Luty 1977
W całym zamku dawało się
wyczuć romantyczną atmosferę. Nad głowami uczniów latały kanarki, przetransmutowane
w cherubinki rozdające pocztę. Najczęściej były to liściki miłosne, przesyłane
przez zakochanych chłopców, jednak w tym roku dziewczyny nie były gorsze i
wzięły sprawy we własne ręce.
Lily siedziała w bibliotece,
nad wyjątkowo paskudnym wypracowaniem na Obronę przed Czarną Magią i leniwie
toczyła wzrokiem po pełnych grubych ksiąg półkach.
Nagle usłyszała szmer małych
skrzydełek i tuż przed nią wylądowała złota koperta. Wykrzywiając usta,
otworzyła ją i przeczytała tekst, który znała już na pamięć.
Droga Evans!
Z pewnością wyczekujesz na zaproszenie na randke. Oczywiście
spełniam twoje
marzenia! 14 luty, romantyczny wypad do Hogsmeade, co ty na to? Tylko my we
dwoje… Zapewne jestes zachwycona, podniecona, oraz drzysz ze zniecierpliwienia. Zapewniam
Cie, ja tez!
Prosze o jak najszybsza odpowiedz,
Oddany Ci, J.P.
Dziewczyna pokręciła głową i
wcisnęła liścik do książki. Głośno westchnęła i pozbierała swoje rzeczy.
Zupełnie nie miała głowy do
nauki, a tym bardziej pisania wypracowań…
***
14 luty nadszedł
zdecydowanie za szybko. Zdesperowana Dorcas pokręciła głową, rozglądając się za
jakimś partnerem na wypad do wioski.
Niestety, ale wszyscy
najciekawsi, najinteligentniejsi oraz najprzystojniejsi faceci byli zajęci.
Zostali jej tylko młodsi, nieciekawi, oraz Ślizgoni. Doprawdy, niewielki wybór…
- Meadowes, co to za mina? – zapytał Syriusz, widząc
skrzywioną czarnowłosą. – Nie idziesz na randkę?
- Nie idę – wyburczała Dorcas i żałośnie westchnęła. –
Wszyscy zajęci…
- Ja nie jestem zajęty – odparł Syriusz, oglądając sobie
paznokcie.
Dorcas uniosła brew i
uśmiechnęła się drapieżnie.
- Black, co ty na to, żebyśmy skoczyli do Hogsmeade?
***
- Ale czemu nie? – zapytał James, czując się okropnie.
Wszyscy, ale to dosłownie
wszyscy siedzieli teraz w Hogsmeade! Syriusz z Dorcas, Frank z Alicją, Remus co
prawda umówił się z April na korepetycje, ale James rozsądnie sądził, że to
była podpucha, zaserwowana przyjacielowi przez dziewczynę… Nawet Peter! Mały,
niepozorny Peter, umówił się z Rebeccą, piątoroczną Puchonką!
Tylko on, James Potter,
błagał, prosił, groził! Bo chciał spędzić ten jeden dzień z Lily Evans.
- Mówiłam czemu – odparła Lily, podnosząc wzrok znad
czytanej książki.
Jako jedyni, oczywiście
oprócz osób od drugiego do pierwszego roku, zostali sami w Wieży Gryffindoru.
- Możesz powtórzyć, bo chyba do mnie nie dotarło? –
zapytał James, czując się naprawdę paskudnie.
- Ponieważ jesteś niedojrzały i wątpię, abyśmy dobrze się
bawili... Dlatego wolę odwalić kolejne wypracowanie, a nie szlajać się po wiosce,
kapujesz? – odparła, na co James przewrócił oczami.
On niedojrzały? Pff! Nie
zapewniłby jej rozrywki? A kto jest najzabawniejszym kolesiem w całej szkole?!
- To spędzimy je wspólnie, na tej kanapie – zdecydował,
siadając obok zawzięcie czytającej dziewczyny.
***
- Było całkiem fajnie, prawda? – zapytała Dorcas, gdy
razem z Syriuszem wracała do Wieży.
- Fajnie? Meadowes, naraziłaś mnie na straszliwe plotki,
kto to widział Syriusza Blacka na herbatce u Pani Puddifoot? – odparł chłopak,
spoglądając na roześmianą czarnowłosą. – Stanowczo, coś mi się należy, wiesz,
za te straty moralne… - dodał, zamykając dziewczynę pomiędzy ścianą, a swoim
ciałem.
