środa, 19 sierpnia 2015

Rozdział 37



Zaczął się kwiecień, a wraz z nim powróciły treningi quidditcha. I to wiecie, nie takie raz na tydzień, czy góra dwa.
Codziennie, James wraz z Syriuszem, Dorcas i resztą zawodników drużyny Gryffindoru, spędzał bite dwie godziny na boisku, oraz przynajmniej godzinę wieczorem, w Pokoju Wspólnym na dopracowywaniu strategii na najbliższe mecze sezonu letniego.
Wiedziałam, że zależy mu na zdobyciu Pucharu Quidditcha, więc w żaden sposób nie przeszkadzałam mu w dążeniu do zwycięstwa. A nawet, było mi to na rękę. Tak, tak, brzmi to nie fajnie, ale jeżeli miałam zdać wszystkie OWTM-y na Powyżej Oczekiwań, musiałam się przyłożyć do nauki.
Na szczęście, okazało się, że w tym dążeniu nie jestem osamotniona. Można powiedzieć, że stworzyliśmy kółko kujonów, czy coś w tym stylu. Remus, Amy, Marlena, Thomas, Alicja, Frank oraz oczywiście moi.
            - Jestem do tyłu z Zielarstwem – mruknęła Alicja, nerwowo stukając paznokciem w okładkę książki. – Zupełnie nie rozumiem, jak można lubić Zielarstwo… Nienawidzę tego babrania się w ziemi i przesadzania tych cholernych roślinek – dodała, oglądając swoje idealnie owalne paznokcie.
Nasze małe kółko naukowe, miało tego wieczora wolne – siedziałam sama z Alicją w dormitorium, i jako największe kujony, próbowałyśmy zaaplikować naszym zmęczonym umysłom jeszcze trochę niezbędnej wiedzy.
            - Chcesz moje notatki? – zapytałam, gdy dziewczyna z głośnym jękiem zrzuciła książkę z łóżka.
            - Nie – wyburczała i przekręciła się z pleców na brzuch.- Lily…
            - Hm?
            - Myślałaś o przyszłości? Wiesz, o pracy, o tym co będzie po szkole? – zapytała, bacznie mnie obserwując.
            - Myślałam – przyznałam, chociaż czasami bałam się wybiegać aż za bardzo w przyszłość. Niepewną. – Wiem, że na pewno będę z Jamesem…
            - W końcu to twój mąż – zaśmiała się szatynka, na co puściłam jej oko.
            - Pewnie zamieszkamy w Dolinie Godryka, Jamesa uwielbia to miejsce… Myślałam o tym, żeby zostać uzdrowicielem, ale znowu nauka na uniwersytecie trwa cztery lata. To będzie znowu mnóstwo nauki, a ja myślałam, raczej o… - przerwałam, nagle zawstydzona.
            - O czym? – zapytała Alicja, unosząc brew.
            - O założeniu rodziny – odparłam, rumieniąc się. – Wiesz, o dziecku – dodałam, gdy zobaczyłam jej zakłopotane spojrzenie.
            - Już? – spytała zaskoczona.
Położyłam się na łóżku i spojrzałam na baldachim.
            - Nie mówię, że od razu, może za rok, dwa, ale Al, czasy są niepewne… Siły Sama- Wiesz-Kogo z każdym dniem są coraz większe, czytałaś dzisiejsze wydanie Proroka? Została zaatakowana mugolska wioska, nikt nie przeżył! Nie chcę niczego żałować, chcę żyć pełnią życia! Wszystkiego doświadczyć. W tym macierzyństwa – odparłam, siadając.
Spojrzałam na zamyśloną szatynkę. Po chwili na jej twarzy wykwitł uśmiech.
            - Chyba masz rację – powiedziała i spojrzała na mnie błyszczącymi oczami. – Chcę, żeby moje dziecko poszło do Hogwartu z twoim.
Zaśmiałam się z nietypowego pomysłu Alicji.
            - Niech razem trafią do Gryffindoru – uzupełniłam, gdy przestałyśmy chichotać.
            - I niech przeżyją niejedną przygodę – dodała Alicja.


