czwartek, 23 kwietnia 2015

Rozdział 15



Obrona przed Czarną Magią stała się dla siódmorocznych najważniejszym przedmiotem. Cały czas ćwiczyliśmy zaklęcie, ale z żadnej różdżki nie wyszedł nawet obłoczek.
Huncwoci byli załamani. Syriusz z Jamesem tracili nadzieję, że opanują to zaklęcie. Niezawodny Remus, twierdził, że w końcu nam się uda.
            - Słuchajcie – powiedziałam przed następnymi dwoma godzinami OPCM, które nas czekały. Zapewne bezowocnymi. – Jeżeli jest to zaklęcie, chroniące przed dementorem, to czy nie powinniśmy ćwiczyć na nich? – zapytałam.
            - Hm, Lily, a jak sobie wyobrażasz takie zajęcia? Mamy sobie wynająć z Azkabanu jednego dementora do ćwiczeń? – zapytał James, patrząc na mnie kpiąco.
            - Jasne, że nie! – odparłam oburzona. Chyba nie przemyślałam tego do końca. - Jeszcze nie chcę się pozbywać swojej duszy…
            - Jednak to jest pewna myśl – zauważył Remus.
Syriusz uśmiechnął się.
            - A co myślicie o boginach?
Zmarszczyłam brwi.
            - Przecież bogin, zamienia się w to, czego najbardziej się boimy – powiedziała Marlena. – Nie jestem pewna, czy boję się akurat najbardziej dementorów.
            - Ale jeżeli znajdziemy osobę, która najbardziej boi się dementorów… - zauważyłam.
            - To mogłoby wypalić – dokończyła Alicja, uśmiechając się zwycięsko.


***


            - Musimy coś ustalić.
Szłam do biblioteki, z naręczem ksiąg o najciekawszych eliksirach tego stulecia, gdy zaczepił mnie James.
            - Co? – zapytałam, trochę niegrzecznie. Nie lubiłam, gdy mi przeszkadzano w moich eskapadach do biblioteki.
            - Jak to co? Szczegóły dotyczące naszej randki – odparł szeptem, żeby nie usłyszały go osoby idące za nami.
            - Och – westchnęłam, przypominając sobie o chwilach spędzonych w tym dziwnym pokoju, do którego mam nadzieję, już więcej nie trafię. – Hogsmeade?
            - Nie, wypad do wioski jest dopiero w połowie października – odparł James, zabierając mi książki. – Odprowadzę cię do biblioteki.
            - Aż tak ci się śpieszy z tą randką? – zapytałam. 
Niecierpliwy chłopak może podnosić ego. Moje stanowczo wystrzeliło do góry.
            - Trochę już czekałem, nie sądzisz? – odparł pytaniem na pytanie.
Zamyśliłam się i stanęłam przed drzwiami do biblioteki.
            - Niedziela, po obiedzie – powiedziałam, odebrałam od chłopaka książki i weszłam do biblioteki.


***


Lekcje stawały się coraz trudniejsze. Każdy z nauczycieli chyba myślał, że ich przedmiot jest jedyny i najważniejszy, i cisnął nam okrutnie. Ale doskonale to wiedziałam - siódmy rok to nie przelewki. Czekają nas najważniejsze egzaminy w życiu – OWTM-y. Więc jeżeli ktoś planuje karierę na jakimś ciekawym stanowisku w Ministerstwie Magii, powinien ich zdać jak najwięcej.
Miałam w planie zdanie pięciu egzaminów, na co najmniej Powyżej Oczekiwań. Obrona przed Czarną Magią, Transmutacja, Eliksiry, Zaklęcia oraz Zielarstwo.
Całkiem ambitne plany, ale przecież trafiło na ambitną osobę…
            - Znaleźliście kogoś, kogo największym strachem jest dementor? – zapytała Dorcas, spoglądając na nas z nadzieją.
            - Nawet nie szukałem – wymamrotał zakłopotany Syriusz.
            - Pytałem, ale nikogo takiego nie znalazłem – odparł James.
Uśmiechnęłam się triumfująco.
            - Lily znalazła – zauważyła Alicja, cicho się śmiejąc, zapewne z mojej jakże dumnej z siebie miny.
            - Amy z Ravenclawu – powiedziałam, przypominając sobie naszą ostatnią rozmowę na patrolu.
            - Mówisz o prefekt Amy? – zapytał Remus.
Taak, Amy była czasami dziwna. Właśnie tak prosiła do siebie mówić. Ale co poradzę? Typowa służbistka…
            - To co, zostaje nam tylko zapytać nauczyciela oraz znaleźć bogina – powiedział Frank.
            - Jestem pewien, że wiem gdzie jest jeden – powiedział Syriusz i spojrzał na Jamesa. – Pamiętasz tą dziwną szafę w opuszczonej sali na piątym piętrze? Chciałem ją otworzyć, ale zacząłeś gadać, żebym tego nie robił. Tam na pewno siedział bogin!
            - Wow, zabroniłeś czegoś Syriuszowi? – zapytałam z podziwem. Co jak co, ale na pewno nie było to łatwe. Syriusz ma większość osób tam, gdzie światło nie dochodzi.
            - Tak, jestem boski, prawda? – odparł James.
Przewróciłam oczami i usłyszałam dzwonek na lekcje.
            - To kto pyta? – zapytała Dorcas.
Gdy wszyscy spojrzeli na mnie, tylko smętnie kiwnęłam głową.


