poniedziałek, 16 marca 2015

Rozdział 6



Luty 1977


W całym zamku dawało się wyczuć romantyczną atmosferę. Nad głowami uczniów latały kanarki, przetransmutowane w cherubinki rozdające pocztę. Najczęściej były to liściki miłosne, przesyłane przez zakochanych chłopców, jednak w tym roku dziewczyny nie były gorsze i wzięły sprawy we własne ręce.
Lily siedziała w bibliotece, nad wyjątkowo paskudnym wypracowaniem na Obronę przed Czarną Magią i leniwie toczyła wzrokiem po pełnych grubych ksiąg półkach.
Nagle usłyszała szmer małych skrzydełek i tuż przed nią wylądowała złota koperta. Wykrzywiając usta, otworzyła ją i przeczytała tekst, który znała już na pamięć.


Droga Evans!
Z pewnością wyczekujesz na zaproszenie na randke. Oczywiście spełniam twoje marzenia! 14 luty, romantyczny wypad do Hogsmeade, co ty na to? Tylko my we dwoje… Zapewne jestes zachwycona, podniecona, oraz drzysz ze zniecierpliwienia. Zapewniam Cie, ja tez!
Prosze o jak najszybsza odpowiedz,
Oddany Ci, J.P.

Dziewczyna pokręciła głową i wcisnęła liścik do książki. Głośno westchnęła i pozbierała swoje rzeczy.
Zupełnie nie miała głowy do nauki, a tym bardziej pisania wypracowań…

***

14 luty nadszedł zdecydowanie za szybko. Zdesperowana Dorcas pokręciła głową, rozglądając się za jakimś partnerem na wypad do wioski.
Niestety, ale wszyscy najciekawsi, najinteligentniejsi oraz najprzystojniejsi faceci byli zajęci. Zostali jej tylko młodsi, nieciekawi, oraz Ślizgoni. Doprawdy, niewielki wybór…
            - Meadowes, co to za mina? – zapytał Syriusz, widząc skrzywioną czarnowłosą. – Nie idziesz na randkę?
            - Nie idę – wyburczała Dorcas i żałośnie westchnęła. – Wszyscy zajęci…
            - Ja nie jestem zajęty – odparł Syriusz, oglądając sobie paznokcie.
Dorcas uniosła brew i uśmiechnęła się drapieżnie.
            - Black, co ty na to, żebyśmy skoczyli do Hogsmeade?

***

            - Ale czemu nie? – zapytał James, czując się okropnie.
Wszyscy, ale to dosłownie wszyscy siedzieli teraz w Hogsmeade! Syriusz z Dorcas, Frank z Alicją, Remus co prawda umówił się z April na korepetycje, ale James rozsądnie sądził, że to była podpucha, zaserwowana przyjacielowi przez dziewczynę… Nawet Peter! Mały, niepozorny Peter, umówił się z Rebeccą, piątoroczną Puchonką!
Tylko on, James Potter, błagał, prosił, groził! Bo chciał spędzić ten jeden dzień z Lily Evans.
            - Mówiłam czemu – odparła Lily, podnosząc wzrok znad czytanej książki.
Jako jedyni, oczywiście oprócz osób od drugiego do pierwszego roku, zostali sami w Wieży Gryffindoru.
            - Możesz powtórzyć, bo chyba do mnie nie dotarło? – zapytał James, czując się naprawdę paskudnie.
            - Ponieważ jesteś niedojrzały i wątpię, abyśmy dobrze się bawili... Dlatego wolę odwalić kolejne wypracowanie, a nie szlajać się po wiosce, kapujesz? – odparła, na co James przewrócił oczami.
On niedojrzały? Pff! Nie zapewniłby jej rozrywki? A kto jest najzabawniejszym kolesiem w całej szkole?!
            - To spędzimy je wspólnie, na tej kanapie – zdecydował, siadając obok zawzięcie czytającej dziewczyny.

***

            - Było całkiem fajnie, prawda? – zapytała Dorcas, gdy razem z Syriuszem wracała do Wieży.
            - Fajnie? Meadowes, naraziłaś mnie na straszliwe plotki, kto to widział Syriusza Blacka na herbatce u Pani Puddifoot? – odparł chłopak, spoglądając na roześmianą czarnowłosą. – Stanowczo, coś mi się należy, wiesz, za te straty moralne… - dodał, zamykając dziewczynę pomiędzy ścianą, a swoim ciałem.
Oparł się rękoma o zimny mur, dookoła głowy dziewczyny i nachylił nad jej twarzą. Przywarł do jej uśmiechniętych ust i namiętnie pocałował.