Oparł się rękoma o zimny
mur, dookoła głowy dziewczyny i nachylił nad jej twarzą. Przywarł do jej
uśmiechniętych ust i namiętnie pocałował.
***
- No dobra – westchnęła Lily i spojrzała na siedzącego
obok niej Pottera. – Przesiedziałeś obok mnie ponad dwie godziny, nie odzywałeś
się, nie czochrałeś włosów… Uznaję, że to były naprawdę udane Walentynki,
Potter – dodała i wstała z kanapy.
- Co? – zapytał zdziwiony James.
Lily cicho się zaśmiała,
potargała mu włosy i zadowolona z siebie poszła do swojego dormitorium.
Nic nierozumiejący chłopak
spojrzał za dziewczyną i pokręcił głową. Evans była czasami naprawdę dziwna…
***
- Witajcie! – zawołał niewysoki jegomość w wysokim
kapeluszu. – Nazywam się Wilkie Twycross, jestem instruktorem teleportacji,
wysłanym z Ministerstwa Magii – dodał, spoglądając na sporą grupę osób.
Szóstoroczni w końcu
doczekali się zapowiedzianych już w styczniu lekcji teleportacji. Zajęli całą
Wielką Salę, opróżnioną ze stołów i ław; znajdowali się w niej tylko uczniowie,
instruktor oraz porozkładane wszędzie obręcze.
- Niech każdy stanie przy dwóch obręczach, w których
będzie ćwiczył! – zawołał, spoglądając na uczniów.
Lily, jak to ona, stanęła w
pierwszym rzędzie i lekko się skrzywiła, gdy Potter odepchnął Milesa Burke’a,
aby zając obręcze obok niej. Pokręciła głową, na co chłopak wesoło się
uśmiechnął.
- A teraz słuchajcie uważnie! Zasada Ce- Wu- En zapewni
wam udaną teleportację! – powiedział i rozejrzał się po uczniach. – Ce, czyli
cel! Najpierw skupiamy się na celu, w waszym przypadku, będzie to teleportacja
z obręczy do obręczy! Wu! Czyli wola! Musimy natężyć wolę, aby znaleźć się w
przestrzeni celu! I ostatnia składowa zasady, czyli En! Namysł, moi drodzy. Na
koniec, obracamy się w miejscu tak, jakbyśmy chcieli się osunąć w nicość! –
dodał, patrząc na skupione twarze uczniów. – Zaczynajcie! – zawołał, na co
większość zareagowała zdumieniem.
- Oczywiście, nikomu z was nie uda się to na pierwszej
lekcji, w ogóle nie ma mowy! – dodał, patrząc na wysilających się uczniów.
Niektórzy skupiali się, i
obracali w jednej z obręczy, ale nic to nie dawało. Sporo osób upadało, lub kręciło
się wkoło.
- Pamiętajcie, że gdy nie skupicie się dostatecznie, można
się rozszczepić! To bardzo bolesne, oraz paskudnie wygląda… - powiedział
instruktor.
***
- Nie było źle, prawda? – zapytała Dorcas, gdy wracali do
Wieży. – Nawet wydawało mi się, że poczułam coś w okolicy pępka, jakby taki
wir, czy coś…
- Byłem pewien, że mi się uda – odparł Syriusz. Był sobą
załamany! Myślał, że już na pierwszej lekcji się teleportuje, a tu takie rozczarowanie!
- Przecież instruktor mówił, że nikomu się to nie uda –
powiedziała Lily.
Oczywiście, żywiła
maluteńkie nadzieje, że to ona będzie tą pierwszą, której to się udało już na
pierwszej lekcji… Ale tak się nie stało, więc nie było o czym rozmyślać!
- Myślę, że następnym razem będzie lepiej – stwierdził
Remus.
- Zdecydowanie masz rację, Luniaczku. Następnym razem,
teleportujemy się – powiedział James.
***
Alicja siedziała zamyślona
na przeraźliwie nudnej Historii Magii. Myślała, nad wczorajszą rozmową z
Frankiem. A właściwie, kłótnią…
- Ale Alicjo
zrozum, moja matka chyba nie jest na to gotowa… - powiedział Frank, spoglądając
na sapiącą ze złości dziewczynę.