***


W piątek w końcu miała się odbyć lekcja, na którą wszyscy czekali. Profesor Galbraith wraz z Syriuszem przenieśli szafę z boginem do klasy od OPCM, Amy została powiadomiona, że będzie musiała się znajdować niedaleko bogina, aby przez cały czas był dementorem (nie była z tego faktu ucieszona, ale gdy profesor powiedział, że dzięki temu poświęceniu Ravenclaw zdobędzie dodatkowe 40 punktów, w końcu ustąpiła), a w czwartek powtórzyliśmy gdyby co, zaklęcie Riddiculus.
            - Gdy otworzę szafę, Amy stanie naprzeciwko bogina. Reszta, stojąc gęsiego, będzie po kolei stawać za plecami Amy i będzie rzucać zaklęcie. Jeżeli komuś uda się wyczarować chociażby obłok, zarabia 20 punktów – powiedział profesor Galbraith, czym z pewnością nas zmotywował.
No dobra, nie wiem jak resztę, ale ja byłam zmotywowana, zwarta i gotowa! 20 punktów piechotą nie chodzi, a Huncwoci tak szybko tracą punkty…
            - Amy, gotowa? – zapytał profesor, wskazując różdżką na szafę.
            - Gotowa, profesorze – odparła niepewnie Amy.
Płynnym ruchem różdżki, profesor uwolnił z szafy bogina w postaci dementora.
            - O kurczę – westchnęłam.
Dementorów widziałam jedynie na szkicach w książkach. Na żywo wydawał się dosyć… upiorny.
            - Expecto patronum! – zawołał Remus, który był pierwszy w kolejności.
Niestety nic się nie zdarzyło. Po próbach następnych uczniów, w końcu przyszedł czas na Syriusza.
            - Expecto patronum! – zawołał i wykonał pewny ruch nadgarstkiem.
Z jego różdżki wypłynął mglisto – biały obłok.
            - Doskonale, panie Black! – zawołał podekscytowany nauczyciel. – Następny.
Widziałam skupienie malujące się na twarzy Jamesa.
            - Expecto patronum! – z różdżki wydobył się podobny obłoczek, do tego syriuszowego.
Profesor był w istnej ekstazie.
            - Świetnie, proszę panno Meadowes!
Dorcas stanęła za Amy i wychyliła zza niej różdżkę. Niestety nic się nie stało.
Czy dwójka największych leni (zdolnych, ale leni) miała być jedynymi osobami, którymi miało się udać zaklęcie?
Przywołując swoje najszczęśliwsze wspomnienie (dowiedzenie się o tym, że jestem czarownicą) stanęłam za Amy.
            - Expecto patronum!
Spojrzałam na różdżkę, z której wydobył się dosyć smętny, srebrzysto – biały obłok.
            - Dobrze, panno Evans!
Spojrzałam za siebie, ale byłam ostatnią osobą.
Nauczyciel zagonił bogina z powrotem do szafy, Amy z lekko przerażoną miną usiadła na krześle, a reszta zgromadziła się koło nauczyciela.
            - Gryffindor dostaje 60 punktów. Świetnie wam poszło! – zawołał nauczyciel.
Po chwili zagłuszył wciąż rozemocjonowanego profesora dzwonek, oznajmiający koniec zajęć.


***


Na niedzielny obiad schodziłam z sercem w gardle. Nikt nie wiedział o tym, że za jakieś pół godziny, spędzę trochę czasu z Jamesem Potterem na randce.
Byłam zarówno przerażona, jak i podekscytowana.
            - Czemu nic nie jesz? – zapytała Marlena, patrząc jak układam na talerzu sporą kupkę z groszku.
            - Nie jestem głodna – odparłam szybko.
            - Jak tam chcesz, ale wiesz, nie musisz się odchudzać – dodała szeptem.
Spiorunowałam ją wzrokiem i zajęłam się sokiem dyniowym.
            - To co dzisiaj robimy? – zapytała Dorcas.
            - Ja idę do biblioteki – zastrzegłam szybko. Przecież nie mogłam powiedzieć, że idę z Jamesem na randkę!
            - Mogę iść z tobą? – zapytała Alicja. – Mam problem z wypracowaniem z Eliksirów…
Zagryzłam wargę i z niepokojem spojrzałam na chłopaka.
            - Lily pomoże ci wieczorem, ja byłem pierwszy – wypalił.
Myślałam, że go kopnę. I to naprawdę mocno.
            - A w czym Rudzielec ma ci pomagać? – zapytał Syriusz, uśmiechając się obleśnie.
            - Nie twoja sprawa, Black – odparłam i wstałam od stołu.
Spojrzałam na bruneta ostrzegawczo i ruszyłam w stronę wyjścia z zamku.
Plan był taki, że ja miałam wyjść pierwsza, a on dopiero po jakiś pięciu, dziesięciu minutach. Aby nie było żadnych podejrzeń.
Tylko, że plan jak zwykle się sypnął. Już nabrali podejrzeń. A przynajmniej Syriusz.