***

            - No dobra – westchnęła Lily i spojrzała na siedzącego obok niej Pottera. – Przesiedziałeś obok mnie ponad dwie godziny, nie odzywałeś się, nie czochrałeś włosów… Uznaję, że to były naprawdę udane Walentynki, Potter – dodała i wstała z kanapy.
            - Co? – zapytał zdziwiony James.
Lily cicho się zaśmiała, potargała mu włosy i zadowolona z siebie poszła do swojego dormitorium.
Nic nierozumiejący chłopak spojrzał za dziewczyną i pokręcił głową. Evans była czasami naprawdę dziwna…

***

            - Witajcie! – zawołał niewysoki jegomość w wysokim kapeluszu. – Nazywam się Wilkie Twycross, jestem instruktorem teleportacji, wysłanym z Ministerstwa Magii – dodał, spoglądając na sporą grupę osób.
Szóstoroczni w końcu doczekali się zapowiedzianych już w styczniu lekcji teleportacji. Zajęli całą Wielką Salę, opróżnioną ze stołów i ław; znajdowali się w niej tylko uczniowie, instruktor oraz porozkładane wszędzie obręcze.
            - Niech każdy stanie przy dwóch obręczach, w których będzie ćwiczył! – zawołał, spoglądając na uczniów.
Lily, jak to ona, stanęła w pierwszym rzędzie i lekko się skrzywiła, gdy Potter odepchnął Milesa Burke’a, aby zając obręcze obok niej. Pokręciła głową, na co chłopak wesoło się uśmiechnął.
            - A teraz słuchajcie uważnie! Zasada Ce- Wu- En zapewni wam udaną teleportację! – powiedział i rozejrzał się po uczniach. – Ce, czyli cel! Najpierw skupiamy się na celu, w waszym przypadku, będzie to teleportacja z obręczy do obręczy! Wu! Czyli wola! Musimy natężyć wolę, aby znaleźć się w przestrzeni celu! I ostatnia składowa zasady, czyli En! Namysł, moi drodzy. Na koniec, obracamy się w miejscu tak, jakbyśmy chcieli się osunąć w nicość! – dodał, patrząc na skupione twarze uczniów. – Zaczynajcie! – zawołał, na co większość zareagowała zdumieniem.
            - Oczywiście, nikomu z was nie uda się to na pierwszej lekcji, w ogóle nie ma mowy! – dodał, patrząc na wysilających się uczniów.
Niektórzy skupiali się, i obracali w jednej z obręczy, ale nic to nie dawało. Sporo osób upadało, lub kręciło się wkoło.
            - Pamiętajcie, że gdy nie skupicie się dostatecznie, można się rozszczepić! To bardzo bolesne, oraz paskudnie wygląda… - powiedział instruktor.

***

            - Nie było źle, prawda? – zapytała Dorcas, gdy wracali do Wieży. – Nawet wydawało mi się, że poczułam coś w okolicy pępka, jakby taki wir, czy coś…
            - Byłem pewien, że mi się uda – odparł Syriusz. Był sobą załamany! Myślał, że już na pierwszej lekcji się teleportuje, a tu takie rozczarowanie!
            - Przecież instruktor mówił, że nikomu się to nie uda – powiedziała Lily.
Oczywiście, żywiła maluteńkie nadzieje, że to ona będzie tą pierwszą, której to się udało już na pierwszej lekcji… Ale tak się nie stało, więc nie było o czym rozmyślać!
            - Myślę, że następnym razem będzie lepiej – stwierdził Remus.
            - Zdecydowanie masz rację, Luniaczku. Następnym razem, teleportujemy się – powiedział James.

***

Alicja siedziała zamyślona na przeraźliwie nudnej Historii Magii. Myślała, nad wczorajszą rozmową z Frankiem. A właściwie, kłótnią…
            - Ale Alicjo zrozum, moja matka chyba nie jest na to gotowa… - powiedział Frank, spoglądając na sapiącą ze złości dziewczynę.
            - A co twoja matka ma do naszych wspólnych wakacji?! – zapytała Alicja.
Naprawdę myślała, że w końcu będzie miała swoje wymarzone wakacje. Z wymarzonym chłopakiem, w wymarzonym miejscu. Tylko jak zawsze, było jakieś „ale”.
            - Wiesz, że moja matka jest… nieco zapobiegliwa – odparł chłopak. – Boi się, żebyśmy nie popełnili błędu i na przykład, nie spłodzili dziecka… Eee, to jest, chciałem powiedzieć…
            - Twoja matka myśli, że chcę jechać z tobą na wakacje, żeby uprawiać seks?! Tak jakbyśmy nie mogli tego zrobić tutaj… Czekaj, ma mnie za puszczalską idiotkę?! Frank, ja tylko chciałam, żebyśmy mieli jakieś fajne wspomnienia, trochę niezapomnianych chwil… A ty wyskakujesz z czymś takim! – zawołała.
Chłopak lekko się zarumienił i zupełnie stracił werwę.
            - Al, przecież wiesz, że to nie o to chodzi. Mój ojciec… on nas opuścił, gdy tylko mama zaszła w ciążę, musiała sobie sama radzić ze wszystkim! Małym dzieckiem, pracą, domem… Chce dla mnie innego życia.
            - Och, zapewniam cię, ja dla siebie też chcę innego życia! Dlatego możesz się czuć wolnym facetem, niczym jakiś sęp… Tak, piję do tego obrzydliwego kapelusza twojej drogiej mamusi – wysyczała końcówkę i uciekła do dormitorium.
A teraz Alicja czuła wyrzuty sumienia. No i jakby nie było, zerwała z ukochanym chłopakiem.
Muszę to jak najszybciej naprawić… pomyślała.