***


Trwała Historia Magii, a ja odpływałam. Raczej nie zdarzało mi się to za często, ale wzmożona nauka, późno wieczorne spotkania z Jamesem, oraz pisanie na bieżąco licznych wypracowań i rozprawek doprowadziły mnie do stanu permanentnego niewyspania.
            - Lily – syknęła Marlena, poszturchując mnie łokciem. – Notuj, teraz twoja kolej – dodała, patrząc na unoszącego się w powietrzu profesora Binnsa, nieprzerwanie mówiącego monotonnym głosem.
            - Ale… - zaczęłam, jednak skapitulowałam, widząc minę blondynki.
Wróciłam do notowania o wydarzeniach z roku 1843 i nieprzytomnie wyjrzałam na błonia. I od razu się obudziłam.
            - Co ten kretyn wyprawia? – zapytałam na głos, przez co większość dotąd znudzonych uczniów spojrzała na mnie.
            - … trolle górskie zaatakowały mugolską wioskę, leżącą niedaleko Alp… - nieprzerwanie ciągnął profesor, i zapewne ciągnąłby tak dalej, gdybym szybko nie wstała ze swojego miejsca i nie ruszyła w kierunku drzwi.
            - Przepraszam profesorze, muszę wyjść, sprawy prefektów – powiedziałam, zarzucając torbę na ramię.
Duch nie przerywając wykładu, skinął głową.
Wybiegłam z klasy i ruszyłam na błonia. A dokładniej, na boisko do quidditcha.


***


Patrzyłam na to co działo się na moich oczach i po prostu nie wierzyłam.
            - Spokój! – zawołałam, ale oczywiście nic tym nie uzyskałam. – Spokój do cholery, bo wszyscy wylądujecie u Dumbledore’a! – zawołałam ponownie.
James spojrzał na mnie i zaklął.
            - Co tu się dzieje? – zapytałam, patrząc na spore zbiegowisko osób.
            - Nie interesuj się, szlamo – warknął Smith, kapitan drużyny Ślizgonów.
            - Jeszcze raz tak do niej powiedz, to cię rodzona matka nie pozna – odparł wkurzony James.
            - Lepiej dobrze pilnuj swojej brudnej dziewczyny, Potter, bo jeszcze przypadkiem stanie się jej krzywda – odparł Smith. – Idziemy – dodał do reszty zawodników.
Patrzyłam za odchodzącymi Ślizgonami, po czym popatrzyłam na poobijaną drużynę Gryffindoru.
            - Biliście się – stwierdziłam.
            - I wygrywaliśmy, dopóki się nie wtrąciłaś – mruknął Syriusz, obrzucając mnie złym spojrzeniem. – Nie musisz nas ratować z każdej opresji, Lily.
Spojrzałam na niego zdziwiona.
            - Myślisz, że prefekt naczelny nie powinien przerywać takich bójek? – zapytałam.
            - Rogacz też jest naczelnym, a jakoś dołączył do tej bójki – odparł Syriusz, wymijając nas z Dorcas i resztą zawodników.
Spojrzałam na Jamesa.
            - Myślisz tak samo? – zapytałam. – Jestem wścibska i niepotrzebnie się mieszam? – zapytałam, mając nadzieję, że tego nie potwierdzi.
            - Niepotrzebnie się mieszałaś – odparł, wymijając mnie. – Więcej tego nie rób – dodał, kierując się do szatni.
Zabolało.


***


Było już dobrze po pierwszej w nocy, a ja nadal siedziałam w Pokoju Wspólnym. Nikogo w nim nie było, byłam tylko ja i trzaskający ogień w kominku. Myślałam o dzisiejszym dniu i powoli dochodziłam do wniosku, że rzeczywiście niepotrzebnie wybiegałam z lekcji, tylko po to, by wtrącić się w sprawy drużyny quidditcha. W końcu w większości byli to dorośli ludzie i z pewnością poradziliby sobie ze Ślizgonami.
Ale oczywiście ja, i moje wścibstwo! Tak, przyznaję się – jeżeli chodzi o Jamesa i moich przyjaciół, stawałam się straszna. I Syriusz dobrze zauważył, nie tylko ja byłam Prefektem Naczelnym, James też nim był. Gdyby działo się coś naprawdę złego, na pewno by sobie poradził.
            - Nie śpisz?
Spojrzałam na schody prowadzące do męskich dormitoriów.
            - Długo tu siedzisz? – zapytałam Jamesa.
            - Jakiś czas – odparł lakonicznie. Wstał ze stopnia i podszedł do kanapy na której siedziałam.
            - Przepraszam, niepotrzebnie się uniosłem – powiedział, siadając obok mnie. – Tylko denerwuje mnie to, że zawsze musisz występować jako ta rozważna i wtrącasz się w coś, co ciebie nie dotyczy.
            - Uważasz, że wielka śliwa pod twoim okiem mnie nie dotyczy? – zapytałam.
            - Nie bezpośrednio – poprawił się. – Proszę cię tylko, żebyś nie mieszała się w nasze konflikty ze Ślizgonami.
Skinęłam głową.
            - Tylko obiecaj mi, że nie będziecie się więcej bić. Nie chcę mieć w żaden sposób uszkodzonego męża – odparłam, wtulając twarz w jego tors.
            - To da się załatwić. Następnym razem potraktuję Smith’a Drętwotą, a nie pięścią – zaśmiał się w moje włosy.


