuty sumienia, wiedząc, że skazuje was na rychłą śmierć…
Spojrzałam na dyrektora.
            - Eliksir Wielosokowy, prawda? – zapytałam, a profesor kiwnął głową. – Kiedy się zamieniliście? Jak mogłeś mieć pewność, że to nie jest jakaś intryga, jeżeli już raz nas zdradził? James, naraziłeś Harry’ego!
James skrzywił się, lecz po chwili kiwnął głową.
            - Naraziłem was, ale wszystko było przygotowane… Dlatego wynikła między wami ta mała sprzeczka o Harry’ego, żebyś trzymała się ode mnie… od niego, z daleka. Później specjalnie udawał obrażonego, żebyś nie zbliżała się na parter. Mieliście być jak najdalej, a my mieliśmy go uratować. Ale nie zdążyliśmy, Voldemort przybył za wcześnie, przez to wszystko potoczyło się nie tak, jak było zaplanowane…
            - Peter miał przeżyć? – wyszeptałam.
Znałam Jamesa tyle lat… Mogłam się domyśleć, że nawet gdy przyjaciel go zdradził, i tak chciałby żeby nie poniósł zbyt wielkich konsekwencji swoich czynów. Peter poniósł największą karę za swoje czyny…
            - Miał przeżyć – potwierdził Dumbledore. – Wyraził skruchę, powiedział nam o planie Voldemorta, miał pomóc Zakonowi w eliminacji Śmierciożerców…
Pokręciłam głową z niedowierzaniem. To wszystko było tak nierzeczywiste i zarazem okropne.
            - Muszę to przemyśleć – powiedziałam.
Zamknęłam za sobą drzwi, a następnie udałam się do jednej z sypialni gościnnych Syriusza, i usiadłam na twardym łóżku.
Zaczęłam przypominać sobie wieczór poprzedzający atak Voldemorta, niecodzienne zachowanie Jamesa, którym jak się okazało był Peter, aż wreszcie wielki strach, ucieczkę, i powrót do zrujnowanego domu i odnalezienie ciała zamordowanego.
            - Myślałam, że nie żyjesz – wyszeptałam, patrząc na Jamesa stojącego w drzwiach. – Przez chwilę byłam pewna, że już cię nie ma…
James z poważną miną patrzył jak płaczę.
            - Lily…
            - Żadne Lily – wywarczałam, gniewnie ocierając łzy z policzków. – Potter, jesteś dupkiem do kwadratu.
            - Lily – jęknął James, podchodząc do mnie.
            - Ale – zaczęłam. Wstałam z łóżka i spojrzałam mu prosto w oczy. – Nie chciałabym istnieć, jeżeli ciebie miałoby zabraknąć…
Z głośnym szlochem, wtuliłam twarz w jego sweter i trwałam, czując delikatnie uspokajające mnie dłonie męża. W jednej chwili byłam najszczęśliwszą i najbardziej nieszczęśliwą osobą na Ziemi. Chociaż Peter okazał się zdrajcą, dla mnie, na zawsze miał pozostać bohaterem.


***


No dobra, plan był inny. Potter miał nie żyć. Lily miała znaleźć ciało Jamesa i miała rozpaczać. To sobie zrobiłam bohatera z Pettigrew i wszystko pokomplikowałam ;p Cóż no. Pisane na szybko i zapewne z błędami - za co przepraszam.
Ostatnio lepiej pisze mi się miniaturki, niż rozdziały opowiadania - muszę sobie przemyśleć to i owo. W sensie, ułożyć historię, bo zupełnie nie wiem co zrobić chociażby z Voldemortem... Jak się dziada pozbyć? A może nie pozbywać? I co z przyszłością reszty bohaterów? Trzymać się kanonu, czy zmieniać? Ale cholera, ja zawsze coś zmieniam...

3 komentarze:

  1. Cudo *-* Miniaturka jest po prostu cudowną *.*

    OdpowiedzUsuń
  2. Myślałam że Jim już nie żyje, a tu się okazało, że to Eliksir Wielosokowy ;)Nie lubię Petera...nic ważne że miał wyrzuty sumienia i został "bohaterem" dla mnie i tak jest zdrajcą. OMG...Syriusz płakał :D Końcówka taka wzruszająca * - * Czekam na kolejną <3
    Pzdr:****

    OdpowiedzUsuń
  3. Normalnie zawał :/ Myślałam że zejde jak niby zginą James lol zaskoczyłaś mnie o to bardzo pozytywnie :D podoba mi się xd czekam na rozdział xx
    P.S. Jeżeli chodzi o ff to pamiętaj że jestem za zmianą kanonu (wow) ale jak byś nie napisała będę czytać tak więc trzymam kciuki :)

    OdpowiedzUsuń

Uwaga: tylko uczestnik tego bloga może przesyłać komentarze.