***

Frank siedział jak struty przy stole Gryffindoru i niemrawo grzebał w talerzu. Wczorajsza kłótnia z Alicją, właściwie odebrała mu wszelkie siły. W dodatku dziewczyna z nim zerwała! I to czemu? Tylko coś wspomniał o matce, sam nie wiedział kiedy powiedzieli sobie te wszystkie przykre słowa…
            - A co ty taki skwaszony? – zapytał James, siadając przy stole.
Rozejrzał się dookoła, ale nigdzie nie zauważył Lily. Myślał, że może spotka ją na obiedzie, bo nie widział jej cały dzień…
            - Pokłóciłem się z Alicją, w dodatku ze mną zerwała – odparł Frank.
            - Ouu – westchnął James. – Przykro mi stary – dodał, od razu sobie wyjaśniając, czemu to nie widział rudowłosej.
Pewnie gdzieś siedzi z Alicją, pomyślał.
            - O co poszło? – zapytał James, nakładając sobie furę jedzenia na talerz.
            - O moją matkę, w pewnym sensie… I o wakacje – odparł.
            - Co, nie chciała z tobą wyjechać? – zapytał brunet, spoglądając na kumpla.
Frank pokręcił głową.
            - Stanęło na tym, że to ja nie chcę z nią wyjechać… - odparł.
James zmarszczył czoło. Nic nie rozumiał.
            - Ona chciała, a ty nie? Człowieku, dałbym się pokroić za taką sytuację z Evans! Gdyby tylko cokolwiek ze mną chciała zrobić… Weź się ogarnij, bo ci ktoś ją zgarnie, Alicja to świetna dziewczyna, w dodatku bardzo pomocna w sprawie Evans… - powiedział James.
            - Cieszę się, że myślisz tylko o sobie, naprawdę – wycedził Frank. – Pogadam z nią – stwierdził i zerwał się od stołu.
James pokręcił głową i zajął się obiadem.

***

Dorcas siedziała z Lily i Alicją w Pokoju Wspólnym i ze współczuciem patrzyła na tą drugą.
            - Al, musicie pogadać! To jakieś głupie nieporozumienie… - stwierdziła czarnowłosa.
            - Dorcas ma racje, to tylko kłótnia zakochanych. Widziałam dziś Franka, wygląda kiepsko – dodała Lily.
Alicja, zwykle uczesana i leciutko podmalowana, dzisiaj prezentowała się doprawdy tragicznie. Poczochrana, z zapuchniętymi oczami oraz czerwonym nosem, wzdychała żałośnie i wyrzucała sobie, swoją wczorajszą złość.
Przejście do Wieży gwałtownie się otworzyło i do pokoju wpadł zdyszany Frank.
            - Możemy porozmawiać? – zwrócił się do swojej byłej dziewczyny.
Alicja kiwnęła głową i poszła za chłopakiem na korytarz.

***

            - Myślisz, że się pogodzą? – zapytała zmartwiona Lily, na co Dorcas od razu pokiwała głową.
            - Jestem tego pewna. Oboje się tym przejęli, niepotrzebnie unieśli, szczególnie Alicja…
Lily kiwnęła głową i zajęła się swoim wypracowaniem.
            - Frank dzisiaj oszalał, naprawdę – stwierdził James, wchodząc do pokoju. Usiadł na kanapie i spojrzał na zainteresowane tematem dziewczyny. – Najpierw twierdził, że Alicja z nim zerwała, a teraz obściskują się na korytarzu… Czy prefekt nie powinien czegoś z tym zrobić? Takie gorszenie młodzieży, to może nieść straszne konsekwencje – zażartował.
Lily uśmiechnęła się szeroko i wróciła do pisania wypracowania.