***


Sobotni poranek postanowiłam spędzić na odsypianiu ciężkiego tygodnia. Co prawda, byłoby to łatwiejsze i o wiele milsze, gdyby w moim łóżku nie leżało paręnaście książek, stos pergaminów i… koperta?
Obejrzałam ją z każdej strony i uśmiechnęłam się. James był taki słodki! Bo kto inny mógłby mi podrzucić list?
Niecierpliwie rozerwałam kopertę i zdziwiłam się, widząc nie to pismo, którego się spodziewałam.

Spotkajmy sie w naszym miejscu.
Sobota, 21.
S.S

Lekko się skrzywiłam. Nie, nie dlatego, że do mnie napisał. Szczerze mówiąc, spodziewałam się, że spróbuje jeszcze raz, zanim skończymy Hogwart i każde z nas pójdzie w swoim kierunku.
Tylko, że w moim przypadku już się to stało. Obrałam kurs. I nie brzmiał on: Severus Snape, tylko James Potter…


***


            - Spędzimy razem wieczór? – zapytał James.
Uśmiechnęłam się nerwowo i pokręciłam głową.
            - Dzisiaj będę trochę zajęta, chyba, że pasuje ci 22 – odparłam, jedząc obiad.
Myślałam, żeby nie iść na spotkanie ze Snapem. Naprawdę miałam taki zamiar. Ale z drugiej strony, byłam ciekawa, co chciał powiedzieć.
            - Rogaczu, zapewne będzie kuła, więc dotrzymam ci towarzystwa – zaproponował Syriusz, dzięki czemu oblicze Jamesa lekko się rozpogodziło.
            - Ale o 22 czekam na ciebie w Pokoju Wspólnym – zapowiedział.
            - Będę – obiecałam.
Jak bardzo się myliłam…


***


Nasze miejsce… Mam z nim tyle wspomnień! Wiązało się z nim moje pierwsze udane zaklęcie, cudowne rozmowy, powierzane tajemnice i sekrety, oraz chwile smutku i radości. Przypominałam sobie je wszystkie, stojąc pod starym dębem, miejscem w którym kiedyś, potrafiliśmy się zapominać na całe godziny.
            - Przyszłaś – usłyszałam znajomy głos.
            - Byłam ciekawa – odparłam, opierając się o pień drzewa.
            - Zawsze byłaś wszystkiego ciekawa – odparł. – Pamiętam jak po raz pierwszy opowiadałem ci o Hogwarcie, byłaś bardzo niecierpliwa, wszystko chciałaś wiedzieć od razu.
Spojrzałam na niego.
            - Chciałeś powspominać stare czasy? – zapytałam, lekko się krzywiąc. – Jeżeli tak, to chyba już pójdę…
            - Zaczekaj – powiedział, łapiąc mnie za ramię. – Wyszłaś za niego – dodał oskarżycielskim tonem.
Wytrzeszczyłam oczy. Nie tego się spodziewałam. Raczej myślałam, że usłyszę coś w stylu: „Lily, wybacz mi, zachowałem się wtedy okropnie. Nie chciałem nazwać cię szlamą i wcale tak o tobie nie myślę”. Jak zwykle się przeliczyłam.
            - Skąd wiesz? Powiedzieliśmy nielicznym osobom – odparłam, zastanawiając się, kto nas znowu zdradził.
            - Nie martw się, nikt z twoich doskonałych przyjaciół was nie wydał – odpowiedział. – Usłyszałem przypadkiem. Chciałem pogratulować, Potter to świetna partia – stwierdził, cedząc ostatnie słowa.
Spojrzałam na niego z niedowierzaniem.
            - Słucham?
Wykrzywił usta w pogardliwym uśmiechu.
            - Wszyscy już słyszeli ile odziedziczył – powiedział. – Chociaż nigdy nie myślałem, że tak bardzo zależy ci na pieniądzach…
Spojrzałam na niego zszokowana.
            - Nie obchodzą mnie pieniądze Jamesa! – zawołałam zdenerwowana. – Myślisz, że właśnie dlatego za niego wyszłam? Bo ma pieniądze? Nie pomyślałeś, że zrobiłam to, bo go kocham? Tak nisko mnie oceniasz? A niby przyjaźniąc się z tobą, jakie miałam z tego profity, co? Jeżeli twierdzisz, że jestem zwykłą materialistką… - dodałam, po czym pokręciłam głową.
Byłam zadziwiona. Zgoda, nie byliśmy już przyjaciółmi, była pomiędzy nami ogromna przepaść, ale nigdy nie pomyślałabym, że zacznie o mnie myśleć, jak o zwykłej naciągaczce i materialistce.
            - Nigdy więcej się do mnie nie odzywaj – powiedziałam, i próbując ukryć wzburzenie i smutek odeszłam szybkim krokiem spod „naszego miejsca”.
Miejsca i osoby, której teraz naprawdę szczerze nienawidziłam.