***


Stałam już przy jeziorze, gdy dołączył do mnie zdyszany James.
            - Biegłeś – zauważyłam jakże spostrzegawczo.
            - Tak – odparł.
Zaległa cisza. Czyli coś, czego się obawiałam. Zazwyczaj spędzaliśmy czas w towarzystwie innych osób, wtedy zawsze były tematy do rozmów. Nasze chwile sam na sam, można policzyć na palcach jednej ręki.
            - Więc… Co będziemy robić? – zapytałam.
Nie było zbyt wiele możliwości. Zostały nam błonia, jakieś opuszczone klasy w zamku, oraz boisko do quidditcha. To były miejsca, w które niewiele osób się zapuszczało, jeżeli nie było takiej potrzeby. Czyli względnie bezpieczne.
            - Najpierw myślałem o nielegalnym wypadzie do Hogsmeade… – powiedział James.
Spiorunowałam go wzrokiem.
            - … ale doskonale wiem, że prefektowi naczelnemu, coś takiego nie wypada – dokończył. – Następnie myślałem o Pokoju Życzeń, ale wydało mi się to trochę banalne. Jasne, mógłbym tam urządzić romantyczną kolację przy świecach, ale dopiero co zjedliśmy obiad. A poza tym, jak dla ciebie, to chyba trochę za wcześnie… Dlatego pomyślałem, że tradycyjny spacer, to będzie strzał w dziesiątkę – powiedział i uśmiechnął się ciepło.
Skinęłam głową i ruszyłam przed siebie.
            - Biorąc pod uwagę fakt, że miałem aż prawie dwa lata, na wszystkie przemyślenia, dotyczące tego dnia, przygotowałem nawet tematy rozmów. Eliksiry, zwierzęta domowe, wypracowania, zajęcia dodatkowe, książki, mugolskie filmy oraz literatura angielska. Wszystko co lubisz – dodał z satysfakcją.
Uśmiechnęłam się.
            - Wychodzi na to, że całkiem dobrze mnie znasz – zauważyłam. – Problem leży w tym, że ja chyba znam cię za słabo. Dlatego, skierujemy całą uwagę na ciebie – dodałam.
James wyraźnie się zakłopotał. I wyglądał jakby nie wiedział, co ma powiedzieć. Co było dosyć słodkie.
            - Jest taka mugolska gra, dwadzieścia pytań – powiedziałam. – Będę ci zadawać pytania, a ty będziesz odpowiadać, dobrze?
            - Ulubione ciasto? – zapytałam.
            - Czekoladowe.
            - Kraj, który chciałbyś zwiedzić?
            - Stanowczo Włochy.
            - Ulubione zwierzę?
            - Sowa. Ale koty też lubię…
I przez dłuższy czas, właśnie tak wyglądała nasza randka. Może trochę jak jakiś wywiad, albo co gorsza, przesłuchiwanie, ale mam wrażenie, że dzięki temu poznałam go trochę lepiej.
            - Zimno ci – powiedział, widząc, że rozcieram ręce.
Była już połowa września, a w Szkocji panuje dosyć chłodny klimat. Robiło się coraz później, a ja nie pomyślałam, żeby wziąć coś grubszego niż sweter, który miałam na sobie.
            - Nie – odparłam, na co James westchnął. Szybko zdjął swoją bluzę i zarzucił mi ją na ramiona. – Będzie ci zimno – zauważyłam.
            - Nie będzie tak źle – odparł James, chociaż doskonale wiedziałam, że jest mu zimno.
Spojrzałam na zachmurzone niebo, na którym jaśniał księżycowy rogal. Zdecydowanie zdjęłam bluzę i mu ją podałam.
            - Załóż – właściwie rozkazałam.
Gdy James, oczywiście głośno się sprzeciwiając to zrobił, przysunęłam się do niego, tak blisko, że poczułam zapach jego perfum. Spojrzałam mu w oczy i zarzuciłam mu ręce na ramiona.
            - Chyba mam pomysł, co zrobić, żeby nam obojgu było ciepło – dodałam zalotnie.
Chłopak cicho się zaśmiał i pewnie mnie objął.
            - Ja mam lepszy pomysł – stwierdził, nachylając się nad moją twarzą.


Oh, kiss me beneath the milky twilight
Lead me out on the moonlit floor
Lift your open hand
Strike up the band and make the fireflies dance
Silver moon’s sparkling
So kiss me
(Sixpence None the Richer – Kiss me)


Pierwszy pocałunek. Na początku całkiem niewinny i nieśmiały, po chwili przerodził się w istny pokaz fajerwerków.


***


Wracaliśmy do zamku ramię w ramię. Nie trzymaliśmy się za ręce, nie rozmawialiśmy, ani tym bardziej, więcej się nie całowaliśmy.
            - Czy to co się stało, coś dla ciebie znaczyło? – zapytał James, zatrzymując się na schodach.
            - Oczywiście, że tak – odparłam, przypominając sobie jak na niego napierałam. – Tylko… Ja nie mogę, tak od razu…
            - Rozumiem – przerwał mi James, znowu ruszając. – Ale mogę mieć nadzieję, na następną randkę?
            - Jak najbardziej – odparłam z uśmiechem.


