piątek, 5 czerwca 2015

Miniaturka numer 7 – „Kto kontroluje przeszłość, ten ma władzę nad przyszłością”



Po raz pierwszy z dedykacją:
Dla E. Przyszłość zawsze można zmienić, trzeba tego tylko mocno chcieć.
Będzie dobrze. Bo jak nie u Ciebie, to u kogo?




            - Co ty zrobiłeś?! – zawołała Lily Evans, patrząc na mnie z pretensją.
Spojrzałem na bezwładnie leżące ciało Smarka, ubrane w za dużą pelerynę i przykrótkie spodnie i głośno westchnąłem.
            - Nic takiego, Evans – odparłem.
Poczochrałem włosy i poprawiłem opadające okulary.
Jak to się działo, że gdy robiłem coś naprawdę dobrego (czasami się to zdarzało. Co prawda bardzo rzadko, ale jednak!) Lily Evans przy tym nie było. A gdy robiłem coś złego (nie bardzo złego. Czy dręczenie takiej kupy łajna, jaką est Snape to coś złego?) od razu się zjawiała. 
Czy ona wmontowała Snape’owi jakiś radar, czy rzuciła na niego jakieś zaklęcie namierzające?
            - To czemu się nie rusza? – zapytała, klękając obok poszkodowanego.
Zacisnąłem usta, widząc jak delikatnie bada jego głowę (że też nie brzydziła się tych włosów! Dzielna dziewczyna!) i rzuca na niego jakieś zaklęcie.
            - Nic mu nie będzie – odparłem beztrosko.
Rudowłosa wykrzywiła usta.
            - Skąd wiesz, Potter? Może ma uszkodzone narządy?! Może ma krwotok wewnętrzny? Spadł z wysokości! Przez ciebie! – krzyczała.
Uwielbiałem gdy się wkurzała. Oczywiście, wolałbym żeby wkurzała się na kogoś innego, ale przyjemnie było popatrzeć na Lily Evans w tym stanie. Oczy robiły się magnetycznie zielone, ogniście rude włosy powiewały jak naelektryzowane i przybierała zabawną, bojową postawę. Wyglądało to naprawdę ciekawie. I całkiem seksownie.
            - Evans – wyszeptałem, patrząc na ruszającego się i pojękującego Smarka. – Bądź dobrym prefektem i zabierz to-to do pani Pomfrey.
            - To- to?! – wysyczała, wyjmując z kieszeni różdżkę. – To jest człowiek, Potter! Taki sam jak ty! Tylko nie tak głupi! Jesteś zwykłym kretynem, Potter. Spodziewaj się szlabanu!
            - Z tobą zawsze – wymruczałem i ze śmiechem uchyliłem się przed lecącym w moją stronę zaklęciem.