***


Wracałam do zamku, powstrzymując szloch i co chwilę ocierając łzy. Nie chciałam płakać, naprawdę! Nie chciałam się tym przejmować, ale jak? Kiedyś był moim przyjacielem, zawsze liczyłam się z jego zdaniem. Więc jak jego oskarżenia mogły mnie nie dotknąć?
I gdybym tylko wiedziała, co się wydarzy, wcale nie szłabym skrótem. I nie wychodziłabym z dormitorium bez różdżki.
Nie pomyślałam, że w dotąd całkiem bezpiecznym Hogwarcie, znowu zdarzy się coś takiego…


***


            - Już jest po 22 – powiedziałem, spoglądając na zegar wiszący nad kominkiem.
Syriusz rzucił okiem na zegar i wzruszył ramionami.
            - Pewnie się zasiedziała… A tak właściwie, to gdzie poszła? – zapytał.
Zamyśliłem się. Tak właściwie, to nie wiedziałem.
            - Nie miała być w bibliotece? – zapytałem.
            - James, biblioteka jest czynna do 20 – wtrącił Remus, przerywając pisanie jakiegoś wypracowania. – Poszukaj Lily na mapie, na pewno już wraca do wieży – dodał pocieszającym tonem.
Wstałem z kanapy i szybko pokonałem schody, dzielące mnie od dormitorium. Otworzyłem drzwi i rzuciłem się do nocnej szafki Syriusza, w której trzymaliśmy mapę. Rozwijając ją, zszedłem do Pokoju Wspólnego i wyszeptałem formułkę. Patrząc na powoli rysujące się na pożółkłym pergaminie linie, czułem coraz większe zaniepokojenie.
            - Poszukamy razem, będzie szybciej – zaproponował Syriusz, siadając obok mnie. Poczynając od szkolnych błoni, poprzez bibliotekę, Sowiarnię, damskie łazienki, oraz tą prefektów, przeszukiwaliśmy każdy zakamarek mapy.
            - Jest! – zawołał Syriusz, palcem wskazując kropkę podpisaną jako „Lily Evans”.          
- Jest na drugim piętrze, niedaleko łazienki Jęczącej Marty – zauważył Remus, zaglądając mi przez ramię. – Ale… czemu się nie rusza? – zapytał.
Spojrzałem na mapę i wybiegłem z Pokoju Wspólnego.


***


Dobiegłem do ostatniego zakrętu i wyjmując różdżkę skierowałem ją na Snape, trzymającego w objęciach nieprzytomną i zakrwawioną dziewczynę.
            - Puść ją! – zawołałem, odpychając go z całej siły. – Lily. Lily! – próbowałem ją ocucić.
            - Co jej zrobiłeś? – zapytałem, patrząc na bladego Ślizgona. – Coś ty jej zrobił?! – zawołałem, patrząc na jej nienaturalnie blade ciało. – Zabiję cię – wyszeptałem, badając Lily puls.
            - James – usłyszałem za plecami głos Syriusza. – Weź ją do pani Pomfrey, zajmiemy się nim.
Wziąłem Lily na ręce i nie oglądając się za siebie, ruszyłem do Skrzydła Szpitalnego.