***


Dormitorium było puste. Z głośnym westchnięciem usiadłam na swoim łóżku i złapałam się za jeszcze czerwone policzki.
Zaczęłam sobie przypominać chwilę po chwili.
Początkową ciszę.
Długą rozmowę.
Wspaniałomyślne zaproponowanie mi bluzy.
Aż wreszcie jego ciepłe objęcia.
I pocałunek.
Pierwszy, który zapamiętuje się na całe życie.
            - Witaj, potajemna randkowiczko – powiedziała Marlena, na co podskoczyłam na łóżku.
            - Skąd…? W sensie, co? – poprawiłam się szybko.
            - Oj, Lily… - westchnęła, jakby załamana moim zachowaniem. 
Przyznaję dosyć dziecinnym.
            - Siedziałam u chłopaków, i wiesz, oni mają taką mapę, która pokazuje wszystkie osoby znajdujące się w szkole! A jak myślisz, kogo szukałam z Dorcas na tej mapie?
            - Hm, nie mam pojęcia – odparłam, udając głupią.
            - Nie martw się, Huncwoci o niczym nie wiedzą – dodała, puszczając mi oczko. Weszła do łazienki i puściła wodę.
            - Cholera – westchnęłam, przygotowując się na sesję wypytywania, zgotowaną mi przez dziewczyny…


***


            - Opowiadaj! – rozkazała Dorcas.
Było dopiero po 21, a my siedziałyśmy w piżamach, na złączonych łóżkach Marleny i Dorcas. Zrobiłyśmy sobie piżama party.
            - Przed opowiadaniem, mogłabyś nam powiedzieć, czemu łaskawie nie podzieliłaś się z przyjaciółkami taką sprawą? – zapytała trochę obrażona Alicja.
            - Nie chciałam plotek… - odparłam, chociaż strzeliłam sobie w kolano.
            - My miałybyśmy o tobie plotkować, Lily?! – zawołała oburzona Al.
            - Nie wy, ale inni – odparłam, tłumacząc się.
            - Dobra, dziewczyny, nieważne – przerwała nam Dorcas. – Lepiej mów czy do czegoś doszło!
            - Do randki – odpowiedziałam, zdziwiona jej pytaniem.
            - Lily, czasami myślę, że nie jesteś aż tak inteligentna, jakby się wydawało – powiedziała sarkastycznie Dorcas.
Przewróciłam oczami i spojrzałam na przyjaciółki.
            - Całowaliśmy się.
            - Łłiii!! – pisnęła Dorcas, zagłuszając wypowiedź Marleny.
            - Co mówiłaś? – zapytałam.
            - Że się cieszę. Pasujecie do siebie – powiedziała, z miną osoby wszystko wiedzącej. – Od razu to wyczułam.
            - Co? – zapytała Alicja.
            - Iskrzenie między nimi – odparła Marlena.
            - Chyba naczytałaś się romansów, albo „Czarownicy” – powiedziałam, oglądając sobie paznokcie.
Iskrzenie, dobre sobie!
            - Ej, wcale nie! – zawołała Marlena, waląc mnie poduszką w głowę. – Jesteście dla siebie stworzeni i ja to wiem! Wiesz, prababcia była wróżbitką… Może coś po niej odziedziczyłam? – zastanowiła się na głos.
            - Wróżbitką… A ja jestem sarenką – odparłam kpiąco.
            - Lily rozumie magię, ale ma zbyt ścisły umysł na wróżbiarstwo – powiedziała Alicja. – Pamiętasz Dorcas jej wróżenie z fusów? To był ubaw!
            - Pamiętam – odparła Dorcas, śmiejąc się głośno. – Szkoda Marlena, że wtedy nie chodziłaś do Hogwartu. Przez Wróżbiarstwo średnia Lily była dramatycznie niska…
            - Hej, ja wtedy cierpiałam! – zawołałam, śmiejąc się ze wspomnień. – A wy nie byłyście lepsze, kto miał zawsze najgłupsze dzienniki senne?
Dalsza część wieczoru, przeminęła nam na wspomnieniach co zabawniejszych chwil z przeszłości, oraz opowieściom serwowanym Marlenie.
I chociaż uczestniczyłam w tym, myślami nadal byłam przy pocałunku na szkolnych błoniach. Z tym nieznośnym Jamesem Potterem.


***

Dzień wcześniej! Wiem, jest słodko. Ale to się zmieni ;)

poniedziałek, 20 kwietnia 2015

Rozdział 14



Rozbłysk zielonego światła widziany przez szparę w drzwiach.
Cisza.
Stąpanie po schodach i okrutny śmiech.
Kwilenie dziecka.
Ból, ogarniający całe ciało.
I ostatnia myśl, myśl o martwym ukochanym i maleńkim dziecku.
            - Lily, Lily, obudź się! – zawołała Dorcas, mocno potrząsając moim ramieniem.
            - Już nie śpię – wyszeptałam.
Otworzyłam oczy i przyłożyłam rękę do spoconego czoła.
            - Mamrotałaś coś – wyjaśniła Dor, patrząc na mnie z niepokojem.
            - Co? – zapytałam, podnosząc się z rozkopanego posłania.
            - Mówiłaś: Nie Harry, błagam, tylko nie Harry – odparła czarnowłosa. – Kim jest Harry?
            - Nie mam zielonego pojęcia, Dor – powiedziałam.
I to była zupełna racja. Nie wiedziałam kim jest Harry. Miałam jedynie silne przeczucie - Harry, będzie kimś ważnym w moim życiu. Może nawet najważniejszym.