***

            - Gotowi? – zapytał szeptem Syriusz, trzymając gotową do użycia różdżkę.
Huncwoci, ściśnięci niczym sardynki w puszce, siedzieli w komórce na miotły, niedaleko wejścia do lochów i czekali na jakąś większą grupkę Ślizgonów.
            - Idą! – zaalarmował James, szeroko się uśmiechając.
Grupa około dwunastu uczniów ze Slytherinu, wracała z Wielkiej Sali, do swojego domu.
            - Już – wyszeptał Remus, na co Syriusz wystawił czubek różdżki za drzwi i cicho wymawiając inkantację, wykonał nią płynny ruch.
Niczego nieświadomi uczniowie, zostali oblani lepkim miodem, którego to cztery, spore kubły lewitowały pod sufitem, oraz zostali obsypani pierzem, które to Huncwoci zdobyli od Hagrida.
Głośno wyrażając swoją złość, skierowali się do lochów.
            - Widzieliście minę Higgsa? Hahaha, wyglądał taak zabawnie – powiedział zadowolony z psoty Syriusz.
            - Wszyscy wyglądali śmiesznie – odparł Peter, gdy wyszli z komórki.
            - Lepiej się stąd zbierajmy, nie mam ochoty na następny szlaban – powiedział James, rozglądając się bystro po korytarzu.
Zadowoleni z siebie Huncwoci, ruszyli po schodach do Wieży.

***

            - Jestem wściekły – wysyczał Mulciber, wchodząc do dormitorium.
            - Co ci się stało? – zapytał Crabbe, spoglądając na współlokatora.
Mulciber parsknął i okropnie zabluzgał.
            - Jestem pewien, że to ci kretyni z Gryffindoru… Już ja im pokażę – dodał. Wszedł do łazienki i głośno trzasnął drzwiami. Spojrzał w lustro i zatrząsł się ze złości. Zemści się…

***

            - A oni co tacy zadowoleni z siebie? – zapytała Dorcas, spoglądając znad czytanego czasopisma na nierozłączny duet Black&Potter.
            - Nie mam pojęcia i chyba wolę nie wiedzieć – odparła Lily, nawet nie patrząc na kolegów.
Pisała wypracowanie na transmutację, w ogóle jej nie szło. Miała kiepski humor i wolała, żeby akurat dzisiaj Huncwoci się do niej nie zbliżali.
            - Idą tu – wyszeptała Dorcas, i poprawiła włosy.
Lily od razu zerwała się z fotela i z zachmurzoną miną, ruszyła do dormitorium.
            - Co z tą Evans? Ma minę jak rozwścieczony buldog – zagaił Syriusz.
            - Nie idzie jej wypracowanie – odparła Dorcas. – Mówcie, na pewno zrobiliście coś zabawnego, jesteście z czegoś wyjątkowo zadowoleni…
James się uśmiechnął, a Syriusz uniósł brew. Nie wiedział, że Meadowes aż tak dobrze ich zna…
            - A więc słuchaj…

***

Coś jest. Postaram się, żeby następne rozdziały były lepsze! I dłuższe. Więc biorę się za dziesiąty :)

piątek, 13 marca 2015

Rozdział 5



Styczeń 1977


Powrót do szkolnej rzeczywistości, był dla części uczniów Hogwartu ciężki. Każdy chciał jak najwięcej czasu spędzić z rodziną, więc wiele osób żałowało, że przerwa świąteczna trwała tak krótko.
            - Sporo osób nie wróciło – stwierdziła Dorcas, spoglądając na puste miejsca przy stołach Gryffindoru, Hufflepuffu i Ravenclawu.
            - Coraz więcej osób się ukrywa – odparła Lily, przeglądając świeże wydanie Proroka Codziennego. – Porwali kolejnego pracownika Ministerstwa Magii…
            - Okropne – westchnęła Alicja.
Nagle poczuła, że traci apetyt. Przecież tym kimś, następnym razem mogą być jej rodzice! Oboje pracują na odpowiedzialnych stanowiskach w Ministerstwie Magii.
            - Widziałyście ogłoszenie? W lutym zaczyna się kurs na teleportację! – powiedział podekscytowany Syriusz, siadając naprzeciwko koleżanek.
            - A gdzie cześć, albo dzień dobry? – wyburczała Dorcas, smętnie mieszając łyżką w swojej owsiance.
            - Cześć, dzień dobry, będziemy mogli się teleportować! To tak ułatwi życie… - odparł Syriusz.
            - Szczególnie, że w zamku nie można się teleportować… - powiedziała Lily. – A gdzie zgubiłeś resztę? – zapytała zdziwiona tym, że Black przyszedł sam na śniadanie, bez Huncwotów.
            - Stęskniłaś się za Rogaczem? – odparł Syriusz, śmiejąc się z oburzonej miny rudowłosej. – Idą – dodał, wskazując głową na drzwi.
            - Evans, dobrze, że cię widzę! – zaczął James, siadając obok Lily. – Dzisiejszy dzień spełnia wszystkie twoje wytyczne… Jest niedziela, śnieg trochę opadł i nawet nie jest tak zimno.
Lily zmarszczyła brwi.
            - O czym ty mówisz? – zapytała rozkojarzona.
            - Oczywiście o moim prezencie świątecznym, czyli spacerze po błoniach! – odparł James, nakładając sobie sporą porcję jajecznicy. – No nie mów, że zapomniałaś…
            - Ja o niczym nie zapominam – odparła zmieszana Lily.
Oczywiście, że o tym zapomniała!
            - Dobra, o 12 przy wyjściu – dodała i wstała od stołu.