***


Pani Pomfrey od razu zajęła się Lily, a mnie wygoniła z sali. Usiadłem pod drzwiami i spojrzałem na zakrwawione ręce.
            - Zabiję go – wyszeptałem, zaklęciem oczyszczając ręce.
            - James.
Spojrzałem na poważnego Syriusza.
            - Gdzie jest Snape? – zapytałem, wstając z podłogi.
            - Remus go zaprowadził do Dumbledore’a – odparł, siadając obok mnie. – Co z Lily?
Pokręciłem głową.
            - Nic jeszcze nie wiem, Pomfrey mnie wyprosiła… Łapo, na niej było tyle krwi. Co on jej zrobił? – zapytałem, czując ogarniającą mnie wściekłość i przerażenie.
Nie mogłem jej stracić. Nie Lily.
            - On ciągle powtarzał: „To nie ja” – odparł, spoglądając na mnie z niepokojem. – Myślisz, że by ją skrzywdził? Nie jestem tego taki pewien.
            - Nie wiem – powiedziałem i spojrzałem na otwierające się drzwi. – Co z…
Pani Pomfrey spojrzała na mnie poważnym wzrokiem.
            - Osobom postronnym nie udzielam informacji, panie Potter – odparła pielęgniarka.
Już miałem zacząć się wykłócać, gdy zobaczyłem nadchodzącego dyrektora.
            - Panie profesorze, ja muszę wiedzieć co z Lily! – powiedziałem. – I nie jestem postronną osobą – dodałem, pokazując zaskoczonemu Dumbledorowi obrączkę.
            - Proszę, wejdźmy wszyscy do gabinetu Poppy – powiedział, po czym spojrzał na Syriusza. – Panie Black, proszę pójść obudzić profesor McGonagall, niech się uda do mojego gabinetu.
            - Poppy? – zapytał, stając obok biurka pielęgniarki.
            - Ona…


***


Następny rozdział gotowy, więc na pewno dodam go jeszcze w tym miesiącu :) 

Edit:
Dodałam muzyczkę. Tak naprawdę, to zazwyczaj tego nie lubię na blogach, bo ja, jak to ja - otwieram sobie z dwadzieścia kart, i weź szukaj, z którego bloga leci jakaś piosenka... Ale jak już Szczur zdążył ustalic - lubię dręczyc ludzi ;)
Także, wiecie co robić jak nie lubicie muzyki lecącej na blogu - wciskacie stop. 
Pierwsza piosenka to, przynajmniej według mnie, najpiękniejszy utwór Pidżamy Porno, o wdzięcznym tytule "Nikt tak pięknie nie mówił, że się boi miłości". Uwielbiam. A reszta to piosenki przy których naprawdę dobrze mi się pisze opowiadanie :) 

środa, 12 sierpnia 2015

Rozdział 36



            - Przecież miałam być druhną! Miałam już upatrzoną sukienkę u Madame Malkin, taką śliczną, w turkusowym kolorze… Czemu mi to zrobiliście?! – zawołała, patrząc na nas z pretensją.
Wracaliśmy do Wieży Gryffindoru i co chwilę któreś z nas było zmuszone wydawać z siebie głośne „ciii”, aby choć trochę uciszyć dziewczynę. Co oczywiście, nie było takie proste, bo Dorcas była wkurzona. A wkurzona Dorcas, to Dorcas nieobliczalna.
            - Ty, moja najlepsza przyjaciółka! Lily, jak mogłaś, noo? Jak mogliście?! I ty, Brutusie, Syriuszu, TY!! – zawołała, zwracając na nas uwagę mijających nas uczniów oraz niektórych portretów.
            - Dorcas, porozmawiamy o tym jak dotrzemy do dormitorium, proszę cię – odparłam, rozglądając się na boki, czy aby przypadkiem nikt tego nie usłyszał.
Razem z Jamesem ustaliliśmy, że powiadomimy o ślubie tylko najbliższe nam osoby. Co prawda, nie wiedziałam co mam zrobić z rodzicami, bo mama chyba by mnie zabiła, gdybym listownie jej oznajmiła, że już nie jestem Evans, tylko Potter.
Lily Potter, brzmi całkiem nieźle, prawda?
            - Chcę o tym rozmawiać teraz! – zawołała, gromiąc mnie wzrokiem.
            - Dor, słoneczko… - zaczął uspokajająco Syriusz, ale Dorcas chyba miała PMS, bo obrzuciła go niezbyt miłymi epitetami.
            - Merlinie, ale się wkurzyła – zauważył James, gdy czarnowłosa ruszyła po schodach w przeciwną stronę niż my.
            - Czy ona kieruje się do lochów, czy tylko mi się wydaje? – zapytał Syriusz, robiąc nie za szczęśliwą minę.
            - Wydaje mi się, że tak – odparłam i złapałam go za ramię, gdy chciał ruszyć za nią. – Daj jej parę minut, zaraz ochłonie.
Syriusz spojrzał jeszcze raz w stronę lochów i wzruszył ramionami.
            - W końcu to wy macie przesrane… Ja tylko trochę.