***


            - Obrona przed Czarną Magią, hm? – mruknął James, spoglądając na jeszcze zamknięte drzwi od klasy.
Śniadanie zjadłam szybko, unikając chłopaka. Od wczorajszego wieczoru, a właściwie nocy, nie mogłam na niego patrzeć, nie myśląc o tym co zainsynuowała Marlena.
            - Taa – odparłam, udając zainteresowanie dziecinną sztuczką Syriusza, którą pokazywał Dorcas i Marlenie.
            - Coś się stało? – zapytał.
            - Nie, no co ty – odparłam z wymuszonym uśmiechem.
Przelotnie spojrzałam na twarz bruneta i znowu utkwiłam wzrok w błyskach, wydostających się z różdżki Syriusza.
            - Prawie nic nie mówisz – powiedział James. Czułam, że uważnie mi się przygląda. – Możesz na mnie spojrzeć?
Zaśmiałam się nerwowo.
            - Patrzę, i co? – zapytałam spoglądając na niego.
            - Powiedziałem wczoraj coś złego? – zapytał poważnie.
            - Nie, James. Nie powiedziałeś nic złego. Nie musisz się martwic, naprawdę. Po prostu się nie wyspałam – odparłam.
            - Oo tak, Lily mamrotała dzisiaj coś o jakimś Harry’m – powiedziała Dorcas, uśmiechając się. – Znasz James jakiegoś Harry’ego?
            - Nie – odparł chłopak, wyraźnie spięty. – A ty Lily? Znasz?
            - Nie – powiedziałam i odetchnęłam z ulgą, gdy nauczyciel otworzył drzwi do klasy.


***


            - Najwyższa pora, abyście nauczyli się zaklęcia Patronusa – powiedział profesor Galbraith, nasz nowy nauczyciel OPCM. – Z tego co mówicie, przerobiliście już prawie wszystkie zaklęcia oraz pojęcia jakie powinni znać uczniowie siódmego roku, jednak to, jakże ważne, zostało pominięte. Następnie, gdy nauczymy się Patronusa, zrobimy powtórkę, która będzie trwała aż do OWTM-ów.
Siedziałam w ławce z podekscytowaną Marleną, która jak się okazało, uwielbiała oprócz Eliksirów i Transmutacji, Obronę przed Czarną Magią.
            - Zaczniemy od wyjaśnienia czym jest taki Patronus – dodał nauczyciel i spojrzał na klasę.
Cicho westchnęłam i podniosłam rękę.
            - Panna…?
            - Evans.
            - Słuchamy, panno Evans.
            - Patronus to jedno z trudniejszych zaklęć obronnych, dające ochronę przed dementorami, a także umożliwiające przesyłanie wiadomości. Wyczarowanie cielesnego patronusa jest bardzo trudne, trzeba przywołać swoje najszczęśliwsze wspomnienie, które wywołuje pojawienie się pozytywnej energii, zmaterializowanej pod postacią srebrzysto - białego obłoku, lub cielesnego zwierzęcia – patrona. W ciągu życia, patronus może zmieniać postacie, wpływają na to silne uczucia, chociażby miłość. Formuła zaklęcia brzmi: Expecto Patronum! – zakończyłam.
            - Doskonale, 10 punktów dla Gryffindoru! – zawołał profesor. – Zostało nam niewiele czasu, poćwiczymy wymowę zaklęcia, a na następnych lekcjach poćwiczymy umiejętności praktyczne. Więc powtarzajcie za mną: ekspekto patronum – wymówił wyraźnie nauczyciel.
            - Ekspekto patronum! – powtórzyła klasa.


***


Kolejne lekcje przetrwałam niczym w letargu. Patrzyłam bezmyślnie to na ścianę, okna, nauczyciela.
            - Panno Evans, proszę zostać po lekcji – poprosiła profesor McGonagall, gdy zadzwonił dzwonek.
Podeszłam do podwyższenia, na którym znajdowała się katedra profesor McGonagall.
            - Widzę, że zajęła się pani, panną McKinnon – powiedziała nauczycielka, mając zapewne na myśli to, że razem siedziałyśmy. Kiwnęłam głową. – Chciałam tylko poprosić, żebyś przekazała innym prefektom, że niedługo odbędzie się zebranie. Datę i godzinę wyślę ci sową.
            - Dobrze pani profesor – powiedziałam i już miałam się skierować do wyjścia.
            - Następne zajęcia będą istotniejsze, więc proszę na nich uważać, panno Evans – powiedziała i zajęła się papierami, leżącymi na biurku.
Wyszłam z klasy i o mało na kogoś nie wpadłam.
            - I co chciała?
            - Zaczekałeś? – zapytałam głupio, i od razu poczułam wypływające na policzki rumieńce. – Mam przekazać reszcie prefektów datę zebrania.
            - Uhm – mruknął James.
Skierowaliśmy się w stronę Wielkiej Sali, na której odbywał się obiad.
            - W sobotę robię nabór do drużyny, brakuje nam obrońcy i pałkarza – zagaił James. – Może wpadniesz?
            - Miałabym zostać graczem? – zażartowałam.
            - Zapewne byłabyś całkiem niezłym graczem, ale raczej chodziło mi o podziwianie mojej doskonałej sylwetki na miotle – odparł, wesoło szczerząc zęby.
            - Jak zwykle skromny – westchnęłam i usiadłam między Dorcas i Alicją. – Co będziemy dzisiaj robić? Właściwie nie ma żadnych wypracowań do napisania…
            - Widzę, że zawiedziona? – zapytał Syriusz. – Pewnie chciałabyś utonąć wśród pergaminów i książek, najlepiej w bibliotece…
            - Właściwie to nie – odparłam, czym zaskoczyłam nie tylko przyjaciół, ale też siebie. – Proponujesz coś?
            - Evans, nawet nie wiesz w co się ładujesz – powiedział Syriusz z szatańskim błyskiem w oku.