***

James szedł na spotkanie podekscytowany. Czyż w końcu nie spełniły się jego marzenia? Co prawda, dziewczyna wyraźnie zaznaczyła, że ten spacer, to nie będzie randka, ale kto wie? Może tak jej się spodoba, że zgodzi się na prawdziwą randkę, z wszelkimi bajerami? W końcu niedługo Walentynki…
Chłopak stanął przy drzwiach wejściowych i odwrócił się w stronę schodów. Chciał wszystko dokładnie zapamiętać, każdy moment, nawet najmniejszy gest dziewczyny…
            - Co ty tu robisz? – wycharczał Argus Filch, spoglądając na ucznia ze złością. – Wracaj do swojego domu! Natychmiast.
            - Czekam na kogoś – odparł James, zupełnie nie przejmując się niemiłymi epitetami, odchodzącego gdzieś woźnego. Ponownie spojrzał na schody i… jest! Idzie!
Dziewczyna wyglądała naprawdę ładnie. Długie włosy, zazwyczaj lekko potargane, były porządnie uczesane. Rude rzęsy zostały pomalowane czarnym tuszem do rzęs, a ponętne usta muśnięte bezbarwnym błyszczykiem.
Całościowy efekt, psuła niepewna mina rudowłosej.
            - Idziemy? – zapytała, wkładając czapkę na głowę. James skinął głową, lekko otumaniony kwiatowym zapachem dziewczyny i otworzył jej drzwi.
Wyszli na ukryte pod białym puchem błonia. Zimowe buty głośno chrzęściły w śniegu, zatapiając się pod ich ciężarem w puszystej pokrywie. Szli bez słowa, kierując się w stronę zamarzniętego jeziora.
            - Będziemy tak milczeć? – zapytała po pewnym czasie dziewczyna.
Zupełnie nie rozumiała zachowania chłopaka. Zwykle rozgadany, milczał jak zaklęty… Zupełnie jak nie Potter!
            - Przepraszam, próbowałem wymyślić jakiś odpowiedni temat na rozmowę – odparł z rozbrajającym uśmiechem, spoglądając na dziewczynę.
            - Och, no nie wiem, możemy porozmawiać o… - zaczęła Lily i głęboko się zamyśliła. Zwykle nie miała problemów z wymyślaniem tematów rozmów czy dysput, ale tym razem było inaczej.
Bo o czym mogłaby rozmawiać z takim Potterem? O quidditchu, którego nie lubiła? O dowcipach? Nowych gadżetach od Zonka? Trzeba było to przyznać, nie mieli wspólnych zainteresowań…
            - Może porozmawiajmy o tym co lubisz? – podsunął James. Chciał się dowiedzieć o Evans, czegoś, czego nie wiedział.
            - Co lubię? – zapytała Lily. – Lubię… się uczyć. Jejku, strasznie to brzmi, ale tak lubię się uczyć, czytać książki, zdobywać wiedzę. Im więcej wiem, tym bardziej wydaje mi się, że pasuję do tego świata…
            - O czym ty mówisz? – spytał zszokowany James. Lily nie pasująca do świata magii?!
            - Potter, o tym, że jestem mugolakiem. Niektórzy uważają, że tacy jak ja, nie powinni uczyć się magii… Chcę im pokazać, że się mylą. Może dlatego, chcę być we wszystkim najlepsza? Chociaż ambicja też w tym pomaga, ale to głównie chęć udowodnienia, że wcale nie jestem gorsza i ee… - przerwała naraz, zdając sobie sprawę z tego z kim rozmawia.
            - Jesteś najlepsza na roku – powiedział James. – Uważam, że jesteś najlepsza we wszystkim.
Lily spojrzała na chłopaka.
            - Dzięki, Potter, to miłe – odparła i przyśpieszyła kroku.
Pomiędzy dwójką zaległa cisza. Ale nie uciążliwa, jedna z tych chwil, gdy dwoje dotąd obcych sobie osób, rozumie się bez słów…