***


Biegiem ruszyła do lochów. Była tak wściekła! Nawet już nie z powodu tego, że jej najlepsza przyjaciółka i najlepszy przyjaciel jej chłopaka wzięli potajemny ślub, ale dlatego, że nawet jej nie zawiadomili.
Stanęła przed wejściem do Pokoju Wspólnego Ślizgonów i głośno odetchnęła. Rozejrzała się dookoła i skrzywiła, gdy zobaczyła podążającego w jej kierunku Snape’a.
            - Możesz poprosić Regulusa? – zapytała, starając się nie wzdrygnąć z obrzydzeniem z powodu nie najczystszych włosów chłopaka.
Snape zmarszczył oczy i wolno skinął głową.
            - Zaczekaj – mruknął, otwierając wejście do domu Ślizgonów.
Dorcas oparła się o ścianę i zaczęła wybijać szybki rytm obcasem.
            - Przyjaciele – sarknęła pod nosem, czując nadal buzujące emocje.
            - Dorcas – usłyszała.
            - Wzięli ślub! – zawołała, nie mogąc się powstrzymać. – Lily i James wzięli ślub, a mnie na nim nie było – dodała, widząc nierozumiejący wzrok chłopaka.
            - Oszaleli? – zapytał Regulus, ruszając obok zdenerwowanej dziewczyny w stronę wyjścia na błonia. – I cię nie zaprosili?
            - Merlinie, jak ty mnie doskonale rozumiesz!


***


Severus oparł się ciężko o ścianę i głośno wypuścił powietrze.
„Lily i James wzięli ślub”
Wzięli ślub. Ona i ten… Ten… Nie miał słów.
Zacisnął dłonie w pięści i ruszył do swojego dormitorium. Czuł przemożną ochotę, aby coś rozwalić.


***


Zebraliśmy wszystkich w dormitorium chłopaków. Co prawda, brakowało Dorcas, ale Syriusz zdołał ustalić, że spaceruje z Regulusem po błoniach. Mapa Huncwotów w pewnych sytuacjach była naprawdę niezbędna.
            - Coś się stało? – zapytała przestraszonym tonem Marlena, widząc nasze poważne miny. – Czy to coś związanego z pogrzebem? – dopytała nieśmiało.
James pokręcił głową i chwycił mnie za rękę. Lewą. Na której miałam obrączkę. Która w tej chwili mi dziwnie ciążyła.
            - Wzięliśmy ślub – oznajmił.
Zamrugałam szybko i spojrzałam na twarze przyjaciół.
Marlena szeroko otworzyła oczy i przytknęła dłoń do ust.
Thomas, jej chłopak, uniósł brew.
Alicja zaśmiała się cicho i spojrzała na mnie porozumiewawczo. Chyba myślała, że to jakiś dziwny dowcip… Cóż, to nie był żart.
Frank w zamyśleniu pokiwał głową, jakby chciał nam pogratulować, a Remus lekko się uśmiechnął.
            - James nie żartował, naprawdę wzięliśmy ślub – powiedziałam, wyciągając przed siebie lewą dłoń tak, aby przyjaciele mogli dostrzec cienką obrączkę.
            - To takie… niespodziewane – powiedziała Marlena po chwili zastanowienia.
            - I nie takie głupie, ominęło was całe ślubne zamieszanie, które nas na pewno nie ominie – jak zwykle trzeźwo zauważyła Alicja.
            - Nie jesteście złe? – zapytałam, podchodząc do przyjaciółek, gdy James był poklepywany po plecach, jakby dokonał czegoś niemożliwego.
Chociaż, może dokonał? Kiedyś… Ach, zresztą, nieważne co było kiedyś!
            - Złe? – zapytała Marlena. – Lily, co ty! Ja cię nawet rozumiem… James był taki przybity śmiercią mamy, to odwróciło jego uwagę – dodała.
            - Chciałam, żeby czuł, że ma kogoś bliskiego – odparłam. – Rodzinę – dodałam, lekko łamiącym się głosem.
Alicja objęła mnie lekko.
            - I pomyśleć, że jeszcze w tamtym roku, chciałam założyć się z Frankiem, że nigdy nie zostaniecie parą… A tu, ślub! Przegrałabym dziesięć galeonów – powiedziała ze śmiechem.
Przewróciłam oczami i objęłam przyjaciółki.
            - Cieszę się, że was mam.