- A co twoja matka ma do naszych
wspólnych wakacji?! – zapytała Alicja.
Naprawdę
myślała, że w końcu będzie miała swoje wymarzone wakacje. Z wymarzonym
chłopakiem, w wymarzonym miejscu. Tylko jak zawsze, było jakieś „ale”.
- Wiesz, że moja matka jest… nieco
zapobiegliwa – odparł chłopak. – Boi się, żebyśmy nie popełnili błędu i na
przykład, nie spłodzili dziecka… Eee, to jest, chciałem powiedzieć…
- Twoja matka myśli, że chcę jechać
z tobą na wakacje, żeby uprawiać seks?! Tak jakbyśmy nie mogli tego zrobić
tutaj… Czekaj, ma mnie za puszczalską idiotkę?! Frank, ja tylko chciałam, żebyśmy
mieli jakieś fajne wspomnienia, trochę niezapomnianych chwil… A ty wyskakujesz
z czymś takim! – zawołała.
Chłopak
lekko się zarumienił i zupełnie stracił werwę.
- Al, przecież wiesz, że to nie o
to chodzi. Mój ojciec… on nas opuścił, gdy tylko mama zaszła w ciążę, musiała
sobie sama radzić ze wszystkim! Małym dzieckiem, pracą, domem… Chce dla mnie
innego życia.
- Och, zapewniam cię, ja dla siebie
też chcę innego życia! Dlatego możesz się czuć wolnym facetem, niczym jakiś
sęp… Tak, piję do tego obrzydliwego kapelusza twojej drogiej mamusi – wysyczała
końcówkę i uciekła do dormitorium.
A teraz Alicja czuła wyrzuty
sumienia. No i jakby nie było, zerwała z ukochanym chłopakiem.
Muszę
to jak najszybciej naprawić… pomyślała.
***
Frank siedział jak struty
przy stole Gryffindoru i niemrawo grzebał w talerzu. Wczorajsza kłótnia z
Alicją, właściwie odebrała mu wszelkie siły. W dodatku dziewczyna z nim zerwała!
I to czemu? Tylko coś wspomniał o matce, sam nie wiedział kiedy powiedzieli
sobie te wszystkie przykre słowa…
- A co ty taki skwaszony? – zapytał James, siadając przy
stole.
Rozejrzał się dookoła, ale
nigdzie nie zauważył Lily. Myślał, że może spotka ją na obiedzie, bo nie
widział jej cały dzień…
- Pokłóciłem się z Alicją, w dodatku ze mną zerwała –
odparł Frank.
- Ouu – westchnął James. – Przykro mi stary – dodał, od
razu sobie wyjaśniając, czemu to nie widział rudowłosej.
Pewnie
gdzieś siedzi z Alicją, pomyślał.
- O co poszło? – zapytał James, nakładając sobie furę
jedzenia na talerz.
- O moją matkę, w pewnym sensie… I o wakacje – odparł.
- Co, nie chciała z tobą wyjechać? – zapytał brunet,
spoglądając na kumpla.
Frank pokręcił głową.
- Stanęło na tym, że to ja nie chcę z nią wyjechać… -
odparł.
James zmarszczył czoło. Nic
nie rozumiał.
- Ona chciała, a ty nie? Człowieku, dałbym się pokroić za
taką sytuację z Evans! Gdyby tylko cokolwiek ze mną chciała zrobić… Weź się
ogarnij, bo ci ktoś ją zgarnie, Alicja to świetna dziewczyna, w dodatku bardzo
pomocna w sprawie Evans… - powiedział James.
- Cieszę się, że myślisz tylko o sobie, naprawdę –
wycedził Frank. – Pogadam z nią – stwierdził i zerwał się od stołu.
James pokręcił głową i zajął
się obiadem.
***
Dorcas siedziała z Lily i
Alicją w Pokoju Wspólnym i ze współczuciem patrzyła na tą drugą.
- Al, musicie pogadać! To jakieś głupie nieporozumienie…
- stwierdziła czarnowłosa.
- Dorcas ma racje, to tylko kłótnia zakochanych.
Widziałam dziś Franka, wygląda kiepsko – dodała Lily.
Alicja, zwykle uczesana i
leciutko podmalowana, dzisiaj prezentowała się doprawdy tragicznie.
Poczochrana, z zapuchniętymi oczami oraz czerwonym nosem, wzdychała żałośnie i
wyrzucała sobie, swoją wczorajszą złość.