***

Następne dni, mijały uczniom Gryffindoru w spokoju. Skończyły się głośne kłótnie Evans z Potterem, zapanował pomiędzy nimi rozejm. Oczywiście, Huncwoci nie byliby sobą, gdyby nadal nie żartowali sobie z uczniów, ale robili to dyskretniej. Najczęściej ich dowcipy dotyczyły Ślizgonów, więc Lily im odpuściła. Czuła do mieszkańców Slytherinu złość. Coraz częściej przezywali oni mugolaków, lub osoby półkrwi… Lily uznała, że takie małe, całkiem niegroźne żarty, nie wyrządzą im wielkiej krzywdy i nie reagowała na nie.
Coraz szybciej zbliżały się urodziny panny Evans, tak ważne dla czarodziei, albowiem 17. Świat magii, różnił się od mugolskiego tym, że pełnoletność uzyskiwało się o rok wcześniej.
            - Będziemy siedzieć w dormitorium? – wyjęczała Dorcas, patrząc na zawziętą Lily.
Siedziały na kolacji w Wielkiej Sali i omawiały dzień urodzin rudowłosej.
30 stycznia zbliżał się wielkimi krokami, a uparta panna Evans nie miała ochoty na huczne świętowanie siedemnastki.
            - Tak, w dormitorium – potwierdziła Lily, na co Alicja wygięła usta w podkówkę.
            - O czym rozmawiacie? – zapytał Frank, spoglądając na smutną Alicję. Do stołu dosiedli się także Huncwoci, chociaż w niepełnym składzie. Gdzieś zgubili Petera.
            - O urodzinach Lily, które chce spędzić w dormitorium… - wyjaśniła od razu Dorcas.
            - W waszym dormitorium? – zapytał James. – A jak my się tam niby dostaniemy?
            - Ktoś cię zapraszał, Potter? – odparła Lily, chociaż złagodziła tą wypowiedź lekkim uśmiechem. – Nie lubię imprez, na pewno nie chcę czegoś takiego, co się działo w zeszłym roku z okazji urodzin Blacka…
            - Ooo, to były świetne urodziny… - powiedział rozmarzony Syriusz, przypominając sobie co zabawniejsze momenty. – Ale Evans, nie możesz tego zrobić Rogaczowi, on już ci kupił prezent i w ogóle.
            - Prezent? Nie, Potter, nie chcę więcej od ciebie prezentów! Jeden wystarczy, serio – odparła Lily, przypominając sobie o obecności naszyjnika, znajdującego się pod koszulką.
Nosiła go non-stop, właściwie zdejmowała go tylko, gdy szła pod prysznic. Gdy nikt nie widział, zachwycała się idealnymi liniami wygrawerowanych kwiatów, na prześlicznej, srebrnej zawieszce. Do której, tak swoją drogą, nie włożyła jeszcze żadnego zdjęcia.
            - Nie mogę oddać – stwierdził James. – Mam pomysł! Znam idealne miejsce na twoje urodziny! – zawołał i zwrócił się do Syriusza. – Pokój Życzeń.
            - Oo – mruknął Syriusz, zajęty kolacją. – Dobra myśl, będziesz Evans zadowolona, już Rogacz wymyśli ci doskonały wystrój, i inne rzeczy. Niczym się nie martw – zapewnił dziewczynę.
            - Zaczynam się bać – stwierdziła Lily, czym rozśmieszyła Dorcas.

***

            - Czy zasłanianie mi oczu było naprawdę potrzebne? – zapytała Lily, gdy Dorcas wyczarowała jej na oczach przepaskę, przez którą nic, a nic nie widziała.
            - Jak najbardziej – odparła czarnowłosa.
Czyjaś dłoń pociągnęła rudowłosą do wyjścia z Pokoju Wspólnego.
            - Gdzie idziemy? – zapytała, gdy potknęła się przy wyjściu. Jednak czyjaś silna dłoń nie pozwoliła jej się przewrócić.
            - Do Pokoju Życzeń – odparła Dorcas, chociaż tak naprawdę nie wiedziała co to za pokój, gdzie się znajduje, ani tym bardziej co tam zastaną.
Organizacją urodzin zajęli się Huncwoci, czego czarnowłosa lekko się obawiała. Lily myślała, że ona i Alicja pomagały, ale prawda była całkiem inna.
            - Jesteśmy – oznajmił James i wymówił przeciwzaklęcie.
Czarna opaska spadła z oczu Lily. Dziewczyna szybko zamrugała powiekami i oniemiała z wrażenia.
Wiedziała, że są nadal w zamku, ale to nie zmieniało faktu, że stali pod gołym niebem. Granatowy nieboskłon, gdzieniegdzie przetykany srebrnymi gwiazdami, które delikatnie oświetlały polanę usianą białymi stokrotkami.
            - To… - wyszeptała zdziwiona.
            - Wygrałem! Mówiłem, że zaniemówi! – wydarł się Syriusz, po czym wyciągnął rękę.
            - Zawsze on wygrywa, to nie fair – wymamrotała Dorcas, podając Blackowi galeona.
            - Ale… - zaczęła Lily. Była zupełnie wytrącona z równowagi.
            - Podoba ci się? – zapytał Remus, podchodząc do dziewczyny z prezentem.
            - Bardzo, to niewiarygodne, nie spodziewałam się czegoś takiego – odparła zmieszana, przyjmując prezent.
            - Ej, nie, najpierw miał być tort! – zawołał James i wyrwał Lily prezent. – Dmuchaj! – dodał, na co Syriusz głośno się roześmiał.
James walnął go łokciem i podprowadził rudowłosą do stołu, uginającego się pod ciężarem łakoci, napojów, oraz gigantycznego tortu, którym z powodzeniem najadłby się cały Gryffindor.
            - Pomyśl życzenie – podpowiedziała Alicja, uśmiechając się, gdy przyjaciółka lekko pochyliła się do z dmuchania świeczek.
Lily spojrzała na znajomych, na uśmiechniętą  Alicję, wyszczerzoną Dorcas, rozbawionego Franka, podjadającego cukierki Peter, Blacka, który okazał się być całkiem miłym facetem… I wreszcie na Pottera, który troszkę znormalniał.
Chciałabym, żeby już zawsze było tak, jak teraz, pomyślała i zdmuchnęła płomień, palący się na siedemnastu świeczkach.