***


            - Oszalałeś?! – zawołała Dorcas, łapiąc się za gardło.
Z ciemnej wnęki, w której kiedyś musiała stać zbroja wyszedł Severus Snape.
            - Być może – odparł tak cicho, że Dorcas wydawało się, że sobie to wyobraziła.
            - Czego chcesz? – zapytała, wkładając rękę do kieszeni z różdżką.
Nigdy nie ufała Snape’owi. Nie rozumiała, czemu Lily się z nim przyjaźniła.
            - Powiedziałaś coś do Blacka…
Uniosła brew i uśmiechnęła się sarkastycznie. Czemu by nie zrzucić własnych frustracji na tego chłopaka?
            - Zabolało, co? – zapytała. – Lily Evans żoną Jamesa Pottera… Kto by pomyślał, prawda? Jeszcze całkiem niedawno, myślałam, że prędzej zwiąże się z tobą, niż Jamesem… A tu takie zaskoczenie. Lily Potter, czujesz to? – dodała z szyderczym uśmiechem.
Snape wykrzywił usta i zmełł przekleństwo, cisnące się mu na usta.
            - Przekaż jej to – powiedział, wpychając w ręce dziewczyny kopertę. – Przysługa za przysługę, Meadowes – dodał.
Dorcas wzruszyła ramionami i ruszyła w stronę Wieży Gryffindoru.
            - Przekażesz?! – zawołał chłopak.
            - Przekażę – obiecała.


***


Dorcas weszła do pustego dormitorium dziewcząt z siódmego roku i położyła list na łóżku przyjaciółki.
Po długim spacerze poczuła się o wiele lepiej. Regulus naprawdę dobrze ją rozumiał. Rozumiał czemu aż tak się zdenerwowała.
Poczuła się zupełnie nieważna. Jednak zrozumiała czemu przyjaciele tak postąpili. Pewnie sama by tak zrobiła, gdyby to Syriusz był w takiej sytuacji.
Co prawda, nadal była na nich zła, ale jeżeli już to się stało to co mogła zrobić? Tylko ich wspierać.


***


            - Dorcas – wyszeptałam, gdy przyjaciółka weszła do pokoju i mocno mnie uściskała.
            - Przepraszam Lily, zachowałam się okropnie – westchnęła. – Zamiast się ucieszyć i was wspierać, uniosłam się jak gówniara…
Pogłaskałam ją po plecach i lekko się uśmiechnęłam. Cała Dorcas – najpierw robi, później myśli.
            - Ważne, że już jesteś – odparłam i uśmiechnęłam się do Jamesa, obserwującego nas z drugiego końca dormitorium. – Co powiecie na małe, nieplanowane wesele? – zapytałam, spoglądając na obserwujących nas przyjaciół.
            - To twój drugi niezły pomysł tego dnia, Ruda – powiedział Syriusz i zaczął rozdzielać zadania: - Remus i Thomas skoczą do kuchni po żarcie, ja z Jamesem i Frankiem skoczymy… hm, gdzieś – dodał.
Huncwoci i ich tajemnice…
            - A wy – dodał, wskazując na nas palcem. – Macie się odstrzelić, jak na wesele przystało. Zrozumiano?
Wyszli z pokoju, a Dorcas westchnęła.
            - Lubię takiego władczego Syriusza, wtedy jest taaaki seksowny!