***


Chłopcy uznali, że mamy poznać życie Huncwota. Życie na krawędzi. Niebezpieczne.
Podzieliliśmy się na grupki. Pod wodzą Jamesa i Syriusza, wraz z Dorcas wyruszyliśmy odkrywać niektóre tajemnice Huncwotów.
            - Więc co będziemy robić? – zapytałam po raz drugi tego dnia.
            - Ktoś tu się zrobił niecierpliwy – skomentował Syriusz. – Dzisiaj, Rudzielcu, oraz ty, Dorcas, przeżyjecie niesamowite, niebezpieczne chwile. Chwile, które odmienią wasze życie – zakończył dramatycznie Black.
            - Pokażemy wam miejsce, o którym nikt nie wie – powiedział James. – A przynajmniej tak mi się wydaje… - dodał, widząc mój powątpiewający wzrok.
            - Idziemy, i pamiętajcie, co by się nie działo, każdy ratuje własny tyłek – wyszeptał Syriusz, na co Dorcas przewróciła oczami.


***


            - To ma być to niewiarygodne miejsce, które odmieni nasze życia? – zapytałam, rozglądając się po niedużej, pustej salce, znajdującej się za jednym z obrazów na drugim piętrze.
            - O Rudzielcu, zapewniam cię, że coś odmieni – odparł Syriusz, złapał Dorcas za rękę i szybko wyszedł z sali. – Miłego dnia! – wrzasnął.
Szybko zamrugałam oczami i podeszłam do ściany, w której zniknęły drzwi wyjściowe.
            - Gdzie one są? – zapytałam obmacując ścianę. – James, gdzie one są? – powtórzyłam, czując zaniepokojenie.
Sam na sam z chłopakiem w pokoju bez drzwi i okien? Nie brzmi to dobrze.
            -  W tym pokoju chodzi o to, że blokuje się, gdy wyczuwa, że pomiędzy znajdującymi się w nim osobami są pewne niedopowiedzenia – odparł James. – I chyba wyczuł to w naszym przypadku…
Zmarszczyłam czoło i chwilę pomyślałam.
            - Czy ty chcesz mi powiedzieć, że drzwi pojawią się dopiero wtedy, kiedy odkryjemy te niedopowiedzenia? – zapytałam, czując narastający atak paniki.
W życiu nie miałam takiego ataku, ale znajdowałam się w pomieszczeniu, z którego w żaden sposób nie mogłam uciec.
            - Spokojnie – wyszeptałam, siadając na chłodnej posadzce. – Jest coś, co chciałbyś mi powiedzieć? – zapytałam, mając nadzieję, że to wystarczy.
            - Jasne, jest wiele takich spraw – odparł James, siadając obok mnie.
            - Przejdźmy do meritum. Powiedz je i na pewno drzwi znowu się pokażą – powiedziałam, czując nadzieję.
            - Czemu ja mam zaczynać? Może ty coś powiesz – odparł James, zakładając ręce na piersi.
Zagryzłam wargę i pomyślałam.
            - Lubię cię – z nadzieją spojrzałam na ścianę. Drzwi nadal nie było.
            - Cieszę się, że to mówisz, ale ostatnio zdołałem to wywnioskować – powiedział chłopak. – Musisz wymyślić coś innego.
            - Ja? Czemu ja? – odparłam oburzona.
            - Ponieważ ja widzę drzwi – powiedział spokojnie James.
W pokoju zapadła cisza.
            - Jak to, widzisz drzwi?! – zapytałam podniesionym głosem. 
Czemu tego nie powiedział od razu?
            - Nadal nie rozumiesz? Doskonale wiesz, co do ciebie czuję. Z mojej strony nie ma żadnych niedopowiedzeń. To twoja działka, Lily – odparł, uważnie mi się przyglądając.
Ostatnio miałam wrażenie, że robi tylko to. Uważnie mi się przygląda.
            - A co będzie, jeżeli nic nie powiem? – zapytałam.
            - Będziemy tu siedzieć do skutku – stwierdził beztrosko.
            - Uch, a jedzenie? Potrzeby fizjologiczne? O ile dobrze widzę, to ani kuchni, ani łazienki tutaj nie ma – zauważyłam jakże bystro.
            - To jest pewne utrudnienie… Więc im szybciej, tym lepiej – powiedział, uśmiechając się przebiegle.
Zagryzłam wargi i zaczęłam się poważnie zastanawiać. O co mogło chodzić? I co ten pokój wiedział, co mi do głowy nie przychodziło? Czasami myślałam, że magia jest naprawdę okrutna. W tym momencie właśnie taka była.
            - Może chodzi o to, że w miarę mi się podobają twoje włosy, oczywiście o ile ich tak denerwująco nie targasz? – zapytałam i spojrzałam na ścianę.
Nic. Nada. Null.
            - Dobrze wiedzieć.
Zagryzłam wargi i przymknęłam oczy.
            - A może, to chodzi o to, że nawet lubię spędzać czas w twoim towarzystwie i reszty Huncotów? – zapytałam i spojrzałam na ścianę.
Pokręciłam głową i wsadziłam rękę we włosy.
I wtedy mnie oświeciło.
Tak, jakby nagle żarówka zaświeciła nad moją głową, jak to się często dzieje w kreskówkach, które niegdyś tak uwielbiałam.
Czy chodziło o wczorajszy wieczór? O to, co mi zainsynuowała Marlena?
Ale jeżeli mu o tym powiem, to czy nie pomyśli, że mi na nim zależy? I, że nie chcę go widzieć z innymi dziewczynami? A szczególnie tak ładnymi jak Marlena?
            - To będzie to – stwierdziłam, nawet na niego nie patrząc. Wolałam, żeby nie widział moich zarumienionych policzków, które jak zwykle mnie zdradzały. – Wczoraj Marlena mnie o coś zapytała…
            - O? – pośpieszył mnie James, gdy na chwilę zamilkłam.
            - O to, czy może cię zaprosić na randkę – odparłam, czując zażenowanie.
            - Och – westchnął James. Wydawał się trochę zawiedziony.
            - I chociaż powiedziałam, że mi to nie przeszkadza, to ona wyczuła prawdę – stwierdziłam.
            - Prawdę o…?
            - O tym, że wcale nie było by mi to takie obojętne, jak mi się wcześniej wydawało – odparłam i uniosłam głowę. Zobaczyłam drzwi, ale wcale nie dałam po sobie tego poznać. – Bo chyba mi na tobie zależy.
            - Na tyle, żeby w końcu wybrać się ze mną na randkę? – zapytał James, z jakimś takim dziwnym uśmieszkiem. Czułym i radosnym. O ile to możliwe na raz.
            - Tak – wyszeptałam. – Wiesz, że teraz przez dłuższy czas nie będę ci mogła spojrzeć w oczy?
            - Czemu? – zapytał zdziwiony chłopak.
            - Bo spalę się ze wstydu – odparłam. – Czuję się okropnie zakłopotana i zażenowana. A wszystko przez tę wszę na zapchlonym kundlu, Blacka!
James roześmiał się i wstał.
            - Chodź, doskonale wiem, że już widzisz te drzwi – powiedział, podając mi rękę.
Okazało się, że całkiem dobrze mnie zna.