***

            - Czas na prezenty! – zawołała Dorcas, gdy już większość objadła się przeszmuglowanymi przez Huncwotów z Miodowego Królestwa, słodyczami.
            - Nie trzeba było, naprawdę, nie potrzebuję prezen… - zaczęła Lily, ale jak zwykle ktoś jej przerwał.
            - Evans, ale ty jesteś! Przyjmij podarunki z uśmiechem, a nie skromnością – powiedział Syriusz, patrząc na podekscytowaną Alicję.
            - Najpierw mój! – zawołała dziewczyna i wręczyła Lily kolorową paczkę.
Rudowłosa zważyła w rękach opakowany w złoty papier prezent i szybko go odpakowała.
            - O Merlinie, „Eliksiry największych mistrzów”? – wykrzyknęła. – Z 1878 roku?! Skąd?! – zapytała zdziwiona.
            - Kurczę, jeżeli ona tak cieszy się z książki, to nie wiem czy nasz prezent jest odpowiedni – wymamrotał Syriusz do Jamesa.
            - Łatwo nie było, ale mama okazała się niezawodna i znalazła ją w pewnym antykwariacie na Pokątnej – odparła Alicja, gnieciona w silnym uścisku jubilatki.
            - Dobra, czas na mój prezent – stwierdziła Dorcas. – Proszę bardzo – dodała i podała przyjaciółce pudełko. Które wydawało z siebie ciche popiskiwanie…
            - Kociak? – zapytała zachwycona Lily, trzymając na rękach śnieżnobiałego kota.
            - Kocur – uściśliła Dorcas. – Mówiłaś, że zawsze chciałaś mieć kota, a ten jest…
            - Boski, Dorcas! – zawołała Lily, przytulając czarnowłosą z kotem w ramionach.
            - Dobra, Meadowes, z drogi, czas na nasz prezent. Rudzielcu, to prezent składkowy, głównie składał się na niego Rogacza… ała, naprawdę nie musisz mnie co chwilę bić, James, ogarnij się! – powiedział Syriusz, gdy znowu został znokautowany przez przyjaciela.
            - Wybieraliśmy wspólnie – dodał Remus, gdy James przyniósł elegancko opakowaną paczuszkę.
            - Wszystkiego najlepszego – powiedział James, wręczając Lily prezent.
Dziewczyna, z pewnym wahaniem przyjęła go i paroma ruchami zerwała szkarłatny papier. Uniosła wysoko brwi, widząc nazwę sławnego wśród czarodziei, salonu z biżuterią i otworzyła granatowe pudełko.
            - Podoba ci się? – zapytał od razu James, gdy nie mógł nic wyczytać z twarzy dziewczyny.
            - Jest piękny, ale… - powiedziała, na co Syriusz przewrócił oczami. – Nie mogę go przyjąć, to na pewno było strasznie drogie, te kamienie wyglądają na szlachetne i nie…
            - To zwykły zegarek – podkreślił James, szukając u przyjaciół pomocy.
            - Tak, te małe kamyczki, które są zamiast cyfr, to na pewno nie są szmaragdy – dodał ironicznie Syriusz.
            - Jest srebrny, James myślał o złotym – wspomógł Peter, chociaż tak naprawdę zaszkodził.
            - Nie ja nie mogę – stwierdziła kategorycznie Lily, wpychając Jamesowi do rąk zamknięte pudełko. – Nie możecie mi robić takich prezentów, to jest za drogie, niepraktyczne, chociaż tak, wyjątkowo piękne…
Zagryzła usta i spojrzała na Pottera, a następnie na przyjaciółki.
            - Chyba przesadziliście – powiedziała Alicja, spoglądając głównie na Jamesa.
            - Ale – zaczął James. – To i tak jeden z tańszych modeli, no Evans, chociaż przymierz! – rozkazał jękliwym tonem.
Lily zrobiło się trochę głupio, kupili jej prezent, zgoda drogi jak cholera, ale chyba sprawiała im przykrość. Może głównie Potterowi, bo Black wyglądał na znudzonego, Remus na zażenowanego, Peter oczywiście był zajęty czymś zupełnie innym, a Frank słuchał muzyki, patrząc na Alicję.
            - Dobrze, przymierzę – powiedziała Lily i założyła prezent na rękę.
I wyglądał naprawdę świetnie. Srebro prezentowało się dostojnie na szczupłym przegubie dziewczyny, zielone kamienie (które podobno nie były szmaragdami) rzucały tajemnicze cienie na czarną tarczę zegarka. Srebrne wskazówki cichuteńko tykały.
Lily była zachwycona. I James to świetnie widział. Tylko, że dziewczyna była też strasznie uparta (cecha rodzinna).
            - Naprawdę, dziękuję wam z całego serca, to jest piękny prezent, ale ja nie mogę go przyjąć – stwierdziła z żalem, zdejmując zegarek i wkładając go z powrotem do pudełka. – Możemy porozmawiać? – zapytała patrząc na chłopaka. – Na osobności? – dodała.