***


Wpadłyśmy do dormitorium i dosłownie rzuciłyśmy się do szafy. Tak w ogóle, to kto wymyślił, że cztery dziewczyny mają dzielić jedną szafę? Co z tego, że magicznie powiększoną…
            - Ałaa – zaskrzeczała Marlena, gdy Alicja popchnęła ją na róg komody. – Będę miała giga – siniaka, dzięki, Al!
            - Przepraszam, chciałam dorwać tę szałową kieckę Dorcas – odparła Alicja, wyciągając z szafy wcześniej wspomnianą część garderoby. – Mogę? – zapytała, zdejmując koszulę.
            - Możesz – odparła Dorcas, wyciągając jakieś krótkie i ogólnie małe coś. – Masz Lily, załóż to – dodała.
Wzięłam do ręki to „coś” i głośno westchnęłam.
            - Ale… - zaczęłam, wybitnie jękliwym tonem.
            - Żadne ale! To najnowszy model z tej młodzieżowej kolekcji Madame Malkin. Zakładasz to – odparła, wpychając mnie do łazienki.
Wiedząc, że z Dorcas nie wygram, po prostu pogodziłam się z losem. I wyglądem, ekhm, czarownicy lekkich obyczajów, co najmniej.


***


To było wiadome, że wrócimy wcześniej z nielegalnego wypadu do Hogsmeade, niż dziewczyny z damskiego dormitorium…
            - Rogaczu, i gdzie ta twoja żonka, hm? – zapytał Łapa, z uśmiechem popijając Kremowe Piwo. Rozgrzewka…
            - To ty wysłałeś dziewczyny, żeby się przebrały, prawda? – odparłem, przyjmując od Franka szklankę Ognistej. – O, chyba je słychać – dodałem i spojrzałem na drzwi.
I stanąłem jak spetryfikowany. Od zawsze wiedziałem, że Lily jest śliczna. W taki nieco dziewczęcy sposób. Ale teraz… Wyglądała jak wamp!
            - Lily… - wychrypiałem, szybko mrugając. – Wyglądasz…
            - Tanio? – zapytała.
            - Chciałem powiedzieć, że bardzo seksownie – odparłem, przybliżając się do niej. – Ale czy ta sukienka nie jest trochę za krótka? – zapytałem, szybko spoglądając na Syriusza, lub innego faceta, czy się za bardzo nie ślini. Ja z całą pewnością się śliniłem.
            - Dorcas – odparła Lily.
            - Rozumiem – westchnąłem i szybko ją pocałowałem w usta. Te rozkoszne, czerwone usta… - Wiesz, że dzisiaj jest nasza noc poślubna?
Lily oblizała wargi i spojrzała mi prosto w oczy.
            - Jak mogłabym zapomnieć?


***


Szaleliśmy do późnych godzin nocnych. Oczywiście, gdy byliśmy w miarę przytomni, wyciszyliśmy dormitorium.
            - Cii – mruknęłam, gdy trzymając się z Jamesem za ręce, zakradaliśmy się do Pokoju Życzeń. – Co chciałbyś zastać w środku? – zapytałam.
James chwilę się zastanowił i lekko uśmiechnął.
            - Wejdź – poprosił, gdy przeszedł pod ścianą trzy razy.
Otworzyłam ciężkie wrota i znalazłam się na plaży. Zdjęłam buty i stopami stanęłam na ciepłym piasku.
            - Zawsze chciałem się kochać na plaży – wyjaśnił James, gdy spojrzałam na niego pytająco.
Uśmiechnęłam się i zdjęłam obcisłą sukienkę przez głowę.
            - Więc spełnijmy twoje marzenie – mruknęłam, zatapiając usta w miękkich wargach męża.


***


Jest za słodko, chyba czas na jakiś dramat. Tylko, że ja nie umiem opisywać dramatów, no, ale może coś wymyślę. Nie wiem co zrobić ze Snapem, władowałam go do tego rozdziału, bez żadnego pomysłu, ale jak już to zrobiłam, to muszę ponieść tego konsekwencje... Następny rozdział - nie mam pojęcia kiedy. Mam dopiero około 50% :(