***


Piąta klasa obfitowała właśnie w takie starcia. Zaczynało się od Smarka, a kończyło na wrzasku na mnie, oraz resztę Huncwotów. Co prawda, pod koniec roku to się skończyło – Smark nazwał Evans szlamą. A Evans nie jest głupia (w głupiej bym się nie zakochał) i Smarkowi tego nie wybaczyła. Stawiało mnie to w dobrej pozycji. Teraz to ja byłem tym dobrym. Zazwyczaj.
Szósty rok w Hogwarcie przeznaczyłem na lekkie podchody. Typowe i zupełnie banalne – wysłanie kwiatka, znalezienie zagubionych notatek (które to wcześniej zwinąłem), uciszenie smarkaczy w pokoju wspólnym, gdy o to prosiła, a oni jej nie słuchali, uproszenie Łapy, żeby jej, oraz jej koleżanek nie wkurzał (a tym bardziej nie uwodził)… 
I tak doszliśmy do siódmego roku.
            - Nadal ona? – zapytał Łapa, spoglądając w to samo miejsce, w które patrzyłem.
No, gdzie mógłbym patrzeć? Oczywiście, że na Evans. Wyglądała świetnie po wakacjach! Lekko opalona, uśmiechnięta, ponętna. Wprost do schrupania.
            - Taa – wymruczałem, spoglądając na zawalony żarciem talerz.
Lubiłem uczty powitalne. Mnóstwo świetnego jedzenia, spotkanie z dawno niewidzianymi przyjaciółmi i znajomymi, widok zadowolonej Evans...
            - Doprawdy Rogaczu, odpuściłbyś już – powiedział Łapa, puszczając oko jakiejś rozchichotanej blondynce. – Jak to mówią „tego kwiatu jest pół światu”. Co powiesz na Melody Brooks? Istny wamp.
Przelotnie spojrzałem na Brooks i lekko się skrzywiłem. Wymalowana blondynka, o wyrazie twarzy tępym jak żyletka Syriusza.
            - Nie, dziękuję – odparłem.
Widząc, że Evans wstaje od stołu, odczekałem chwilę i ruszyłem za nią. Szła rozglądając się na boki i co jakiś czas odwracała się.
Uznałem jej zachowanie za wybitnie dziwne i niepokojące. Uznając, że moim obowiązkiem jest dowiedzenie się, czemu tak się zachowuje, zacząłem się skradać.
Jednak chyba nie zostałbym dobrym skautem… W pewnym momencie ją zgubiłem, a po chwili poczułem czubek różdżki wbijający się w plecy.
            - Nie ruszaj się – rozkazała.
To było całkiem ciekawe...
            - Bo co? – zapytałem.
Czy już wspominałem, że lubiłem ją wkurzać?
            - Ruszaj przodem – powiedziała i lekko kując mnie różdżką w plecy, pogoniła.
            - Dokąd idziemy? – zapytałem po chwili ciszy, gdy wspinaliśmy się po schodach.
Zachowanie Evans było tak dziwne i niecodzienne…
            - Lubisz śledzić dziewczyny? – zapytała kpiącym tonem. – Potter, naprawdę myślałeś, że się nie domyślę?
Tak myślałem, ale nie mogłem się do tego przyznać.
            - Raczej liczyłem, że się domyślisz – odparłem, gdy stanęła przede mną z wyciągniętą przed siebie różdżką.
            - Więc się nie przeliczyłeś – powiedziała, wskazując mi ręką na drzwi prowadzące do damskiej łazienki.
Rzuciłem jej kpiące spojrzenie i wszedłem do opuszczonego pomieszczenia. Na szczęście Jęcząca Marta odpłynęła gdzieś rurami, czy jak tam duch mógł zniknąć. A szczególnie tak upierdliwy, jak ona.
Opierając się plecami o umywalkę obserwowałem dziewczynę. Wyglądała jakby czegoś szukała.
            - Co ty Evans wyprawiasz? – zapytałem, gdy odepchnęła mnie od umywalki przy której stałem.
            - Ratuję nasze dziecko od walki z bazyliszkiem. Aa no i nas od śmierci z rąk Voldemorta – odparła spokojnie.
Nie powiem, oniemiałem. Przez chwilę miałem pustkę w głowie i pomyślałem: „Biedna, biedna Evans. Ktoś ją zdzielił czymś ciężkim w głowę”. Jednak widząc jej poważną minę, zrozumiałem, że nie żartuje.
            - Ty mówisz serio?! – zawołałem. – Jakie dziecko? – dodałem, przypominając sobie te wszystkie imprezy na których przesadziłem z alkoholem.
Czy nie pamiętałbym takiej chwili z dziewczyną? Spojrzałem na jej płaski brzuch.
            - Merlinie, nie jestem w ciąży, kretynie! – odparła. – Ale będę.
Sapnąłem. To było dosyć… dziwne. Nie mam lepszego słowa.
            - Ze mną? – zapytałem.
Merlinie, byle nie ze Smarkiem! No, ale powiedziała „nasze dziecko”.
            - Nikomu nie powiesz? – zapytała, patrząc tak jakoś inaczej.
Stwierdziłbym, że jak zakochana kobieta, ale jak wiadomo – Evans nie była zakochana. I to na pewno nie we mnie.
            - Nie powiem – obiecałem.
Lily Evans potarła kran i z uśmiechem odwróciła się do mnie.
            - Po szkole weźmiemy ślub. Dołączymy do tajnej organizacji pod dowództwem Dumbledore’a, do Zakonu Feniksa. I będziemy mieli dziecko… Które odmieni los czarodziei. Które przeżyje śmierć z rąk samego Voldemorta. Z rąk tego samego, który nas zabije… James, przybywam z przyszłości – oznajmiła.
Mogę uwierzyć w naprawdę wiele rzeczy. W to, że Syriusz codziennie zmienia skarpety. W to, że Peter przeszedł na dietę. W to, że Remus wcale co miesiąc nie zamienia się w wilkołaka. Ale w coś takiego?! Przecież to śmieszne!
            - Oszalałaś – stwierdziłem, kręcąc głową. – Lily, ty oszalałaś!
Rudowłosa uśmiechnęła się delikatnie.
            - Wiedziałam, że nie uwierzysz… Tak jak w to, że twój przyjaciel mógłby cię zdradzić. Coś ci powiem, Jamesie Potterze – powiedziała, zbliżając się do mnie tak blisko, że patrzyliśmy sobie prosto w oczy. – Wiem o tobie wszystko. I cię kocham.
To było doprawdy szokujące. Nie na mój rozczochrany łeb!
            - To cudowne, Lily – odparłem szybko. – W końcu zdałaś sobie sprawę z tego, co do mnie czujesz, to naprawdę cudowne... Już możecie wyskoczyć z ukrycia, to był naprawdę świetny dowcip! – zawołałem, rozglądając się dookoła.
Nikt nie wyskoczył z kabin. Syriusz nie podszedł do mnie z kpiącym uśmieszkiem. Remus nie walnął mnie w ramię, a Peter nie zachichotał. Byliśmy tylko we dwoje.
            - Jesteś pod wpływem jakiegoś zaklęcia? – zapytałem przerażony.
A kto wie? Może Smark, czy inny wielbiciel czarnej magii czymś ją rąbnął?
            - Nie – pokręciła głową. – Powiem ci coś, czego normalnie bym nie widziała, gdybym była tą Lily za którą mnie bierzesz… Razem z Huncwotami stworzyliście Mapę Huncwotów. Mapę, która ukazuje wam cały zamek, błonia, wszystkich uczniów, tajemne przejścia… Posiadasz pelerynę – niewidkę, którą dostałeś od ojca na 11 urodziny. Miałeś w planie przekazać ją Harry’emu, ale to ma się wydarzyć dopiero za parę lat… Remus jest wilkołakiem, a wy jesteście animagami. I wreszcie coś, czego nikt na pewno nie wie. Na lewym pośladku masz znamię w kształcie półksiężyca.
Nerwowo mrugając powiekami, usiadłem na podłodze.
            - Skąd…?
Uśmiechnęła się.
            - Już ci powiedziałam. Przybywam z przyszłości… Którą jeszcze możemy zmienić – odparła siadając obok mnie. – A teraz wszystko ci opowiem. Powiem ci o zdradzie Petera, o Syriuszu, który niezasłużenie wyląduje w Azkabanie, o Remusie, żyjącym w ukryciu, aż wreszcie o nas. O naszej miłości… I o Harry’m, owocu tej miłości.