***

            - Posłuchaj – zaczęła, gdy wyszli z Pokoju Życzeń i stanęli na korytarzu. – Prezent jest doskonały, ale uch, nie możesz mi robić tak drogich podarunków, rozumiesz?
            - Właśnie nie rozumiem – odparł James. Czuł się okropnie, tyle czasu wybierał ten zegarek, przeznaczył na niego sporo pieniędzy, i po prostu chciał sprawić Lily przyjemność. Nie sądził, że nie będzie ona chciała przyjąć „tak drogiego prezentu”… 
Przecież to głupie!
            - Potter, nic nas nie łączy, jesteśmy zwykłymi znajomymi! Mogę się tylko domyślać, ile kosztował ten zegarek, ale myślę, że jego cena zwaliłaby mnie z nóg. Nie mogę go przyjąć, proszę zwróć go, i jeżeli będziesz chciał mi kupić jakiś prezent, to nie wiem, niech to będzie zwykłe pióro, czy słodycze z Miodowego Królestwa, ale nie przedmiot, przez który będę się czuła źle…
            - Źle? – zapytał James. – Przecież nic za niego nie chcę! Co ty myślisz, że to jakieś przekupstwo? Dam ci drogi prezent, i każę ci wskoczyć ze mną do łóżka? Evans, za kogo ty mnie masz? – zapytał i z poczuciem gorzkiej niesprawiedliwości ruszył przed siebie.
Lily spojrzała za chłopakiem.
            - Cholera jasna – wymamrotała pod nosem i ruszyła za nim.
Kto by pomyślał, że panna Evans poczuła wyrzuty sumienia, z powodu sprawienia przykrości temu okropnemu Potterowi?

***

            - Coś długo ich nie ma – zauważyła Dorcas, spoglądając na zegarek.
Minęło już półgodziny, a ani Lily, ani James nie wrócili na przyjęcie.
            - Może zatrzymało ich coś ciekawszego, jeżeli wiesz o czym mówię, Meadowes… - powiedział Syriusz.
Dorcas spojrzała na Alicję i pokręciła głową.
            - Lily nie jest taka!

***

            - Kto by pomyślał, że tak szybko chodzisz, na lekcje jakoś ci się nie śpieszy… - wymamrotała Lily, doganiając bruneta. – Dobra, Potter, zapomnijmy o sprawie. Ja przyjmuję prezent, a ty nie wyobrażasz sobie niczego… I nie dziw się, jeżeli nie będę go na razie nosić – dodała.
            - Serio, przyjmujesz? – zapytał James, zatrzymując się niedaleko zejścia do lochów.
            - Jak najbardziej przyjmuję, i dziękuję, jest naprawdę piękny – odparła, gdy chłopak chwycił ją za rękę i wsunął na jej nadgarstek srebrną bransoletę. – Zachwycający – dodała, przyglądając się wskazówkom i delikatnym zielonym błyskom, rzucanym przez kamienie.
Żadne z nich, nie widziało, że z ciemnych lochów, spogląda na nich smutny i okropnie zazdrosny Severus Snape.

***

Styczeń dobiegł końca. Wraz z zerwaniem z kalendarza, kartki z datą 31 stycznia, minął kolejny miesiąc z życia uczniów Hogwartu. Miesiąc, który sporo pozmieniał w stosunkach między dawnymi przyjaciółmi, wrogami, był świadkiem nowych przyjaźni i głębokich przemyśleń.
Luty zawitał do Hogwartu z nowymi wydarzeniami…


***

Nie wiem co to jest. Wiem jedno, jest straszne! Tak okropnie mi się nie podoba... Cholera, już nigdy więcej nie będę czytała innych blogów, bo wtedy dochodzi do mnie jak żałosne jest to co piszę. Chyba muszę się zastanowić nad sensem kontynuowania tego opowiadania. Jest takie banalne! I mam jeszcze wiele określeń co do niego, ale nie chcę już nikogo zanudzać :|