***


Powrót do Wieży Gryffindoru przebiegał całkiem sprawnie. Jeszcze nie było godziny policyjnej, zresztą jako prefekt naczelny, całkiem legalnie mogłam przebywać na korytarzu nawet po 21.
            - Musisz przyznać, że Syriusz miał rację – zagaił James, gdy szliśmy w ciszy po schodach. – Może jeszcze nasze życie się nie odmieniło, ale czy to nie był pierwszy krok?
            - Jak dla mnie, to był on milowy – stwierdziłam, przypominając sobie te wszystkie momenty, w których to odrzucałam propozycje randki z brunetem. A teraz prawie sama go na nią zaprosiłam…
            - No tak, skryta Lily Evans.
            - Nie każdy może być tak otwarty jak ty – odparłam. – A propos otwartości i skrytości, to mam nadzieję, że na razie, nasza przyszła randka pozostanie tajemnicą.
            - Słucham? – zapytał James, robiąc rozbrajającą minę skrzywdzonego dziecka. – Ale czemu? Wstydzisz się?
            - Tak, jasne. W końcu jesteś taki obleśny… - odparłam poważnie, na co chłopak uniósł brwi. – Żartuję, głupku – dodałam po chwili.
            - Jestem nieprzyzwyczajony – odparł z uśmiechem.
Skinęłam głową.
            - Chodzi mi tylko o to, żeby nie tworzyły się jakieś niestworzone plotki. To tylko randka, a nie ślub – wytłumaczyłam.
            - Ale randka, która może prowadzić do ślubu – zaznaczył James, na co pokręciłam głową.
Niepoprawny optymista.


***


            - Wróciły gołąbeczki – powiedział rozwalony na kanapie Syriusz, zwracając uwagę przyjaciół na nas.
            - Weź usiądź – syknęłam, spychając nogi chłopaka z kanapy.
Z jednej strony, byłam na niego trochę zła. Zostawił mnie w pokoju bez klamek z Potterem, a z drugiej strony, odrobinkę wdzięczna. Tak tyci – tyci.
            - Agresywny Rudzielec! – zawołał, zwracając na nas uwagę co niektórych osób, które też przesiadywały w Pokoju Wspólnym.
            - Jestem agresywna tylko na twój widok – odparłam i spojrzałam na dziewczyny. – I co robiłyście?
            - Syriusz pokazał mi tajne przejście do Hogsmeade – wyszeptała Dorcas.
Spojrzałam na chłopaków, którzy udawali, że wcale nie słyszeli tego, co powiedziała Dor.
            - Znacie nielegalne przejście do wioski? – zapytałam szeptem. – I nic nie powiedzieliście?
            - Prefektowi? – zapytał kpiąco Syriusz.
            - Hm, no tak – mruknęłam. – A wy?
            - Ja byłam z Remusem w Pokoju Życzeń – powiedziała Marlena, uśmiechając się do Lupina.
            - A my z Peterem w kuchni – stwierdziła Alicja. – Już dawno nie zjadłam tylu kwachów, myślałam, że mi spali podniebienie.
            - Więc zdradziliście nam trochę swoich tajemnic – zauważyłam odkrywczo.
            - Nie tylko my, Lily – odparł James.