***


W łazience spędziliśmy dobre dwie godziny. Gdy Lily opowiadała mi poszczególne fragmenty, wszystko układało się w logiczną całość. Zachowanie Petera było już w zeszłym roku podejrzane, ale nie to mnie najbardziej przeraziło.
Śmierć Lily, poświęcającej się dla naszego dziecka… To było na raz piękne i tak bardzo okrutne.
            - Nie rozumiem czegoś – powiedziałem, gdy zakończyła swoją opowieść. – Jeżeli ty z przyszłości nie żyjesz, to jak się tutaj pojawiłaś?
            - Ponieważ ja z przyszłości, jestem dokładnie tym samym czym Lily z teraźniejszości. Zawsze jesteśmy jednym i tym samym… Duszą, duchem, obłokiem… To czysta magia, James. Nie potrafię tego zrozumieć, wiem, że mam zadanie, które muszę wykonać, żebyśmy my z przyszłości przeżyli – odparła opierając głowę na moim ramieniu.
            - Więc, jeżeli zakończysz tą „misję” wróci Lily z teraźniejszości? – zapytałem, próbując to jakoś logicznie ogarnąć.
            - Myślę, że tak – odparła. – Pomożesz mi? Musimy dokonać paru rzeczy… Otworzyć komnatę tajemnic, zabić bazyliszka, znaleźć horkruksy, w których to poukrywane są cząstki duszy Voldemorta…
            - Tego wszystkiego mamy dokonać sami? – zapytałem przerażony.
            - W tym wszystkim najlepsze jest to – odparła. – Że pomaga nam pewien potężny czarodziej…
Zmarszczyłem brwi i spojrzałem w miejsce, gdzie patrzyła Lily.
            - Dumbledore…