Przejście do Wieży
gwałtownie się otworzyło i do pokoju wpadł zdyszany Frank.
- Możemy porozmawiać? – zwrócił się do swojej byłej
dziewczyny.
Alicja kiwnęła głową i
poszła za chłopakiem na korytarz.
***
- Myślisz, że się pogodzą? – zapytała zmartwiona Lily, na
co Dorcas od razu pokiwała głową.
- Jestem tego pewna. Oboje się tym przejęli,
niepotrzebnie unieśli, szczególnie Alicja…
Lily kiwnęła głową i zajęła
się swoim wypracowaniem.
- Frank dzisiaj oszalał, naprawdę – stwierdził James,
wchodząc do pokoju. Usiadł na kanapie i spojrzał na zainteresowane tematem dziewczyny.
– Najpierw twierdził, że Alicja z nim zerwała, a teraz obściskują się na
korytarzu… Czy prefekt nie powinien czegoś z tym zrobić? Takie gorszenie
młodzieży, to może nieść straszne konsekwencje – zażartował.
Lily uśmiechnęła się szeroko i wróciła do pisania wypracowania.
***
- Gotowi? – zapytał szeptem Syriusz, trzymając gotową do
użycia różdżkę.
Huncwoci, ściśnięci niczym
sardynki w puszce, siedzieli w komórce na miotły, niedaleko wejścia do lochów i
czekali na jakąś większą grupkę Ślizgonów.
- Idą! – zaalarmował James, szeroko się uśmiechając.
Grupa około dwunastu uczniów
ze Slytherinu, wracała z Wielkiej Sali, do swojego domu.
- Już – wyszeptał Remus, na co Syriusz wystawił czubek
różdżki za drzwi i cicho wymawiając inkantację, wykonał nią płynny ruch.
Niczego nieświadomi
uczniowie, zostali oblani lepkim miodem, którego to cztery, spore kubły
lewitowały pod sufitem, oraz zostali obsypani pierzem, które to Huncwoci
zdobyli od Hagrida.
Głośno wyrażając swoją
złość, skierowali się do lochów.
- Widzieliście minę Higgsa? Hahaha, wyglądał taak
zabawnie – powiedział zadowolony z psoty Syriusz.
- Wszyscy wyglądali śmiesznie – odparł Peter, gdy wyszli
z komórki.
- Lepiej się stąd zbierajmy, nie mam ochoty na następny
szlaban – powiedział James, rozglądając się bystro po korytarzu.
Zadowoleni z siebie
Huncwoci, ruszyli po schodach do Wieży.
***
- Jestem wściekły – wysyczał Mulciber, wchodząc do
dormitorium.
- Co ci się stało? – zapytał Crabbe, spoglądając na
współlokatora.
Mulciber parsknął i okropnie
zabluzgał.
- Jestem pewien, że to ci kretyni z Gryffindoru… Już ja
im pokażę – dodał. Wszedł do łazienki i głośno trzasnął drzwiami. Spojrzał w
lustro i zatrząsł się ze złości. Zemści się…
***
- A oni co tacy zadowoleni z siebie? – zapytała Dorcas,
spoglądając znad czytanego czasopisma na nierozłączny duet Black&Potter.
- Nie mam pojęcia i chyba wolę nie wiedzieć – odparła
Lily, nawet nie patrząc na kolegów.
Pisała wypracowanie na
transmutację, w ogóle jej nie szło. Miała kiepski humor i wolała, żeby akurat
dzisiaj Huncwoci się do niej nie zbliżali.
- Idą tu – wyszeptała Dorcas, i poprawiła włosy.
Lily od razu zerwała się z
fotela i z zachmurzoną miną, ruszyła do dormitorium.
- Co z tą Evans? Ma minę jak rozwścieczony buldog –
zagaił Syriusz.
- Nie idzie jej wypracowanie – odparła Dorcas. – Mówcie,
na pewno zrobiliście coś zabawnego, jesteście z czegoś wyjątkowo zadowoleni…
James się uśmiechnął, a
Syriusz uniósł brew. Nie wiedział, że Meadowes aż tak dobrze ich zna…
- A więc słuchaj…
***
Coś jest. Postaram się, żeby następne rozdziały były lepsze! I dłuższe. Więc biorę się za dziesiąty :)