***


Pierwszy tydzień zajęć minął całkiem szybko. Na OPCM zaczęliśmy ćwiczyć zaklęcie Patronusa, jednak jak do tej pory nikomu nie udało się wyczarować nawet mgiełki. Syriusz i James byli niepocieszeni.
Wreszcie nadeszła sobota. Dzień, który przeznaczyłam sobie na napisanie dwóch wypracowań, oraz dzień naborów do drużyny Gryffindoru.
            - Idziemy? – zapytał James.
W czwórkę (trójka graczy – James, Syriusz oraz Dorcas i nie wiadomo dlaczego ja) ruszyliśmy w stronę boiska. Na którym roiło się od osób chętnych na zostanie jedną ze szkolnych gwiazdek quidditcha.
            - Usiądź na trybunach – poprosił James.
Gdy zasiadłam na trybunach, które o dziwo wcale nie były puste, tylko pozajmowane przez dziewczęta, w przeróżnym wieku i z przeróżnych domów, James zaczął przemawiać.
I muszę przyznać, miał do tego talent.
Po odrzuceniu ponad połowy kandydatów (głównie ze względu na wiek), w końcu zaczęły się eliminacje.
            - Hej – usłyszałam i spojrzałam na osobę która się do mnie odezwała.
            - Cześć Marlena – odpowiedziałam, przesuwając się, żeby zrobić miejsce dla blondynki.
            - Nieźle latają – stwierdziła po chwili obserwacji.
            - Jak dla mnie, to wspaniale – odparłam i od razu wyjaśniłam. – Sama ledwo trzymam się na miotle.
            - Więc to prawda… - powiedziała tajemniczo.
            - Co jest prawdą? – zapytałam zaciekawiona.
            - Przeciwieństwa się przyciągają – odparła i cicho się zaśmiała, widząc moją minę. – Mnie możesz się przyznać, Lily. Od razu to zobaczyłam.
            - Co? – zapytałam trochę obrażonym tonem. Zaczynały mnie denerwować te jej insynuacje.
            - Że lubicie się trochę bardziej, niż przyjaciele powinni – odpowiedziała uśmiechając się ciepło. – Miałam tak samo z moim byłym.
            - To znaczy jak?
            - Och, najpierw go dłuższy czas nie znosiłam. Irytowało mnie jego zachowanie, sposób bycia… Aż w końcu, nadszedł taki dzień, w którym ukazał mi swoją prawdziwą naturę. Nie tylko tą na pokaz. I wtedy go pokochałam.
            - I co się stało? Nadal jesteście razem? – zapytałam ciekawa.
            - Tak, ale boję się, że związek na odległość jest skazany na porażkę – powiedziała, robiąc zmartwioną minę.
            - Będzie dobrze – odparłam. – Jeżeli to ten jedyny, na pewno będziecie razem.
            - Mam nadzieję, Lily – wyszeptała.
            - Nie martw się, ja mam zawsze rację – powiedziałam, na co twarz Marleny znowu się rozświetliła od miłego uśmiechu.


***


            - O czym gadałyście z Marleną? – zapytała Dorcas, gdy we dwie wracałyśmy do Wieży.
            - Och, wiesz o tym i o tamtym…
            - Czyli o czym?
            - O facetach – odparłam i uśmiechnęłam się na widok niedowierzającej miny Dor.
            - A dokładniej?
            - O chłopaku Marleny i jej związku na odległość – powiedziałam.
            - Nie wiedziałam, że ma chłopaka – szepnęła Dorcas, jakby sama do siebie. Wyglądała, jakby odetchnęła z ulgą.
            - A co, myślałaś, że leci na Blacka? – zapytałam kpiąco.
            - No wiesz, wiele dziewczyn leci na Syriusza…
            - Oj, Dorcas – westchnęłam. – Wpadłaś, co?
            - Jak śliwka w kompot, Lily – odparła.


***

Witam! W końcu wyszło słońce! (przynajmniej nad Warszawą :) Taa, ładna pogoda dodaje mi powera, więc od razu biorę się za pisanie kolejnych rozdziałów. Uwaga, z boku, po prawej stronie pojawiły się "Ogłoszenia", jednak skierowane są one głównie do czytelników "widmowych" (nie komentujących). Ludzie, serio, ja widzę, że wchodzicie i czytacie to stare opowiadanie! Więc, odsyłam do "Ogłoszeń", aby przeczytać moją prośbę... Jeden komentarz, za przeczytanie 80 rozdziałów, to niewiele. Serio. 
Ale ogólnie, fajnie, że czytacie ;)