***


Nie powiem, że dokonanie tego wszystkiego było proste. Nie było. Ale jeżeli to nam miało zapewnić wspólną przyszłość, to jak mógłbym nie spróbować?
            - To ostatni horkruks – oznajmił Dumbledore.
Był już luty. Misja Lily z przyszłości (jak to brzmi!) trwała ponad pięć miesięcy… I właśnie miała się zakończyć.
            - Gdy to zniszczymy – zacząłem, oglądając niepozorny pierścień. – Co się stanie z Voldemortem?
            - Zostanie pokonany – odparł Dumbledore.- Przy pierwszej możliwej potyczce, pokonam go.
Skinąłem głową i podałem profesorowi miecz Godryka Gryffindora nasączony jadem bazyliszka.
Spojrzałem  na zadowoloną Lily.
            - Musisz mi coś obiecać – poprosiłem szeptem. – Zrób coś, żeby teraźniejsza Lily mnie zechciała, bo inaczej wszystko pójdzie na marne…
Rudowłosa roześmiała się cicho.
            - Musisz tego sam dokonać… Ale mogę cię zapewnić - nasze serce bije jednym rytmem. Dla jednej osoby. Kocham cię i zawsze będę…
W tym momencie dyrektor wbił ostrze miecza w horkruks. I stały się dwie rzeczy na raz – Lily zemdlała prosto w moje ramiona, a przedostatnia część duszy Toma Riddle’a zginęła.


***


27 marca 1978 roku
Stałem w kącie pokoju wspólnego i udawałem, że świetnie się bawię.
Od lutego tyle rzeczy się zmieniło… 
Zacznijmy od początku – horkruksy zostały zniszczone. Niedługo po nich Dumbledore pokonał Voldemorta. Śmierciożercy uciekli, niektórzy zostali złapani, a nawet osądzeni. Peter Pettigrew przestał być naszym przyjacielem. Zrezygnował ze szkoły i ślad po nim zaginął.
Miałem pewność, że nasze życie będzie wyglądało inaczej. Syriusz nie trafi do Azkabanu, za coś czego nie zrobił, Remus będzie wiódł normalne życie.
Jednego bałem się najbardziej. Tego, że Lily mnie nie zechce.
Nasze podejrzenia były prawdziwe – po wykonanej misji, Lily znowu była sobą. O niczym nie widziała, a gdy zapytałem ją, czy wie kim jest Harry, myślała, że mówię o jakimś nowym modelu miotły.
Z jednej strony było to dobre. Mogła na powrót być sobą, nieskażoną złem Voldemorta i przyszłością, którą musiała przeżyć.
Ale z drugiej strony, było mi przykro, że o tym zapomniała. Chciałem, żeby mnie kochała... Tyle i aż tyle.
            - Potter – usłyszałem.
Spojrzałem przed siebie i lekko się uśmiechnąłem.
            - Evans – kiwnąłem głową.
            - Nie uważasz, że to trochę dziecinne? To mówienie do siebie po nazwisku? – zapytała, popijając piwo kremowe.
            - Możliwe – odparłem.
            - A chcesz to zmienić? – zapytała z całkiem niewinnym uśmiechem.
Krztusząc się łykiem whisky, wycharczałem:
            - Serio?
            - Serio, serio.
I wtedy zrozumiałem, że to ten moment.
            - Lily Evans – zacząłem. – Czy uczynisz mi tą przyjemność i wybierzesz się ze mną w następną sobotę do Hogsmeade?
            - Tak, James – odparła. – Z wielką chęcią pójdę z tobą do Hogsmeade...
Staliśmy dłuższą chwilę w tym kącie, tylko uśmiechając się do siebie.
Jednego byłem pewien – zarazem zmieniliśmy przyszłość, ale też i tego nie zrobiliśmy. Przeznaczone było nam bycie razem, aż po kres wieczności.

The End


***


Wyszła jakaś fantastyka, czy sama nie wiem co. Ale musiałam rozprawić się z pewną sprawą, dręczącą mnie od wczorajszego poranka...
Jeżeli czegoś nie skumacie - nie przejmujcie się. Napisałam jakieś totalne brednie ;)
 

2 komentarze:

  1. Na skarpetki Syriusza zakochałam się *---* nie pomyślałabym że ktoś wpadnie na tak niesamowity i oryginalny pomysł <33 a nie dziw się że wyszła ci fantastyka bo HP jest fantastyką (oczywiście ja nadal wierze że ten głupi list w końcu do mnie trafi) czekam na kolejna tak świetne miniaturki i rozdziały xx

    OdpowiedzUsuń

Uwaga: tylko uczestnik tego bloga może przesyłać komentarze.